Ten rozdział się tak trochę obija o wszystkich i o wszystko. Tak jakby. Wiele postaci oberwie w łeb.
Ode mnie. *wyjmuje młot*

Rozdział trzydziesty czwarty: Atak żmii

– No ale o co ci chodzi? – zapytał niewinnie Blaise, machając "Prorokiem codziennym" przed twarzą Harry'ego. – Wydawało mi się, że ucieszysz się na widok kolejnego artykułu na twój temat. To po prostu znaczy, że się im jeszcze nie znudziłeś.

Harry zgrzytnął zębami. Gdyby tylko mógł odpowiedzieć spokojnie, albo w jakiś sposób przegonić rumieniec zalewający mu policzki, to pewnie Blaise przestałby się z nim wreszcie droczyć, ale to wciąż przerastało jego możliwości.

– Przecież minął już ponad tydzień – powiedział, po czym wypił za jednym zamachem pół szklanki swojego soku dyniowego. Draco musiał go klepnąć w plecy i zrobił to znacznie energiczniej niż to było potrzebne. Harry pokręcił głową kiedy znowu mógł mówić. – Wydawać by się mogło, że już zdążą o tym zapomnieć.

Natychmiast zdał sobie sprawę z tego, że wszyscy wokół spojrzeli na niego z politowaniem. Spojrzał Milicencie w oczy, potem Pansy, Draconowi, aż wreszcie znudziła mu się ta gra.

– No co? – zażądał.

– Potter – powiedział Blaise, przeciągając z wyższością zgłoski. – Dziecko pokonało trzy dorosłe smoki, naprawdę ci się wydaje, że gazety o tym tak po prostu zapomną?

– Wcale ich nie pokonałem, po prostu odleciały...

– Podczas gdy profesorowie stali obok i nic nie robili? – Blaise zerknął na swoją kopię gazety. – Jak to szło... o, tutaj. "Dyrektor Hogwartu, Albus Dumbledore, zdawał się być zaskoczony kiedy Harry Potter wzbił się w powietrze."

– Chronili uczniów...

– A potem ty wylądowałeś na ziemi, cały i zdrowy, po tym jak zaszarżowałeś na miotle na smoki! – Blaise pokręcił na niego głową. – To strasznie dramatyczna historia, Harry. Oczywiście, że teraz cię uwielbiają.

– Oczywiście, że nic mi się nie stało. – Harry chciał zjeść więcej tostów, ale całkiem stracił apetyt. Westchnął i zamknął oczy, pocierając palcami czoło.

– Boli cię głowa? – zapytała Milicenta.

Harry zerknął na nią z ukosa, ale wyglądała na zmartwioną, a nie podejrzliwą.

– Nie – powiedział. I nie bolała, nie tak naprawdę. W ciągu ostatniego tygodnia jego blizna prawie go nie bolała. Ten ból głowy miał bardziej prozaiczną przyczynę. – Po prostu żałuję, że wciąż wałkują ten sam temat, zamiast zająć się czymś innym. – Pokręcił głową i wstał. – Chodźcie. McGonagall wciąż mi nie wybaczyła tego, że ominąłem transmutację w zeszły piątek.

Akurat wstali, kiedy Blaise, wciąż przeglądający swoją gazetę, mruknął z zaskoczeniem:

– O proszę.

Harry zamrugał.

– Co?

– Ty się chyba ściąłeś w pewnej chwili z czarownicą o nazwisku Umbridge, nie? – zapytał Blaise, zerkając na niego z zainteresowaniem. – Tutaj jest napisane, że została mianowana na szefa departamentu regulacji i kontroli magicznych stworzeń.

Harry poczuł jak serce zaczyna mu szybciej bić.

– Przecież to niedorzeczne – powiedział do nikogo konkretnego. – Nienawidziła mnie tylko dlatego, że byłem wężousty. Kto ją w ogóle dopuścił do stanowiska, na którym trzeba zajmować się rejestracją i opieką takimi jak my. Po prostu nie wierzę... – Pokręcił głową, niezdolny do ogarnięcia takiej bzdury.

Z drugiej strony, to przecież ministerstwo. A nie wszyscy w nim są jak Rufus Scrimgeour.

– To nie ma znaczenia. – Blaise złożył gazetę i wzruszył niedbale ramionami. – Czasami polityka w ministerstwie po prostu tak działa.

– Wiem. – Harry nie powiedział reszty tego, o czym myślał. Jeśli Umbridge otrzymała pozycję, z której jest w stanie krzywdzić magiczne stworzenia, to tylko przysporzy mu to więcej zmartwień. Był vatesem. Musiał to przemyśleć i co to może oznaczać w przyszłości dla magicznych stworzeń w Brytanii.

– No mów – ponagliła go Milicenta.

Harry drgnął lekko.

– Myślałem o moich sojusznikach – powiedział mimo wszystko. Starał się, ilekroć nie krył się po kątach przed ludźmi, którzy chcieli mu pogratulować pieprzonego bohaterstwa, do częstszego otwierania się przed Ślizgonami, wyjaśniania im, co go martwi i dlaczego. – Centaurach i całej reszcie. Mogą źle skończyć, jeśli za sterami zasiadł ktoś taki jak Umbridge.

– Zawsze myślisz o wszystkim z szerszej perspektywy, co? – Milicenta nie brzmiała, jakby miała mu to za złe, po prostu mówiła z namysłem.

– Zawsze.

