Ten rozdział mnie przeraża. Potem naprawdę będzie lepiej, obiecuję, w dodatku tym razem Harry ma przy sobie ludzi, którzy są gotowi mu od razu pomóc.
Rozdział trzydziesty ósmy: Mroczny Pan przyłączy się do nas lada moment
Albus patrzył w dół z okna w swoim gabinecie, zaczarowanym tak, żeby wyświetlać wszystko to, co można było w tym momencie zobaczyć przez furtkę w różanym ogrodzie i czekał z nadzieją.
Już wcześniej myślał o tym, żeby zaprosić Lily do szkoły, ale póki nie zaczął na poważnie słuchać osłon Hogwartu, które zwykle ignorował, chyba, że miał solidny niczym diament powód, żeby tego nie robić, to nie zorientował się, jaką okolicznością mogły być dla niego wizyty Lucjusza Malfoya. Był świadom tego, że w czasie Halloween Harry'ego odwiedziło wielu mrocznych czarodziejów, ale nie kłopotał się podsłuchiwaniem ich rozmów, przekonany, że jedyne, co tam usłyszy, to ich ślizgońskie gierki, jakimi omotywali głowę tego biednego, niczego nie podejrzewającego chłopca. Kiedy jednak osłony zaraportowały mu, że Harry i Draco Malfoy rozmawiają o drugiej wizycie jego ojca, Albus się tym zainteresował.
A potem Draco, w prywatnej rozmowie z Severusem, wspomniał, że Lucjusz będzie na nich czekał przy furtce w różanych ogrodach, której sam kiedyś używał, jak jeszcze był uczniem w tej szkole i że pojawi się nocą, podczas balu bożonarodzeniowego.
Albus miał zamiar wykorzystać tę okazję do własnych celów.
Powiedział Lily, że ta ma wysłać list do swojego syna, w którym znajdzie się ostrzeżenie o jej odwiedzinach, o których dowiedziałby się, gdyby tylko postanowił przeczytać ten list, a Albus podejrzewał, że Harry tego nie zrobi – a nawet, gdyby zrobił, to jego jedyną ucieczką od tej konfrontacji byłoby przyjście do gabinetu dyrektora, gdzie tak czy inaczej spotkałby Lily. Albus kazał Lily zaczekać przy furtce w różanym ogrodzie póki Harry przez nią nie przejdzie, żeby pojawiła się jakaś bariera między nią a Harrym, którą rytuał sprawiedliwości mógłby wykorzystać do powstrzymania ich przed ponownym spotkaniem. Harry usunie zakaz, tak żeby razem z Draconem mogli przejść przez furtkę i reszta powinna już pójść jak z płatka.
W międzyczasie Lucjusz będzie poniekąd zajęty drzewami w Zakazanym Lesie, którym Albus kazał ożyć i go schwycić jak tylko je mijał – tego rodzaju potęga nie była poza możliwościami dyrektora Hogwartu, ale męczyła go zwykle niepomiernie i wolał wykonywać swoje plany subtelniejszymi metodami – więc jeszcze przez jakiś czas nie będzie w stanie się tam pojawić. Severus zgodził się na to, żeby Harry poszedł na spotkanie z Lucjuszem sam.
Albus nie przewidział tego, że młody dziedzic Malfoyów będzie tam razem z Harrym, to był szczegół, który mu jakimś cudem umknął, ale wolał teraz o tym nie myśleć. Harry nie będzie miał wyjścia, będzie musiał wreszcie porozmawiać z Lily.
A kiedy usłyszy, co ona ma do powiedzenia, to będzie musiał się wreszcie poddać.
Albus oparł się wygodnie, zacieśnił swoją kontrolę na drzewach i obserwował, jak daleko pod nim rozgrywa się dramat, który może zmienić losy świata czarodziejów, bo ma szansę przyciągnąć Harry'ego bliżej do Światła.
Harry czuł, że serce wali mu tak mocno, że aż nim trzęsie. Nie był w stanie się ruszyć, nie był w stanie myśleć, nie był w stanie skupić się na czymkolwiek poza sensacją serca tętniącego mu w uszach, tak strasznie była ona oszałamiająca.
A potem poczuł drugą – Draco delikatnie złapał go za rękę.
