Wersy, które Rosier tutaj przytacza, pochodzą z wiersza Shelley, "Adonais".
Rozdział trzydziesty piąty: Głęboka i zaplątana powieść
Harry śnił.
– Evan. – Harry bez trudu rozróżniał już głos Voldemorta, ale miał też wrażenie, że słyszał go nie tylko w swoich snach. Zupełnie jakby ten towarzyszył mu już całe życie, przeplatając się przez jego sny i wiążąc je z jego wizjami, bólem, treningiem, wiążąc całą jego egzystencję z tą nocą, podczas której Mroczny Pan przybył do Doliny Godryka i zmienił wszystko dla niego i Connora.
– Mój panie. – Evan Rosier pochylił nisko głowę i usiadł na podłodze przed Voldemortem. Byli w jakimś antycznym domu, tyle Harry był w stanie sam określić dzięki buchającym w kominku płomieniom, które rzucały przytłumione cienie zza zakurzonej osłony i jej żeliwnych okuć. Voldemort siedział w masywnym fotelu o wysokim oparciu, skierowanym w stronę ognia, więc Harry nie był w stanie go zobaczyć. Nie szkodzi. Na dobrą sprawę wcale nie chciał go widzieć. Nagini spała obok fotela, zwinięta w kłębek. – Odwiedziłem olbrzymy. Nie wydawali się zainteresowani tym, co miałem im do powiedzenia. Nie rozpoznali chyba nawet nazwy vates. Gapili się tylko na mnie i burczeli, póki nie przemówiłem do nich w ich języku. Wtedy ryknęli na mnie i przegonili.
– Czyli zawiodłeś mnie, Evanie? – Voldemort nie brzmiał na zadowolonego.
– Tak, mój panie. – Rosier nie brzmiał, jakby go to w jakikolwiek sposób obchodziło. Harry rozpłaszczył się na podłodze, wdzięczny, że jego mniejsza, futerkowa wersja – czymkolwiek była – mu na to pozwoliła, ponieważ za sobą usłyszał nadbiegające kroki. Wydawało mu się, że poczuł muśnięcie szat, kiedy Bellatrix minęła go i weszła do pokoju.
– Mój panie? – zapytała, głosem drżącym z podekscytowania. Harry miał wrażenie, że to bardzo dziewczęcy głos. Jak Umbridge. – Wzywałeś mnie?
– Evan wciąż nie podchodzi poważnie do swoich obowiązków – syknął Voldemort. – Ukarz go dla mnie!
– Tak, ukarz mnie, Bellatrix. – Rosier puścił do niej oczko. – Ale użyj może tym razem czegoś innego niż Crucio, co? Znudziło mi się. – Położył się na podłodze. – Co powiesz na to? Ułożę się w konwulsyjnej pozie, żebyś miała satysfakcję z widoku, a potem użyjesz czegoś innego. – Wykręcił głowę na bok, zrobił zeza i wywalił język na wierzch.
Voldemort wydał z siebie wściekły dźwięk, którego nie dało się opisać, a Nagini kiwała się z boki na bok, wtórując swojemu panu syknięciem, które Harry rozpoznał, jako próbę przeklęcia. Harry zadrżał i zastanowił się, czemu do licha Voldemort w ogóle wytrzymuje towarzystwo Rosiera.
Bo nie ma nikogo innego, pomyślał nagle. Jeśli Bellatrix i Rosier to jedyni śmierciożercy, którzy go w jakikolwiek sposób doglądają, to nie ma wyjścia, nie może ich pozabijać.
Bellatrix, przewidywalnie, rzuciła na Rosiera klątwę Cruciatusa. Jak wcześniej, Rosier śmiał się przez całe jej trwanie, póki Bellatrix, zdegustowana, nie zdjęła klątwy na życzenie Mrocznego Pana. Jej prawy nadgarstek był tym razem schowany w rękawie jej szaty, więc Harry nie był w stanie go zobaczyć.
– No dobrze, Evanie – powiedział Voldemort, kiedy śmiech Rosiera wreszcie ucichł i ten po prostu leżał, patrząc na swojego pana z uśmiechem. – W takim razie pomożesz mi w czymś innym. Staramy się ułożyć listę tych, którzy nas zdradzili, tych wszystkich tchórzy i pełzających robaków, którzy odwrócili się ode mnie.
– No, Severus, oczywiście – powiedział od razu Rosier. – Zaatakował nas w maju, kiedy próbowaliśmy podążyć za Rudolfem na teren Hogwartu.
Harry poczuł jakieś dziwne drgnięcie w swojej łapie i kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wysunęły się z niej pazury, jakby był gotów w obronie Snape'a rozszarpać komuś twarz. Voldemort tylko znowu wydał z siebie gniewny dźwięk.
– Tak, Bellatrix mnie o nim poinformowała. Kto jeszcze?
– Hawthorn Parkinson – powiedział Rosier. – W zeszłym roku nie chciała nam pomóc w sprowadzeniu pana z powrotem, więc Fenrir Greyback ją ugryzł. Mam jednak wrażenie, że to jej nie przekonało. Znalazłem dowody na to, że przeszła na stronę tego chłopaka Potterów.
– Jeśli ją znowu zobaczę, to jej nic nie uratuje – mruknął Voldemort. – Kto jeszcze?
– Adalrico Bulstrode, mój panie – wtrąciła się Bellatrix, jakby nie była w stanie znieść tego, że wszyscy ją ignorują. – Walden powiedział mi, że widział go w ministerstwie, kiedy porwano Pottera. Chodzą plotki, że tamtego dnia odbyło się jakieś tajemne spotkanie w gabinecie szefa aurorów. Prawdopodobnie wziął w nim udział.
