To tylko taki maleńki rozdzialik, którego zadaniem będzie powiązanie ze sobą pewnych końców, które jeszcze przez jakiś czas nie zostaną poruszone (bo inne sprawy muszą się najpierw wydarzyć). Nie chcę, żeby te sytuacje wydarzyły się kompletnie poza sceną, więc zdecydowałam się umieścić je tutaj. Wciąż mam zamiar zamieścić dzisiaj jeszcze normalny rozdział, mam nadzieję, że nie będę musiała zbyt często uciekać do tego zabiegu, ale uważam, że nadchodzące rozdziały stanowią konkretne całości dzięki łączącym je wątkom i motywom, więc gdyby te części w nich wylądowały, to wyglądałyby na wciśnięte na siłę.
Dodatek: Dwie rozmowy i przemyślenia
– No i udało się.
Draco podniósł głowę i łypnął ponad ramieniem na Blaise'a, kiedy ten wmaszerował do sypialni chłopców z czwartego roku. Blaise zatrzymał się na moment i zachichotał na jego widok, po czym usiadł na swoim łóżku i zaczął się przyglądać Draconowi z lekkim uśmiechem.
Cisza ciągnęła się i ciągnęła, aż w końcu Draco nie zgrzytnął zębami.
– Co ci się udało? – wypalił. Chciał się w spokoju podąsać na ślepotę Harry'ego, ale skoro już Blaise postanowił mu przeszkodzić, to może okaże się, że ma coś ciekawego do powiedzenia.
– Zaprosiłem moją sympatię na bal bożonarodzeniowy. – Blaise przyjrzał się jednej ze swoich dłoni, jakby próbował ustalić czemu Draco ma w ogóle jakieś wątpliwości co do tego. Ta postawa doprowadzała Dracona do szału. – I zgodziła się. – Spojrzał w górę i puścił Draconowi oczko. – Więc przynajmniej jeden z nas wybierze się na bal z kimś, z kim naprawdę chce iść.
Draco cisnął poduszką w jego głowę. Blaise odchylił się do tyłu, pozwalając jej przelecieć nad sobą, po czym ze śmiechem wyprostował się z powrotem, odrzucając ją w Dracona. Draco nie był na to przygotowany. Burknął, kiedy oberwał poduszką w twarz.
– No daj spokój – powiedział Blaise, kiedy Draco rzucił poduszką w kąt łóżka. Draco był w stanie wyczuć jego emocje, bo Harry'ego nie było w pokoju, żeby go przed tym ochronić i czuł, że wszystkie były chłodne, skupione wokół zimnej radości i czegoś, co chyba było współczuciem. – Im dłużej odciągasz porozmawianie z nim o tym, tym bardziej się tym denerwujesz. I to zaczyna oddziaływać też na innych ludzi – łącznie z nim, a chyba wszyscy możemy się zgodzić, że nikt nie chce tutaj mieć rozzłoszczonego Harry'ego. Nie rozumiem, czemu nie zrobisz nam wszystkim przysługi i nie zaprosisz go na ten głupi bal.
– On już ma z kim iść – powiedział Draco. Słowa kuły go w usta, jakby wypluwał pszczoły. – Nie chce iść ze mną.
Blaise warknął, a jego emocje zrobiły się gorące.
– Bo go nawet nie zapytałeś, ty przeklęty kretynie! Jak on się miał o tym dowiedzieć, skoro mu nic nie powiedziałeś? Przecież nie czyta ci w myślach.
– Cała wasza reszta jakoś nie ma z tym problemów. – Draco przewrócił się na plecy i zamknął mocno oczy. Nie chciał, żeby w głowie po raz kolejny odbiła mu się echem przyjemność w głosie Harry'ego, kiedy ten przyjmował zaproszenie Pomyluny. To było oczywiste, że Harry naprawdę chciał tam pójść z tą wariatką. Wyglądało na to, że w ogóle go nie obchodzi fakt, że to była tylko przyjaciółka, z którą od czasu do czasu rozmawiał, a nie osoba, która trwała u jego boku od chwili, w której został przydzielony do Slytherinu. – Nie rozumiem, jak to może do niego nie trafiać.
– Może dlatego, że ma pomieszane w głowie? – zapytał Blaise. – Dosłownie.
Draco znowu usiadł. Nuta pogardy w tonie Blaise'a skłoniłaby go do tego nawet, gdyby ten ujął to jakoś mniej obcesowo.
– Zamknij się – szepnął, a ton jego głosu sprawił, że Blaise pobladł lekko. – Nie masz pojęcia, przez co on przeszedł.