To nie dobiegło ich od Blaise'a, który zabarwiłby to słowo ciężkim sarkazmem, ale od Dracona. Harry odwrócił się i spojrzał na niego z zaskoczeniem. Jeszcze bardziej nie wiedział jak sobie poradzić, kiedy zobaczył, że Draco patrzy na niego z oczami jasnymi od emocji, czegoś w rodzaju ciepła i swego rodzaju dumy.

Czemu on się tak na mnie patrzy? Znaczy, wiem, że jest moim przyjacielem, ale przyjaciele przecież zwykle nie patrzą tak na swoich przyjaciół.

Draco uśmiechnął się do niego lekko.

– Domyślam się, że będziesz chciał coś z tym w tej sprawie zrobić, Harry – powiedział.

– Ja... tak. – Harry pokręcił głową i poczuł, że Wielu zaczyna mu się wiercić na ramieniu. To było przyjemne odwrócenie uwagi od prób rozwikłania, dlaczego do cholery Draco się patrzy na niego w ten sposób, skoro nie zrobił niczego, żeby sobie na to zasłużyć. – Milicento, czy możesz dzisiaj ze mną pójść do Zakazanego Lasu? Chyba już czas, żebym ci znalazł owalny kamień i przedstawił cię centaurom.

Milicenta kiwnęła głową, a jej twarz się wyraźnie odprężyła.

– No nareszcie, Potter – powiedziała, ale nie brzmiała, jakby czymś ją zirytował.

– Uwaga, uczniowie.

Harry odwrócił się ze złością. Już prawie udało im się wyjść z Wielkiej Sali, ale co więcej, śniadaniowe ogłoszenia Dumbledore'a nigdy nie wróżyły mu nic dobrego.

Dyrektor nie spojrzał jednak w kierunku Harry'ego, zamiast tego postanowił błyszczeć oczami w kierunku stołów, przy których siedzieli uczniowie Durmstrangu, Beauxbatons i Gryffindoru.

– Chciałbym tylko wszystkim przypomnieć – powiedział, bez trudu pogłaśniając swój głos tak, żeby wszyscy go słyszeli – że za kilka tygodni odbędzie się bal bożonarodzeniowy – tradycja, której Hogwart zawsze się trzymał ilekroć Turniej Trójmagiczny był tutaj organizowany. Uczniowie będą zaproszeni do Wielkiej Sali na tańce i ucztę. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Bal jest ograniczony dla roczników od czwartego w górę, o ile młodszy uczeń nie zostanie zaproszony przez starszego. Suknie są wymagane jako formalny strój. Nasi reprezentanci poprowadzą pierwszy taniec. Sugeruję, żebyście czym prędzej znaleźli sobie partnerów, panie Krum, panno Delacour, panie Potter. Wasze szkoły będą liczyć na niezły popis.

To chyba nie jest drugie zadanie? pomyślał Harry z paniką, ale po chwili się uspokoił i powiedział sobie, że ma przestać zachowywać się jak idiota. Przecież znał rozkład jak wszyscy inni. Drugie zadanie odbędzie się dopiero w lutym. Nakazał sobie skończyć z tą paranoją, po czym ruszył w kierunku drzwi do Wielkiej Sali, ignorując podekscytowane mamrotanie innych uczniów. No dobrze, może to konkretne ogłoszenie nie było aż takie złe, ale kto wie, jak koszmarne przyniesie im konsekwencje. Jak do tej pory wszystkie pozostały niosły ze sobą coś złego.

– Świetnie – powiedział Blaise tonem głębokiej satysfakcji.

– Co, zastanawiasz się nad zaproszeniem swojej sympatii, Blaise? – dogryzł mu Draco zanim Harry w ogóle zdążył go zapytać o co mu chodzi.

Chłopak zarumienił się lekko, ale podniósł głowę wysoko.

– Tak się składa, że owszem. A to wymaga więcej odwagi niż w tobie kiedykolwiek się znajdzie, Draco, bo ty potrafisz tylko siedzieć po kątach i dąsać się, że twoja sympatia nie zwraca na ciebie uwagi. – Odwrócił się na pięcie i wymaszerował z sali.

– Mógłbyś po prostu z nią porozmawiać, wiesz? – powiedział Harry, łapiąc Dracona za ramię, żeby ten nie miał okazji przekląć Blaise'a. – Wiem, że nie chcesz, że się wstydzisz, ale jak inaczej ta osoba ma się dowiedzieć, że coś w ogóle do niej czujesz?

Draco obrócił się w jego kierunku tak szybko, że Harry niemal usiadł na podłodze.

– Nie wiesz – wypalił Draco, którego twarz zrobiła się w wyjątkowo chorobliwy sposób czerwona. – I nigdy tego nie zrozumiesz, Harry Potterze, póki z sufitu Wielkiej Sali nie spadnie na ciebie oświecenie, wielkimi, drukowanymi literami. – Przymrużył oczy. – I niczego się nie wstydzę.

– Teraz to już zaczynasz się robić nierozsądny – powiedział Harry, odsuwając się od Dracona. Nie było sensu się z nim spierać kiedy był w takim nastroju. – A Blaise będzie się z tobą dalej droczył, póki nie zrobisz czegoś, co się temu postawi.

Draco tylko pokręcił głową i wyszedł szybko z sali.

Milicenta i Pansy zwijały się ze śmiechu, jakby przed chwilą usłyszały najśmieszniejszy żart na świecie. Harry uznał, że wszyscy dzisiaj po prostu powariowali, po czym ruszył za Blaise'em i Draconem.


