Naprawdę lubię ten rozdział.

Rozdział trzydziesty szósty: Ogień Meleagera

Leżąc już w łóżku, Harry uznał, że ten dzień nie był nawet taki zły. Milicenta zaraportowała mu, że powoli robi postępy z centaurami, że te już przestały się dąsać o to, że ich sieci nie zostaną poluźnione już, teraz, zaraz – a przynajmniej takie odniosła wrażenie, słuchając ich rozmów o wędrujących gwiazdach, choć prawdę mówiąc, z centaurami ciężko powiedzieć. Przynajmniej teraz wreszcie rozumiała, o czym rozmawiali.

Pansy pokazała mu książkę z bajkami, którą dostała od matki, kiedy była jeszcze mała. Historie zmieniały swoje zakończenia, dopasowując się do tego, kto je czytał. W tym przypadku książka była zdezorientowana, usiłując wybrać pomiędzy nastrojem Pansy a Harry'ego, więc zakończenia robiły się coraz bardziej absurdalne. Harry nawet się roześmiał raz czy drugi.

Draco nie mówił wiele, ale po prostu tam był, głaszcząc kciukiem dłoń Harry'ego, albo łapiąc go za łokieć, a czasami po prostu mając go bacznie na oku, ilekroć Harry zaczynał myśleć o tym, co miało nastąpić jutro. Od czasu tej nocy, kiedy udali się razem do rezydencji, Draco wydawał się być mniej skłonny do wściekania się o swoją sympatię, był za to znacznie spokojniejszy, zdystansowany, zbalansowany i bystrzejszy. Harry musiał przyznać, że takim go woli.

Wszyscy zrobili, co tylko było w ich mocy, żeby załagodzić cios, który miał nadejść nadchodzącego dnia.

Harry zamknął oczy.

Jutro rozprawa Snape'a. Naprawdę powinienem się w miarę możliwości wyspać.


Snape wyjrzał przez okno swojej celi. Och, wiedział, że widok nie był prawdziwy, tak samo jak wszystkie, które można było zobaczyć z okien ministerstwa; budynek był tak głęboko pod ziemią, że nie mogły być prawdziwe. Mimo wszystko promienie słońca przebijające się przez poranną mgłę, padające na wyblakłe jesienią drzewa, oferowały mu choć odrobinę spokoju ducha.

Pozwalał sobie myśleć, że w przeciągu kilku ostatnich miesięcy nauczył się doceniać spokój i tego rodzaju widoki.

W żaden sposób jednak nie nabrał dzięki temu większej ochoty na przeżycie tej farsy zwanej rozprawą i poznanie, w ten czy inny sposób, swoich dalszych losów. Albo wróci do Hogwartu, znowu będzie nauczał, odkryje prawdę, kryjącą się za starannie beznamiętnymi listami, które dostawał od Harry'ego i Dracona, stawi czoła dyrektorowi...

Albo wróci tutaj i będzie patrzył na jesienne liście drzew, póki nie wyślą go do dowolnego więzienia, który by teraz nie przygotowywali w miejsce Azkabanu.

Snape pokręcił głową i odwrócił się do stolika za sobą. Jego cela miała niewiele mebli: stolik, krzesło z wysokim oparciem, polanka, dywanik i półka z książkami, która wypełniała się przypadkowymi książkami na życzenie więźnia a czasem i samego pokoju. Na stoliku codziennie pojawiał się też "Prorok Codzienny", chociaż Snape zwykle tylko pobieżnie przeglądał artykuły. Tej całej Skeeter wreszcie kończyły się materiały o Harrym i została zredukowana do raportowania nadchodzącego balu bożonarodzeniowego.

Mamy naprawdę wiele do omówienia, pomyślał Snape, przypominając sobie zdjęcie Harry'ego na jego miotle, latającego wokół trzech smoków. Między innymi o tym, coś ty wyprawiał przez te ostatnie miesiące.

No i, oczywiście, co do cholery Harry musiał zrobić, żeby jego ojciec zdecydował się wycofać oskarżenie.

Snape pokręcił głową i usiadł na krześle, sięgając po "Proroka Codziennego". Nagłówek na pierwszej stronie głosił, oczywiście:

DZISIAJ ODBĘDZIE SIĘ ROZPRAWA BYŁEGO ŚMIERCIOŻERCY

Snape odkrył, że nie ma ochoty na nowiny.

Odłożył gazetę z powrotem na stolik i obejrzał się ze zniecierpliwieniem na drzwi. Nie miał przy sobie swojej różdżki, oczywiście, ale gazeta zawsze pojawiała się dokładnie o dziewiątej rano. To oznaczało, że jego śniadanie powinno zostać dostarczone lada moment. A godzinę później zostanie odeskortowany na swoją rozprawę.

Snape powiedział sobie, że wcale nie jest przerażony. Już kiedyś musiał stanąć przed Wizengamotem, kiedy po raz pierwszy go oskarżono o bycie śmierciożercą. Wtedy zrobił rzeczy znacznie bardziej niewybaczalne. Tym razem miał przeciw sobie tylko oskarżenia ministra, oskarżenia, których Knot nie miał autorytetu już na niego rzucać, bo został pozbawiony swojego stanowiska. Zamiast tego będzie go przesłuchiwać starszyzna Wizengamotu. Nie doszłoby w ogóle do tego, gdyby Snape był opiekunem dosłownie kogokolwiek innego poza Harrym Potterem.

I jeśli chcę pozostać jego opiekunem, to muszę im wszystkim teraz stawić czoła.

Och, tak, Snape wiedział, że jego dwa miesiące pobytu tutaj go zmieniły, ale w żaden sposób nie sprawiły, że zrobił się jakkolwiek mniej niebezpieczny, zwłaszcza, jeśli miał coś, o co był gotów walczyć.

Ktoś zapukał do drzwi. Snape zamarł i przymrużył oczy. Zawsze wcześniej kelner wołał go po nazwisku i czekał aż Snape nie otworzy mu drzwi, wpuszczając go do środka; Snape nie był w stanie opuścić pomieszczenia bez padnięcia bez przytomności zaraz za progiem, ale zdolność do otwarcia drzwi i wpuszczenia gości pozwalała ministerstwu udawać, że posiadał choć odrobinę prywatności.

Niewielka zmiana w rutynie, pomyślał. Być może ktoś przekupił straż, żeby zobaczyć uwięzionego słynnego śmierciożercę, bo to może być ostatnia ku temu okazja. Na pewno istnieje jakieś racjonalne wyjaśnienie.

Nie przeżył jednak tak długo, szukając racjonalnych wyjaśnień w sytuacjach, które sprawiały, że czuł się nieswojo.

Wstał z krzesła i bezszelestnie stanął za nim. Osoba po drugiej stronie drzwi zapukała ponownie, a potem jeszcze raz. Wciąż nikt go nie zawołał. Niespotykane. Czemu?

Może obawia się, że rozpoznam jego głos.

Chwilę potem do jego uszu doszedł ciąg pośpiesznie wymamrotanych zaklęć i Snape zobaczył jak kilka osłon na jego drzwiach, ledwie widocznych, kolorowych linii, których już nawet nie zauważał, o ile ich nie wypatrywał, zamigotało i zniknęło. Potem ucichł szum w jego uszach, który przez cały jego pobyt przypominał mu o cenie, jaką przyszłoby mu zapłacić, gdyby spróbował opuścić to miejsce. Wyglądało na to, że ktoś zdjął również tę osłonę.

Ciekawe, co to ma być? pomyślał Snape, umysłem chłodnym i mrocznym, pracującym na wysokich obrotach. Czuł się jak wtedy, kiedy przez ostatni rok wojny był szpiegiem, ale nie zszedł na ten poziom lodu, przez który napytał sobie takiej biedy z Harrym. Obiecał sobie, że już nigdy sobie na to nie pozwoli. Zwykła próba skrytobójstwa, czy zabicie uciekiniera?

Czarodziej po drugiej stronie drzwi popchnął je do środka.