– No nie, nie dokładnie. – Blaise podniósł podbródek. – Ale gołym okiem widać, co mu to zrobiło z psychiką, Draco, i tak, on naprawdę ma pomieszane w głowie. Może nie tak, jak ta jego randka, to prawda, ale w inny sposób. Twierdzisz, że znasz go lepiej niż ktokolwiek tutaj. A mimo to siedzisz i czekasz, aż Harry zacznie się zachowywać jak normalny człowiek. Z takim podejściem to jeszcze sobie poczekasz. – Pokręcił nagle głową i prychnął. – I czemu ja ci w ogóle udzielam porad sercowych? To przecież nie tak, że sam mi jakoś próbowałeś pomóc po tym, jak się dowiedziałeś, że się w kimś podkochuję. – Wstał i ruszył do drzwi.
– Przecież poradziłem ci, że masz przestać rysować lwy na swoich pracach domowych! – krzyknął za nim Draco, bo nie był w stanie pozwolić mu sobie pójść bez dogryzienia mu w jakiś sposób. – To Gryfonka, prawda?
– Nie twój cholerny interes. Dowiesz się, jak zobaczysz ją u mojego boku podczas balu bożonarodzeniowego – rzucił Blaise przez ramię. – Na którym, pozwól, że ci przypomnę, Harry będzie tańczył z Pomyluną.
Zamknął drzwi za sobą zanim Draco zdążył rzucić w niego kolejną poduszką.
– To nie ma sensu – powiedział Ron i opadł na jedną z ławek, dysząc ciężko. Harry zobaczył, jak ta przechyla się niebezpiecznie i szybko rzucił zaklęcie, które utrzymało ją w pionie. Te klasy opuszczono nie bez powodu, a potem wypełniono je starymi, zepsutymi meblami. Ron, ocierając pot z czoła i łapiąc tą samą ręką różdżkę, przez co ta też się zrobiła obślizgła, nie zwrócił na to uwagi. Zamrugał ponuro na Harry'ego. – Nigdy mi się to nie uda.
– Oczywiście, że ci się uda. – Harry pilnował, żeby jego głos był miękki i kojący. Nie chciał się złościć na Rona. Kilka ostatnich dni spędził w mgiełce irytacji, bo Draco się robił po prostu niemożliwy i obrażał wszystkich w zasięgu wzroku, a rozprawa Snape'a zbliżała się wielkimi krokami, przysparzając mu jeszcze więcej nerwów. Gdyby się skoncentrował, to naprawdę łatwo byłoby mu przelać całą irytację na coś takiego jak to – sytuację, w której wydawało mu się, że robią konkretne postępy. On naprawdę lubił być zajęty, lubił kończyć to, czego się podjął, a dzisiaj miał zamiar zniszczyć blokadę na magii Rona. – Właśnie dlatego wybrałem takie zaklęcie. Twoja rodzina była świetlista już od kilku pokoleń, więc powinieneś być w stanie wykonać je bez większego trudu.
Ron pokręcił głową.
– Nie rozumiesz – powiedział głosem, który był ciężki od zniechęcenia, które zrodziło się po latach prób i porażek. – Ja już od dawna próbowałem różnych rzeczy, tej blokady po prostu nie da się zdjąć. To bez sensu.
Harry przymrużył oczy. Usiłował skłonić Rona do przywołania do siebie konkretnej ilości magii przed spróbowaniem tego, co w jego mniemaniu powinno zniszczyć blokadę, ale może jednak powinien zacząć od zniszczenia.
– No tak – mruknął, przeciągając zgłoski. – Powinienem był się domyślić.
Odwrócił się i ruszył przed siebie, jakby miał zamiar wyjść z klasy. To była ta sama sala, w której zwykle wszystkich uczył, ale teraz byli w niej sami.
Rozległy się za nim szybkie kroki i po chwili Ron złapał go za ramię.
– Co to miało znaczyć? – zażądał.
Harry obejrzał się na niego przez ramię. Piegi Rona znacznie bardziej rzucały się w oczy, kiedy był blady. Harry prychnął.
– Po prostu powinienem był się domyślić, że tak naprawdę nie jesteś Gryfonem – powiedział beznamiętnie. – Gryfon próbowałby dalej. Gryfoni się nie poddają. Tak mi się wydawało, że coś długo siedziałeś pod tiarą. Chciała cię pewnie przydzielić do Hufflepuffu, co?
– Wcale nie! – wrzasnął Ron, rumieniąc się wściekle. – Jestem Gryfonem do szpiku kości! Moja rodzina zawsze była w Gryffindorze! Odwołaj to!
– Niby czemu? – Harry wywinął się pod jego uchwytu gestem, który, choć sam w sobie był bardzo prosty do wykonania, wyglądał, jakby wymagał znacznie więcej wysiłku. Odsunął się od Rona i prychnął na niego. – W ogóle po tobie nie widać, żebyś był Gryfonem. Kłóciłeś się z tiarą przydziału, żeby cię przydzieliła do domu Godryka, ale jak przychodzi co do czego, to wycofujesz się z podkulonym ogonem!