– Fuj – powiedziała Milicenta, z obrzydzeniem rzucając zaklęcie na swojego buta, które odrzuciło na bok jakiegoś gluta. Harry musiał przyznać, że łatwiej było przemierzać Zakazany Las w trakcie dnia, ale wcale nie robił się on przez to przyjemniejszy.

– No chodź, już prawie jesteśmy na miejscu – powiedział Harry. W dłoni trzymał kurczowo owalny kamień, który znalazł po kilku godzinach szukania. Nie chciał ryzykować, że go upuści i będzie musiał szukać kolejnego. Poza tym, kto wie, czy centaurom nie przeszkadzałby ubrudzony kamień? Albo upieraliby się, że powinien przynieść wyłącznie pierwszy, który znajdzie i żaden inny się nie nada?

Wiedział, że centaury ich obserwują. Osobliwe pęknięcia gałązek wokół nich i sporadyczne uderzenie kopytem o ziemię mu to podpowiedziały. Ale jeszcze do niego nie podeszli. Harry podejrzewał, że tego nie zrobią, póki razem z Milicentą nie znajdą się na łące, na której kiedyś uratował Draconowi życie.

Razem z Milicentą dotarli do jakiejś ścieżki i Harry pozwolił się sobie trochę odprężyć. Był naprawdę ładny dzień, co było niespotykane w grudniu, promienie słońca przewijały się między gałęziami, padając na nich z krystalicznie czystego nieba, które zdawało się być jaśniejsze i jakieś bardziej niebieskie niż zwykle. Otaczające ich drzewa straciły już niemal wszystkie liście, a ich pnie lśniły od szronu, odbijając światło złotawym połyskiem, a pod ich nogami liście szeleściły i chrupały, jakby wciąż rozmawiały między sobą. Harry czuł wokół siebie ożywienie lasu. Większość stworzeń załatwiała ostatnie sprawy zanim zima zdąży na dobre się rozgościć.

Za parę tygodni nastąpi przesilenie zimowe. A wtedy... wtedy spotka się z Lucjuszem Malfoyem i razem wykonają ostatni krok tańca sojuszu. Harry poczuł, jak lekki dreszcz wyczekiwania przebiega przez niego, dołączając do podekscytowania magicznych stworzeń lasu. Miał wrażenie, że wie, o co Lucjusz go poprosi, ale już nie mógł się doczekać, żeby zobaczyć to, co sam dostanie.

Wielu niespodziewanie syknęło mu na ramieniu tak głośno, że nawet Milicenta się obejrzała. Harry zatrzymał się i podwinął rękaw, pozwalając małej złoto–zielonej kobrze się zobaczyć.

– Co się stało? – zapytał, przerzucając się na wężomowę.

Intruzi – powiedział wąż. – Wyczuwamy ich. Używają tych samych zaklęć, których używali przeciw nam w naszym pierwszym domu. Szukają roju, a kiedy go znajdą, to go zniszczą. – Wąż wibrował ze złości i niepokoju. – Czemu tutaj przyszli? Skąd się wzięli?

Harry zaklął pod nosem. Obiecał Wielu, że będzie ich chronił przed łowcami i nie miał zamiaru się z tego wycofać. Odwrócił się i spojrzał na Milicentę, żeby się upewnić, że będzie mówił po angielsku.

– Łowcy – szepnął. – W lesie, szukają roju kobr.

Oczy Milicenty najpierw otworzyły się szerzej, a potem przymrużyły.

– Przecież łowcy mają zakaz wstępu do Zakazanego Lasu – powiedziała. – Chyba że... och, dajcie spokój. To by było po prostu głupie.

– Co byłoby głupie? – Harry nasłuchiwał teraz, starając się wyłapać dźwięki, które nie należały do tego lasu. Niestety, na nic. Gniazdo Wielu znajdowało się znacznie głębiej. Łowcy mogli być już w jego pobliżu, więc Harry nie byłby w stanie ich usłyszeć.

– Chyba, że ministerstwo zniosło ten zakaz – powiedziała Milicenta, wyraźnie zdegustowana. – Chyba, że wydali jakiś specjalny edykt, który pozwolił na polowania. Zrobili już tak kiedyś, pięćdziesiąt lat temu, kiedy ostatnim razem otworzono Komnatę Tajemnic i bestia szalała po szkole. Wydawało im się, że może mieć legowisko w lesie, więc pozwolili łowcom na wejście i zniszczenie go, jeśli tylko je znajdą.

Harry wzdrygnął się lekko na wzmiankę o Komnacie – wspomnienie, które prześladowało go, kiedy w jego pobliżu znajdowali się dementorzy – ale to uczucie szybko zostało zalane falą gniewu, która pojawiła się zaraz po nim. Kiedy zrobił krok przed siebie, pod jego stopą pojawił się świeży lód.

– Umbridge – warknął cicho. – Dostała się do władzy, która jej to umożliwiła, założę się, że pamiętała, że rozmawiałem z rojem kobr i że wypuściłem je w tym lesie na wolność. Sfora mogła jej o tym powiedzieć. Co za zdzira.

– Co chcesz teraz zrobić? – Milicenta strząsnęła przedramieniem, pochwyciła zręcznie wylatującą różdżkę, po czym przechyliła głowę na bok, jakby w ogóle się nie bała. Harry podejrzewał, że pewnie nawet tak jest. Jego furia nie była wycelowana w nią.