Snape pochylił głowę, chowając się za oparcie krzesła i ostrożnie, bardzo ostrożnie podniósł tarcze ze swojej własnej magii. Ta wzniosła się wokół niego w cichej fali, potężna i świetnie wytrenowana. W porównaniu do Harry'ego czy dyrektora, nie był w stanie sobie pozwolić na zbyt wiele bezróżdżkowej magii, ale upewnił się, że praktycznie nikt nie będzie wiedział o tym, że w ogóle jest w stanie ją wykonywać. Chciał okazać dobrą wolę, więc praktycznie nie korzystał z własnej magii, kiedy pokornie brał udział w tej całej farsie.

Nie miał jednak zamiaru pozwolić na to, żeby ktoś go zabił akurat w chwili, w której mógł być o krok od wyjścia na wolność.

Rozpoznał ciężki, szurający krok czarodzieja, który wszedł do pokoju i skrzywił usta. Macnair. Nic dziwnego, że uznał, że rozpoznam jego głos. Gdyby nie osłony, Snape pewnie już wcześniej rozpoznałby jego wybór zaklęć. Macnair preferował magię polegającą na ciężkiej, brutalnej sile. Nie był nieinteligentny, ale jego zaklęciom zawsze brakowało jakiejkolwiek finezji.

Snape przygotował po cichu klątwę, która przebije zewnętrzną powierzchnię serca Macnaira. Zginie szybko i niewykrywalnie; trzeba by było przeprowadzić bliższe dochodzenie, żeby potwierdzić magiczną przyczynę zgony, a po odkryciu Znaku na lewym przedramieniu Macnaira ministerstwo raczej nie będzie go potrzebowało.

Powietrze wokół niego szczęknęło niczym stal, kiedy szykował się do ciśnięcia klątwy niczym sztyletu.

Stupefy!

Snape niemal podskoczył, kiedy zobaczył jak czerwone światło klątwy przeszywa pokój – dochodząc od strony drzwi. Przez oparcie krzesła nie był w stanie zobaczyć, co się stało, ale usłyszał jak Macnair wydaje z siebie zaskoczony jęk i opada na podłogę. To oznaczało, że ktokolwiek rzucił to zaklęcie, był mu przyjacielem.

Być może. Może też być kimś, kto nie chciał się z nim podzielić ofiarą.

– Profesorze Snape – rozległ się głos aurorki Mallory, spokojny i niewzruszony. – Czy nic panu nie jest?

Snape pozwolił sobie wziąć moment na uspokojenie i zamknięcie swojej magii z powrotem za tarczami i dopiero wtedy wstał. Ta czarownica była na tyle potężna, że gdyby tego nie zrobił, to byłaby pewnie w stanie wyczuć, że coś jest nie w porządku.

– Nie, proszę pani – powiedział.

Mallory kiwnęła głową, po czym zerknęła na ciało Macnaira.

– Znaleźliśmy człowieka, który zwykle dostarczał panu jedzenie, sparaliżowanego i spętanego – powiedziała. – Tego tutaj nawet nie znam. Kto to jest?

– Walden Macnair – powiedział Snape. – A jeśli chodzi o powód, dla którego miałby chcieć mnie zabić, proszę sprawdzić jego lewe przedramię.

Mallory zamrugała raz, po czym przegnała wszelkie oznaki swojego zaskoczenia. Kiwnęła głową.

– Obiecałam, że dotrze pan na swoją rozprawę żywy – powiedziała Snape'owi – i tak będzie.

Snape kiwnął jej z powrotem. Nie był w stanie powiedzieć, że lubił tę kobietę – sam poziom jej mocy, tak niebezpiecznie bliski jego, czynił to niemożliwym – ale szanował ją i to nie bez powodu. "Prorok" doniósł, że będzie prawdopodobnym następnym szefem biura aurorów, jeśli Scrimgeour wygra wybory i zajmie stanowisko ministra. Była dobrym wyborem. Snape wierzył, że naprawdę ma zamiar dotrzymać danego słowa.

Mallory machnęła różdżką i stworzyła talerz tostów z masłem i herbatę.

– Obawiam się, że będzie musiał pan zjeść w większym pośpiechu niż zazwyczaj – powiedziała. – Rozprawa zacznie się o dziewiątej trzydzieści, zamiast o dziesiątej.

Snape podniósł brew, siadając do jedzenia.

– Czyj to był pomysł?

Mallory zamrugała niewinnie, odnawiając osłony na jego pokoju.

– Ależ, profesorze Snape. Przecież tak się zdarza, nie wiem, o co panu w ogóle chodzi. Byłoby zupełnie nie na miejscu, gdybym powiedziała panu, że Harold Hallowhunt, jeden z sojuszników ministra, zajmujący pozycję w Wizengamocie, zasugerował, że rozprawa powinna zostać przesunięta w nadziei, że pański świadek ją przegapi. Jestem pewna, że panu Hallowhuntowi leży na sercu wyłącznie dobro czarodziejskiego świata jako takiego.

Musiała być szkolona przez Scrimgeoura, pomyślał cierpko Snape, wracając do swoich tostów. Naprawdę mam nadzieję, że facet wygra te wybory. Madam Bones jest zbyt honorowa, a jej honor czyni ją krótkowzroczną. Potrzebujemy kogoś, kto będzie w stanie stawić problemom czoła, ale też sprawić, że one czasem po prostu... znikną.

Zdołał zjeść całkiem sporo ze swojego śniadania, podczas gdy Mallory spętała Macnaira i przeniosła go do innej celi. Posiłek nie stanął mu w gardle aż do momentu, w którym czarownica nie wróciła do jego drzwi, pochwyciła wzrokiem jego spojrzenie i kiwnęła głowa. Właściwie to był z siebie naprawdę dumny.


Harry spodziewał się, że jego druga wizyta w sali sądowej Wizengamotu okaże się mniej przerażająca od pierwszej. Ostatecznie miał już jakieś pojęcie względem tego, jak wygląda i gdzie czarodzieje lubią siadać. Zdawał sobie też sprawę, że tym razem pojawią się również ludzie, którzy będą czuli jakąkolwiek sympatię względem jego sytuacji.

Okazało się, że się mylił. Podczas przesłuchania ministra nie było nikogo, kto nie należałby do Wizengamotu, czy też, jak Harry czy Scrimgeour, byłby w jakiś sposób związany z faktem, że do tej sytuacji w ogóle doszło. Harry podejrzewał, że sojusznicy Knota się co do tego upewnili. Teraz jednak w sali wręcz przelewało się od ciekawskich czarodziejów, ubranych we wszystko, od wymiętych, pocerowanych szat, po oficjalne ubiory czystokrwistych, którzy przyszli tylko po to, by pooglądać.

Harry zauważył, że tym razem Dumbledore obrał drogę na około, która choć zdawała się zawierać w sobie wielu członków Wizengamotu, w bardzo wygodny sposób kryła ich przed większością gapiów, albo pozwalała im wyłącznie na przelotne zerknięcia. Nie przeszkadzało mu to. Wiedział, że będzie musiał składać zeznania na rzecz Snape'a i był gotów się z tym zmierzyć. Nie miał jednak najmniejszej ochoty na wytykanie palcami jako "tego chłopca, o którym tyle było ostatnio w gazetach", co usłyszał przypadkiem od jednego z rozmówców, których razem z dyrektorem minęli w pośpiechu.

– Harry.

Harry zamrugał i spojrzał w górę. Dumbledore mu się przyglądał – uważnie, jak to miał w zwyczaju ostatnimi czasy i bez uśmiechu.

– Jak rozprawa już się zacznie – powiedział cicho – obawiam się, że będziesz musiał zacząć kryć się ze swoimi emocjami. Severus został oskarżony o coś, czego, jeśli wziąć wszystko pod uwagę, byłbym naprawdę zaskoczony, gdyby nie zrobił. To oznacza, że musimy być cierpliwi, spokojni, racjonalni i legalni. Twoja złość czy żal może nam w takim momencie wyłącznie zaszkodzić.

Harry kiwnął głową.

Dumbledore odpowiedział tym samym, po czym zaprowadził go na jego miejsce, którym znowu było maleńkie krzesełko, stojące w cieniu fotela Dumbledore'a. Harry zajął je z uczuciem ulgi. Rozejrzał się, ale nigdzie nie zobaczył Umbridge, ani nawet tych dwóch członków Wizengamotu, którzy ostatnim razem zagłosowali za pozostawieniem Knota na stanowisku ministra. Odprężył się.