– Wcale nie!
Harry spojrzał Ronowi prosto w oczy i zobaczył jak ten robi się coraz bardziej zły. Przypilnował się, żeby się nie uśmiechnąć, kiedy zauważył, że blokada zaczyna puszczać w szwach. Mógłby zniszczyć tym cały efekt.
– No to mi to udowodnij – powiedział, pociągając nosem. – Wykonaj to zaklęcie to ci uwierzę. A jak ci się nie uda, to pójdę do dyrektora Dumbledore'a i powiedzieć mu, że naprawdę nie zasługujesz na to, żeby być w…
– Właśnie że mi się uda! – Ron wyrzucił zamaszyście rękę i wycelował różdżką przed siebie. – Aurora Speculae!
Harry poczuł, jak magia Rona wzbiera z rykiem, uderza i pieni się wokół blokady niczym fala, po czym rozbija ją w drzazgi. Musiał przesłonić ramieniem oczy, kiedy złote światło zalało pokój, promieniując z Rona. Magia nadciągnęła razem z nim, wciąż rycząc, szczęśliwa, a Harry poczuł, jak serce mu wzbiera radością, co było odpowiednim efektem tego zaklęcia.
Światło lśniło jeszcze przez jakiś czas. To było zaklęcie wschodzącej nadziei, które miało poinformować wojsko o pozycji jego przywódcy i dać im siły do dalszej walki. Świetliści panowie często rzucali to zaklęcie przed walką, intonując przy okazji "tak oto Światło pada na Mrok!".
Ron nie wydał z siebie tego bojowego okrzyku, ale Harry też po nim tego nie oczekiwał. Kiedy światło wreszcie zaczęło przygasać, Harry opuścił ramię i zobaczył, że Ron mruga. Po części na pewno dlatego, że chciał się pozbyć powidoków, ale po części przez szok, który wyraził po chwili wyszeptanymi słowami.
– Moja blokada zniknęła.
Harry uśmiechnął się do niego.
– Powiedziałeś mi kiedyś, że byłeś strasznie zły kiedy została stworzona, więc przyszło mi do głowy, że to pewnie było kluczem do zniszczenia jej. – Wzruszył lekko ramionami. – No i było.
Ron zamrugał na niego.
– Ty gnoju. Zrobiłeś to specjalnie!
– Oczywiście, że tak. – Harry czuł się lekko, był szczęśliwy i zadowolony z siebie do tego stopnia, że był nawet gotów wrócić do pokoju wspólnego Slytherinu i zmierzyć się z Draconem, który wciąż nie przestawał się dąsać o tą swoją sympatię, z którą w dalszym ciągu nie zamienił nawet słowa. – Wiem, że jesteś Gryfonem, Ron. Ty po prostu bez przerwy emanujesz swoją gryfońskością – dodał i ruszył do wyjścia.
Musiał zrobić unik przed zaklęciem wymierzonym mu w plecy – Ron był honorowy, ale nie głupi – i obrócił się z klątwą na końcu języka. Pojedynkowali się przez jakiś czas. Zaklęcia Rona miały w sobie prędkość i moc, których Harry nigdy wcześniej od nich nie wyczuł, a uradowana twarz Rona też nie była zbyt częstym widokiem.
Harry skończył pojedynek ze śmiechem. Nic tak go nie uszczęśliwiało jak pomaganie innym.
Albus usiadł w swoim fotelu, westchnął lekko i wyjrzał przez okna swojego gabinetu. Prószył właśnie pierwszy śnieg tego grudnia, nadając niebu i ziemi różne odcienie bieli. Uczniowie przedzierali się przez zaspy w szalikach i zimowych płaszczach, o ile w ogóle mieli odwagę na opuszczenie ciepłych murów zamku – wszyscy poza uczniami z Durmstrangu, którzy biegali w koszulkach, urządzali sobie wojny na śnieżki i śmiali się z każdego, kto zaczynał narzekać na zimno.
Nie wiem, co powinienem teraz zrobić.
Musiał przyznać przed sobą, że jego projekt przetestowania Harry'ego nie działał najlepiej. Starał się popchnąć Harry'ego dwoma równoległymi ścieżkami. Jedna polegała na utrzymaniu go w ukryciu, wepchnięciu go z powrotem do cieni, ponownym przyzwyczajeniu go do tego, żeby inni zbierali całą chwałę za niego. To naprawdę powinno było być łatwe, jeśli wziąć pod uwagę głębokie zawstydzenie, które Harry odczuwał ilekroć zrobił coś, co ściągało na niego uwagę. Albus był na tyle pewny siebie, że ten plan działa jak należy, że postanowił go zabrać ze sobą na przesłuchanie Knota. Wizengamot bez wątpienia zwróciłby uwagę na jego moc, ale co ważniejsze, zobaczyliby, że siedzi za Albusem i wiedzieliby, kto ma nad nim władzę.