– Uratuję Wielu – powiedział Harry, ale jego umysł już leciał w kierunku innego planu. Jego złość była większa niż się spodziewał. Rozumiał to jednak. Umbridge była do tej pory zaledwie maleńkim cierniem u jego boku. Chciała stać się większym, ale nie miał zamiaru jej na to pozwolić. W głowie też formował mu się plan, dobry sposób na pozbycie się jej na dobre. – Sprawię, że Umbridge wyleci z roboty. Zmanipuluję kilku ludzi. No wiesz, to co zwykle.

Milicenta roześmiała się za nim, a jej głos był pełen mrocznych obietnic.

– Świetnie – powiedziała. – Zastanawiałam się, jak miałeś zamiar utrzymać passę po tym numerze ze smokami. Prowadź, Potter.

Harry postanowił, że nie weźmie sobie do serca jej doboru słów. Syknął na Wielu, a ci zaprowadzili jego i Milicentę w kierunku gniazda. Harry poukładał sobie plan w głowie i syknął – dźwiękiem nie należącym do wężomowy – kiedy usłyszał przed sobą kroki.

A mogliście zostawić moich sojuszników w spokoju, pomyślał. Mogliście ich wszyscy po prostu zostawić w spokoju.

Przykucnął, gestem nakazując Milicencie, żeby się nie ruszała, po czym wyjrzał pomiędzy gałęziami jakiegoś późnojesiennego krzaka, który jeszcze nie stracił wszystkich liści. Zobaczył dwóch czarodziejów, cokolwiek mizernych, ubranych w szaty, które swoim brązem i szarością wtapiały ich w tło lasu. Byli odwróceni do niego plecami, pochyleni lekko nad dziurą w ziemi, w której, z tego co Harry'emu było wiadomo, znajdował się rój. Rozmawiali o czymś, głosami zbyt przyciszonymi, żeby Harry był w stanie ich usłyszeć ze swojego miejsca. Różdżka jednego z nich strzeliła fioletowymi iskrami zaklęcia, którego Harry nie rozpoznał.

– Co teraz? – szepnęła Milicenta.

Harry syknął cicho do Wielu w wężomowie. Wąż odsyknął z entuzjazmem, po czym ześlizgnął mu się z ręki i opadł na ziemię. Przemknął obok czarodziejów, nie atakując ich i wykorzystał swoją więź z rojem, żeby do niego przemówić. Harry podniósł brew i czekał.

Rozmowa czarodziejów dobiegła końca. Ten, który miał na końcu różdżki ciemnofioletowe zaklęcie wyrzucił ręce w górę, jakby zgadzając się na coś, po czym zrobił krok w tył, ustępując drugiemu pierwszeństwa w ataku. Drugi zrobił krok przed siebie, przechylając lekko głowę, tak że Harry był w stanie zobaczyć kawałek jego twarzy. Mrużył z determinacją oczy, jakby wydawało mu się, że będzie w stanie zobaczyć w głąb gniazda samą siłą woli.

Wielu wystrzeliło z jamy niczym wijący się kwiat.

Tuziny złoto–zielonych kobr ruszyło prosto na czarodziejów, którzy odskoczyli do tyłu z zaskoczenia. Ten, który był bliżej, szybko podniósł różdżkę i zaczął inkantować zaklęcie, które prawdopodobnie miało uwięzić albo zniszczyć węże.

Rzucił niewerbalne, bezróżdżkowe Protego. Usłyszał jak Milicenta bierze gwałtowny oddech, kiedy tarcza zamanifestowała się nad kobrami, odbijając od nich zaklęcie czarodzieja, chociaż nie był pewien co ją tak zaskoczyło. Machnął ręką, rad, że jego magia wciąż pozostawała w jego ciele, i rozciągnął tarczę nad wijący się strumień, który oderwał się od grupy, żeby zaatakować drugiego czarodzieja.

Ten się nie cofnął już dalej i zdawał się być mniej przestraszony od swojego kompana. Na jego twarzy pojawiło się wyjątkowe obrzydzenie, po czym zaczął statecznie inkantować jakieś zaklęcie. Harry podejrzewał, że to również nie przebije się przez jego tarczę, ale wyglądało na to, że to był dobry moment, żeby się wtrącić.

Wybiegł zza krzaków, sycząc z paniką i machając rękami. Tak naprawdę mówił tylko "tak jak ustaliliśmy, żeby ci kretyni nie zorientowali się co jest grane", ale dla czarodziejów i Milicenty pewnie to zabrzmi jak rozkaz.

Wielu zbiegło się z powrotem z głośnym trzaskiem, który rozległ się, kiedy setki łusek uderzyło o siebie. Odwróciło się w jego kierunku, wiele małych główek w tej samej chwili. Harry czuł, jak ich umysł przeskakuje z ciałka do ciałka, po czym wreszcie skupia się w jednym, który akurat był wysunięty najbardziej w jego kierunku.

– Jak ustaliliśmy – syknął znowu Harry.

Wielu zaczęło się chwiać z boku na bok, jakby naprawdę były oczarowane samą jego obecnością. Harry'emu aż dech zaparło, ale uklęknął i wyciągnął ku nim ręce, sycząc ciąg uspokajających słów. Wielu przelało się w jego kierunku, powoli, po czym ruszyło szybciej i wspięło się po jego ciele.