– Dzień dobry.

Naprawdę muszę przestać się relaksować w takich chwilach. Harry wstał, żeby powitać Scrimgeoura, nieco zaskoczony jego obecnością na sali.

– Czemu pan się pojawił? – zapytał. – Wydawało mi się, że będzie pan zanadto zajęty kampanią wyborczą.

– Czy wspominałem ci kiedyś – powiedział Scrimgeour, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem – że jestem koneserem ludzkiej mimiki?

Harry zamrugał.

– Nie, obawiam się, że pierwszy raz o tym słyszę.

– Lubię obserwować twarze – powiedział wesoło Scrimgeour. – Naprawdę lubię ten moment, w którym, na przykład, kryminalista, który zajął to krzesło z uśmiechem i pewnością siebie, orientuje się nagle, że mamy dowody, na podstawie których możemy go skazać. Uwielbiałem obserwować byłych śmierciożerców, kiedy docierało do nich, że ich nazwiska nie uratują ich od rozprawy, tak samo jak nie uratowałyby przeciętnego człowieka. Pochylam się do przodu za każdym razem, żeby przyjrzeć się kobiecie, która zabiła swojego męża i upozorowała to na wypadek, podczas gdy Wizengamot głosuje nad jej losem.

Harry podniósł brwi.

– Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jest pan taki… krwiożerczy, proszę pana.

– Dzisiaj spodziewam się zobaczyć naprawdę wyborne wyrazy twarzy – powiedział Scrimgeour, którego mugolacki sposób wyrażania się coraz bardziej odbijał się w akcencie. – Zrozum, Potter, na tej sali dzisiaj znajdą się ludzie, którzy z radością zobaczą, jak twój opiekun zostanie skazany na dożywocie. Minister to było coś innego, tam był zagrożony ich sposób życia. Snape to śmierciożerca, a wielu z nich nie lubi śmierciożerców. Nigdy za nimi nie przepadało i nigdy ich nie polubi.

Harry zacisnął pięści. Nie był w stanie znieść myśli, że straci Snape'a, że ten trafi do dowolnego więzienia, którym Wizengamot uznał za stosowne zastąpić Azkaban, ale rozumiał, że to była jedna z możliwości, z którą być może będzie musiał się dzisiaj zmierzyć.

– I będzie pan obserwował moją minę, kiedy ogłoszą do winnym? – zapytał.

Scrimgeour parsknął śmiechem.

– Nie. Ale już nie mogę się doczekać chwili, kiedy zaczną wzywać świadków. Przyjrzyj im się wtedy, Potter. To dopiero będzie widok. – Zawrócił na pięcie i pomaszerował w kierunku niższych rzędów, po drugiej stronie sali sądowej. Szaty za nim powiewały mimo, że w tym tłoku nie powinny mieć na to miejsca. Harry patrzył za nim z zaskoczeniem.

Czemu tak bardzo stara się nam pomóc? Po prostu dlatego, że nie lubił Knota?

Harry jednak nie miał na to odpowiedzi, więc z braku innego pomysłu po prostu zajął swoje miejsce. Sala zdawała się już pękać w szwach, usłyszał też, że ktoś prosił już o ciszę. Knot nie był już częścią składu sędziowskiego, Amelia Bones była zajęta swoją kampanią wyborczą, a Dumbledore już wcześniej powiedział Harry'emu, że odmówił prowadzenia przesłuchania, co oznaczało, że ten przywilej przypadnie najstarszemu członkowi Wizengamotu.

Kto...

– Uwaga – powiedział łagodny głos, wzmocniony nagłaśniającymi zaklęciami. – Czy mogę prosić wszystkich o uwagę?

Harry uśmiechnął się, patrząc jak mała, stara czarownica wstaje ze swojego miejsca z boku balkonu. Gryzelda Marchbanks prawdopodobnie była najstarszą członkinią Wizengamotu. O tym świadczyła jej twarz, ale jej głos był mocny i wyraźny, więc zwrócił na siebie uwagę ludzi. Czarodzieje i czarownice usiedli i, choć prawdopodobnie nic nie byłoby w stanie zmusić ich do przerwania rozmów, to przynajmniej przycichły one do nieznacznego mamrotania.

– Witam was, panie, panowie i istoty łagodne – zaczęła Madam Marchbanks – na tej cokolwiek niezwykłej rozprawie. Wizengamot będzie go osądzał ponieważ zarzuty zostały wniesione przez byłego ministra Knota, ale że nie jest on już dłużej częścią sądu, przesłuchanie zostanie poprowadzone przeze mnie. – Pokłoniła się lekko i z gracją. – Madam Marchbanks, do usług. Widziałam już sto sześćdziesiąt wiosen, pięćdziesiąt z nich spędziłam w służbie Wizengamotu, a mimo to wierzę, że to będzie jedna z bardziej niezwykłych rozpraw.

Ponad widzami rozległ się podekscytowany szum. Harry przełknął ślinę. Niezwykłych? Czemu? Czy ja o czymś nie wiem?

– Zacznijmy od tego – ciągnęła dalej Madam Marchbanks, przekładając leżące przed nią papiery – że w tej sprawie zostały złożone dwa komplety zarzutów, jeden od byłego ministra, a drugi od Jamesa Pottera...

To imię sprawiło, że szum znowu się podniósł. Harry pacnął żuka, który mu latał koło głowy i miał nadzieję, że nikt nie zacznie się rozglądać po sali z nadzieją znalezienia Pottera, albo co gorsza, nie rzuci zaklęcia nawigacyjnego.

– Ale zarzuty Pottera zostały wycofane – dokończyła stara czarownica. – W dodatku w międzyczasie minister został pozbawiony swojego stanowiska, chociaż wierzę, że Wizengamot naprawdę dobrze sobie radzi, tymczasowo go zastępując. To oznacza, że rozprawa profesora Severusa Snape'a, mistrza eliksirów i głowy domu Slytherina w szkole magii i czarodziejstwa Hogwart, zostanie przeprowadzona na podstawie zredukowanych zarzutów i opierać się będzie niemal wyłącznie na zeznaniach świadków i więźnia, zamiast na rzetelnych, spisanych dowodach.

Nad salą podniósł się kolejny szum. Harry zamknął oczy i odetchnął głęboko. Rozumiał już, czemu Dumbledore powiedział mu, że ma być cierpliwy i uważać na swoje emocje. Zły krok w tym momencie może okazać się fatalną pomyłką, przez którą nie zdołają uratować Snape'a, ponieważ wokół nich były oczy, gotowe szukać cieni w sposobie, w którym Harry i inni świadkowie będą składać swoje zeznania.

– Wprowadzić więźnia!

Harry pochylił się, mając nadzieję zobaczyć Snape'a chociaż przelotnie. Ostatecznie minęły aż dwa miesiące, a ponieważ Snape zachowywał się jak idiota na kilka tygodni przed tym jak go pojmano – w dodatku dał się na tym przyłapać, co było jeszcze gorsze – Harry naprawdę pragnął go zobaczyć.


Snape zawsze uważał się za cierpliwego człowieka. Kiedy czekał przed zamkniętymi drzwiami sali sądowej Wizengamotu, uznał, że chyba jednak ta opinia jest bezpodstawna. Cała skóra zdawała się go mierzwić i to nie tylko dlatego, że stał między dwójką aurorek, które miały wyciągnięte różdżki, podczas gdy on nie miał żadnej, albo dlatego, że przedsionek, w którym przebywali, był kompletnie pozbawiony wszelkich dekoracji.

Chciał już się znaleźć w środku, chciał, żeby ta rozprawa wreszcie dobiegła końca.

Mallory zmarszczyła brwi i podeszła do drzwi, żeby przycisnąć do nich ucho, jakby zastanawiała się, czy jakimś cudem nie przegapiła sygnału, żeby go wprowadzić do środka. Momentalnie druga aurorka, młoda, poddenerwowana, z niedorzecznie niebieskimi włosami, odkaszlnęła i pochyliła się w kierunku Snape'a.

– Profesorze? – praktycznie pisnęła.

