Kilka notatek przy tym rozdziale, które proszę, przeczytajcie: To jest pierwszy z trzech rozdziałów świątecznych. Ten konkretny ma potężny cliffhanger pod koniec. Naprawdę. Zdecydowałam się uciąć historię w tym miejscu przez względy stylistyczne, co sami zrozumiecie, kiedy już do niego dotrzecie. Jeśli nie lubicie cliffhangerów, czytajcie tylko do ostatniego podziału strony. Naprawdę.

Rozdział trzydziesty siódmy: Taniec z Luną

Kolejny list od Lily przybył podczas obiadu w Wigilię Bożego Narodzenia.

Harry przełknął kęs bożonarodzeniowego puddingu i zgarnął list ze stołu zanim ktokolwiek zdążył się nim zaciekawić. Oczy śledziły kopertę, kiedy chował ją do kieszeni, ale nikt niczego nie powiedział, za co Harry był niezmiernie wdzięczny. Wbił wzrok w talerz i jadł dalej. Po chwili podjęto znowu wokół nich rozmowy. Draco mamrotał coś o świątecznych prezentach. Najwyraźniej jego rodzice nic mu nie wysłali, ponieważ chcieli zaczekać do wieczora następnego dnia, kiedy to Lucjusz spotka Harry'ego i Dracona po balu bożonarodzeniowym.

A wtedy skończymy nasz taniec sojuszu. Harry przełknął i pokręcił głową. Spędził już kilka godzin, medytując na tym, ale wciąż nie miał pojęcia, jaki dar otrzyma od Lucjusza. Wyglądało na to, że będzie musiał po prostu zaczekać i zobaczyć.

W tym liście może być prezent od matki, wiesz?

Harry skupił wzrok na dwunastu choinkach, rozstawionych wokół Wielkiej Sali. Kilku ludzi starało się robić śnieżki z ciepłego, zaczarowanego śniegu, który opadał z sufitu i narzekali głośno, kiedy im się to nie udawało.

Choinki i śnieg nie odwróciły jego uwagi. Zamiast tego tylko sprawiły, że przypomniał sobie co się stało w Dolinie Godryka ostatnim razem, kiedy widział swoją matkę, równo rok temu.

Nigdy nie dowiesz się, co chciała ci powiedzieć, jeśli nie otworzysz listu.

Harry pokręcił głową i wstał.

– Najadłem się – ogłosił, kiedy głowy obróciły się w jego kierunku. – A za niedługo i tak mam prywatne zajęcia z profesorem Snape'em, więc i tak musiałbym się zbierać.

Pozostali kiwnęli głowami i Ślizgoni zaczęli powoli wstawać od stołu i wychodzić z sali, rozmawiając między sobą. Większość pogaduszek dotyczyła balu bożonarodzeniowego. Harry skrzywił się i bardzo ostrożnie nie patrzył na Dracona. Nie wiedział, czy jego przyjaciel wreszcie się odważył zaprosić swoją sympatię, czy nie. Ilekroć o to zagadany, Draco zwykle tylko marszczył brwi z irytacją, a czasem nawet krzywił się, jakby to pytanie powoli zaczynało go doprowadzać do szału.

– Harry?

Harry zamrugał i oderwał myśli od swojego sposobu odwrócenia uwagi, kiedy osoba, której te myśli dotyczyły, stanęła tuż obok niego.

– Tak?

– Wiesz chyba, że możesz mi powiedzieć, od kogo są te listy, prawda? – Draco miał lekko zmarszczone brwi w sposób, który Harry ostatnio nauczył się odróżniać od gniewu jako poważne skupienie, ponieważ ostatnimi czasy ta mina wyjątkowo często była wycelowana właśnie w niego. – Znaczy, jeśli chcesz.

Harry uśmiechnął się lekko. Próbuje w ten sposób powiedzieć mi, że moje problemy znaczą dla niego równie wiele co dla mnie.

– Wiem, wiem. Po prostu w tej chwili nie chcę. Ja... – Wzruszył ramionami. – To wciąż dla mnie trochę za wiele – przyznał wreszcie szczerze. Chyba tym razem nie padnę ze zmęczenia i nie zacznę niekontrolowanie płakać – na Merlina, ależ to było zawstydzające! – ale wciąż nie chcę z nikim o tym rozmawiać. Wszyscy będą mieli dla mnie jakieś rady, a naprawdę mam wrażenie, że to jest akurat coś, z czym powinienem poradzić sobie sam.

Draco kiwnął głową i poszli w różnych kierunkach, Draco do pokoju wspólnego Slytherinu, a Harry ruszył korytarzem, który prowadził do gabinetu Snape'a. Przez całą drogę dumał nad listem, który spoczywał w jego kieszeni niczym płonące węgle.

Mógłbyś rozszarpać go na strzępy. Ale wtedy straciłbyś możliwość przeczytania go później.

A Harry uznał, że mimo wszystko chce sobie zachować tę opcję.

Westchnął długo i cicho, po czym zdecydował, że równie dobrze może przestać już o tym myśleć i zostawić sprawy takimi, jakie są. Później zdecyduje, czy chce zobaczyć co jego matka może mieć do powiedzenia, a w ten sposób nie będzie musiał podejmować bardziej zdecydowanych kroków już teraz.


Kiedy Harry wszedł do środka Snape podniósł głowę, a następnie zmarszczył brwi. Jego wychowanek wyglądał, jakby ktoś odebrał mu wszelki kolor z twarzy. Wyciągnął różdżkę i książkę o mrocznych sztukach, którą Snape polecił mu przeczytać, ale jego wyraz twarzy pozostał zamrożony i zamyślony.

– Harry? – zapytał cicho Snape.

Harry zamrugał i spojrzał na niego.

– Ja... – zaczął, po czym pokręcił głową. – Nic mi nie jest – powiedział głosem, który może i brzmiałby przekonująco, gdyby Snape nie patrzył mu w oczy. – Mam kilka pytań względem wariacji klątwy wybuchającej, proszę pana. Próbowałem je rzucić, ale coś mi nie wychodziły. Wie pan może dlaczego?

Snape podniósł brwi, ale wstał i podszedł do stolika, na którym Harry położył swoją książkę. Skoro nie chce ze mną o tym bezpośrednio porozmawiać, to zawsze znajdą się inne sposoby utrzymania tej konwersacji. Snape i tak nie chciał być przy Harrym zbyt bezpośredni, ani próbować czegokolwiek pośpieszyć. Budowali z Harrym swoją więź od nowa, powoli, małymi kroczkami, i obecnie wciąż nie byli nawet na poziomie spędzania w swoim towarzystwie zbyt długiego czasu na raz.

– Próbowałeś wariacji, które potrzebowały mocy, a nie finezji, co? – zapytał, kiedy rozpoznał stronę, na której Harry otworzył książkę. Jej grzbiet był już lekko wygięty w tym miejscu, jakby Harry trzymał ją tu otwartą wiele razy, starając się wykonać wszystko jak należy.