I choć wolałby stawić czoła Lily sam, to tak strasznie się bał tego, co miało zaraz nastąpić, że złapał mocno zaoferowaną dłoń i ścisnął.
– Harry? – Twarz Lily pozostała poważna i cicha kiedy podniosła świetlistą kulkę wyżej, żeby móc mu się przyjrzeć, ale zawód odbił się echem w jej głosie. – Nie cieszysz się, że mnie widzisz?
Harry przełknął ślinę, pragnąc, by ten gest zabrał ze sobą jego podenerwowanie. Nie sądził, żeby mu się udało, ale kiedy się odezwał, brzmiał tylko, jakby ktoś mu przywalił w splot słoneczny, a nie jakby był wybebeszony.
– Nie, nieszczególnie. Powiedziałem ci przecież, że chcę zerwać wszelki kontakt z tobą. Ile razy mam ci to jeszcze powtórzyć zanim wreszcie to do ciebie dotrze?
– Ale odpisałeś na mój pierwszy list. – Lily zrobiła krok przed siebie, rąbek jej szaty musnął ziemię. Harry nie był w stanie powstrzymać się przed cofnięciem się o krok, a Draco momentalnie przysunął się bliżej do jego boku, jakby był gotów za wszelką cenę ochronić Harry'ego przed jego własną matką. – A w swoim ostatnim liście nie powiedziałeś, że nie chcesz już się nigdy więcej ze mną kontaktować. Po prostu powiedziałeś, że nie chcesz tego robić teraz. A matka nigdy się nie poddaje w walce o swoje dzieci, Harry. Minął już rok. Wydaje mi się, że to wystarczająco długo. Czemu nie mogę się znowu z tobą zobaczyć, zwłaszcza, że sam na to wyraziłeś zgodę? – Jej głos nabrał tego samego tonu łagodnej nagany, który Harry pamiętał z nocy, kiedy zrobił coś, z czego był naprawdę dumny i chciał się pochwalić tym Connorowi. Nie powinna musieć przypominać mu, że jego trening powinien pozostać tajemnicą, ale czasami i tak to robiła.
Nie powinna też musieć przypominać ci jak bardzo cię kocha.
– Nie, Harry – powiedział ostro Draco.
Harry odciągnął wzrok od swojej matki i spojrzał na swojego przyjaciela, chociaż przyszło mu to z wielkim trudem. Draco w pierwszej chwili był w zbyt wielkim szoku, żeby cokolwiek powiedzieć – jego twarz wciąż wyglądała na niezdrowo bladą w świetle Lily – ale jego oczy teraz szybko napełniały się łzami. Złapał wolną dłonią Harry'ego za gardło, dość mocno, żeby zabolało.
– Wiem, jak wygląda twoje poczucie winy – wydyszał. – Wypełnia mi usta olejem. Nie pozwolę ci tego teraz czuć, Harry. Nie pozwolę. Nie masz tu czego żałować. Traktowała cię okropnie i zasłużyła sobie na wszystko, co ją spotkało. – Odwrócił się i zerknął ponad ramieniem na Lily. Harry zadrżał. Nie podejrzewał nawet, że kiedykolwiek zobaczy w oczach Dracona aż tyle nienawiści. – I pewnie w to nie wierzysz – mruknął – ale zasłużyła sobie nawet na więcej.
– Nie ma tu dla ciebie miejsca. – Lily wskazała w bok. – To jest sprawa pomiędzy mną a moim synem. Idź stąd.
– Nie – powiedział Draco i tym razem przesunął Harry'ego kompletnie za siebie, tak żeby go całkowicie osłonić przed Lily. – Rozerwałaś swojego syna na kawałki, a strzępy jego serca rozsiałaś na wietrze, tak jak to Gerra zrobił Aries Black. Nie zasługujesz na to, żeby się w ogóle do niego zbliżyć. Daję ci dwadzieścia sekund na odejście stąd zanim rzucę jedno z niewybaczalnych. – Wyciągnął różdżkę. – Raz. Dwa.
– Nie potrafisz jeszcze rzucać niewybaczalnych – powiedziała Lily. – Jesteś na to za młody. – Niczym we śnie, Harry zobaczył jak Lily sięga do swojej kieszeni, ale nie miał pojęcia, co mogła tam trzymać. Przecież jako mugolka nie byłaby już w stanie używać różdżki. – Powiedziałam ci już, nie ma dla ciebie miejsca w konfrontacji pomiędzy mną a moim synem. Moim ukochanym synem, którego nie widziałam już od roku i jednego dnia. – Wskazała na bok podbródkiem. – Idź stąd, Malfoy.