Snape rzucił jej ostrożnie wyważone spojrzenie. Pamiętał Nimfadorę Tonks jako przeciętną uczennicę, nie dość niekompetentną, żeby go irytować, ale też nie dość zdolną, by zdobyć sobie jego uznanie. Była również tak niezdarna, że przewróciła niezliczoną ilość kociołków, chociaż na szczęście ani razu nie wywołała eksplozji. To raczej nie świadczyło dobrze o dowolnych intencjach, które mogłyby skłonić ją do zadania mu teraz pytania.

Tonks przygryzła wargę, żuła ją przez chwilę, po czym wypaliła na jednym oddechu:

– Kingsley Shacklebolt chce, żebym przyłączyła się do Zakonu Feniksa, a ja nie wiem, czy to jest dobry pomysł i się tym martwię, i mi się to nie podoba, i chciałabym poprosić o pańską opinię. – Wbiła w niego spojrzenie, jakby momentalnie miał na to jaką mądrą radę.

Snape tylko mrugał na nią przez chwilę. Potem uśmiechnął się krzywo. Tonks zmarkotniała.

Snape'a to nie obchodziło. Oto była jego okazja do wyrzucenia z siebie frustracji, dzięki czemu będzie mógł potem wejść do sali znacznie spokojniejszy.

– Proszę pomyśleć, panno Tonks – mruknął, poruszając za plecami nadgarstkami tak, że jego okowy zadzwoniły o siebie – że ja też byłem członkiem Zakonu Feniksa, ryzykowałem życiem w walce z Mrocznym Panem i służyłem Albusowi Dumbledore'owi tak wiernie jak tylko byłem w stanie. Mimo to w czasie tych miesięcy, kiedy byłem tutaj uwięziony, nawet nie spróbował mnie odwiedzić, ani też, z tego co wiem, nie zrobił niczego, żeby się upewnić, że moja rozprawa pójdzie jak należy. – Musiał mówić szybko, ponieważ Mallory ruszyła z powrotem w ich kierunku, więc ostrożnie dobrał słowa. – Dumbledore nazwał Zakon przez wzgląd na swojego własnego feniksa, Fawkesa. A ptak opuścił go w zeszłym roku.

Tonks cofnęła się od niego o krok w szoku.

– Ale to oznacza... – szepnęła.

– Co oznacza co, aurorko Tonks? – zapytała Mallory, zajmując swoje miejsce po jego drugiej stronie. Snape był w stanie wyczuć jej podejrzliwość, wiedział, że jest bardziej wierna prawu niż któremukolwiek z nich, ale go to nie obchodziło. Czuł się lepiej. Tonks próbowała zrzucić na niego swoje troski, a on oddał je z nawiązką. To mu zawsze poprawiało humor.

– Nic – powiedziała Tonks i westchnęła. Jej włosy zmieniły kolor na brązowy. – Zupełnie nic.

Mallory przymrużyła oczy, przerzucając wzrok między nimi, ale wtedy rozległo się wołanie i drzwi otworzyły się na oścież, wpuszczając ich do środka. Snape szedł z wysoko uniesioną głową, maskując się czarnym lodem i patrząc na ludzi, który mu się przyglądali z zaciekawieniem, z taką obojętnością, że widział jak niektórzy czarodzieje i czarownice kulą się na swoich miejscach. Poruszył głową w niezrozumiałym dla nikogo, lekkim kiwnięciu. Właśnie tak powinno być.

Kiedyś już musiał przez to przejść i wtedy był bezbrzeżnie przerażony, musiał polegać wyłącznie na tym, że słowo Dumbledore'a wystarczy, żeby przywrócić mu wolność. Tym razem nie wiedział, co go może spotkać, ale i tak był w stanie stawić czoła wbitym w niego spojrzeniom. Być może dlatego, że ostatnim razem walczył wyłącznie o własne życie i wolność. Tym razem na szali leżało nie tylko to, ale również obietnica, że będzie w stanie wrócić do Hogwartu i Harry'ego.

Nawet jeśli wspomnienie o tym jest niedorzecznie sentymentalne.

Tonks i Mallory zaprowadziły go do krzesła, stojącego po środku sali sądowej i posadziły na nim. Ponieważ jego ręce wciąż były skute za jego plecami, to nie spróbowały nawet go przykuć do krzesła. Snape był za to wdzięczny. W ten sposób mógł wygodniej usiąść i bardziej efektownie uśmiechać się do otaczających go ludzi z kpiną.

Ze wszystkich stron patrzyły na niego nieprzejednane twarze. Snape'a to nie obchodziło. Tylko kilka z nich miało tak naprawdę jakiekolwiek znaczenie. Stara czarownica, która będzie przeprowadzała przesłuchanie była istotna, podobnie jak nieskończenie rozbawione spojrzenie Scrimgeoura, czy też, oczywiście, przeszywające spojrzenie Dumbledore'a.

Z jakiegoś dziwnego powodu jego oczy nie były w stanie oderwać się od Dumbledore'a kiedy tego chciał. W pierwszej chwili pomyślał, że stary czarodziej pewnie spróbował użyć na nim jakiegoś rodzaju przymuszenia, ale potem rozpoznał płomień znajomej mocy. Magia Dumbledore'a nie była w stanie do końca jej przykryć.

Harry.

Snape miał nadzieję, że nie dał tego po sobie poznać, ale i to szlag trafił, kiedy niewielka postać przecisnęła się obok Dumbledore'a, podeszła do barierki balkonu i pochyliła się nad nią, żeby spojrzeć mu w oczy.

Harry nawet z tej odległości wyglądał na wykończonego. Snape jednak rozpoznał sposób, w jaki chłopiec zaciskał szczękę i podejrzewał, że ten jest gotów walczyć o niego z całym uporem, jaki się gnieździł w jego niewielkim ciele.

Snape pozwolił sobie więc na krótkie kiwnięcie głową na powitanie. Czuł, jak w środku piersi płonie mu coś słodkiego, zupełnie jak przyjemna wersja eliksiru Meleagera, którym nakarmił Knota.

Wyjdę stąd żywy i wolny. Skoro Harry zdołał przeżyć do tej pory, to sam też powinienem być w stanie.


Harry przyglądał się Snape'owi przez jakiś czas. Twarz jego opiekuna nie była nawet w połowie tak blada jak sobie wyobrażał, że będzie po dwóch miesiącach przesiedzianych z dala od słońca. Z drugiej strony jednak Snape i tak większość swojego czasu spędzał w lochach, więc to dla niego pewnie nie była aż taka wielka różnica. A teraz rozglądał się po sali z pogardą.

Harry nie był w stanie wyrazić jak bardzo się ucieszył na wieść, że Snape odsiedział swój czas i był psychicznie gotów na wyjście.

Dam sobie radę. Tu chodzi o niego. Będę dzielny.

Dumbledore położył mu rękę na ramieniu, próbując go nieszczególnie delikatnie odciągnąć od barierki i popchnąć z powrotem w kierunku jego miejsca. Harry rzucił Snape'owi ostatnie spojrzenie, które miał zamiar zabrać w sercu ze sobą, po czym posłusznie się wycofał. Rzucił zaklęcie widzenia na swoją dłoń, tak jak ostatnim razem, żeby móc zobaczyć dramat, jaki się rozegra w dole sali.

Gryzelda Marchbanks zaczęła jak tylko szmer rozmów ponownie ucichł.

– Severusie Snape'ie – mruknęła, a jej głos odbił się echem po sali dzięki zaklęciom nagłaśniającym – został pan oskarżony o uwarzenie nielegalnego eliksiru, którego nie zarejestrował pan w ministerstwie magii. Jest pan również oskarżony o podanie tego eliksiru byłemu ministrowi Knotowi. Jego efekty są nieznane, ale domyślamy się, że nie miały służyć poprawie jego zdrowia. – W tych słowach zabrzmiało wyraźne rozbawienie. – Czy rozumie pan wagę zarzutów, jakie zostały tutaj wytoczone?

– Rozumiem. – Snape brzmiał... brzmiał na znudzonego. Harry poczuł, jak przeszywa go niczym nie zmącony, ślizgoński podziw.

– Statut Wizengamotu pozwala panu na wezwanie swojego reprezentanta – powiedziała Madam Marchbanks. – Czy chce pan skorzystać z tego przywileju?