– No, tak, proszę pana. – Harry zamrugał na niego. – Nie jestem aż tak dobrze wytrenowany do stosowania wariacji, ale w końcu jestem całkiem silny.

Snape kiwnął głową.

– Twój trening czasami rzuca ci kłody pod nogi, Harry – powiedział i zauważył, że chłopiec wzdrygnął się lekko. Ach. Czyli chodzi o coś związanego z jego rodzicami. Nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę to, co mu się przytrafiło rok temu. – Zostałeś nauczony kontroli, to prawda, ale zwykle dotyczyła ona innych spraw niż te, które są wymagane w mrocznych sztukach. To oznacza, że jesteś przyzwyczajony do nadwyrężania swojej siły. Niełatwo będzie ci teraz poluzować te ograniczenia i pozwolić jej poruszać się bardziej elastycznie. A w tym właśnie leży potęga wariacji klątwy wybuchającej. Równie dobrze mógłbyś walić w coś młotem. A jesteś bardziej przyzwyczajony do używania swojej mocy jako sztyletu, a nie młota. – Wyciągnął własną różdżkę. – Pokaż mi, która wariacja wychodziła ci najlepiej.

Harry wykonał gest ręką. Snape zauważył już, że jego wychowanek starał się trzymać swoją bezróżdżkową magię blisko ciała. Był gotów przyznać, że to jest godna podziwu ostrożność, ale niestety, była to również oznaka, że Harry znacznie szybciej adaptował się do kontroli zamiast pozwolić sobie albo swojej magii na odrobinę wolności.

Zmienił się, ale nie aż tak bardzo. Odpręża się znowu przy mnie i Draconie. Chętniej prosi o pomoc. Ale jego umysł wciąż jest owinięty wokół stalowego pręta.

Snape patrzył jak klątwa roztrzaskuje jeden z jego foteli, który Harry naprawił zaraz następnym gestem, i kiwnął głową.

– Łatwiej ci pójdzie, jeśli spróbujesz wybrać jeden słaby punkt, zamiast po prostu uderzać swoją siłą w cały przedmiot na raz – powiedział.

Twarz Harry'ego rozjaśniła się.

To jest właśnie punkt wspólny tych wszystkich bazujących na finezji wariacji, którego nie byłem w stanie zauważyć! – zawołał. Pokręcił głową. – Nie umiem się uczyć z książek tak szybko jak to robi Hermiona. Znacznie lepiej mi idzie po demonstracji.

– Co nie znaczy, że jesteś głupi, Harry.

Harry odwrócił głowę, jakby wyczuwał niebezpieczeństwo. To była jedna z tych spraw, o których wciąż nieczęsto rozmawiali. Jego oczy otworzyły się szerzej, kiedy przyglądał się Snape'owi, jakby pytając go, co on właściwie wyprawia, czemu porzuca ich bezpieczną rutynę, którą wypracowali w ostatnich dniach. Kiedy odpowiedział, jego głos był bardzo ostrożnie wyważony.

– Wcale tego nie powiedziałem.

Snape obrócił różdżkę w dłoni, zastanawiając się, jak to najlepiej ująć. Nic mu nie przychodziło do głowy. Jeśli przemówi do niego dyplomatycznie, to Harry pozwoli, żeby łagodne słowa spłynęły po nim, jak zwykle. Jeśli przemówi jak Ślizgon, to Harry znajdzie pół setki motywów w jego słowach i zignoruje te, które miały największe znaczenie. Jeśli nawiąże to w jakiś sposób do kogokolwiek innego, to Harry spróbuje odbić jego uwagę w kierunku tej właśnie osoby i powodów, przez które ona teraz cierpi. Zaraz po powrocie do Hogwartu Snape musiał dać mu bardzo wyraźnie do zrozumienia, że w czasie ich prywatnych sesji nie interesuje go słuchanie o problemach Dracona, problemach Granger, problemach Connora, problemach Weasleya i problemach dowolnej innej osoby na tym świecie, która nie jest Harrym.

A to pozostawia mnie z prostymi słowami i bezpośrednią prawdą.

– Twoje słowa często temu przeczą. Zauważyłem u ciebie tendencję do ciągłego, degradującego porównywania swoich możliwości do innych osób. Bez przerwy sugerujesz, że powinieneś radzić sobie lepiej niż robisz to już teraz. Praktycznie nie wyrażasz żadnej dumy ze swoich zdolności czy dokonań.

– To nieprawda – sprzeciwił się Harry. – Przynajmniej nie zawsze. Ostatnio porównałem swój lot na miotle do connorowego i wyszedłem znacznie lepiej od niego. Musiałem tak też robić w przeszłości.

– Radziłbym, żebyś zmienił "nieuniknione" w "częste" – powiedział Snape, niezdolny do powstrzymania pewnej oschłej nuty ze swojego głosu. – Bo to niczego nie zmienia, a ja nie mam zamiaru pozwolić ci się od tego wymigać w ten sposób. Pomyśl o tym, Harry. Ilu innych ludzi zdołałoby w ciągu jednego roku uratować życie swojego przyjaciela, przeżyć niezliczone ilości ran i ataków śmierciożerców, wyzwolić swoją magię, pokonać cztery razy Mrocznego Pana, uratować przynajmniej połowę uczniów w szkole, uwolnić trzy smoki, zwolnić ministra magii z jego stanowiska, przejąć kontrolę nad dziennikarką "Proroka Codziennego" i upewnić się, że jego opiekun zostanie uwolniony z więzienia?

– Trzy razy – powiedział Harry.

Snape zamrugał. Trochę się rozpędził w swojej przemowie i teraz nie był pewien, czego mogła dotyczyć odpowiedź Harry'ego.

– Co proszę?

– Trzy razy. – Harry zadarł podbródek do góry. – Powiedziałem panu przecież, pod koniec pierwszego roku to Connor pokonał Mrocznego Pana.

Snape wywrócił oczami.

– I dlatego postanowiłeś zignorować całą resztę tej listy – mruknął. – Dokładnie o tym mówię.

– Nie lubię o tym myśleć. – Harry odwrócił się. – Niech pan przestanie o tym mówić, proszę.

– Na razie mogę przestać – powiedział Snape, uznając, że naprawdę nie powinien jeszcze za mocno naciskać swojego wychowanka, ale też nie chcąc mu pozwolić myśleć, że odpuści temat całkowicie. – Jutro wieczorem...

– Po balu bożonarodzeniowym idziemy z Draco spotkać Lucjusza.

Snape zmarszczył brwi. Kompletnie wyleciało mu to z głowy.

– Niech i tak będzie. W takim razie pojutrze wieczorem przyjdziesz tutaj i wrócimy do tej rozmowy.

– Dobrze – powiedział Harry i rzucił mu szybki, niespodziewany uśmiech. – Dobrze mieć tu pana z powrotem, naprawdę, nawet jeśli ciągle próbuje pan poruszać niewygodne tematy. – Poderwał swoją różdżkę i książkę, po czym wyszedł z pokoju.