– Pięć. Sześć.
Lily zacisnęła dłoń na czymkolwiek, co było w jej kieszeni.
Harry wziął głęboki oddech. Doceniał fakt, że Draco stanął w jego obronie, ale nie mógł pozwolić mu cierpieć, na wypadek, gdyby Lily miała przy sobie jakąś magiczną broń, której wciąż byłaby w stanie używać, zupełnie jak kulki światła, ponieważ ta nie wymagała od użytkownika żadnego wpływu jego własnej magii. Nie chciał też, żeby Draco skrzywdził jego matkę.
Emocje wezbrały w nim, ostre niczym sztylety i mróz, ale wiedział jaki impuls je napędza. Chciał, żeby jego rodzice sobie wreszcie poszli. Gdyby tylko postanowili nigdy więcej nie uznawać jego istnienia, nigdy więcej nie wysłać mu kolejnego listu, po prostu zignorowaliby jego istnienie, to byłby usatysfakcjonowany i z przyjemnością odpłaciłby im się tym samym. Nie chciał, żeby ktokolwiek o nich rozmawiał w jego obecności, nie chciał, żeby coś im się stało, żeby ktoś ich ukarał. To, co zrobili, już się stało. Harry ich znał, wiedział już, do czego są zdolni i było mu ich żal. Nie było sensu robić z tym czegokolwiek innego.
– Draco – powiedział, ciągnąc go za ramię.
Draco odwrócił głowę, by na niego spojrzeć.
– Ona wciąż tu jest – powiedział tylko. – Piętnaście. Szesnaście.
Dłoń Lily wysunęła się z jej kieszeni, po czym ta zamachnęła się i rzuciła czymś w Dracona.
Harry zawsze był dobrym szukającym i teraz dziękował za to Merlinowi, kiedy skoczył lekko i złapał w locie to, co o mały włos nie uderzyło Dracona w twarz. Poczuł ciepło w dłoni, a potem ostre ukłucie, które przeszyło go bólem aż do łokcia. Skrzywił się. To nie było aż tak nieprzyjemne jak ukąszenia pająków, które uszkodziły go w zeszłym roku tak bardzo, że wylądował w skrzydle szpitalnym, ale i tak bolało.
Harry obrócił dłoń, żeby sprawdzić, co to mogło być, ale zdążył zobaczyć tylko roztrzaskane, czerwone kawałki, zanim Draco się nie odezwał, z chłodem w głosie, który należał do jego ojca, a nie do niego samego:
– Crucio.
Nie wyleciało żadne zaklęcie, ale mimo to Harry zobaczył blask dochodzący z różdżki Dracona. Poderwał się na nogi, pomijając fakt, że gdyby klątwa Dracona naprawdę zadziałała to byłoby już za późno na wszelką reakcję. Lily zaśmiała się cicho.
– Nie nienawidzisz mnie dostatecznie, żeby być w stanie rzucić we mnie tą klątwą – powiedziała Draconowi. – A może tak naprawdę rozumiesz sytuację, jaka panuje pomiędzy mną a moim synem? – Zamilkła na moment i przechyliła głowę na bok. – W końcu sam masz własną matkę. Czy potrafisz sobie wyobrazić, jakby się czuła, gdyby ktoś spróbował przeszkodzić wam w pogodzeniu się?
Draco nawet nie kłopotał się z odpowiedzią na to, jakby uważał, że słowa Lily nie są warte żadnej reakcji. Podszedł do Harry'ego i odwrócił jego rękę.
– Pokaż – zażądał.
Chwilę później skrzeknął i uderzył dłoń Harry'ego, strzepując to, co tam było. Harry spojrzał na ziemię i zobaczył jak kawałki czerwonego, chitynowego pancerzyka spadają na nią. Zamrugał. Bezruchrząszcz. Oczywiście. Że też go wcześniej nie rozpoznałem. Kiedyś używaliśmy jego pancerza na eliksirach.