Voldemort milczał przez chwilę. Harry czekał na jakąś obietnicę zemsty, ale ten ostatecznie powiedział tylko:
– A Glizdogon?
– Nie wiemy, mój panie – powiedziała z pokorą Bellatrix. – W zeszłym roku uciekł z Azkabanu, słyszałam plotki o tym, że rzucił się w pościg za dzieckiem Potterów. Udało mu się nawet zakraść na tereny Hogwartu. Nie wiemy jednak, co się z nim stało, ani gdzie teraz jest.
– Dobrze by było go ściągnąć do nas z powrotem, jeśli to tylko będzie możliwe – powiedział Voldemort. – Dajcie znać innym. Znajdziemy go. – Nastąpiło długie milczenie, podczas którego Harry'ego zżerały nerwy. Przynajmniej udało mi się to usłyszeć. – A Lucjusz? – zapytał wreszcie Voldemort, a Harry poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przeleciał go dreszcz, jeżąc mu futerko.
– Kolejna niewiadoma, mój panie – powiedział Rosier. Jego głos brzmiał już spokojniej, był bardziej zbalansowany, ale też wyraźnie znudzony. – Trzy lata temu powiedział nam pan, że Lucjusz posłuchał się rozkazu Syriusza Blacka i zdobył dla nas mroczny artefakt, ale poza tym nie wygląda na to, żeby od tego czasu zrobił cokolwiek dla pańskiego dobra. Greyback i Macnair uważają, że już nie jest nam lojalny, ale Macnair zawsze był zazdrosny o Lucjusza, a Greyback jest... niestabilny. Wszystko wskazuje na to, że po prostu obserwuje sytuację i czeka, nie angażując się w poczynania żadnej ze stron. Też się pojawił na tym spotkaniu w biurze szefa aurorów, ale możliwe, że zrobił to po prostu dlatego, żeby nie zawieść swojej żony i syna, którzy są znanymi sojusznikami Pottera.
– Przyczajenie się i obserwowanie rzeczywiście jest w stylu Lucjusza – powiedział Voldemort. – Zanim straciłem kontakt z umysłem Syriusza Blacka w zeszłym roku, słyszałem, że zaczyna się wahać, co jest po prostu niedopuszczalne. – Kolejna przerwa, po której podjął bardziej zdecydowanym głosem. – Lucjusz nie może sobie pozwolić, żeby jego lojalność wobec rodziny wchodziła w drogę jego innym zobowiązaniom. Evanie. Udaj się do niego dzisiaj i zapytaj go o ten mroczny artefakt. Chcę się dowiedzieć, co się z nim stało.
Pamiętnik, pomyślał Harry, czując jak jego blizna tętni piekącym bólem. Oni mówią o pamiętniku. Jestem tego pewien.
– A jeśli nie będzie w stanie zaoferować mi satysfakcjonującej odpowiedzi? – zapytał Rosier miękkim i ochoczym głosem.
– Skończ z nim – powiedział Voldemort. – To morderstwo należy się tobie, mój wierny sługo.
Rosier pokłonił się, wstał, po czym szybkim krokiem wyszedł z pokoju. Ręce mu drżały nerwowo. Harry próbował pójść za nim, ale im bardziej się oddalał od krzesła Voldemorta, tym wszystko robiło się ciemniejsze. Wyglądało na to, że jego sen skupiał się wokół Mrocznego Pana, więc nie będzie w stanie odejść specjalnie daleko od niego. Zawrócił więc, niechętnie zwlekając, ale świadom tego, że wciąż może usłyszeć coś ciekawego.
– Czemu zależy panu na spisaniu wszystkich zdrajców? – szepnęła Bellatrix, klękając obok jego fotela. – Wydawało mi się, że już pan wie, kto jest panu lojalny, a kto nie.
– Chcę, żeby moi wrogowie zostali naznaczeni, Bella, a ci, których jeszcze da się przeciągnąć na moją stronę, zostawieni w spokoju – powiedział Voldemort. – Musimy czekać. Słońce wstaje.
Oboje zaczęli się śmiać, Nagini kiwała łbem na boki, a Harry doszedł do wniosku, że nie dowie się już od nich niczego interesującego. Odwrócił się i skoczył w kierunku powierzchni snu, orząc ją pazurami, zmuszając się do obudzenia.
Muszę otworzyć oczy. To tylko wizja, ale Rosier właśnie z niej wychodzi, idzie do rezydencji Malfoyów. Pewnie już się tam aportował. Obudź się!
Harry otworzył oczy, dysząc ciężko, i od razu zaczął mrugać, bo cieknąca kaskadami krew z jego czoła na chwilę go oślepiła. Otarł ją z twarzy i usłyszał jak wąż Wielu syczy mu na ramieniu, po części z radości, bo znalazł się w pobliżu krwi, a po części z niepokoju.
Harry wyczołgał się z łóżka, ale po drodze noga zaplątała mu się w pościel, więc wyłożył się jak długi na podłodze. Usłyszał senne mamrotania Blaise'a i Vince'a, ale nie mógł się zatrzymać, żeby ich uspokoić, albo rzucić na nich zaklęcie usypiające. Cała jego uwaga była skupiona na łóżku obok niego i Draconie śpiącym pod pierzyną.
Wyplątał się, poderwał na nogi i gwałtownym ruchem odsłonił kurtynę.
– Draco! – syknął.
Jego przyjaciel spiął się lekko, po czym odwrócił w jego kierunku, mrugając sennie. Lekki uśmiech zamarł mu na ustach, kiedy zorientował się, kto go obudził. Przez kilka ostatnich dni był po prostu nie do zniesienia, właściwie to odkąd Harry zgodził się wybrać z Luną na bal.
W tej chwili jednak Harry'ego to nie obchodziło. To było ważniejsze od tego kim była, lub nie była sympatia Dracona.