Snape zamknął oczy, westchnął i poszedł nalać sobie wywaru uspokajającego. Był cierpliwy. Już nie raz układał plany, które potrzebowały wielu miesięcy na choćby wykiełkowanie. Był szpiegiem przez rok. Z tym też sobie poradzi. Wszystko wcale nie szło za wolno. Prędzej czy później zdoła zburzyć przynajmniej kilka barier, które Harry nałożył na siebie.

Jego wzrok jednak bez przerwy uciekał w kierunku trzech kociołków, stojących w kącie jego gabinetu. Dwa z nich były puste, eliksir szaleństwa i Meleagera przepadły na dobre.

Trzeci wciąż był pełny przezroczystego, srebrnego płynu, przypominającego płynne szkło.


Harry zamknął oczy. Choćby nie wiem jak się starał, nie był w stanie znaleźć odpowiedniej kombinacji zaklęć, które w efekcie stworzyłyby mu dokładnie to, czego chciał, więc postanowił użyć własnej woli do stworzenia prezentu dla Connora. A przynajmniej czysto magicznej jego strony. Transmutował jedną ze swoich poduszek w czystą książkę, która po wszystkim będzie trzymała w sobie tę magię.

Powietrze spięło się wokół niego, kiedy wyobrażał sobie to, czego pragnął. Wyobraził sobie myślodsiewnie – choć nie bez wzdrygnięcia się – książkę z baśniami Pansy i książkę z rytuałami czystokrwistych, którą podarował Draconowi, po czym cisnął swoją wolą w swoją, pustą jeszcze książkę.

Magia owinęła się wokół niego dwukrotnie, po czym zacisnęła się na jego ciele niczym sprężyna. Harry odetchnął głośno z zaskoczeniem. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo jego moc się zmieni, kiedy przywiąże ją do swojego ciała i skupi wokół niego. Nie uważał tej zmiany jednak za złą. Przynajmniej oznaczała ona, że jego magia częściej się go słuchała i robiła dokładnie to, czego od niej potrzebował. Otworzył oczy, żeby sprawdzić, czy i tym razem tak było.

Było. Harry uśmiechnął się lekko, kiedy otworzył książkę na pierwszej stronie i znalazł tam zapisane wspomnienie czasu, kiedy razem z Connorem znaleźli gniazdo wróżek w odległej części ogrodu w Dolinie Godryka. Małe stworzonka były niesłychanie niegrzeczne i nie chciały wyjawić jak udało im się minąć osłony.

Przekartkował resztę stron i kiwnął głową. Każde wspomnienie było zapisane w pierwszej osobie, z jego perspektywy i w jego charakterze pisma. Wszystkie zostały bardzo ostrożnie dobrane. Harry chciał, żeby w książce znalazły się wyłącznie szczęśliwe wspomnienia. Nie było sensu przypominać Connorowi o wszystkich sztormach, jakie musieli przejść pomiędzy nimi.

Ostrożnie odłożył książkę na bok i podskoczył z zaskoczenia, kiedy zorientował się, ze Draco siedzi na swoim własnym łóżku i się mu przygląda. Był sam kiedy zaczął, ale, oczywiście, magia kompletnie go pochłonęła, więc to nie było nic dziwnego, że kompletnie mu umknęło otwarcie i zamknięcie drzwi.

– Hej, Draco – powiedział.

– Hej, Harry. – Draco położył się na plecach i założył ręce za głową. Wciąż jednak przyglądał się Harry'emu, a jego spojrzenie było tak intensywne, jak nie było odkąd Luna zaprosiła Harry'ego na bal. Harry zmarszczył brwi i przechylił głowę. Może powie mi wreszcie to, co mu wtedy przerwała? Ale czemu akurat teraz? Przecież miał mnóstwo okazji wcześniej.

– Chciałeś mi coś powiedzieć? – zagaił po kilku minutach.

Draco odetchnął głęboko.

– Harry – powiedział wreszcie – jak myślisz, czy istnieje ktoś idealny dla każdego człowieka? I gdyby ta dwójka się w sobie zakochała, to już by było po wszystkim? Wyszliby za siebie – albo by się połączyli – i spędziliby resztę życia razem?

Harry prychnął.

– Oczywiście, że nie. Wyrosłem w izolacji, Draco, ale przecież umiem czytać. Wiem, że było mnóstwo rozwodów i ponownych małżeństw, nawet jeśli czystokrwiste rody niechętnie się do tego przyznają. – Nie był w stanie się powstrzymać od tego konkretnego przytyku w kierunku swojego przyjaciela. Draco czasami bywał niezwykle ślepy względem mniej pozytywnych stron kultury, w której się wychował.

– Ale czy sam fakt, że dochodziło do tych sytuacji, musi negować całą ideę? – Draco miał zamyślony, ponury wyraz twarzy, który zwykle przyjmował tylko, kiedy rozmawiał o eliksirach, albo rytuałach czystokrwistych, których się właśnie uczył. – Znaczy, co jeśli nie spotkali właściwej osoby aż do drugiego małżeństwa i wtedy zostali ze sobą już do końca życia? I może ludzie, którzy się rozwodzili, robili to, bo się orientowali, że ta druga osoba nie jest dla nich idealna.

Harry pokręcił głową.

– Nie sądzę, żeby istniał ktokolwiek idealny dla kogokolwiek innego, Draco.

– Dlaczego nie? – Draco nagle zaczął patrzeć na niego przeszywająco.

Harry zamrugał. Tu chyba chodzi o jego sympatię. No tak, to by tłumaczyło, czemu jest tym tak zainteresowany, skoro jest przekonany, że to musi być miłość.

Harry'emu schlebiało, że Draco postanowił akurat z nim o tym porozmawiać, nawet jeśli zrobił to w wyjątkowo okrężny sposób. Z tego, co mu było wiadomo, Draco nikomu jeszcze nie powiedział nawet słowa na temat tej swojej sympatii. Dlatego też Harry powiedział mu co naprawdę o tym myśli, zamiast dawać mu zdawkową odpowiedź w nadziei na odpuszczenie tematu.

– Ponieważ nie mogą być – powiedział cicho. – Każdy człowiek ma swoje własne pragnienia, perspektywy i inklinacje i kiedy mówimy o związku dwóch osób, to ci nie będą się ze sobą zawsze we wszystkim zgadzać. To oznacza, że jedna ze stron, chcąc być idealnym partnerem dla drugiej, będzie musiała tłamsić w sobie te różnice, albo zmienić własne poglądy tak, żeby te pasowały do tej drugiej osoby, tak żeby wyrażała tylko te opinie, które ta druga osoba będzie chciała od niej usłyszeć. To by zmiażdżyło wolność tej osoby. Nie znoszę nawet myśleć o tym.

Draco otworzył usta, po czym je zamknął.

– Ale – powiedział po chwili – co jeśli ta osoba naprawdę myśli, że ta druga jest idealna dokładnie taka, jaką jest?