Następnie kompletnie zamarł, sparaliżowany jadem pancerza. Draco pociągnął go za ramię, ale Harry nawet nie drgnął. Lily westchnęła z irytacją, po czym podeszła o kilka kroków bliżej.
– Harry – powiedziała cicho. – Podejrzewam, że inaczej nie zdołam cię zmusić do wysłuchania mnie. Po prostu słuchaj.
Harry nie był w stanie zrobić niczego poza gapieniem się na nią, ale Draco wydał z siebie dźwięk, który znajdował się gdzieś pomiędzy jękiem i warknięciem, po czym podniósł różdżkę.
Lily cisnęła w niego czymś innym. Harry nie był w stanie obrócić głowy, żeby śledzić wzrokiem trajektorię i zobaczyć, co to było, chociaż się starał. Jego bezróżdżkowa magia była równie nieruchoma jak on sam, ponieważ była tak blisko związana z jego ciałem. Usłyszał przytłumione łupnięcie, kiedy Draco osunął się na ziemię i miał nadzieję, że nic mu nie będzie.
– No – powiedziała Lily. – Albus dał mi je na wypadek, gdybym napotkała po drodze jakiś opór, ale naprawdę nie sądziłam, że przyjdzie mi ich użyć na twoim przyjacielu. Mieliśmy się tu spotkać sami. – Patrzyła na Harry'ego surowo przez moment, po czym jej głos złagodniał. – Miałam też nadzieję, że nie będę musiała tego użyć na tobie. Przecież napisałam ci w liście, że się pojawię.
Harry nigdy nie przeczytał listu. Starał się to przekazać oczami, bo nie był w stanie zrobić czegokolwiek innego. To było gorsze od zaklęcia paraliżującego. Przynajmniej wtedy wiedział, że byłby w stanie się jakkolwiek ruszyć, gdyby ktoś go wylewitował, albo odciągnął na bok. Tutaj czuł się, jakby zapuścił korzenie w ziemi.
– Wreszcie możemy porozmawiać bez przeszkód. – Lily wzięła głęboki oddech. – Harry, zdaję sobie sprawę, że nie byłam najlepszą z matek. Ale stworzyłam cię takim, jaki jesteś i zasługuję na to, żebyś mnie teraz wysłuchał. To, co zrobiłam, zrobiłam dla dobra świata czarodziejów, żebyśmy mieli jakąś szansę przeżyć drugą wojnę z Voldemortem. Wiesz o tym. Pomyślałam jednak, że przedstawię ci to w inny sposób, który pewnie lepiej do ciebie dotrze: jeśli Voldemort wygra, to nie tylko Connor zginie, ale cały czarodziejski świat. Twoi sojusznicy zginą, ponieważ już nie są mu posłuszni, a on nie toleruje, kiedy ktoś nie jest mu momentalnie posłuszny. Twoi przyjaciele zginą. Twój opiekun zginie. Twój dom zostanie zrównany z błotem, splugawiony niekończącym się mrokiem i jeśli wydaje ci się, że ludzie teraz mówią źle o Ślizgonach, to nie chcesz usłyszeć tego, co będą mieli do powiedzenia, kiedy Światło znowu zwycięży. Slytherin będzie synonimem zła, nikt więcej nie będzie chciał zostać przydzielony do tego domu. Wydaje mi się, że po prostu zamkną ten dom, a może nawet zamkną Hogwart, żeby tylko nie ryzykować, że ktoś jeszcze zostanie przydzielony do domu węża. A to oznacza, że wszystko nowe, co znalazłeś w swoim życiu, zostanie zniszczone. Domyślam się, że to byłoby dla ciebie nie do przyjęcia.
Zamilkła na moment, jakby oczekując od niego jakiejś reakcji, słowa czy może kiwnięcia głową, ale potem zdawała się przypomnieć sobie, że Harry wciąż musi stać w bezruchu. Pokręciła głową i ciągnęła dalej. Harry błagał ją w myślach, żeby się zamknęła, podczas gdy jego magia wirowała w nim, zaraz pod barierą paraliżu, szukając jakiegoś ujścia. Lily nie słyszała jego błagań.