A potem Scrimgeour zaciągnął Harry'ego do światła reflektorów i nawet sama Gryzelda Marchbanks zwróciła na niego uwagę.
Albus pokręcił powoli głową. To już samo w sobie było złe, ale to było nic w porównaniu z porażką, jakim było pierwsze zadanie. Oczywiście, że cieszył się, że nikomu nic się nie stało, ale czy Harry naprawdę musiał uratować wszystkich w tak teatralny sposób? Dziennikarze, którzy pojawili się, żeby zrobić reportaże na temat pierwszego zadania, zrobili tuziny zdjęć, na których Harry krąży na miotle wokół smoków, patrzy jednemu z nich prosto w oczy, chroni Krukonów zaklęciem tarczy, która w bardzo oczywisty sposób została rzucona przez niego…
Nie, ta część zdecydowanie nie szła najlepiej.
Co oznaczało, że druga część planu musiała nabrać rozpędu. Albus miał wrażenie, że ta ścieżka przez jakiś czas radziła sobie lepiej od drugiej. Harry był zajęty, biegał od jednego zadania do drugiego, skutecznie wykańczając się swoimi próbami zajęcia się wszystkim na raz, wyglądał jakby był na skraju załamania nerwowego od chwili, w której imię Connora wystrzeliło z Czary. Był już niemal bliski wejścia w stan umysłu, w którym Albus byłby w stanie lekko zmienić jego styl myślenia kilkoma zaledwie sugestiami. Harry był niesłychanie bystry, kiedy myślał na spokojnie, ale miał tendencję do bezmyślności kiedy jego emocje przejmowały stery; to była jego gryfońska cecha. Wystarczyłoby założyć mu pętlę na szyi, zaoferować bezpieczny kąt podczas załamania nerwowego, a Albus był przekonany, że dałby radę zabezpieczyć moc Harry'ego i uchronić ją przed niefortunnym wykorzystaniem w przyszłości.
I wtedy zainterweniowali Ślizgoni.
Albusowi nie umknęło to, jak blisko koledzy z klasy Harry'ego przylgnęli do niego od chwili, w której ten dostał ostatni list od Lily. Częściej z nim rozmawiali i nie pozwolili mu się wycofać do jego skorupki. A Harry, irytujący cud nad cudy, odpowiadał im coraz częściej i zdawał się rozwijać i kwitnąć dzięki zaufaniu, którym zdawali się go obdarzać. To był zaskakujące.
Albus w ogóle tego nie przewidział w swoich planach.
Albus przymknął oczy i westchnął. Nie znosił podejmowania takich decyzji, ale jeśli on tego nie zrobi, to nikt tego nie zrobi za niego. A Harry potrzebował kogoś zdecydowanego, skłonnego do pokierowania nim, wskazania mu właściwej drogi. Gdyby się zadeklarował Światłu czy Mrokowi, to Albus nie czułby takiego przymusu do wtrącania się. Sprawy jednak stały tak, a nie inaczej. Harry zdawał się nie mieć najbledszego pojęcia o tym, jak świat działał i że inni czarodzieje nie poradzą sobie z biegającym luzem, niekończącym się źródłem energii. Nawet jego sojusze z mrocznymi, czystokrwistymi rodzinami, w których Albus pokładał nadzieje, że jakoś przykrócą mu smycz, na nic się nie zdały, ponieważ wyglądało na to, że radośnie przekazali całe dowództwo Harry'emu. Albus nie miał pojęcia, co z tego układu mógł mieć taki czarodziej jak Lucjusz Malfoy, może poza robieniem sobie kpin z Harry'ego (i pewnie Albusa też), ale cóż.
W dodatku zbliżało się przesilenie zimowe, a wraz z nim rozprawa Severusa, na której Harry zostanie wezwany na świadka, a emocjonalne wycieńczenie, które musiał przejść, zelżeje i prawdopodobnie zniknie całkowicie kiedy jego opiekun wróci do szkoły, a Albus nie miał żadnych wątpliwości, że Wizengamot uniewinni Severusa.
A to oznaczało…
Hm. Tak. To mogło podziałać.
Albus znowu westchnął i otworzył oczy. Będzie musiało. Sprawy nie mogą się dalej toczyć takim torem. Mam zamiar też wysłać mu ostrzeżenie. To, czy weźmie je sobie do serca czy nie, będzie zależało już wyłącznie od niego.