– Wtedy taka osoba powinna się udać do świętego Mungo – powiedział łagodnie Harry. – W dodatku wygląda na to, że powinna się zacząć przygotowywać na srogi zawód, bo co się stanie, jeśli ta idealna osoba się zmieni, albo popełni jakiś błąd? – Pokręcił głową kiedy Draco łypnął na niego z frustracją. – Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz, Draco, ale w to właśnie wierzę.

Draco wstał, westchnął i wyszedł z pokoju. Przynajmniej nie wydawał się być zły, po prostu sfrustrowany. Harry odprowadził go wzrokiem z niepokojem. Mam nadzieję, że ta osoba go tak strasznie nie zawiedzie. Merlin jeden wie, nie mam najbledszego pojęcia kogo Draco może uważać za idealnego, ale z drugiej strony przecież nie wiem, kim jest ta jego sympatia.


Harry westchnął i przestąpił z nogi na nogę. Zgodził się odebrać Lunę spod wieży Ravenclawu przed balem bożonarodzeniowym, ale teraz naprawdę tego żałował. Czuł się niedorzecznie w szatach wyjściowych. Uważał, że o ile odpowiednie gesty i tańce przychodzą mu bez większych problemów, o tyle on się po prostu nie nadaje do noszenia eleganckich ciuchów.

Przynajmniej poprzedzający bal dzień był wesoły. Podarował Connorowi książkę ze wspomnieniami, a w zamian otrzymał książkę dotyczącą historii centaurów. Draco nic mu jeszcze nie dał, ale zadeklarował, że prezent od niego pojawi się dopiero wieczorem, więc będzie musiał poczekać. Harry postanowił, że wtedy sam da mu swój prezent, ponieważ to nie było coś, co można było zrobić wcześniej i nosić ze sobą.

James wysłał mu myślodsiewnię. Harry nie ośmielił się jeszcze do niej zajrzeć, więc jego list z podziękowaniami był wyjątkowo niezręcznie ułożony.

Draco był rozsądny i wyglądało na to, że też zrezygnowany, bo jego randka nie miała najwyraźniej zamiaru wybrać się z nim na bal. Tak czy inaczej się ubrał, jakby się tam wybierał, więc Harry wyszedł z założenia, że się tam z nim zobaczy.

– Tu jesteś, Harry.

Harry zamrugał raz, kiedy Luna wyszła z wieży, po czym zamrugał ponownie. Miała na sobie delikatne, niebieskie szaty ze srebrną lamówką, która wyglądałaby wyjątkowo formalnie, gdyby nie przyczepiona do niej masa maleńkich świecidełek. Harry zastanawiał się, czy te błyskotki nie miały oznaczać gwiazd, w sposób, w jaki szaty Dumbledore'a często na sobie nosiły, ale same z siebie nie były w kształcie gwiazdek, a jeśli układały się w jakieś gwiazdozbiory, to Harry nie potrafił rozpoznać żadnego z nich. Luna miała na sobie też naszyjnik z piór poprzeplatanych w tak drobiazgowym wzorze, że Harry nie był w stanie zobaczyć niczego poza zjeżoną masą promyków i pierza, oraz kapelusz, z którego zwisało mnóstwo srebrnych wstążek, które przeplatały się z jej blond włosami, owijały wokół jej uszu i pod podbródka, a czasami w ogóle opuszczały jej kapelusz i wybierały się pozwiedzać jej kark i ramiona, niczym cienkie żmije.

– Wyglądasz bardzo zauważalnie, Luno – powiedział Harry, ponieważ nie zaoferowałby jej fałszywego komplementu. Luna uśmiechnęła się do niego.

– Ty również, Harry – powiedziała i wyciągnęła kolejny naszyjnik. – Wesołych świąt.

Harry pochylił głowę, zakłopotany, żeby mogła mu go nałożyć na kark.

– Przepraszam, Luno. Niczego dla ciebie nie przyniosłem.

Luna rzuciła mu osobliwe spojrzenie, prostując się.

– Właśnie że tak. Wybierasz się ze mną na tańce oraz zabierasz mnie na bal.

Harry mógłby się z nią kłócić, że to przecież ona go zaprosiła, ale domyślał się, że pewnie nie miałaby najbledszego pojęcia o co mu w ogóle chodzi, więc po prostu zaoferował jej swoje ramię.

– Może zejdziemy na dół w takim razie?

Luna położyła dłoń na jego przedramieniu w trzy–palczastym układzie, poprawnym dla młodej czarownicy pozwalającej starszemu czarodziejowi się gdzieś odprowadzić – no cóż, ostatecznie przecież była czystokrwista – i sunęła z gracją obok niego, kiedy szli korytarzem. Harry skorzystał z okazji i kątem oka przyjrzał się naszyjnikowi, który mu podarowała.

– Luno – powiedział po chwili.

– Tak, Harry? – Spojrzała na niego kompletnie poważnym wzrokiem.

– Co to są za zęby? – Jeszcze nigdy takich nie widział, nawet jako składników do bardziej zaawansowanych eliksirów. Owijały się delikatnie wokół własnej osi, podnoszące się z płaskiej podstawy i kończyły czterema maleńkimi, nierównymi kolcami, zupełnie jakby te zęby miały w sobie jeszcze mniejsze ząbki.

– To zęby hipogryfów – powiedziała Luna.

– Ale hipogryfy nie mają zębów – powiedział Harry.

– Mają – powiedziała Luna. – Jeśli się ich poszuka. Wyjmują swoje zęby podczas pełni księżyca i chowają je, żeby ludzie mogli ich używać przy tworzeniu naszyjników i zaklęć. Ale można je znaleźć wyłącznie, jeśli się ich szuka i tylko w tych celach. Hipogryfy nie chcą, żeby ktoś używał ich zębów w dowolnym innym celu.

Harry zawahał się, ale uznał, że niewiele zyska na kwestionowaniu jej wiedzy. Czułby się, jakby sobie z niej kpił, nawet jeśli z niezmąconą cierpliwością byłaby gotowa odpowiedzieć na wszystkie jego pytania. Poza tym, czemu miałby się martwić o coś takiego akurat dzisiaj? Dzisiaj miał zamiar spędzić wieczór na dobrej zabawie.

Odprężył się i uśmiechnął.

– Nie miałem o tym pojęcia – powiedział. – Mówią ci coś? No wiesz, jak krzesła rozmawiały z tobą o Heldze Hufflepuff.

Luna pociągnęła nosem.

– Nie mówią o niczym ciekawym. Zęby hipogryfów chcą stale mówić o pełni księżyca, a naprawdę, nie da się w kółko słuchać o wschodach i zachodach pełni, o dopełnianiu i cofaniu księżyca, to się naprawdę szybko nudzi.

Harry odkrył, że uśmiecha się jeszcze szerzej. To pewnie najlepsza osoba, jaką mogłem zabrać ze sobą na ten bal. Nie ma mowy, żebym się wstydził ludzi, czy własnego tańca przy kimś takim jak ona. Przy niej można myśleć o tak wielu innych sprawach.