– Nie. Sam będę siebie reprezentować. Nie ufam, że ktokolwiek będzie przemawiał w moim imieniu równie dobrze co ja. – Kolejna sugestia rozbawienia.

– Niech i tak będzie. Czy życzy pan sobie przyjąć Veritaserum?

– Nie.

Madam Marchbanks brzmiała, jakby się tego spodziewała.

– Niech i tak będzie. Oskarżyciel ma pierwszeństwo do wezwania swoich świadków. Ponieważ ja prowadzę to przesłuchanie, to moim zadaniem będzie przejęcie tej części rozprawy. Wzywam Korneliusza Knota, który naciskał, że chce być tu z nami dzisiaj i osobiście wyłuszczyć swoje zarzuty.

Harry przymrużył oczy, patrząc jak Knot kroczy dumnie jak paw w kierunku środka sali sądowej. Jego szaty były niemal tak wspaniałe, jak te, które nosił, kiedy był jeszcze ministrem, a na twarzy miał wyraz przesadnego zadowolenia z siebie. O co właściwie Scrimgeourowi chodziło z tymi minami?

Knot zatrzymał się przed krzesłem Snape'a i odchrząknął głośno.

– Nazywam się Korneliusz Knot – powiedział, zanim jeszcze Madam Marchbanks zdążyła go poprosić o przedstawienie się. – Do niedawna byłem ministrem magii w Wielkiej Brytanii.

– Oczywiście. – Głos czarownicy był wybitnie obojętny. – Czy zgadza się pan odpowiedzieć na pytania dotyczące zarzutów, które wniósł pan przeciw Severusowi Snape'owi?

– Oczywiście – odpowiedział jej Knot, którego ton ociekał uprzejmością i urokiem, przez które Harry był w stanie wreszcie zrozumieć, jakim cudem ten człowiek wygrał wybory. Nie patrzył na Snape'a, ale uśmiechał się do wszystkich wokół. Jego charyzma przylegała do niego grubo niczym algi i samo to mogło wystarczyć do przekonania kogoś, kto się na nim nie poznał.

– Czy oskarża pan go o uwarzenie nielegalnego eliksiru, jak i nakarmienie nim pana podczas równonocy jesiennej tego roku?

– Tak – powiedział Knot od razu. – Nie wiedziałem wtedy, rzecz jasna, że to był nielegalny eliksir, ale lekarze w świętym Mungu zbadali mnie i nie znaleźli niczego, co pasowałoby do jakichkolwiek znanych im eliksirów. Znaleźli jednak wyjątkowo niezwykłe pozostałości po nim w mojej krwi.

Harry zamknął oczy. Snape pozwolił, żeby jego żądza zemsty była silniejsza od sprawienia, by eliksir nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Założę się, że zrobił ten wyjątek wyłącznie wobec składników, które miały zadać ból. Doprawdy. Będę musiał z nim o tym porozmawiać.

– Pozostałości czego? – zapytała Madam Marchbanks. Harry otworzył oczy i pochylił się, żeby zobaczyć Snape'a ponad ramieniem Knota. Skrzywił się. Snape pobladł lekko, co samo w sobie nie było świadectwem szczerości Knota, ale dla dowolnego człowieka, zdolnego do odczytywania odpowiednich znaków, było to oczywiste niczym wrzask. Wyglądało na to, że nie spodziewał się, że ktokolwiek odnajdzie te pozostałości.

– Złocieni maruna i skorupy ognistego kraba – powiedział Knot. Jego głos był teraz wyjątkowo zadowolony z siebie, jakby uważał, że warto jest nosić w sobie te składniki, jeśli tylko to będzie oznaczało, że zdoła pokonać swojego przeciwnika. I pewnie faktycznie tak myśli, pomyślał kwaśno Harry. Przecież to polityk. – A także grzyba anioła śmierci.

Syk poniósł się po sali. Harry skrzywił się. Tak jak myślałem, to są składniki, które mają zadać ból. W dodatku trzeba mistrza eliksirów, żeby uwarzyć miksturę, która powstrzymałaby te toksyny od wejściem w reakcję z organizmem w przeciągu kilku godzin. Cholera by cię, Snape!

Czuł też nieprzyjemne uczucie, kiełkujące gdzieś w tyle jego umysłu na myśl o tym, jak strasznie Snape pragnął, żeby Knot zwijał się w cierpieniach.

Usłyszał jak Madam Marchbanks zadaje przewidywalne pytanie – jakim cudem Knot wciąż żyje? – i jak Knot podaje przewidywalną odpowiedź – dzięki zdolnościom Snape'a. Wziął głęboki oddech i spojrzał znowu na okienko.

– Wygląda na to, że musimy się zgodzić z tym, iż jest to wyjątkowo prawdopodobne, że tylko mistrz eliksirów byłby w stanie uwarzyć coś tak niebezpiecznego – mówiła Madam Marchbanks, a w jej głosie zabrzmiało lekkie podenerwowanie. Harry przypomniał sobie coś, co Snape mu kiedyś powiedział, że łatwo wyprowadzić czarodziejów z równowagi myślą, że istnieje coś, co mogłoby im coś zrobić, a co nie wymaga różdżki i czasem może zacząć działać całe godziny, dni, miesiące, a nawet i lata po tym, jak już zostało strawione. – Jakie efekty poboczne zauważył pan w wyniku tego eliksiru, panie Knot?

Harry podniósł brwi, kiedy zobaczył jak Knot po raz pierwszy zalewa się rumieńcem. Mam nadzieję, że Scrimgeour też to zauważył.

– No, żadnych – przyznał niechętnie. – Wiem tylko, że pachniało czekoladą i że Snape – obecny tu więzień – zmusił mnie do zlizania go z moich palców. – Chichot poniósł się po sali na to wyznanie. Knot starał się temu oprzeć, ale jego uszy zalewały się czerwienią. – Do tego są te ślady w mojej krwi. Ale w sumie to wszystko. – Wyprostował się nagle. – Ale to powinno więcej niż wystarczyć! Kto wie, jakie koszmarne rzeczy ten eliksir mógł mi zrobić?

– Dziękuję, panie Knocie – powiedziała Madam Marchbanks. – Wystarczy na razie. – Knot zadarł wysoko głowę i ruszył paradnie z powrotem w kierunku schodów. – Wizengamot wzywa drugiego świadka, Augustusa Starrise'a.

Nastała długa chwila ciszy. Harry przyglądał się uważnie swojemu okienku, po czym wreszcie poderwał głowę i rozejrzał się po sali, ale nie zobaczył, żeby ktokolwiek się ruszył.

Zauważył za to, że Rufus Scrimgeour uśmiecha się łobuzersko.

– Augustus Starrise – powtórzyła Madam Marchbanks, brzmiąc tym razem na nieco mniej pewną siebie. – Gdzie jest pan Starrise?

– Chyba ja mogę na to odpowiedzieć, Madam – rozległ się głos Scrimgeoura. – Wygląda na to, że pan Starrise odbył ostatnio pojedynek pod warunkami Zachodzącego słońca, który to przegrał, więc został zmuszony do wycofania się z polityki na najbliższy rok. Jestem pewien, że Wizengamot rozumie, jak poważnie należy podchodzić do tej starej tradycji. Gdyby pan Starrise stawił się na te zeznania, to dosłownie przypłaciłby to ręką albo nogą.

Madam Marchbanks po prostu stała przez chwilę, mrugając.

– Ale... tego rodzaju sytuacje zwykle nie mają znaczenia w przypadku legalnych zeznań – powiedziała. – Widziałam jak czarodzieje i czarownice, związani warunkami Zachodzącego Słońca, zeznają w sądzie w czasie swojego roku, w którym mieli się trzymać z dala od spraw ministerstwa.

Scrimgeour wzruszył wdzięcznie ramionami.

– W takim razie wygląda na to, że pan Starrise sam uznał, że nie powinno go tu być. Jestem pewien, że przesyła wyrazy ubolewania.

Harry wyszczerzył się wbrew sobie. Musiał przyznać, że miny wielu ludzi były godne uwagi. Niektórzy starali się ustalić, czemu Scrimgeour w ogóle wyzwał go na taki pojedynek i jak go w ogóle wygrał, podczas gdy inni starali się ustalić co to oznacza, że sam Starrise zdecydował się nie zeznawać na rzecz byłego ministra.