– Wstawaj! – powiedział. – Muszę w tej chwili fiuknąć twoich rodziców! Albo... – Do głowy przyszedł mu inny pomysł. – Jeśli jesteś pewien, że ta żmija, którą od ciebie dostałem, zadziała jako świstoklik dla nas obu, to tak się tam dostaniemy. Evan Rosier ma zamiar przesłuchać twojego ojca w kwestii pamiętnika Toma Riddle'a.
Nie wiedział, jak wiele z tego Draco właściwie zrozumiał, ale ten przynajmniej wylazł z łóżka i sięgnął po swoje szaty, które trzymał poskładane na swoim kufrze, gotowe na nadchodzący dzień, a Harry niczego więcej od niego nie wymagał. Odwrócił się szybko do własnego kufra i narzucił szaty na swoją piżamę. Blaise wystawił głowę poza swoje zasłony.
– Co wy wyprawiacie? – zażądał zirytowanym i zaspanym głosem. – Niektórzy ludzie chcą się wyspać, wiecie?
– Wychodzimy – wypalił Harry, otwierając szybko swój kufer i szukając szklanej żmii, którą dostał od Dracona na urodziny w zeszłym roku, tej która pokazywała mu co Draco czuje wobec niego i mogła zadziałać jako świstoklik prowadzący do rezydencji Malfoyów. Harry już od dawna jej nie używał. Nie rozumiał, czemu by miał, skoro Draco sam powiedział Harry'emu, że kocha go jako przyjaciela. Tak długo, jak Draco był wobec niego szczery względem swoich uczuć, Harry'emu niepotrzebne były dodatkowe zapewnienia. – A gdzie to już nie twoja sprawa.
Blaise roześmiał się.
Harry pokręcił głową, znalazł żmiję i poderwał się na nogi. Prychnął, kiedy zobaczył przeplatające się w niej dwa kolory, fioletu i czerwieni – złości i troski, które w żaden sposób go nie zaskoczyły. Zachowanie Dracona ostatnio owijało się dokładnie wokół tych dwóch emocji. Odwrócił się, wyciągając do niego rękę, a Draco złapał go za nadgarstek jedną ręką, a za żmiję drugą.
– Portus – szepnął Harry.
Poczuł, jak magia wzbiera wokół nich i porywa ich ze sobą, a tuż przed tym jak zniknęli, usłyszał jeszcze zaskoczony krzyk Blaise'a. Harry zacisnął zęby i trzymał się mocno żmii i Dracona, podczas gdy świat wirował wokół nich w szalonych, oszałamiających barwach. Nienawidził podróżowania świstoklikiem. Zdawało się ciągnąć w nieskończoność, a w tym przypadku, kiedy Hogwart i rezydencję dzieliła naprawdę spora odległość, wszystko trwało jeszcze dłużej niż zazwyczaj.
Grzmotnęli o podłogę osłoniętego przedsionka, który Harry słabo rozpoznał jako miejsce, z którego rodzice Dracona zwykle odbierali fiuknięcia. Harry przetoczył się przez ramię i poderwał na nogi.
Zmarszczył brwi, kiedy zobaczył, że żmija teraz lśni błękitem. Nigdy wcześniej nie widział tego koloru i nie wiedział, co on może znaczyć. Mam nadzieję, że wykorzystanie jej jako świstoklika jej nie zepsuło.
– Moi rodzice powinni się lada chwila pojawić – powiedział Draco, strzepując jakąś odrobinę kurzu z mankietu. – Musieli poczuć jak minęliśmy osłony.
– Już tu jesteśmy – rozległ się chłodny głos Lucjusza od strony drzwi. – Co tu robisz, Draco? Potter – dodał, kiedy Harry odwrócił się i spojrzał mu w oczy.
Harry też kiwnął mu głową. Lucjusz był jego sojusznikiem, to prawda, ale jego dzisiejszy sen przypomniał mu również, że to Lucjusz był odpowiedzialny za to, że jego umysł został rozdarty na strzępy na drugim roku, że został opętany przez Voldemorta, że Sylarana zginęła, że w ogóle dowiedział się o istnieniu sieci feniksa.
To mimo wszystko jednak miało też swoje dobre strony, więc Harry nie był też w stanie winić go tak bardzo jakby chciał.
Do tego Draco byłby zdewastowany, gdyby jego ojciec umarł, co było głównym powodem dla którego Harry go w ogóle ze sobą wziął.
– Proszę pana – powiedział – Evan Rosier jest w drodze do rezydencji. Voldemort go wysłał, żeby się dowiedzieć co pan zrobił z pamiętnikiem, który pan dla niego znalazł. – Zamilkł, myśląc nagle o swojej pierwszej rozmowie z Lucjuszem. Siedzieli i rozmawiali póki Draco im nie przerwał, ale wtedy też sowa przyniosła wiadomość. Harry'emu przyszło do głowy, że to musiał być list od Syriusza, który poddał się i napisał co mu kazano, byle tylko ulżyć sobie trochę w bólu. – To właśnie było w liście, który otrzymał pan podczas pierwszych świąt, które tu spędziłem, prawda?
Lucjusz zacisnął mocno usta, ale tylko kiwnął głową.
– Czemu Mroczny Pan wysyła Rosiera? – zapytał cicho. – Nigdy nie byliśmy sobie bliscy z Evanem. Nie wierzę, że uznał, że nagle zacznę wierzyć dowolnym bujdom, jakie przyjdą mu do głowy.
Harry odetchnął ciężko i skupił wzrok na twarzy Lucjusza. W jakiś sposób łatwiej mu to przyszło kiedy zza niego wyłoniła się Narcyza w swoich nocnych szatach, przyglądając się wszystkiemu uważnie.