Niebawem dotarli do drzwi Wielkiej Sali i dołączyli się do tłumu uczniów, kotłujących się przy nich. Harry zauważył Wiktora Kruma, który kiwnął mu szybko głową na powitanie. Reprezentantowi Durmstrangu niespecjalnie podobał się fakt, że Harry najwyraźniej zabłysnął jaśniej od niego podczas pierwszego zadania, ale w żaden sposób nie krył się również z pewnego rodzaju niechętnym szacunkiem od tamtego czasu, więc Harry miał wrażenie, że jego obecnie skrzywiona mina nie miała z nim nic wspólnego. Jego randka, jedna z Gryfonek z wyższych roczników, której Harry właściwie nie znał, ciągle się na niego oglądała, jakby nie była w stanie uwierzyć, że naprawdę ją ze sobą zabrał. Krum nie zwracał na nią najmniejszej uwagi.

Fleur Delacour sama go odnalazła w tłumie i uśmiechnęła się do niego, zarzucając do tyłu swoimi długimi, srebrnymi włosami.

– Witaj, 'Arry – zamruczała. Jej wzrok przesunął się na Lunę, a jej brwi podniosły się, ale nic nie powiedziała. Harry uważał, że naprawdę nie ma żadnych podstaw do komentarzy, ponieważ jej własna randka, Roger Davies, kapitan drużyny quidditcha Ravenclawu, praktycznie się ślinił, w ogóle nie odrywając od niej wzroku. Jego ręka, trzymająca zaoferowane przez nią ramię, też była niewłaściwie ułożona.

Harry zauważył, jak strasznie snobistyczna była ta ostatnia myśl i zamrugał. Od kiedy stałem się drugim Draco?

Harry pochylił głowę, witając Fleur.

– Cieszysz się na tańce? – zagaił, ponieważ nie miał pojęcia, o czym innym mieliby rozmawiać.

Fleur roześmiała się, a dźwięk ten sprawił, że stała się jeszcze piękniejsza.

– Naturalnie – powiedziała. – Taniec w moi kraj to śtuka. Czas, żebi wy zobacili jak to sie robi!

Twoja krew daje ci niesprawiedliwą przewagę, pomyślał Harry, ale wymamrotał coś uprzejmego, co zdawało się ukontentować Fleur. Odprowadziła Rogera na bok, bezmyślnie przesuwając przy okazji rękaw, żeby chłopak nie zaślinił jej szat.

– Hej, Harry.

Harry odwrócił się – Luna akurat patrzyła w przeciwnym kierunku i przez chwilę się niemal nie wywrócił – żeby uśmiechnąć się do swojego bliźniaka. Connor dobrze się prezentował w swoich czerwonych, formalnych szatach, nawet jeśli wyglądał na podenerwowanego.

Harry zamrugał, kiedy zobaczył randkę swojego brata. Connor tylko puścił mu oczko, kiedy Harry go zapytał o to, kogo ze sobą zabiera, i powiedział, że będzie musiał poczekać i przekonać się na własne oczy. Harry'emu wydawało się, z jakiegoś powodu, że Connor zaprosi kogoś z innego domu, a nie Parvati Patil.

Parvati pochyliła głowę i zarumieniła się, kiedy zobaczyła, że Harry na nią patrzy, ale nie zachichotała. Harry musiał przyznać, że jest znacznie bardziej znośna kiedy tego nie robi.

– Hej, Harry, Luna. – Nie wydawała się być zaskoczona wyglądem stroju Luny, za co Harry przyznał jej w myślach punkty, nawet jeśli to pewnie było tylko dlatego, że Parvati za bardzo była zapatrzona w profesor Trelawney, żeby jakiekolwiek ubrania uważać za dziwne. – Jak myślicie, kiedy wpuszczą nas do sali? – Obejrzała się władczo ponad głowami innych ludzi, jakby miała ochotę otworzyć drzwi samą siłą woli.

Connor poklepał ją po ramieniu.

– Pewnie za kilka minut – powiedział. Miał wyjątkowo łagodną minę, kiedy patrzył na Parvati. Harry znowu zamrugał. Kompletnie, absolutnie mu umknęło to, że Connor się w kimś podkochiwał i wyglądał na zarówno wyjątkowo zadowolonego z siebie jak i dumnego z faktu, że Parvati tu z nim jest.

Ciekawe, co jeszcze mogło mi umknąć?

– Za cztery minuty – powiedziała Luna.

Ściągnęła na siebie spojrzenia wszystkich z jej najbliższego otoczenia.

– Za cztery minuty otworzą drzwi – wyjaśniła Luna. – Przynajmniej drzwi tak twierdzą.

Connor nie był w stanie do końca ukryć się ze swoim uśmiechem, ale Harry'ego to zaciekawiło. Rzucił zaklęcie Tempus, sprawdził czas i postanowił zaczekać.

– Gdzie jest Ron? – zapytał, bo uznał, że to dziwne, że Rona nie ma u boku swojego najlepszego przyjaciela.

Connor skrzywił się.

– On, ee, przyszedł sam – powiedział. – Jego randka go spławiła.

– Nie zrobiłaby tego, gdyby ją zapytał jak należy – powiedziała surowo Parvati. – Mojej siostry nie bawi, kiedy ktoś jest zbyt zły na to, żeby wymówić poprawnie jej imię.

– O co się tak zezłościł? – zapytał Harry.

Connor znowu się skrzywił, po czym nagle spojrzał ponad ramieniem Harry'ego i zagapił się.

– Przez nich – powiedział. – Och, Merlinie. Miałem nadzieję, że po tym wszystkim przynajmniej nie będą się tak tym afiszować.

Harry odwrócił się. Blaise Zabini wszedł do hali, pozując, absolutnie nie przez przypadek, bo w tej samej chwili objął ich błysk zaklęcia, które wybuchło wokół nich niczym aparat fotograficzny. Harry podejrzewał, że Blaise wyglądał naprawdę nieźle, ale bardziej rzucała się w oczy jego randka, której posłał chwilę potem krzywy uśmieszek.

Ginny Weasley trzymała go za ramię.

– Powiedz – mruknął Harry do swojego brata – on się wkurzył o to, że Ginny umawia się z Blaise'em, czy o to, że się w ogóle z kimś umówiła? – Ron czasami zachowywał się jak kawał wariata, kiedy wydawało mu się, że robi coś w obronie swojej siostry, zupełnie jakby wydawało mu się, że ta się rozbije jak tylko się ją upuści. Connor powiedział mu, że się pokłócili na samym początku roku, zanim jeszcze szkołę obiegły nowiny, że quidditch został odwołany, bo Ginny chciała się przyłączyć do drużyny. Chciała zostać ścigającą. Ron się o nią martwił, ale postanowił to wyrazić frazą "Nie możesz grać!" Ta kłótnia trwała już od jakiegoś czasu i wyglądało na to, że sytuacja między nimi jeszcze się pogorszy, bo Ginny weszła z wyjątkowo markotną miną i pozwalała się Blaise'owi oprowadzać po pomieszczeniu.

Connor westchnął.