– Ja... – Madam Marchbanks pokręciła głową. – Niech i tak będzie. Oskarżyciel nie ma w takim razie więcej świadków. Chyba, że ktoś chce się zgłosić na ochotnika?

Nikt tego nie zrobił. Nic dziwnego – nawet ci, którzy chcieliby pogrążyć w jakiś sposób Snape'a musieli zdawać sobie sprawę z tego, że nie byliby w stanie tutaj nic więcej dodać. Spotkanie Snape'a z Knotem odbyło się prywatnie i nikt nie byłby w stanie podważyć czegokolwiek co zostało podczas niego powiedziane.

– W takim razie przeniesiemy się do obrony – powiedziała rześko Madam Marchbanks. – Panie Snape, sąd najpierw przepyta pana.

– Dobrze. – Snape w pełni wrócił do siebie po tym, jak Knot go zaskoczył i teraz wyglądał po prostu obojętnie.

– Czy stworzył pan eliksir, którego nie zarejestrował pan w ministerstwie?

– Owszem.

– Czy ten eliksir zawierał składniki, które wymienił pan Knot – czyli złocień maruna, skorupę ognistego kraba i grzyb anioła śmierci?

Harry zobaczył jak ramiona Snape'a spinają się lekko, ale ten powiedział tylko:

– Owszem.

Sala sądowa niemal wrzasnęła ze strachu. Madam Marchbanks musiała zawołać o spokój i kontynuowała dopiero, kiedy wszyscy ucichli.

– Czemu miałby pan włączyć tego rodzaju składniki w dowolny eliksir, panie Snape?

– Nie jestem pewien, czy zdajecie sobie sprawę – zaczął Snape – ale istnieje wiele składników eliksirów, które, choć same w sobie śmiertelnie trujące, tracą swoją toksyczność jeśli je wymieszać z innymi. Grzyb anioła śmierci jest jednym z nich. – Harry poczuł lekkie ukłucie rozbawienia, kiedy się zorientował, że Snape wpadł w swój lektorski ton. – Fakty są takie, że często się go używa w eliksirach odtruwających, a najbardziej popularna teoria głosi, że porażający jad grzyba pomaga wydalić pierwszą toksynę. Niektóre wywary uspokajające go wymagają. Wywaru ustania, stosowanego do wyleczenia konwulsji, nie dałoby się zrobić bez niego.

– Sąd nie prosił o lekcję z warzenia eliksirów, panie Snape. – Madam Marchbanks brzmiała na mimo wszystko zainteresowaną. – Co ten eliksir miał zrobić byłemu ministrowi?

Spalić go, pomyślał Harry i zadrżał.

– To był zwykły figiel – powiedział Snape z lekką irytacją w głosie, jakby nie był w stanie zrozumieć czemu ludzie bez przerwy źle interpretują jego zamiary. – Chciałem, żeby minister doświadczył wstydliwych efektów pobocznych, które tego rodzaju składniki mogłyby wywołać same z siebie. Miał dostać mdłości i rozwolnienia, co jest typowym efektem po wchłonięciu toksyny grzyba anioła śmierci. Ten eliksir nie był, powtarzam, nie był w żaden sposób śmiertelny.

Rozległ się pełen niedowierzania pomruk.

– Czy istnieje ktoś niezależny, kto mógłby za to poświadczyć, panie Snape? – zapytała Madam Marchbanks.

– Oczywiście że nie. – Snape już bez żadnej kozery uśmiechnął się z kpiną. – Stworzyłem ten eliksir w moich prywatnych kwaterach i nie zarejestrowałem go w ministerstwie. I o to właśnie zostałem oskarżony, pozwólcie, że wszystkim przypomnę. A jeśli naprawdę potrzebujecie gdzieś jakiegoś potwierdzenia, to kiedy chodziłem do szkoły byłem znany z robienia podobnych eliksirów, o czym może poświadczyć obecny tu dyrektor, tak samo jak Remus Lupin czy James Potter.

Widownia sali sądowej się spięła i ludzie zaczęli syczeć między sobą. Harry potrafił wyczuć, jak delikatna w tej chwili na sali panuje równowaga. Z jednej strony nie mieli żadnych powodów, żeby wierzyć Snape'owi, a większość z nich uprzedziła się do niego w chwili, w której zostały wymienione składniki. Z drugiej jednak strony nie dało się podważyć faktu, że Knot nie odczuł żadnych negatywnych skutków i że, jak już doszło co do czego, to cała ta rozprawa w sumie sprowadza się do słowa byłego ministra przeciw słowu Snape'a. A to był ten sam sąd, który zaledwie kilka tygodni temu zwolnił Knota ze stanowiska.

Wszystko było zbyt delikatne. Harry nie był pewien, czy zdoła wyciągnąć stąd Snape'a, jeśli tak dalej pójdzie.

Wcale nie musi. Trzeba przechylić szalę. Najlepiej będzie to zrobić jakimś dramatycznym gestem.

Dobrze się składa, że mam w nich wprawę, co nie?

– Sąd nie ma więcej pytać – ogłosiła Madam Marchbanks. – Czy chce pan wezwać kogoś na świadka, panie Snape?

Harry niemal poczuł w tej samej chwili, w której to zobaczył, jak Snape podnosi lekko wzrok, żeby go znaleźć w tłumie, po czym opuszcza go zdecydowanie i kręci głową. Harry syknął z frustracji. Dumbledore powiedział mi, że będę musiał zeznawać. Podejrzewam, że zakładał, że Snape mnie wezwie na świadka. A teraz ten uparty idiota tego nie chce zrobić.

– Czy ktoś chce się zgłosić na ochotnika? – zapytała Madam Marchbanks.

Teraz.

Harry wstał.

– Ja chcę – zawołał.

– A pan nazywa się? – Harry miał wrażenie, że Madam Marchbanks rozpoznała jego głos, ale oczywiście ze swojego miejsca nie była w stanie go zobaczyć i potwierdzić.

– Harry Potter.

W sali znowu podniosły się podekscytowane szepty. Harry czuł, jak serce mu wali, a świat wiruje wokół niego zupełnie jak wtedy, kiedy zobaczy wreszcie znicz i niemal spada na ziemię, ścigając go. Wiedział, jak wielkie podejmuje ryzyko. Tak łatwo mógłby zrobić coś nie tak. Z drugiej jednak strony, jeśli zostawi sprawy takimi, jakimi były teraz, to wszystko sprowadzałoby się do szans, a tego nie chciał. Chciał odegrać w tym wszystkim jakąś rolę, choćby nie wiem jak małą.

Wygląda na to, że pod tym względem też jestem ślizgoński.

– Niech i tak będzie, panie Potter – powiedziała Madam Marchbanks. – Proszę podejść do więźnia, a sąd pana przepyta.

Harry nawet nie drgnął.

– Zanim tam zejdę, chcę powiedzieć tylko jedno, Madam. Życzę sobie zeznawać pod Veritaserum.

Tym razem równie dobrze mógł podpalić salę sądową.

Harry zamknął oczy i opadł.


Snape zacisnąłby ręce na podłokietnikach, gdyby nie miał ich skutych za plecami. Tak jednak było, więc mógł tylko obserwować z przerażonym, bezsilnym gniewem jak Harry ruszył w jego kierunku i jak aurorka Mallory, blada jak ściana przez swój własny szok, przyniosła fiolkę przezroczystego płynu.

Harry nawet na nią nie spojrzał. Miał wzrok wbity w Snape'a, ale nie był w stanie ukryć lekkiego rumieńca, które inni pewnie wezmą za oznakę zakłopotania czy podenerwowania. Snape jednak dobrze znał Harry'ego i wiedział, że to się wzięło z podniecenia, tej dziwacznej, niezrozumiałej przyjemności, jaką Harry odczuwał ilekroć podejmował jakieś ryzyko.

Tego nie wolno mu podjąć. Nie ma prawa go podejmować. Nie wygra, jeśli to zrobi!

Snape wiedział jednak, że jest niewielka szansa w tym momencie na zwycięstwo, ale tylko pod warunkiem, że Madam Marchbanks będzie zadawała odpowiednie pytania i uniknie niewłaściwych. Jeśli wszystko się powiedzie, to ten dramatyczny gest – dziecko zeznające na korzyść swojego opiekuna, mały bohater w dodatku, który sam zasugerował wzięcie Veritaserum, bo przecież nikt by mu tego nawet nie proponował – zdecydowanie przechyli szalę poparcia na jego stronę.