– Voldemort już teraz podejrzewa, że nie jest pan mu lojalny. Rosier dostał rozkaz, żeby pana zabić, jeśli nie będzie pan w stanie udzielić mu satysfakcjonujących odpowiedzi.
Minęła długa chwila ciszy. Wreszcie Lucjusz obnażył zęby.
– Nie mam najmniejszego zamiaru mu na to pozwolić.
Harry kiwnął głową.
– Przybyłem, bo nie byłem pewien co może zrobić, ale też dlatego, że to poniekąd i moja wina, że znalazł się pan w niebezpieczeństwie.
– Harry, czy mogę cię zapytać – powiedziała Narcyza, głosem chłodnym i śliskim niczym sztylet – w jaki sposób się o tym dowiedziałeś?
Harry niemal czuł jak Draco uśmiecha się za nim krzywo. No cóż, nie ma co tego dłużej ukrywać.
Westchnął i odsunął grzywkę z czoła, żeby byli w stanie zobaczyć jego bliznę.
– To łączy mnie z Voldemortem – powiedział cicho. – To połączenie istnieje odkąd zaatakował Dolinę Godryka. On i jego plany śniły mi się odkąd przybyłem do Hogwartu, ale ostatnio nabrały na sile. Myślę, że nasze połączenie robi się coraz silniejsze. Dzisiejsza wizja ostrzegła mnie o wizycie Rosiera. Voldemort podejrzewa też o zdradę panią Parkinson, profesora Snape'a i pana Bulstrode'a.
Narcyza tylko na niego zamrugała. Lucjusz jednak pobladł strasznie.
– Mroczny Pan też to potrafił – szepnął.
– Co? – zapytał Harry, mając nadzieję, że udawana ignorancja przykryje jego szok.
– Mroczny Pan otrzymywał czasem... wizje, sny, które mogły przepowiadać przyszłość. – Lucjusz pokręcił głową, nawet na chwilę nie odrywając oczu od twarzy Harry'ego. – Uważał jednak, że to kwestia bycia znakomitym legilimentą, kimś, kto tak dobrze wytrenował swój umysł, że był w stanie wyłapać możliwości, jakie niosła przyszłość dzięki odczytywaniu myśli innych i przewidywaniu, w którą stronę pójdą później. Ale ty nie byłbyś w stanie tak dobrze rozwinąć tej zdolności, nie miałeś dość czasu. Czym ty właściwie jesteś?
Widać, że jest przerażony, inaczej by o to nie zapytał. Harry pokręcił głową.
– Odpowiedź na to pytanie jest długa i zawiła, i teraz naprawdę nie mamy na nią czasu. Rosier...
Sowa wleciała do pokoju zanim zdążył dokończyć myśl, ogromny ptak poleciał prosto w kierunku Lucjusza. Lucjusz podniósł ramię i marszcząc brwi, pomógł stworzeniu się ustabilizować. Sowa zamachała słabo skrzydłami, ponaglając go, kiedy Lucjusz odwiązywał list z jej nogi.
Harry zamarł, przypominając sobie zaklęcie, którego Rosier użył, że zmusić sowę do minięcia osłon Lux Aeterny.
– Niech pan nie otwiera lis... – zaczął.
Coś w kopercie, a może nawet tam list, musiał być świstoklikiem. Lucjusz zniknął z pyknięciem, a umierająca sowa opadła na podłogę.
Narcyza od razu zamknęła oczy.
– Wciąż go wyczuwam, ale ledwie – powiedziała. – Jest poza osłonami. Wściekły, ale żywy. Osłony powiadomiłyby mnie, gdyby zginął.
– Rosier go pewnie wyciągnął na prywatną pogawędkę – powiedział Harry. Zrobił długi krok przed siebie i złapał list, który Lucjusz upuścił na dywan.
– Harry! – usłyszał jednocześnie z dwóch stron, od Dracona i Narcyzy.
Harry ich zignorował. Musiał się udać tam, gdzie byli Rosier i Lucjusz, to było dla niego oczywiste, a siedzenie w przedsionku z założonymi rękami przecież nikomu nie pomoże.
Tym razem oszałamiający ciąg i podróż pełna rozmytych kolorów była krótka. Przetoczył się przez ramię i poderwał na nogi w niewielkiej dolince, którą słabo rozpoznawał, jako kawałek terenu otaczającego rezydencję Malfoyów. Teraz była pokryta jednolitym, świeżym śniegiem, który lśnił w świetle księżyca.
Była również niebezpieczna. Lucjusz i Rosier już zaczęli walczyć.
Harry'emu przez chwilę dech zaparło, tak bardzo się zagapił. Walczący czarodzieje byli mroczni, więc żaden z nich nie próbował się powstrzymać, tak jakby to było w przypadku pojedynku dwóch świetlistych. Rosier ciskał klątwami i urokami, które miały ranić i torturować, a Lucjusz odpowiadał takimi, które z miejsca zabiłyby Rosiera, gdyby tylko go sięgnęły. Obaj używali zaklęć obronnych, które, zupełnie jak to, którego Draco użył podczas pierwszego zadania, miały uderzyć w przeciwnika, a nie po prostu zablokować jego ataki. Światła wielu przeciwstawnych zaklęć, uderzających o siebie i anulujących się wzajemnie pokazywały głęboką nienawiść na twarzy Lucjusza i rozbawienie Rosiera, a ich rozwiane włosy i szybko zmieniające pozycje ciała rzucały cienie na śnieg.
Wreszcie Harry pokręcił głową i uznał, że dość czasu spędził na patrzeniu.