– To byłoby nie do przyjęcia dla chłopca, którego wychowałam, wiem, chłopca, który kiedyś kochał Connora i teraz przerzucił tę miłość gdzie indziej. A to oznacza, że musimy stworzyć między sobą nową relację, ty, ja i Albus. Bo tylko my rozumiemy, co tak naprawdę oznacza poświęcenie, Harry. On podejmował ciężkie decyzje, jakie są niezbędne do wygrania tej wojny. Ja podjęłam prywatne, ciężkie decyzje. A ty postanowiłeś kroczyć ścieżką najcięższą z możliwych.
Lily wyciągnęła rękę i delikatnie pogładziła go po włosach, sprawiając, że Harry miał wrażenie, jakby po skórze głowy pełzały mu setki insektów.
– Potrzebujemy Connora, ale on nigdy nie zrozumie, jak ważne jest poświęcenie, nie w taki sam sposób jak my. Żałuję tego. Gdybym wiedziała, że jest naszym potencjalnym wybawcą, to bym go wychowała w ten sposób. Zrozumiałby, że może zginąć i co oznacza ciężka ścieżka pełna heroizmu i poświęcenia. Niestety, jest już za późno, żeby to naprawić. Albus go testował i doszedł do wniosku, że Connor po prostu się do tego nie nadaje.
Harry miał wrażenie, że palec mu drgnął i posłał w tamtym kierunku swoją magię, żeby uderzyła w to miejsce tak mocno jak tylko będzie w stanie. Ruch się jednak nie powtórzył. Snape powiedział mu kiedyś, że bezruchrząszcze były kiedyś używane do pętania potężnych, mrocznych czarodziejów, kiedy ci oczekiwali na swoje rozprawy. Już rozumiał, czemu. Ruch powoli stawał się dla niego obcym konceptem.
– Jesteś naszym najlepszym wyborem na naszego wybawcę – powiedziała, patrząc na niego miękko. – Ale Albus wie, że wypychanie cię na front, przed wszystkich, tylko sprawi, że poczujesz się niekomfortowo. Niespecjalnie dobrze sobie póki co radziłeś z całą uwagą, jaka była ci poświęcana po tych dotychczasowych wybrykach, prawda? Nie, nie radziłeś sobie z tym najlepiej. Takiego cię wychowałam. Dlatego pozwolimy Connorowi zostać Chłopcem, Który Przeżył, a ciebie ściągniemy z powrotem do cieni. Tym razem będzie inaczej. Będziesz miał całą moją miłość, całą moją uwagę. Nie chciałbyś tego, Harry? Rozwiniemy nasze relacje, a potem pogodzimy się z Jamesem i w Dolinie Godryka znowu będzie jak dawniej – tylko że lepiej, ponieważ tym razem to ty będziesz naszym oczkiem w głowie, nikt cię nie będzie rozstawiał po kątach. – Jej twarz była jasna od miłości i nadziei.
Harry był w stanie wyobrazić sobie, jak by to mogło być i ten obraz był niesłychanie kuszący dla pewnej jego części. Rok temu, kiedy Connor wciąż był na niego zły, jego ojciec gdzieś przepadł, a jego poczucie winy względem tego, co zrobił własnej matce, było w pełni sił, to pewnie by się poddał tej pokusie.
Ale on się zmienił, nawet jeśli jego matka wolała udawać, że tak się nie stało. Nie mógł porzucić przyjaźni i sojuszy, jakie nawiązał, obietnic, które chciał dotrzymać, obowiązków vatesa, które były jego najbardziej ulubioną ze wszystkich ścieżek, jakie obrał. Nie mógł porzucić Dracona i nie mógł porzucić Snape'a. Chciał kogoś, kto by go kochał bez żadnych zobowiązań, to prawda, i bez żadnych wątpliwości był w stanie zrozumieć, jaki dom sobie wymarzyła dla nich Lily i było to lepsze od dowolnych jego własnych prób prowadzenia normalnego życia. To było znajome, a ta znajomość rodziła w sobie pragnienie.
Ale oferowała mu tylko bezpieczeństwo, a to, co powiedział pod Veritaserum, było prawdą. Nie czuł się bezpiecznie przy Jamesie i Lily i szczerze wierzył, że już nigdy się nie poczuje.
Jego wzrok musiał przekazać jego odmowę, bo Lily się nagle rozpłakała.