Nie miał też żadnych wątpliwości co do tego, że Harry też zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego właśnie się na to zdecydował.

Przecież ja go uduszę. Uparty idiota! Nie ma prawa się dla mnie tak poświęcać!

Na to było jednak już za późno i Snape nie mógł zaprotestować, kiedy Harry dobrowolnie zgłosił się na świadka. Wszystko teraz zrobiło się znowu nieprzewidywalne, tak jak w tych przeklętych meczach quidditcha, które Snape mógł tylko obserwować z widowni.

Harry przyjął Veritaserum, mamrocząc ciche podziękowania i bez wahania przyjął na język trzy krople. Snape nie był zaskoczony, że Harry pod wpływem eliksiru nie wyglądał na rozkojarzonego czy rozluźnionego. Harry miał umysł oklumenty i pewnie przyglądał się teraz jak blade łańcuchy owijają się wokół jego myśli i rozkazują mu mówić wyłącznie prawdę.

Co nie znaczyło, że byłby w stanie je złamać. Snape nigdy nie był w stanie kłamać pod Veritaserum, tylko kontrolować swoje własne, emocjonalne reakcje.

Kontrolować swoje własne, emocjonalne reakcje.

Na wszystko co święte. W imię Merlina. Czyli to planuje zrobić.

– Jak brzmi pańskie pełne imię? – zapytała Madam Marchbanks.

– Harry James Potter – powiedział Harry. Wciąż nie oderwał wzroku od Snape'a.

– Do jakiej szkoły chodzisz?

– Dur... Szkoły magii i czarodziejstwa Hogwart – powiedział Harry, pokazując wszystkim, że Veritaserum już zaczęło działać, mimo, że naprawdę nie musiał tego robić. Uśmiechnął się lekko do Snape'a.

– Kto jest pańskim dyrektorem?

– Albus Dumbledore.

Madam Marchbanks kiwnęła głową.

– Wygląda na to, że Veritaserum jest w pełni działania. Możemy zacząć przesłuchanie. Panie Potter, jaki według pana był cel eliksiru, który pan Snape uwarzył i którym następnie nakarmił ministra Knota?

Harry odwrócił się i spojrzał na nią, szeroko otwartymi, przepełnionymi niewinnością oczami.

– Żeby go skrzywdzić – powiedział. – A chciał go skrzywdzić ponieważ mnie chronił. Minister Knot porwał mnie pod koniec sierpnia i bezprawnie uwięził mnie w prywatnym pokoju, nie pozwalając mi nawet na towarzystwo mojego prawnego opiekuna. W pierwszej chwili poinformowano mnie, że mój opiekun będzie mógł się z nami udać, po czym zabrano mnie od niego. A potem były minister starał się osuszyć mnie z magii. Profesor Snape ma temperament. Dlatego postanowił uwarzyć eliksir.

Kolejny pomruk. Snape pokręcił głową, lekko oszołomiony. Na swój własny sposób Harry tańczył na ścieżce, jaką starało się wytyczyć przed nim przesłuchanie i to pomimo wpływu Veritaserum. Na samą myśl o tym Snape'owi zaczęło dzwonić w uszach.

– Czy wierzy pan, że pan Snape byłby gotów zabić ministra? – zapytała Madam Marchbanks.

– Tak – powiedział Harry. – W mojej obronie jest gotów zrobić wszystko. – Odwrócił się do Snape'a i uśmiechnął się do niego. – I jestem mu za to nieskończenie wdzięczny. Jest... – Twarz Harry'ego zamknęła się na moment, jakby miał zamiar zmienić zdanie względem tego, co chciał powiedzieć w następnej kolejności, ale eliksir zmusił go mimo wszystko do powiedzenia prawdy. – Jest najlepszym rodzicem jakiego kiedykolwiek miałem.

– Pańscy biologiczni rodzice wciąż żyją? – W głosie Madam Marchbanks pojawiła się ostrzejsza nuta. Nic dziwnego. Była z rodu czystej krwi i jak większość czarodziejów uważała, że krewniacy są ważniejsi od kogokolwiek.

Harry podniósł podbródek i Snape zobaczył lśnienie potu na jego czole. Och, niebezpiecznie, to się robi bardzo niebezpieczne, mogą się dowiedzieć o czymś, czego Harry jest gotów chronić nawet za cenę życia...

– Owszem, Madam – powiedział Harry.

– I mimo to nie chce pan z nimi mieszkać?

– Nie chcę z nimi mieszkać – powiedział Harry.

– Woli pan zamiast tego mieszkać z profesorem Snape'em?

– Tak. – Harry wziął głęboki oddech i ciągnął dalej, zanim czarownica zdążyła go zapytać, dlaczego. – Doświadczenie nauczyło mnie, że przy profesorze Snape'ie jestem bezpieczniejszy niż przy dowolnym z moich biologicznych rodziców, zarówno fizycznie jak i... i psychicznie. – Skrzywił się. – Wierzę, że jest gotów, żeby zabić w mojej obronie, ale większość rodziców zabije w obronie swoich dzieci i będzie ich chronić przed kimś, kto może im grozić. Profesor Snape nie wiedział co się ze mną działo, były minister przecież mógł mnie zabić w tym prywatnym pokoju. Kiedy na jaw wyszły szczegóły całej sprawy, minister spróbował na siłę przydzielić opiekę nade mną moim biologicznym rodzicom, w obecności których czuję się wystawiony na każdy możliwy rodzaj zagrożenia. Nie sądzę, żeby to był zbieg okoliczności, że profesor Snape tak się wtedy wściekł.

Snape zamknął oczy. Wiedział, że niektórzy mogą to odczytać jako gest słabości albo fałszu. Nie obchodziło go to. Nie byłby w stanie spojrzeć teraz na Harry'ego, nie zdradzając się przy okazji z czymś, o czym wolał potem porozmawiać z nim na osobności.

Wiem, jak wiele kosztowało go przyznanie się do tego. Ale ta ofiara nie została z niego wydarta siłą, sam ją złożył, dobrowolnie. Jeszcze sobie o tym porozmawiamy, o tej jego tendencji do czynów tego typu, ale że też w ogóle miałem okazję je usłyszeć, po tym wszystkim, co zrobiłem w tygodniach poprzedzających moje aresztowanie...

Snape z zaskoczeniem odkrył, że przez ten moment odczuwał niesłuchanie głębokie współczucie wobec zarówno Jamesa Pottera jak i Lily Potter, którzy nigdy nie zrozumieją jak wiele stracili.

– Rozumiem. – Głos Madam Marchbanks był głęboko wstrząśnięty. Odchrząknęła, jakby starając się przywrócić się do równowagi. – Czy wierzy pan, że ten eliksir mógł mieć efekt śmiertelny, panie Potter?

– Wydaje mi się, że mógł – powiedział Harry. – Obawiam się, że nie mam najbledszego pojęcia, jakie ten eliksir miał mieć efekty. Profesor Snape z niczego mi się nie zwierzył, kiedy go warzył.

To prawda, pomyślał Snape, ale tak łatwo byłoby odkryć, co się czai pod tą cienką powłoczką prawdy, gdyby tylko zadano w tym momencie właściwe pytania.

– Nigdy nie podał panu nazwy eliksiru? – zażądała Madam Marchbanks.

Snape spiął się. Było bardzo możliwe, że Harry mógł zauważyć nazwę zapisaną w jego notatkach.

Potem jednak zwrócił uwagę na to, w jaki sposób to pytanie zostało zadane i chciał się roześmiać. Znowu o krok od katastrofy.

– Nie, Madam, nie podał – powiedział mocno Harry.

– Zdaje sobie pan sprawę z tego, że on mimo wszystko usiłował popełnić morderstwo, panie Potter? – zażądała czarownica.