– Protego! – zadeklarował, a powietrze przed Lucjuszem zeszkliło się i zmieniło w lśniącą ścianę. Lucjusz momentalnie przestał rzucać zaklęcia, ale Rosier zdążył już jakieś rzucić. Zaklęcie tarczy odbiło je z powrotem w niego i Rosier syknął, kiedy jego własne zaklęcie przecięło mu udo.
Harry zmusił się do nie myślenia o tym, że klątwa przecięłaby mu aortę, gdyby tylko trafiła Rosiera odrobinę wyżej, a wtedy wykrwawiłby się na śmierć. Ruszył spokojnie przed siebie i wypuścił nieco swojej magii, pozwalając jej rozwinąć się wokół niego jak skrzydła.
– Równie dobrze możesz się zmierzyć ze mną, Rosier – powiedział śmierciożercy. – Zawsze bardzo chętnie się do tego garnąłeś.
Rosier roześmiał się, a na jego twarzy pojawił się wyraz wygłodniałej radości.
– Och, Harry, Harry, miałem nadzieję, że się pojawisz – powiedział. – Przecież nie pozwoliłbyś swojemu sojusznikowi cierpieć, prawda? Oczywiście, że nie. – Ruszył przed siebie, a na jego twarzy pojawiła się maska przyjemności. Nawet na moment nie odrywał od Harry'ego wzroku. – Jeśli jakiś nie jesteś – szepnął – to nudny.
Harry zrobił co tylko mógł, żeby nie zareagować na te słowa. Naprawdę mu się wydawało, że póki komuś o nich nie powie, to nikt nie będzie nawet podejrzewał istnienia wizji o Voldemorcie, ale Rosier był na tyle szalony i paranoidalny, że mógł sam do tego dojść, a może nawet dość dziki, żeby zgadywać póki nie pozna prawdy.
– Równie dobrze możesz się poddać, wiesz – powiedział mu Harry, cofając się do wydeptanego wcześniej przez nich koła i wciągając w nie również Rosiera. – Po prostu pojaw się przed aurorami i zaakceptuj nieuniknione. Dementorzy już zniknęli z Azkabanu, a ty przecież nie będziesz w stanie wiecznie uciekać. Posiadłości Blacków zostały przed wami zamknięte.
– Ty naprawdę tego nie rozumiesz – mruknął Rosier. – Tyle w tobie serca, Harry. Był kiedyś poeta, jeden z tych, którzy nazywali siebie mugolami mimo magicznej krwi, którą otrzymał od swojej matki. Utonął. Strasznie przykra historia. Ale spalili jego ciało na plaży, na której go znaleźli martwego, i jedyne, co nie spłonęło, jedyne, co jego magia uchowała, było jego serce. Wyobrażasz to sobie, Harry? Płomienie przygasły, a pośród popiołów leżało jego serce, już niebijące, rzecz jasna, ale wciąż obecne i całe. Wyobrażasz sobie, co musieli czuć ci mugole? Jak myślisz, czy zdawali sobie sprawę z tego, że to była sprawka magii?
Harry wykonał niewerbalną klątwę wybuchającą. Rosier rozwiał ją własnym, niewerbalnym zaklęciem. Harry nie był nawet pewien, co takiego zrobił. Przymrużył oczy. Na tym właśnie się kończy zaniedbywanie nauki o mrocznych sztukach. Nie wiem nawet, jak moi wrogowie się chronią przed moimi atakami.
– Ten jeden pozostaje, gdy wielu się zmienia i przemija – powiedział Rosier miękkim głosem. – Światło niebios świeci wiecznie, cienie ziemi migocą; życie, niczym kopuła wielokolorowego szkła przepuszcza białe światło wieczności jak witraż. – Uśmiechnął się do Harry'ego i przechylił głowę na bok, kiedy Harry spróbował zaklęcia, które pozbawiłoby go przytomności, a które odbiło się od jego tarcz. – Póki śmierć nie roztrzaska jej na kawałki – giń, jeśli nie było ci dane być z tym, czegoś szukał!
Machnął różdżką, raz.
– Cor cordium flammae!
Harry poczuł, jak w środku jego klatki piersiowej wybucha płomień, gorejące, wielokolorowe coś, które momentalnie zaczęło się rozprzestrzeniać, jakby miało zamiar przeżuć mu mięśnie i gardło. Bolało. Tym razem to nie był szybki ból, jak w przypadku klątwy płonącej krwi, ale powolny, który miał zamiar pożerać go godzinami, torturując go bezlitośnie.
I po raz kolejny zaczął się pod jego tarczami.
Harry przymrużył oczy i zmusił się do skupienia na Rosierze, który obserwował go z fascynacją. Nie znał przeciwzaklęcia na tę klątwę, ale bardziej go martwiło to, że Rosier może się lada chwila znudzić torturowaniem go i wrócić do walki z Lucjuszem. Musiał się upewnić, że Rosier stąd zniknie.
Skupił całą swoją wolę i magię na jednym celu, zmuszenia Rosiera do opuszczenia tego miejsca. Nie znał zaklęcia, którego mógłby w tym celu użyć, więc nie starał się przekazać swoich intencji w formie inkantacji. Po prostu się skupił i przelał całego siebie w ten jeden cel.
Rosier zamrugał i wyglądał na kompletnie zaskoczonego tuż przed tym, jak zniknął z pyknięciem, wystrzelony niczym z procy z powrotem do Voldemorta. Struga krwi poleciała z jego nogi i opadła na śnieg.
Harry czuł, jak jego magia ryczy wokół niego, więc wcisnął ją siłą z powrotem pod skórę i opadł na kolana. Klątwa rozprzestrzeniała się od jego serca. Zmusił się do głębokiego, równomiernego oddechu i tym razem skupił się na stłumieniu cierpienia.