Harry wstał, opleciony kobrami zupełnie jak kiedyś w Alei Śmiertelnego Nokturnu i pozwolił, żeby obwąchały go językami po twarzy. Ciało, które obecnie zawierało w sobie umysł całego roju, owinęło się wokół jego szyi, a jego łeb zawisł mu przed oczami. Harry spojrzał na nie, podziwiając sposób, w jaki promienie światła przebijały przez jego kaptur. Wciąż się bał, ale to uczucie było wyjątkowo przytłumione. Nie obawiał się, że Wielu faktycznie chce zrobić mu krzywdę; wiedział tylko, że jest w stanie to zrobić i to wystarczało, żeby przed wszystkim czuł do nich poważny szacunek. Niech chociaż jedno z nich napluje mi w oczy, a będę ślepy do końca życia. Nie ma leku na tę truciznę, ani magicznego ani mugolskiego. Pamiętaj o tym, Harry.

– Cicho teraz? – syknął.

Ich falujące głosy odpowiedziały szepczącym "tak", po czym nagle wszystkie ucichły. Harry musiał przyznać, że efekt był imponujący.

Wziął głęboki oddech i podniósł wzrok na dwóch czarodziejów. Ten, który miał na końcu różdżki fioletowe iskry wciąż trzymał ją wyciągniętą, ale zdawał się być kompletnie zagubiony i niepewny, co powinien teraz zrobić albo powiedzieć. Drugi kiwał głową, a jego wyraz twarzy był nieco przyjemniejszy.

– Jesteś Harry Potter – powiedział. – Czytałem o tobie w gazetach. Śmiertelnie niebezpieczne stworzenia zdają się do ciebie lgnąć. – Sprawił, że to zabrzmiało jak wyzwanie.

Czyli jednak nie pójdzie tak łatwo. Harry wplótł tę informację w swój plan, adaptując go nieco i zamrugał.

– Przepraszam – powiedział, skupiając się mocno na łowcach, żeby nie odezwać się przez przypadek w złym języku. – Po prostu zmartwiłem się, że was skrzywdzą. Nie udało mi się wymyślić innego sposobu na to, żeby was uratować. – Uśmiechnął się i wzruszył lekko ramionami, przez co Wielu syknęło z rozdrażnieniem. – Cieszę się, że zdążyłem w porę i nic wam nie jest. Skupię się na tym, kiedy będą mnie zabijać.

– Co? – wypalił czarodziej z fioletowymi światłem na różdżce. Harry był rad, że Milicenta postanowiła zostać w cieniu, bo pewnie byłaby jego deklaracją równie zaskoczona co wszyscy.

– Och, Wielu żąda ofiary od wężoustego, który ośmieli się im zabrać ofiarę spod nosa. – Harry zamrugał na nich, upewniając się, że wygląda, jakby uważał, że to wiedza powszechna. – Ostatnim razem przerwałem im w Alei Nokturnu, ale udało mi się odwrócić ich uwagę, bo zaoferowałem im bezpieczne miejsce w tym lesie. Teraz jednak już nic innego mi nie pozostało. Ale to nie szkodzi. Przynajmniej udało mi się was uratować. – Zamknął oczy i podniósł głowę.

– Czekaj – powiedział czarodziej, który przed chwilą go oskarżał o przyjaźnienie się ze wszystkim co niebezpieczne. – To nie… nie możemy ci pozwolić umrzeć w ramach ratowania nas.

Harry otworzył znowu oczy i uśmiechnął się do niego pocieszająco.

– Oczywiście, że możecie – powiedział. – Wydaje się wam pewnie, że to jakaś sztuczka, czy podstęp. Prosiłbym was jednak, żebyście zaczęli uciekać jak tylko się na mnie rzucą. Nie będę już wtedy w stanie je powstrzymać, a po wszystkim mogą dojść do wniosku, że wciąż są głodne.

Czarodziej z fioletowym światłem na końcu różdżki wyprostował się.

– Nie mogę ci na to pozwolić – powiedział cicho. – Harry Potterze, nazywam się Tybalt Starrise. Czy przyjmiesz ode mnie dług życia? Musisz żyć, żeby go przyjąć, a potem go wypełnić.

Harry zamrugał na niego. Teraz, kiedy mu się przyjrzał, to faktycznie był w stanie zobaczyć rodzinne podobieństwo do przystojnego człowieka z dzwoneczkami we włosach, którego spotkał w ministerstwie podczas równonocy wiosennej. Tybalt wyglądał, jakby spędził całe życie buntując się przeciw wszystkiemu, czego jego rodzina usiłowała go nauczyć, ale w jego mocno zaciśniętych ustach widoczny był honor, a jego błękitne oczy patrzyły na niego spokojnie i stanowczo.

Harry przypilnował, żeby jego głos brzmiał ponuro.

– Nie wiem czy mi się uda. No wiecie, Wielu chce mnie teraz zabić za to, że przeszkodziłem im w obiedzie.

Tybalt pokręcił głową.

– Nie mogę do tego dopuścić – powiedział. – Czy możesz im powiedzieć, że chciałbym się zaoferować w twoje miejsce? – Jego oczy były teraz pełne lęku, ale nie wyglądał, jakby miał zamiar się już z tego wycofać.

Świetlistym zawsze można ufać, że będą honorowi aż po grób. Harry właściwie na to liczył, inaczej jego plan by nie wypalił.

– Mogę ich zapytać – powiedział. – Ale wydaje mi się, że im bardziej zależy na zabiciu tego, kto jest w stanie z nimi rozmawiać, a nie na odzyskaniu ich ofiary. Chyba że… – Przygryzł wargę i zaczął ją lekko żuć, jakby właśnie przyszło mu coś do głowy.

– Co? – Tybalt pochylił się do przodu z twarzą pełną nadziei. Drugi czarodziej prychnął, jakby wciąż starał się zachować pozory wątpliwości, ale jego oczy niepewnie przeskakiwały między jego partnerem a Harrym.