– Nie, obawiam się, że nie. – Snape otworzył oczy i zobaczył, że jego podopieczny patrzy na ławę sędziowską ponuro. – Powiedziałem pani, że wierzę, że byłby gotów zabić ministra, że zrobił eliksir, który był w stanie go skrzywdzić i który mógł mieć efekt śmiertelny. Te efekty się jednak nie zamanifestowały, Madam Marchbanks. Póki tego nie zrobią, to mamy wyłącznie słowo pana Knota przeciw słowu profesora Snape'a. A ponieważ żaden z nich nie zeznawał pod Veritaserum, obu należy uznać za równie wiarygodnych.

Snape zaczął znowu głęboko oddychać, jak nie miał odwagi odkąd Knot wyjawił, jakie składniki medycy znaleźli w jego krwi. W innych okolicznościach deklaracja Harry'ego byłaby śmiechu warta; kto by ufał mistrzowi eliksirów, który uwarzył śmiertelnie niebezpieczny eliksir? Ale mając wyłącznie Knota jako swojego przeciwnika i po usunięciu ze sceny niebezpiecznego świadka, jakim był Starrise, jego szanse naprawdę przedstawiały się w dobrym świetle.

No i dzięki absolutnie szalonej odwadze Harry'ego, oczywiście.

– Dziękuję, panie Potter – powiedziała Madam Marchbanks. – Nie mam więcej pytań.

Harry pokłonił się ławie, po czym odwrócił się i pokłonił Snape'owi. Snape wzdrygnął się lekko, kiedy napotkał stateczne, otwarte spojrzenie tych zielonych oczu.

Jesteś tego wart, mówiły.

Lepiej, żeby Snape zaczął się zachowywać, jakby faktycznie był tego wart.

Patrzył bez słowa jak Harry odwraca się i wchodzi z powrotem po schodach, jak Madam Marchbanks wzywa dowolnych innych ochotników, których, oczywiście, nie było, po czym wzywa Wizengamot do głosowania.


Harry opadł na swoje krzesełko i zamknął oczy. Jego zwodniczy plan zadziałał. Wciąż żył.

Ale Snape jeszcze nie jest wolny.

Otworzył oczy i zmusił się do zignorowania zarówno zaciekawionych spojrzeń, posyłanych mu ze wszystkich stron, jak i drżenia swoich mięśni. Jeśli nie liczyć jego konfrontacji z Voldemortem, to musiała być jedna z najcięższych rzeczy, jakie kiedykolwiek przyszło mu zrobić. Ale to jeszcze nie koniec.

Patrzył, jak głosowanie krąży powoli po sali Wizengamotu. Amelii Bones tu nie było, podobnie jak jeszcze jednej czarownicy, co pozostawiało nierówną liczbę uczestników.

Umbridge, oczywiście, zagłosowała, że Snape jest winny. Podobnie jak dwóch innych członków starszyzny, których Harry pamiętał jako sojuszników Knota. Trzy do zera w takim razie.

Harry nie pozwolił sobie wstać z krzesła, czy jęknąć.

Madam Marchbanks spojrzała na środek sali sądowej.

– Niewinny – powiedziała cicho.

Harry zamknął oczy.

Słyszał inne głosy i powoli zliczał je w głowie. Nikt się tym razem nie wstrzymywał od głosu.

Trzynaście winny, dwanaście niewinny...

Czternaście niewinny, szesnaście winny...

Siedemnaście niewinny, osiemnaście winny...

Jakby we śnie, Harry usłyszał, jak głosowanie wyrównuje się na dwudziestu czterech winnych i dwudziestu czterech niewinnych, po czym zamiera tuż przed nim. Otworzył oczy.

– Niewinny – powiedział cicho Albus Dumbledore.

Harry odchylił się na krześle i zamknął oczy, czując jak pod powiekami pieką go łzy, podczas gdy sala sądowa, po raz kolejny, wybuchła gromem krzyków i rozmów.


Snape otrzymał swoją różdżkę z powrotem od samej Mallory. Pokłoniła mu się lekko i uśmiechnęła powściągliwie.

– Dobra robota, naprawdę – powiedziała. – Nie wiem, jak panu się to udało, ale wyszło panu naprawdę świetnie. – Zamilkła na moment. – Proszę pozdrowić ode mnie Harry'ego.

Och, czyli teraz to Harry, tak? Snape powstrzymał się od nadopiekuńczego warknięcia i tylko kiwnął jej głową.

– Pozdrowię – powiedział, po czym odwrócił się w kierunku schodów, od razu odnajdując wzrokiem Dumbledore'a, ale nie zauważając nigdzie Harry'ego, przynajmniej do chwili, w której ten wysunął się z cieni u podnóża schodów i podszedł do niego.

Snape przyjrzał się swojemu wychowankowi uważnie. Teraz był w stanie zobaczyć, że wykończenie, które zauważył już wcześniej, nie było w żaden sposób sfingowane; twarz Harry'ego miała na sobie oznaki braku snu i intensywnego wysiłku emocjonalnego. Jego oczy jednak lśniły, a na jego twarzy pojawiał się coraz szerszy uśmiech, jakby nie był w stanie uwierzyć, że naprawdę udało mu się to osiągnąć.

Ochrzan może zaczekać.

Harry zatrzymał się przed nim i przez chwilę po prostu się sobie przyglądali.

– Harry – powiedział Snape.

– Profesorze – powiedział Harry, po czym zamrugał i przełknął ślinę. – Ja... czy nic panu nie jest?

Jeszcze dwa miesiące temu Snape zupełnie inaczej podszedłby do niepokoju w jego głosie – jako oznakę, że Harry poświęca mu uwagę, na którą zasługuje, jako coś kojącego. Teraz jednak cenił to jako oznakę, że Harry się o niego martwi...

Problem tylko w tym, że ta myśl jest po prostu obrzydliwie sentymentalna i przez to nie warta nawet rozważenia.

– Nie, Harry – powiedział cicho. – I choć nie ma takich słów, które mogłyby ci wynagrodzić to, co zrobiłem, to pozwól, że i tak je powiem. Przepraszam za to, co robiłem na kilka tygodni przed opuszczeniem Hogwartu. Nie miałem prawa ci tego robić. Nie poproszę cię o przebaczenie póki nie będziesz gotów sam mi je zaoferować. Chcę ci też podziękować za wszystko, co dla mnie dzisiaj zrobiłeś i za wszystko, kim jesteś.

Harry po prostu się na niego gapił. Przełknął ślinę i choć starał się coś odpowiedzieć, wyglądało na to, że łzy za bardzo go zadławiły, żeby był w stanie.

Snape'a nie obchodziło już, że wokół nich są gapie. Wiedział, co chce zrobić.

Wziął głęboki oddech, ponieważ wciąż były w nim takie części, które sprzeciwiały się temu głośno, części, przed którymi nie mógł uciec choćby nie wiem co, po czym rozłożył ręce.

Harry wydał z siebie dźwięk, który nie miał nazwy i rzucił się do przodu, przytulając się mocno do Snape'a, kiedy ten obejmował go, odpowiadając tym samym.

Snape opuścił głowę i przymknął oczy. Nieważne, jak wiele złego zrobiłem w przeszłości, obym zdołał przynajmniej jemu to wszystko wynagrodzić w przyszłości. Nigdy więcej go nie wypuszczę. Powiedział, że wierzy w to, że jestem gotów zabić w jego obronie. Czas, by się przekonał, do jak wielu innych rzeczy jestem zdolny.


Albus odwrócił się od sceny, która rozwijała się piętro niżej. To było nie do uniknięcia, oczywiście. Naprawdę potrzebował Severusa z powrotem, a Harry przecież dotrzymał swojej części umowy. Zagłosował za niewinnością Severusa bo nie miał innego wyjścia.

Nie miał jednak pojęcia, że Harry zrobi coś takiego i był zaskoczony, jak i poddenerwowany, odkryciem tego, jak strasznie chłopiec polegał na Severusie. Mając już swojego opiekuna z powrotem, Harry raczej nieprędko wpadnie w kolejne zastawione przez Albusa pułapki, a to oznaczało, że świat czarodziejów wciąż był w niebezpieczeństwie przez jego moc, która wytrącała wszystko z równowagi.

Całe szczęście, że mam już inne plany w pogotowiu, a niektóre z nich niebawem dojdą do skutku. Przykro mi, Severusie, Harry, ale nie mogę wam tak po prostu pozwolić pozostać razem.