Nie chciało dobiec końca. Ogień dalej pełzał i tylko rósł w siłę, jakby wszystko, czym Harry w niego rzucał, było dla niego niczym oliwa, którą może się żywić. Harry wciągnął oddech pełen paniki i bólu i spróbował jeszcze raz. Może nie skupił się wystarczająco – cierpiał tak bardzo, że wcale by go to nie zdziwiło.
– Finite Incantatem – powiedział nad nim Lucjusz i płonąca sensacja w jego sercu przestała się rozrastać. – Nie można tego samemu zrobić – dodał, klękając przy Harrym. – Klątwę płonącego serca łatwo zakończyć, ale jej ofiara jest jedyną osobą, która nie ma na nią żadnego wpływu.
– No to jest głupi, że w ogóle jej użył – wycedził Harry przez zęby z wysiłkiem. Ból wycofywał się równie powoli co wcześniej rozprzestrzeniał. Harry przyciskał rękę do piersi i miał gorączkową nadzieję, że jeśli przyjdzie mu kiedyś umrzeć na zawał, to będzie to szybka śmierć. – Przecież miałem tu kogoś ze sobą.
– Tradycyjnie używa się jej w sytuacji, w której ofiara byłaby... pozbawiona tego rodzaju pomocy – powiedział Lucjusz i wyciągnął do niego rękę. – Mam nadzieję, że może pan wstać, panie Potter?
Harry kiwnął głową i podźwignął się na nogi, łapiąc delikatnie Lucjusza za nadgarstek. Spojrzał w górę i spotkał wzrokiem parę oczu znacznie chłodniejszych od draconowych, ale nie mniej nim zainteresowanych.
– Wydaje mi się – powiedział Lucjusz powoli i z namysłem – że powinniśmy wrócić razem do rezydencji, w której wyjaśni nam pan, skąd pan się dowiedział o wizycie Rosiera, dlaczego jest pan powiązany z Mrocznym Panem i odpowie pan na kilka innych pytań, które mnie zastanawiały.
Harry nie widział z tego drogi ucieczki, więc tylko kiwnął głową i ruszył za Lucjuszem po śniegu w kierunku granicy osłon.
Lucjusz przyglądał się Harry'emu Potterowi wzrokiem, który nie tylko nie zdenerwuje chłopca – nie to było jego celem – ale ukryje jego własne emocje. Jeśli mu się to powiedzie, to uzna tę noc za zwycięstwo.
A była to bardzo dziwna noc.
Narcyza wyczuła, oczywiście, kiedy znaleźli się z powrotem w zasięgu osłon i wyszła im na powitanie. Draco szedł zaraz za nią. Potem nagle minął ją, ruszając biegiem w ich kierunku i z zaskakującą agresją obsztorcował Pottera. Lucjusz wiedział, że gniew Dracona jest szczery. Zaczął w pewnej chwili nawet schodzić do wulgaryzmów, przynajmniej póki nie przypomniał sobie, że jego rodzice wciąż go obserwują. Wtedy niemal zadławił się, przełykając resztę słów, które chciał powiedzieć. Pochylił głowę i niemal wepchnął Pottera z powrotem do domu, gdzie zaczął nalegać na relację z walki, krytykował wybory Pottera i w pewnej chwili zaczęli dyskutować, jak można to było załatwić sprawniej.
Potter to wszystko po prostu zniósł, pochylając głowę w kierunku Dracona co kilka sekund, ilekroć nie siąpił gorącej czekolady, którą Narcyza kazała przyrządzić dla niego skrzatom domowym.
Teraz siedzieli znowu w przedsionku, w którym chłopcy wylądowali wcześniej: Potter i Draco na jednym dywanie, on i Narcyza na innym. Lucjusz patrzył, podczas gdy jego żona zadawała pytania. Potter bardziej jej ufał. Więcej jej wyjawi.
Był osobliwie rad, że Narcyza miała rację względem tego, co najszybciej powiąże ich syna z Potterem. Jego żona zawsze miała oko do tego typu spraw; zwykle wyjątkowo trafnie przewidywała związki, które zawiązywały się w ich kręgach, nawet kiedy same zainteresowane osoby jeszcze nie do końca zdawały sobie z tego sprawy.
Przynajmniej Potter jest honorowy i lojalny. I ta magia!
Magia, Lucjusz musiał przyznać, była głównym powodem, dla którego on sam w ogóle zaczął rozważać sojusz z chłopcem.
– Skąd wiedziałeś, że Mroczny Pan wyśle Rosiera na mojego męża, Harry? – zapytała najpierw Narcyza. Jej ręka powędrowała w jego kierunku. Lucjusz ją uścisnął. Zwykle nie demonstrowali publicznie swoich uczuć wobec siebie, do tego często się kłócili, ale to nie miało znaczenia. Ich małżeństwo powiązało dwie silne osoby i na tej podstawie wszystko zawsze funkcjonowało.
– Przez wizję, tak jak wam już powiedziałem – powiedział Potter. – Już od lat mam te sny, ale wyostrzyły się, zrobiły bardziej zrozumiałe i skupiły na Vol...
– Nie wymawiaj tego imienia – wtrącił się Lucjusz.
Draco spojrzał na niego z irytacją, ale Potter tylko zerknął i kiwnął głową.
– Mrocznym Panie – dokończył. – Były wokół niego skoncentrowane już od lata. Wrócił do Brytanii, ma przy sobie Bellatrix i Rosiera, chociaż Rosiera wysłał jakiś czas temu na negocjacje z olbrzymami. Nie wiem, gdzie są pozostali śmierciożercy.
– I nie uznałeś, że powinieneś podzielić się z nami tą informacją? – Głos Narcyzy zrobił się o kilka stopni chłodniejszy.
– Nie mogłem tego zrobić bez wyjawiania skąd wszedłem w jej posiadanie – odpowiedział Potter z równym dystansem. – A tego nie chciałem robić.