Harry syknął na Wielu.

– Teraz musicie zabrzmieć przekonująco – powiedział. – Czy możecie wszyscy syknąć jednocześnie? Nie musicie nic mówić, po prostu syknijcie, byle imponująco.

I tak Wielu właśnie zrobiło. Dźwięk wezbrał i rozniósł się po łące, a Harry był w stanie usłyszeć z jak wielu różnych głosów się składa, czego zwykle nie był w stanie zrobić, bo wszystkie mówiły chórem. Partner Tybalta cofnął się o krok. Tybalt nawet nie drgnął, nie spuszczając twarzy Harry'ego z oczu.

– Chcą się tu poczuć bezpiecznie – wyjaśnił Harry. – Dlatego są tak złe, że chcą mnie zabić. Ścigano je i prześladowano w ich starym domu, a teraz założyły tutaj gniazdo i złożyły jajka. Powiedziały, że są gotowe mnie wypuścić, jeśli będę w stanie im obiecać, że będą bezpieczne. – Spojrzał Tybaltowi w oczy. – Ale to by oznaczało, że już żaden łowca nie może tu się pojawić.

Czarodziej za Tybaltem prychnął.

– To niewykonalne. Ministerstwo dało nam autorytet do wykonania tego zadania, ale jeśli wrócimy z pustymi rękami, to po prostu wyślą kogoś innego.

– John, czasami straszny z ciebie idiota – powiedział Tybalt, wciąż nie odrywając oczu od Harry'ego. – Jemu wcale nie chodzi o to, że po prostu mamy sobie pójść i już nigdy nie wrócić. Prawda, Lordzie Potter?

– Nie jestem żadnym Lordem – powiedział ostro Harry zanim zdążył się powstrzymać. Jego magia strzeliła wokół niego niczym płachta ołowiu, na moment opuszczając jego ciało. Tybalt zamrugał, po czym kiwnął głową.

– Twoja magia daje ci prawo do tego tytułu, ale świadectwo z twoich ust jest warte zaprzeczenia tej prawdzie – powiedział formalnym tonem. – Czyli chcesz, żebyśmy uderzyli w źródło. Pozbyli się problemu u jego nasady.

– Tak. – Harry podniósł brew. Chyba poznałem już go dość, czas działać. – Mam powody, żeby wierzyć, że Madam Umbridge uchwaliła te nowe prawa tylko dlatego, że chciała się na mnie zemścić. Była w pokoju, kiedy zostałem porwany i sprowadzony na nielegalne przesłuchanie. Nie lubi mnie i prawie na pewno pamięta, że tego samego dnia wypuściłem Wielu do ich nowego domu. Jej nie obchodzi litera prawa ani bezpieczeństwo publiczne, działa wyłącznie z własnych pobudek.

Tybalt skrzywił usta, a w jego oczach zapłonął ogień. Harry kiwnął głową, tak delikatnie, że tylko Wielu było w stanie zwrócić uwagę na ten ruch. Tak myślałem. To pewnie był Gryfon. Nie podoba mu się, że ktoś wykorzystuje prawo w niehonorowych zagrywkach.

– Myślę, że będziemy w stanie coś z tym zrobić – powiedział cicho Tybalt. – Mojemu wujowi nie wolno udzielać się w polityce przez najbliższy rok, ale to nie znaczy, że cała nasza reszta jest bezradna. – Obejrzał się na stojącego za nim czarodzieja. – Naprawdę ci się wydaje, że możemy tak po prostu wrócić i udawać, że nigdy o tym nie słyszeliśmy, John?

Drugi czarodziej powoli pokręcił głową. Harry zobaczył, że z jego twarzy wreszcie zniknęły ostatnie ślady wątpliwości, ale nie pozwolił sobie na odetchnięcie z ulgą. Udało mu się. Przekonał ich i, jak go potem pouczyła Milicenta, przekazał część odpowiedzialności komuś innemu. Ci ludzie będą w stanie działać wewnątrz ministerstwa znacznie szybciej i wydajniej niż on by kiedykolwiek mógł – i skuteczniej, jeśli czegokolwiek nauczyli się od Scrimgeoura. Dni, w których Umbridge będzie w stanie dalej wprowadzać w życie prawa wymyślane przez jej własną gorycz i żal, są już policzone.

– W takim razie proszę – powiedział – upewnijcie się, że Madam Umbridge nie uchwali już więcej takich praw.

Tybalt kiwnął głową. Wyglądał na cokolwiek rozkojarzonego. Harry już miał powtórzyć to, co powiedział, kiedy Tybalt zaczął mamrotać pod nosem:

– Mój wuj był w twoim pobliżu, ale ja nie. Nie chciał mi nic powiedzieć o twojej mocy, kiedy go o nią zapytałem, rzucił tylko coś, że to niewłaściwy temat do omawiania, przynajmniej póki się nie zadeklarujesz Światłu albo Mrokowi. Uśmiechał się jednak, kiedy w gazetach pojawiły się nowe historie na twój temat. Teraz już rozumiem, dlaczego. Wybacz, nie przedstawiliśmy się jeszcze jak należy. Nazywam się Tybalt Starrise, starszy syn Alby Starrise i jej męża Tyberiusza Griffinsnesta, siostrzeniec Augustusa Starrise'a. – Pokłonił się płytko, po czym pociągnął Johna za rękę, żeby ten stanął obok niego. – A ten niekiedy chamski czarodziej to mój łączony partner, John Smythe–Blyton.