– Zaczęło się od Blaise'a – powiedział. – A potem zaczęli wymieniać innych chłopców i nagle wyszło, że według Rona wszyscy tylko ustawiają się w kolejce, żeby przycisnąć Ginny do ściany i całować się z nią do nieprzytomności. Wydaje mi się, że skończyli mniej więcej na tym, że Ron nie chce, żeby ona się umawiała z "obślizgłym Ślizgonem".

– Czyli poszło źle – podsumował Harry.

Connor zamknął oczy i kiwnął lekko i sztywno głową.

– A potem Ronowi się pogorszyło, kiedy Padma dała mu kosza, bo zapomniał jak się nazywa i nakrzyczał na nią.

– Miała do tego pełne prawo – powiedziała chłodno Parvati.

– Och, nie, nie mówię, że nie miała – pośpieszył Connor z zapewnieniami. – Chodziło mi tylko o to, że...

– Witam wszystkich na balu bożonarodzeniowym – ogłosiła profesor McGonagall i drzwi się otworzyły.

Harry rzucił znowu zaklęcie Tempus i pokręcił głową.

– Jest dokładnie cztery minuty później – powiedział Lunie. – Miałaś rację.

Luna spojrzała na niego z ukosa.

– To nie ja miałam rację. Drzwi miały.

Harry uśmiechnął się wbrew sobie.


Draco starał się zdecydować, czy przebywanie na balu bożonarodzeniowym bez Harry'ego było gorsze od siedzenia w pokoju samemu. Póki co nie udało mu się dojść do żadnego wniosku.

Z jednej strony, rzecz jasna, mógł obserwować i sprawdzać, czy Harry'ego ktoś czasem nie obmacuje i z prawdziwą przyjemnością odnotował, że Harry przesiedział przynajmniej połowę tańców, rozmawiając z Pomyluną.

Z drugiej jednak strony, rozmawiał z Pomyluną. A strasznie wielu ludzi się na niego oglądało, nie, żeby zauważył, palant.

Nie zauważa nawet, jak ktoś się na niego tak patrzy w jego własnym pokoju. Czemu niby miałby zacząć zauważać teraz?

Draco żałował, że profesorowie nie zgodzili się na to, żeby na balu zostało podane cokolwiek mocniejszego od piwa kremowego. Nie, żeby miał w życiu wiele okazji do upicia się winem, do tej pory wyłącznie tylko go kosztował, ale jakby był pijany, to przynajmniej nie byłby w stanie być nieszczęśliwy. Nie istniało już nic, co mogłoby sprawić, że poczułby się gorzej niż teraz.

– Draco.

Czy Los wyznaczył kogoś do słuchania moich myśli i pogarszania mojego życia za każdym razem jak pomyślę coś takiego?

Draco odwrócił się i kiwnął sztywno głową Blaise'owi.

– Zabini – powiedział i zobaczył, że Blaise uśmiecha się do niego krzywo.

– Och, czyli tak chcesz to rozegrać, co? – Blaise pochylił się obok Dracona, żeby podnieść jedną z pudrowanych cukrem pudrem babeczek z bakaliami, stojących na stoliku obok niego. Draco postanowił się przyczaić w pobliżu jedzenia, ponieważ było ono mniej więcej po środku sali i pozwalało mu obserwować Harry'ego, kiedy ten tańczył. – No nie dąsaj się tak, Malfoy, przecież to nie moja wina, że moja sympatia się wybrała ze mną na randkę, a twoja nawet nie wie, że istniejesz.

– Młodsza siostra łasicowatego – powiedział Draco, rad, że Blaise dał mu wymówkę do zamoczenia swojego języka w kwasie. – Och, tak, co za wyzwanie.

Blaise tylko wzruszył ramionami.

– Jest śliczna – powiedział. – Lubię ją. Rozśmiesza mnie. A to, że dla randek ze mną jest gotowa powiedzieć swojemu bratu, że ten ma się od niej odpierdolić, trochę mnie kręci. W międzyczasie ty ogłaszasz się z tą swoją majestatyczną, gorejącą miłością do Harry'ego, ale wszystko, co robisz, to robisz do niego maślane oczy i warczysz na każdego, kto ośmieli się go chociażby dotknąć. Mówiłem ci przecież, musisz mu wreszcie o tym powiedzieć. – Blaise zamilkł na moment, żeby oblizać palce; Draco heroicznie powstrzymał się przed skomentowaniem jego kompletnego bezguścia. – Albo kto inny mu powie – dodał Blaise. – Jak ja, na przykład.

Draco miał w dłoni różdżkę zanim się jeszcze zorientował, że po nią sięga. Blaise zaśmiał się, ale nie był w stanie do końca ukryć lekko otwierających się z zaskoczenia oczu.

– Wreszcie zacząłem się stosować do tej twojej głupiej rady – warknął Draco, kiedy wreszcie uznał, że jest w stanie mówić. – Wiem, że Harry nie jest normalny, więc muszę podejść do niego inaczej. Ale on tego nie przyjmie najlepiej, prawdopodobnie nawet tego nie zrozumie, jeśli nie zrobię tego w odpowiednim momencie. Więc lepiej się zamknij, Blaise, albo upewnię się, że nigdy więcej nie będziesz miał okazji użyć tej jadaczki do czegokolwiek innego. Znam klątwę znikających ust, żeby nie było.

Blaise nie był w stanie ukryć opadającej szczęki, ale szybko zamknął usta, jakby ze strachu, że Draco postanowi już tu i teraz rzucić w niego klątwą.

– Wcale nie znasz – powiedział. – To mroczna sztuka.

Draco westchnął.

– Zabini, pomyśl przez chwilę, proszę, kim był mój ojciec?

Blaise przyglądał mu się przez chwilę, po czym wzruszył ramionami.

– Niech ci będzie. Ode mnie tego nie usłyszy. Ale nie będziesz w stanie podporządkować sobie w ten sposób wszystkich, Malfoy. – Jego oczy lśniły zawiścią, co nie przeszkadzało Draconowi; wolał to od tego, co Blaise nazywał swoim "humorem". – Prędzej czy później ktoś mu o tym powie. Albo sami zaczną się do niego przystawiać. Pansy całkiem go lubi.

W to Draco mógł uwierzyć.

– Ale nie zrobi tego dzisiaj – powiedział, oglądając się na Pansy, która tańczyła z Montague'em.

– Nie dzisiaj – przyznał Blaise. – Ale niebawem.

Draco z pogardą odwrócił się do niego plecami. "Niebawem" to nie było "dzisiaj".


– Czasami na obiekty ma wpływ to, co się dzieje wokół nich w danej chwili – tłumaczyła Luna Harry'emu, kiedy ten prowadził ją z powrotem na parkiet, żeby zatańczyć z nią po raz trzeci. – Podłoga mówi teraz o tańcach, ponieważ to właśnie ludzie w tej chwili na niej robią.

Harry kiwnął powoli głową. Na tyle, na ile był w stanie zrozumieć osobliwy dar Luny, która zdawała się być jakimś rodzajem empatii, nastrojonym na odbieranie wyłącznie obiektów, to miało dla niego sens.