Narcyza ucichła na jakiś czas. Lucjusz przerzucił wzrok na swojego syna. Draco wyglądał jak Lucjusz, kiedy na siódmym roku przyłapał Narcyzę na niebezpiecznej grze z jej siostrą, grze, która mogła się skończyć jej transmutacją, trwałym okaleczeniem, a może nawet i śmiercią. Innymi słowy wyglądał, jakby uważał, że Potter już dawno temu powinien był powiedzieć im o tych snach.
Owszem, powinien, pomyślał Lucjusz. I czemu tego nie zrobił? Moje kochanie go o to zapyta, oczywiście.
I Narcyza to właśnie zrobiła.
– Dlaczego, Harry? – zapytała. – Czemu nikogo o tym nie poinformowałeś? To się liczy jako niebezpieczeństwo, a my jesteśmy twoimi sojusznikami. Moglibyśmy cię chronić, tak jak ty starasz się chronić nas.
Podbródek Pottera podniósł się lekko.
– Ja... dorastając, przywykłem do myślenia o sobie jak o niezależnej jednostce – powiedział. – Po części przez mój trening.
Lucjusz przymknął oczy. Zobaczył przebłysk wspomnień Pottera podczas pierwszych świąt Bożego Narodzenia, które chłopiec spędził w rezydencji, niemal trzy lata temu już. Zobaczył wtedy w nich rozległą i intensywną edukację i trening, ale zastanawiało go to, że Potterowie nauczyli swojego najstarszego syna tańców czystokrwistych, ale nie udało im się wpoić mu poczucia więzi z sojusznikami, których mógł zdobyć dzięki tym tańcom.
Czegoś nam nie mówi.
– A po części dlatego, że wydawało mi się, że uznacie mnie za Mrocznego Pana, albo jego zabawkę, jeśli się dowiecie o tym połączeniu – dodał Potter.
Narcyza pochyliła się do przodu.
– A kogo to połączenie z ciebie robi, Harry?
Ciało Pottera spięło się. Draco położył mu rękę na ramieniu. Potter zerknął w bok na Dracona, a ten kiwnął lekko głową.
Potter odetchnął głęboko i nerwowo, po czym spojrzał na Narcyzę.
– Ktoś, komu bardzo ufam, powiedział, że podczas ataku na Dolinę Godryka, stałem się magicznym dziedzicem Mrocznego Pana – powiedział. Dotknął znowu swojego czoła i odsunął grzywkę na bok, odsłaniając bliznę w kształcie błyskawicy. – Rzucił na mnie klątwę zabijającą, po której zostało mi to. Przekazał mi też moce, których wcale nie miał zamiaru mi dawać, jak wężomowę. To powiązanie nie jest całkowite, ale istnieje.
I mógł też odziedziczyć zdolność Mrocznego Pana do proroczych snów, podsumował Lucjusz. A może, skoro tylko śni o tym, co robi Mroczny Pan, to po prostu jest efekt uboczny przeklętej blizny.
To były myśli na powierzchni jego umysłu. Pod spodem biegła szybka, ognista radość, do której nie był skłonny przyznać się nawet przed samym sobą.
No, przynajmniej do większości. Zdawał sobie sprawę, że część z tej emocji skupiała się wokół słów "magiczny dziedzic Mrocznego Pana" i impulsu, żeby się roześmiać na myśl o tym, jak strasznie obaj się pomylili, Mroczny Pan i ten stary głupiec, i tak wielu innych, którym się wydawało, że rozumieją to, co zaszło tamtej nocy w Dolinie Godryka.
Był w stanie zobaczyć teraz przyszłość przed sobą. Było w niej więcej jego śmiechu, niż sobie kiedykolwiek wyobrażał.
Narcyza przerwała głęboką ciszę, z której Lucjusz nawet nie zdawał sobie sprawy, że zapadła w pokoju.
– Ale to oznacza, że jesteś Chłopcem, Który Przeżył, Harry.
Lucjusz gwałtownie wrócił do teraźniejszości.
Potter zamknął mocno oczy. Jego palce były przeplecione z draconowymi, kubek gorącej czekolady leżał zapomniany na jego kolanie. Skrzat domowy pojawił się bezdźwięcznie, zabrał kubek i znowu zniknął. Potter zdawał się tego nie zauważyć.
Wreszcie odetchnął cicho.
– Można tak powiedzieć – powiedział, otwierając oczy i skupiając je na Narcyzie.
Lucjusz był szczerze wdzięczny dowolnemu losowi, który zaplanował, że Potter i Narcyza będą akurat wtedy patrzeć wyłącznie na siebie, a jego syn przyglądał się Potterowi. Był pewien, że gdyby w tej chwili ktoś spojrzał na niego, to nie byłby w stanie ukryć radości.
– Czemu nikt o tym nie wie? – szepnęła Narcyza. – Czemu tego nie opublikowano?
– Bo tak naprawdę nikt nie wiedział. – Potter brzmiał na zmęczonego. – Naszych rodziców nie było tamtej nocy w domu, wydawało im się, że moja blizna jest normalną raną, spowodowaną przez kawałek oberwanego sufitu. Wierzyli, że to Connor jest tym, który zniszczył Mrocznego Pana, ponieważ jego blizna jest w bardzo oczywisty sposób przeklęta, do tego pasowało to do... do pewnych parametrów, w które wierzył Dumbledore.
Lucjusz poczuł, jak jego nozdrza niemal drżą. Narcyza obejrzała się na niego i był w stanie wyczytać z jej twarzy, że pod tym względem zgadzali się całkowicie. Tutaj tkwiła jakaś większa sprawa, większa tajemnica, która mogła wszystko zmienić, gdyby tylko byli w stanie ją odkryć.