John mruknął coś, co zabrzmiało nieszczególnie miło, ale i tak pokłonił się lekko Harry'emu. Był mugolakiem, przynajmniej to Harry był w stanie wydedukować z jego nazwiska. Patrzył na Harry'ego ze szczególnym połączeniem podziwu i niedowierzania.

– Przecież to nie tak, że mieliśmy wcześniej okazję do przedstawienia się sobie nawzajem jak należy – powiedział Harry, rozdarty między zaciekawieniem i rozbawieniem. – Czemu teraz?

– Ponieważ magia, którą czuję wokół ciebie, jest po prostu nadzwyczajna – powiedział Tybalt, odchylając głowę i zamykając oczy, jakby się cieszył ciepłem padających na niego promieni słońca. – I nie powinna być przez nikogo ignorowana. Nie wiem, co mój wuj sobie wyobrażał, że wycofał się z polityki zaraz po tym jak cię poznał, ale chcę nadrobić jego zaległości i naprawić ten błąd. Wyślę ci niebawem formalny list uznania.

– Czy chcesz, żebym został Świetlistym Panem? – zapytał Harry. Czuł się niezręcznie przez to, co widział na twarzy Tybalta. Lepiej rozwiać od razu wszelkie iluzje. – Bo chyba powinienem od razu zaznaczyć, że raczej nim nie zostanę.

– Nie – szepnął Tybalt. – Tu chodzi tylko o magię. Nie rozumiesz tego, nie tak naprawdę, ale czemu byś miał? Żyjesz w samym jej środku. – Otworzył oczy i uśmiechnął się do Harry'ego. – Skontaktuję się z tobą, chyba, że z jakiegoś powodu tego nie chcesz. – Miał na twarzy cierpliwy wyraz kogoś, kto jest gotów go wysłuchać i zrozumieć, jeśli Harry mu odmówi.

Harry zmarszczył brwi. Czemu nagle zdobywam sojuszników po świetlistej stronie barykady? Podejrzewał, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale i tak go to zastanawiało. Kiedy otoczył go kordonek mrocznych czarodziejów, to pogodził się z myślą, że żaden świetlisty już nie zwróci na niego uwagi, zwłaszcza kiedy dowiedzą się, że jest wężousty.

– Nie zabronię ci – powiedział wreszcie. – Ale może się okazać, że twój wuj miał rację ignorując twoje pytania.

– Miał rację, że nie chciał o tobie rozmawiać – powiedział Tybalt. – Ale popełnił błąd, odcinając się. – Pokłonił się Harry'emu po raz ostatni. – Zrobimy co w naszej mocy, żeby ograniczyć ruchy Madam Umbridge. Na szczęście znamy kilka jej słabych punktów. Dziedzictwo bliskiej znajomości naszego wuja z ministrem. – Kiwnął głową, jakby to było wszystko, po czym ruszył w kierunku drzew. John szedł zaraz za nim, oglądając się od czasu do czasu na Harry'ego jak ktoś, kto nie do końca ogarniał tego, co właśnie zaszło, ale miał zamiar zaufać swojemu partnerowi w tej kwestii.

Harry pokręcił głową, po czym odwrócił się w kierunku roślin, za którymi kryła się Milicenta, podczas gdy Wielu zaczęło opadać z jego ciała.

– Możesz już wyjść – powiedział.

Milicenta ruszyła przed siebie. Oczy jej lśniły, a na ustach pojawił się lekki uśmiech.

– Jesteś zła? – zapytał Harry, który w żaden sposób nie był w stanie zinterpretować jej miny. – W końcu to był świetlisty czarodziej.

– A ty przysiągłeś mojej mamie, że będziesz się bawił z moją siostrą, Harry – powiedziała sucho Milicenta. – Nie. Nie zła. Zaskoczona i w sumie sama nie rozumiem, co mnie w tym tak zaskoczyło. Powinnam była przewidzieć to, jak szeroki będzie twój zasięg.

Harry wywrócił oczami i zaczekał aż na jego ręce została tylko jedna część Wielu, po czym odwrócił się i zaprowadził Milicentę w kierunku łąki z szubienicą. Po tym, co przed chwilą miało miejsce, podejrzewał, że ich spotkanie z centaurami będzie cokolwiek antyklimatyczne.


Harry oparł się o kanapę i przeciągnął. Jakby nie patrzeć, dzień ułożył się naprawdę pomyślnie. Centaury widziały ich spotkanie z Tybaltem i Johnem i nie zrobiły wiele zamieszania w kwestii przyjęcia Milicenty jako przedstawiciela. Podejrzewał, że pomogło, że Milicenta nie gapiła się na nich, ani nie zachowywała się jakby centaury były "półkrwi", jak to ich nazywali niektórzy czystokrwiści czarodzieje. To z całą pewnością byłoby koszmarnym początkiem ich znajomości.

Zaczął się mościć i układać inaczej, żeby znaleźć jakąś wygodniejszą pozycję do czytania swojej książki napisanej w wężomowie, która była naprawdę ciężka i nagle usłyszał zirytowany dźwięk od strony Dracona. Harry wyszczerzył się do swojego przyjaciela. Draco siedział na podłodze obok kanapy i odrabiał pracę domową z astronomii, oparty plecami o kanapę, trzymając głowę niedaleko nóg Harry'ego. Wyglądało na to, że Harry w tym całym swoim kokoszeniu się w pewnym momencie go przypadkiem kopnął.

– Przykro mi – powiedział Harry, dobrze wiedząc, że wcale nie brzmi jakby mu było przykro – ale nie powinieneś był kłaść głowy na drodze mojej stopy.