– Mówi teraz o jakichś szczególnych?

Luna zaśmiała się łagodnie, kiedy Harry zawirował nią w pierwszych taktach muzyki. Ledwie się poruszała w czasie tańca, pozwalając się prowadzić dłoniom Harry'ego, ale jej wstążki to wynagradzały, wijąc się z podekscytowaniem wokół jej głowy i sunąc za nią, niczym włosy, kiedy się obracała.

– Wspomina czasy, kiedy Salazar Slytherin tańczył z Roweną Ravenclaw. Zrobili to tylko raz, ponieważ powiedział jej, że pewnie nadepnęłaby mu na stopę. Żeby mu pokazać, że się myli, nie nadepnęła mu na stopę ani razu przez cały taniec, po czym oznajmiła mu, że nigdy więcej z nim nie zatańczy. Dąsał się potem przez tydzień.

Harry przechylił głowę lekko na bok, kiedy odstąpili od siebie z Luną na chwilę i znowu wrócili do siebie, tylko tym razem tylko ich opuszki palców dotykały się nawzajem. Nieczęsto ćwiczył ten taniec, ale widział innych kątem oka i wiedział, że to wariacja czegoś, o czym kiedyś czytał, więc był w stanie dobrnąć do jego końca nie robiąc z siebie kompletnego durnia.

– Niemal wszystkie wspomnienia, o których mi opowiadasz, dotyczą czasów założycieli. Czy podłogi i ściany pamiętają ich najlepiej?

– Kochały ich – powiedziała Luna spokojnie. Zatrzymała się w miejscu, obróciła w półkolu i pokłoniła się parze obok nich, która była, co Harry zauważył z rozbawieniem, złożona z Hermiony i Zachariasza. – W końcu to oni zbudowali Hogwart. Oczywiście, że Hogwart ich kocha.

– O czym ona tym razem bredzi? – Zachariasz wyglądał na niesłychanie zirytowanego, kiedy wyszedł z tańca, żeby zająć swoje miejsce jako tymczasowy partner Luny. Harry, podchodząc do Hermiony, miał opryskliwą odpowiedź na końcu języka, ale Luna go ubiegła.

– Jesteś wyjątkowo niezgrabny w tańcu, prawda? – zapytała, marszcząc na niego brwi. – Podłoga narzeka na ciebie, strasznie mocno tupiesz.

Harry stłumił rękawem śmiech, kiedy Zachariasz się zamknął i wycofał do poprawnego, czystokrwistego chłodu, prowadząc Lunę przez kroki tańca, które razem z Harrym dopiero co odbyła, tylko w odwrotnej kolejności. Harry zaoferował Hermionie dłoń, a ta kiwnęła do niego głową i bez trudu zajęła odpowiednie miejsce. Pewnie o tym czytała, pomyślał Harry, kiedy Hermiona nie potknęła się, nawet kiedy on to zrobił.

– Wspaniale wyglądasz – skomplementował ją, ponieważ to była prawda. Hermiona nieźle się natrudziła z niektórymi kosmetycznymi urokami, które dziewczyny takie jak Parvati znacznie częściej stosowały. Wyprostowała też swoje włosy, chociaż Harry nie był pewien, po co to zrobiła. W lokach było jej naprawdę do twarzy. – I przepraszam za to, co Luna powiedziała Zachariaszowi. Mam nadzieję, że nie odbije sobie tego na tobie.

– Dziękuję – powiedziała Hermiona. – I zasłużył sobie na to. Był bardzo dobrze ułożonym gentlemanem dla mnie już cały ten wieczór, ale na Merlina, straszny z niego czasem idiota. – Wywróciła oczami, kiedy razem z Harrym odsunęli się od siebie, odrywając opuszki palców. – Masz pojęcie, że on mi powiedział, całkiem na poważnie, że nie rozumie, po co większość czystokrwistych tańców w ogóle istnieje, skoro każdy wart choćby sykla wie, że jest od nich inteligentniejszy?

Harry parsknął, po czym zamienił to w kaszel, bo Zachariasz obejrzał się na nich podejrzliwie.

– To do niego podobne – powiedział.

Hermiona kiwnęła głową, marszcząc brwi.

– To właśnie najbardziej w nim lubię i jednocześnie najbardziej w nim nie znoszę, tak naprawdę. – Odchyliła się i pozwoliła się Harry'emu okręcić w piruecie. – Naprawdę miło jest przebywać w towarzystwie kogoś, kto rozumie, o czym mówię, i nie robi sobie żartów z tego, że się tyle uczę, ale on z jakiegoś powodu uważa, że dzięki temu jesteśmy w jakiś sposób lepsi od innych ludzi. A kiedy próbuję zaprzeczyć, że nie, wcale nie jesteśmy, to on zaczyna wymieniać całą listę bardzo logicznych argumentów, dlaczego tak, jesteśmy.

– Muszę przyznać, naprawdę jestem rad, że to nie ja się z nim umawiam – powiedział Harry i poprowadził Hermionę przez początkowe kroki tańca. To było trudniejsze niż by się mogło wydawać, bo musieli je wykonywać od końca, więc oboje musieli się na tym skupić. – No cóż, powodzenia.

– Dzięki. – Hermiona kiwnęła mu głową i wróciła do Zachariasza, który zaborczo przyjął jej ramię jak tylko się do niego zbliżyła. Zaczęli coś, co brzmiało jak przytłumiona kłótnia, z której Harry wyłapał "inne perspektywy na świat" kilka razy w przeciągu minuty.

Nie wiem, czy powinienem był jej życzyć powodzenia, czy nie, pomyślał Harry z grymasem, który ukrył za uśmiechem, kiedy razem z Luną odwrócili się w kierunku następnej pary, Padmy Patil i dziewczyny, którą ta ze sobą przyprowadziła, Harry miał wrażenie, że ta nazywa się Marietta cośtam. Może lepiej było jej życzyć szczęścia.


– Harry?

Harry spojrzał w górę. Luna skończyła właśnie swoją babeczkę z bakaliami, którą przyniósł jej ze stołu z jedzeniem – kiwnął Draconowi, kiedy po nią przyszedł, ponieważ wyglądało na to, że ten strzeże jedzenia, a Draco momentalnie się rozchmurzył – i zastanawiał się, czy może chce znowu z nim zatańczyć.

– Wracam do wieży – powiedziała i uśmiechnęła się do niego. – Dziękuję za tańce. Naprawdę dobrze się bawiłam.

Harry zmarszczył brwi.

– Czekaj, Luna, pozwól, że cię...

Luna pokręciła głową.

– Powinieneś już iść na to swoje spotkanie.

Harry zagapił się na nią.

Luna uśmiechnęła się do niego cierpliwie.

– Harry – powiedziała – ściany mi powiedziały. – Pochyliła się i pocałowała go w policzek, po czym ruszyła w kierunku drzwi. Harry wstał i odprowadził ją wzrokiem, przynajmniej po części dlatego, żeby się upewnić, że nikt nie uzna za zabawne, żeby podłożyć jej nogę, czy pociągnąć za którąś ze wstążek.