– Ale teraz już znasz prawdę. – Głos Narcyzy był lekki, uszczypliwy, zwodzący, który miał nie pozwolić przeciwnikowi przewidzieć prawdziwego zagrożenia w jej słowach, póki te nie padną. – Powiedziałeś, że dowiedziałeś się tego od kogoś, komu ufasz. Czemu nie poszedłeś z tym do gazet? Przecież wiesz, co by z tym zrobili...
– Nie chcę, żeby to zrobili.
Oczy Pottera otworzyły się i Lucjuszowi dech zaparło, kiedy zobaczył ich chłód. Magia wezbrała wokół niego, wypełniając powietrze niskim warkotem, tętnieniem mocy. Potter przechylił głowę na bok, a jego blizna mignęła pomiędzy kosmykami grzywki, czerwona jak krew. Skoro już o tym mowa, na jego twarzy były zaschnięte ślady krwi, które zdawały się ciągnąć od brwi. Konsekwencja snów?
– Ale chyba rozumiesz, że tak byłoby najlepiej, prawda, Harry? – Głos Narcyzy był łagodny, przekonujący, cierpliwy. Wyglądało na to, że zrezygnowała z podchodów, uznając je za złą zagrywkę w tym momencie. – Tysiące ludzi przejdzie na twoją stronę, jeśli zobaczą, przez co musiałeś przejść i zorientują się, że przez cały ten czas wspierali złego Chłopca, Który Przeżył. Pomyśl o wszystkich sojuszach, które mógłbyś zawiązać, gdyby ludzie znali prawdę.
Potter warknął pod nosem. Lucjusz poczuł, że powietrze w pokoju robi się chłodniejsze. Przypomniały mu się czasy, kiedy jego pan był wściekły i tak jak wtedy, postanowił posłuchać się swojego instynktu. Usiadł w kompletnym bezruchu.
– Prawda jest związana z innymi prawdami, które sprawią, że zaczną mną gardzić – powiedział Potter. – Jestem magicznym dziedzicem Mrocznego Pana, to raczej ich nie zachęci do przejścia na moją stronę. A rozgłoszenie prawdy sprawi, że stracę poparcie ludzi, którzy wierzą w kłamstwo, ponadto wystawi mnie na celownik jeszcze większej ilości śmierciożerców niż do tej pory. Nie sądzę, żeby świat czarodziejów był gotów poróżnić się między sobą względem tego, który z bliźniaków Potter jako pierwszy zabił Voldemorta.
Narcyza znowu ucichła. Lucjusz czuł, jakby byli sobie w tej chwili niespotykanie bliscy, był w stanie dokładnie przewidzieć w którym kierunku zmierzają jej myśli. Jakie inne prawdy sprawiłyby, że ludzie zaczęliby nim gardzić? Kogo on próbuje chronić? Nie jest na tyle samolubny, żeby pozwolić swojemu bratu znieść efekty tej decyzji, z ręki Mrocznego Pana i innych, tylko po to, żeby sam mógł uciec.
– Harry... – zaczęła znowu Narcyza.
– Nie. Nie zrobię tego.
Oczy Pottera płonęły, a powietrze wokół niego zawirowało od dzikiej magii. Lucjusz spuścił wzrok i wystawił ręce przed siebie w geście poddania się. Narcyza zrobiła to samo.
Draco tylko przysunął się bliżej Pottera i szepnął mu coś do ucha.
Potter momentalnie się rozluźnił, wszystkie jego mięśnie zdawały się zrelaksować. Potem się zaśmiał. To nie był przyjemny dźwięk, ale magia się rozwiała i Lucjusz wiedział, że to oznaczało, że najgorsze już mają za sobą. Zaczął znowu oddychać.
– Nie, pani Malfoy – powtórzył chwilę potem Potter znacznie lżejszym głosem. – Nie chcę tego zrobić.
– To twoja decyzja, Harry – powiedziała Narcyza. Lucjusz znał ją na tyle, że był w stanie odczytać determinację ukrytą za tymi słowami. Cokolwiek Potter kryje może też się w jakimś stopniu odbić na Draconie, skoro ich losy są tak ściśle powiązane razem. Narcyza to odkryje, czymkolwiek by to nie było, i upewni się, że to w żaden sposób nie zaszkodzi jej synowi. – Mam nadzieję, że przynajmniej rozważysz naszą ofertę pomocy w dostaniu się z powrotem do Hogwartu.
– Byłoby rewelacyjnie. – Potter potarł oczy, a jego aura zupełnie się uspokoiła. Wyglądał jak zwykłe dziecko. – Dziękuję.
Lucjusz odchrząknął.
– Wciąż mam zamiar odwiedzić cię w Boże Narodzenie, Potter. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś? Wieczorem tego dnia zakończymy nasz taniec sojuszu.
Wzrok Pottera wrócił do niego z pełną wdzięczności uwagą i świadomością.
– Pamiętam, proszę pana. Do zobaczenia.
Narcyza odeskortowała chłopców z powrotem do kominka, żeby pomóc im się fiuknąć z powrotem. Lucjusz pozostał na swoim miejscu, usiłując się uporać z własnymi emocjami.
Nieczęsto cała przyszłość ulega zmianie w przeciągu jednej godziny.
Nieczęsto, ale Lucjusz przeżył już kilka takich godzin, łącznie z jedną w Halloween, trzynaście lat temu. Z tą też sobie poradzi.
Upajając się przy okazji wiedzą, że dokonał właściwego wyboru. Miło było wiedzieć, że kiedy musiał się zadeklarować, zamiast obserwować, czekać i unosić się między decyzjami, jak to miał w zwyczaju, wybrał stronę, która ostatecznie wygra.