Draco skrzywił się na niego. Harry wiedział, że to nie było na poważnie. Właściwie to chwilę potem mina się rozmyła i pozostawiła po sobie ten sam wyraz dumy i ciepła, z którym Draco przyglądał mu się tego ranka. Harry podniósł brwi. Chce mi coś powiedzieć. Ciekawe co?

– Harry… – zaczął Draco.

– Ej! Potter! – zawołał od drzwi Montague, jeden ze starszych uczniów. – Ktoś chce się z tobą zobaczyć!

Harry zamrugał i odłożył na bok swoją książkę wężomowy, która czasami bywała naprawdę fascynująca, ale zazwyczaj naprawdę sucha; to były historie o sławnych wężoustych, ale zdawały się zwykle raczej skupiać wokół tego, z kim się ochajtali i ile mieli z nimi dzieci. Jego gość musiał być kimś z innego domu, ale nie miał pojęcia, kto to mógłby być. Nikt nie wydawał się dzisiaj starać jakoś o jego uwagę podczas posiłków czy zajęć, a przecież łatwiej załatwić wszystko wtedy, zamiast go szukać po lochach.

– Zaraz wrócę, Draco – wymamrotał i podreptał w kierunku drzwi. Draco zignorował subtelną prośbę i ruszył za nim.

Luna Lovegood stała w korytarzu, z rozkojarzeniem w oczach i cierpliwością wypisaną na twarzy przyglądając się sufitowi. Harry uśmiechnął się i poczuł, że się odpręża. Oczywiście, że przyszłaby kiedykolwiek, kiedy tylko by jej to przyszło do głowy. Ciekawe, o czym jej mówią kamienie?

– Co się stało, Luna? – zapytał łagodnie, żeby jej nie przestraszyć.

– Kamienie mówią mi o jeziorze – powiedziała Luna. – Wyczuwały, jak mija je wiele ryb, ale żadnych nargli. Jak dziwnie. Czy wybierzesz się ze mną na bal bożonarodzeniowy, Harry?

Harry zamrugał, zaskoczony nagłą zmianą toru rozmowy, po czym zamrugał po raz kolejny, kiedy się zorientował o co go poprosiła. Przyjrzał się Lunie ostrożnie, ale jej twarz była absolutnie szczera. Wiedział, że nie zażartowałaby sobie w ten sposób – nie była taka, pewnie by to nawet jej do głowy nie przyszło – ale ktoś mógł sobie zażartować w ten sposób z niej.

– Jesteś pewna, że chcesz ze mną pójść na ten bal? – zapytał, sprawdzając grunt.

Luna kiwnęła głową, wpatrzona w dal.

– Oczywiście. Chyba, że masz już kogoś, kto cię na niego zabierze. Wtedy po prostu pojawię się, żeby potańczyć. – Uśmiechnęła się mgliście. – Lubię tańczyć.

Harry uśmiechnął się wbrew sobie. Ostatecznie to nie tak, że ktokolwiek inny by go przecież zaprosił. A nawet jeśli, to raczej nie ufałby innym ofertom. Ludzie, którzy uważali go – skrzywił się – za bohatera nie chcieliby zaprosić go dlatego, że go lubili, ale po prostu po to, żeby się pławić w swego rodzaju odbitej od niego chwale. Mam nadzieję, że Connor znajdzie sobie kogoś, kto naprawdę będzie chciał tańczyć z nim, a nie po prostu z reprezentantem. Nie miał jednak żadnych wątpliwości co do tego, że Luna naprawdę miała to na myśli.

– W takim razie oczywiście, Luna. Będę zaszczycony.

Luna kiwnęła mu głową, po czym odwróciła się i powędrowała w górę holu. Harry odprowadził ją wzrokiem, kręcąc głową. Ciekawe, czemu zaprosiła akurat mnie? Może zdaje sobie sprawę, że jestem jednym z niewielu ludzi, którzy wzięliby ją na poważnie.

Wszedł z powrotem do pokoju wspólnego i rozejrzał się.

– To co mi chciałeś powiedzieć, Dra…

Zamarł, orientując się, że Dracona nigdzie nie ma. Rozejrzał się w kilku kierunkach, ale wciąż nie potrafił znaleźć Dracona w pokoju głównym, a chwilę potem usłyszał trzask drzwi z góry. Westchnął. Jak to usłyszał to się pewnie zorientował, że sam nie ma jeszcze randki. No, przykro mi bardzo, ale mógłby po prostu wreszcie zapytać tej swojej cholernej sympatii, to nie miałby teraz takiego problemu.

Ruszył w kierunku kanapy, żeby wznowić lekturę. Był w połowie drogi, kiedy Pansy wybuchła śmiechem. Harry obejrzał się na nią i zobaczył, że oczy jej się świecą, kiedy patrzy na niego. Kryła dolną połowę twarzy za książką, ale w bardzo wyraźny sposób wciąż się śmiała.

– No co? – zapytał.

– Draco jest taki śmieszny – powiedziała, jakby w ramach wyjaśnień, po czym położyła się na dywanie i zaczęła zwijać ze śmiechu.

Harry westchnął i wrócił do czytania. Naprawdę mi go żal, ale musi wreszcie przemóc tą swoją nieśmiałość. Ludzie będą sobie tylko z niego kpić póki tego nie zrobi. Poza tym, kto wie, może nawet ta jego sympatia czuje do niego to samo. Chyba byłby wtedy szczęśliwszy. Strasznie poważnie do tego podchodzi.