Tak się złożyło, że akurat w tamtym kierunku rozgrywała się scena i dzięki temu Harry był w stanie zobaczyć w pełni jak Ron wydziera się na Ginny i Blaise'a, z twarzą czerwoną jak rzodkiewka, chociaż w ogólnym hałasie muzyki i rozmów Harry nie był w stanie wyłapać wszystkiego, co zostało tam wtedy powiedziane. Z tego, co Connor mu powiedział, "obślizgły Ślizgon" musiało się pewnie powtarzać dość często. Harry zmarszczył brwi. Ciekawe, czy gdybym tam poszedł i go wyzwał, żeby powtórzył mi to wszystko w twarz, to by to zrobił? Czy miotałby się tak, gdyby Ginny zaprosiła mnie?

Miał również okazję zobaczyć, jak Ginny wyciąga różdżkę z jednego ze swoich koronkowych rękawów i rzuca zaklęciem w Rona. Uderzyło prosto w niego i ten zamarł na moment, po czym z paniką złapał za swój nos.

Harry zorientował się, jakiej klątwy użyła, kiedy nietoperz nagle rzucił się na twarz Rona. Harry wywrócił oczami. Upiorogacek. No, sam się o to prosił. Gdyby tylko nie zaczynał awantury w miejscu publicznym, to pewnie Ginny nie uznałaby tego za konieczne.

Użycie magii sprawiło, że większość ludzi zamilkło na chwilę i się zagapiło w tamtym kierunku, więc Harry bez problemu był w stanie usłyszeć jak profesor McGonagall mówi z oburzeniem "Panno Weasley!" i zdegustowany głos Ginny:

– Wygląda na to, że chcesz być znany jako Chłopiec, Który Przeżył, Żeby Zostać Niedojrzałym Gnojem.

Odwróciła się na pięcie od Rona i złapała Blaise'a znowu za ramię. Harry zauważył, że Blaise szczerzy się jak idiota. Ron wybiegł z sali.

Harry pochwycił wzrokiem spojrzenie Dracona i pochylił głowę. Draco kiwnął swoją i podszedł do niego.

– Mój ojciec powiedział, że spotka nas za ogrodami różanymi – wymamrotał. – Znam poboczne wejście, które pozwoli nam uniknąć wszystkich, którzy się tam poszli obmacywać.

Harry odpowiedział kiwnięciem głowy i ruszył za nim. Większość ludzi była zanadto zajęta śmiechem i tańcem, żeby zwrócić na nich uwagę, a profesorowie zdawali się być pochłonięci dramatem, ponieważ McGonagall starała się przekonać Ginny do nie tańczenia z Blaise'em przynajmniej na tyle długo, żeby mogła ją ofuknąć jak należy.

Draco poprowadził Harry'ego w odległy kąt Wielkiej Sali i wymknął się drzwiami, które Harry już kiedyś zauważył, ale podejrzewał, że musiało służyć skrzatom domowym, czy coś w tym stylu. Chwilę potem znaleźli się już w ogrodach różanych. Harry pokręcił głową i pociągnął nosem z wdzięcznością. Naprawdę lubił słuchać Luny, ale w sali robiło się już trochę za duszno i zbyt wiele osób zwracało już na niego uwagę jak na jego gust.

– Tędy – szepnął Draco i przemknęli się obok różanych krzewów, unikając wszystkich miejsc, które chichotały.

Harry czuł, jak jego umysł się uspokaja i robi się chłodniejszy, jakby pragnąc się dostosować do otaczającego ich powietrza. Mimo wszystko rzucił kilka zaklęć ogrzewających na swoją twarz, żeby jego policzki nie spróbowały zrobić tego samego. Był właściwie pewien, że wie, czego zażyczy sobie Lucjusz. Na szczęście, to było coś, na co nawet chętnie udzieli zgody. Zastanawiał się jednak, czy pod koniec tańca sojuszu nie było coś jeszcze, poza wymianą darów. Większość książek niechętnie w ogóle do tego nawiązywała, zupełnie jakby obawiały się, że coś tak świętego nie powinno zostać sprofanowane słowem pisanym.

– Jesteśmy na miejscu.

Harry zamrugał i spojrzał w górę. Doszli do ściany ogrodu i Draco delikatnie dotykał kamienni. W świetle, padającym na nich z Wielkiej Sali, jego twarz wydawała się cała pomarszczona.

– Tak – powiedział po chwili. – Tutaj jest. Ojciec z matką używali kiedyś tego przejścia, żeby się wymknąć ze szkoły na siódmym roku.

– Czemu? – zapytał Harry, uważając, że przecież łatwiej by było wyjść po prostu głównymi wrotami.

Draco obejrzał się na niego szybko, a jego głos zrobił się suchy.

– Uwierz mi, Harry, naprawdę mnie to nie interesowało na tyle, żeby zapytać.

Harry zalał się rumieńcem.

– Nie o to mi chodziło – wymamrotał, ale Draco już ciągnął za furtkę.

– Co do cholery? – wymamrotał chwilę potem.

Harry stanął obok niego, rad, że tak szybko znalazło się coś, co może odwrócić jego uwagę od myśli o Lucjuszu i Narcyzie wymykających się z Hogwartu.

– Coś się stało? – zapytał, ale kiedy położył rękę na furtce, zorientował się, co jest nie tak. Potężna moc trzymała ją na siłę zamkniętą i nie dawała wrażenia osłony czy tarczy. Zupełnie, jakby powstało w efekcie rytuału. Harry popchnął ją.

Pytanie uformowało się w jego umyśle – nie wymówione, ale napisane, jakby ktoś sięgnął do jego umysłu i pisał mu w myślach. Czy chcesz przejść?

Harry zamrugał. Tak, odpowiedział, zastanawiając się, czy to naprawdę może być takie proste.

Jesteś pewien?

Tak.

Czyli już nie ma zakazu?

Nie, nie ma, odpowiedział Harry, zastanawiając się, czy to może jest jakieś zaklęcie, które miało zniechęcić ludzi od nieproszonego wchodzenia do szkoły podczas wojny z Voldemortem.

Wiatr zdawał się westchnąć i słowa zostały wymazane z jego umysłu. Harry kiwnął do Dracona i ten ponownie pociągnął za furtkę.

Za nią czekała na nich postać. Z tego, jak układały się na niej szaty, Harry był w stanie rozpoznać, że to musiała być czarownica. Zawahał się. Nie spodziewał się tutaj spotkać Narcyzy.

Draco zrobił krok do przodu.

– Mamo...

Kobieta odrzuciła do tyłu kaptur i podwinęła rękawy. Z jednego z nich wynurzyła się mała, świecąca kuleczka, którą położyła na swojej dłoni tak, żeby mogli zobaczyć jej twarz. Jak tylko ją zobaczył, Harry był pewien, że to światło musiało być rozpalone już wcześniej, ponieważ ta osoba nie byłaby w stanie rzucić tego zaklęcia.

Lily spojrzała na niego spokojnie.

– Witaj, Harry.