– Nie rozumiem – szepnęła. – Albus powiedział mi... w twoich listach napisałeś... – Zamrugała i łzy opadły z jej oczu, ciurkiem lecąc po jej policzkach, lśniąc w świetle trzymanej przez nią kulki. – Napisałeś, że zrozumiałeś to, co dla ciebie zrobiłam, że jesteś tym, czym cię zrobiłam.
Tak. Napisałem to. Ale i tak się zmieniłem i troszczę się teraz o większy krąg ludzi niż tylko Connora. A zdolności, które od ciebie otrzymałem, pozwalają mi na ściągnięcie wokół siebie jeszcze większej ilości takich ludzi.
Lily odetchnęła głęboko.
– Wybacz mi, Harry – powiedziała. – Jak już skończę, zrozumiesz, czemu muszę powiedzieć tak cięte słowa, cięższe niż jakiekolwiek, jakie do ciebie powiedziałam.
Wyprostowała się i na jej twarzy pojawiła się mina, pod którą Harry by się wzdrygnął, gdyby tylko był w stanie się ruszyć. Ta mina oznaczała Złe Dni, jak je nazywał w swojej wyobraźni. W te dni mówił albo robił przypadkiem coś, co sprawiało, że Lily zaczynała uważać, że Harry nie wierzy, że jego pierwszym i absolutnym obowiązkiem jest Connor, dlatego musiała mówić mu prawdę, którą zwykle kryła za łagodnymi słowami.
– Jesteś tym, czym cię zrobiłam – szepnęła Lily. – Jesteś wszystkim, czym cię zrobiłam, Harry. Każdy fragment wiedzy, jaki masz, każdą zdolność, jaką posiadasz, to wszystko otrzymałeś ode mnie. Nie mam nic wspólnego z twoją wrodzoną magią, oczywiście, tak samo jak z nienaturalnymi dodatkami, jakie poczynił w niej Voldemort.
Zamilkła na moment.
– Tak, wiesz już o tym, czyli mogę o tym z tobą rozmawiać – powiedziała, jakby namyślała się na głos. – Byłam taka szczęśliwa, kiedy się urodziłeś, Harry. Z Connora też, oczywiście, ale w czasie tych dni, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że nastanie między wami aż taka różnica, byłam niesłychanie dumna z was obu. Bawiłam się z wami, śpiewałam wam, śmiałam się z wami, troszczyłam się o was i wydawało mi się, że nie mogę być bardziej szczęśliwa niż wtedy, kiedy byłam w pobliżu mojej dwójki idealnych dzieci.
Idealizm jest iluzją, pomyślał Harry, z desperacją szukając czegoś, co pozwoliłoby mu wyzwolić swoją magię, albo odwrócić jego uwagę od słów Lily. Dzielicie ją z Draco.
– Kiedy Albus powiedział mi, co musimy zrobić, byłam zdewastowana, ale co innego mi pozostało? – Lily nabrała tchu, który był przepełniony łzami. – Musieliśmy to zrobić, dla dobra świata. Albus nauczył Jamesa i mnie poświęcenia kiedy jeszcze byliśmy w szkole i widzieliśmy go tak wiele, kiedy walczyliśmy u boku Zakonu Feniksa. Nie mogliśmy ich wszystkich zawieść. Kiedy wróciliśmy tamtej nocy, nawet zanim jeszcze Albus powiedział mi, co muszę zrobić, wiedziałam. Różniłeś się od swojego brata, Harry. Czułam, jak magia stale rośnie wokół ciebie. To było przerażające. To było obce; żadne dziecko nie powinno być w posiadaniu tak potężnej magii, a ty się nawet z nią nie urodziłeś, co jest normalną, naturalną, poprawną drogą pojawienia się magii na świecie. – Przełknęła ślinę. – To było zboczone, Harry. Obrzydliwe. Za każdym razem, kiedy byłam w twoim pobliżu, miałam wrażenie, że kąpię się w psich wymiocinach.
Harry nie był w stanie zamknąć oczu, nie był w stanie odwrócić od niej wzroku. Był tylko w stanie stać tam, czując się jakby jego umysł był rozszarpywany na strzępy, podczas gdy jego magia wirowała w jego ciele, wyjąc z bólu.
– Nigdy tego nie czułeś – szepnęła Lily. – Żyjesz w samym jej środku i nie czujesz tego, jaki ona ma efekt na innych ludzi. Ale uwierz mi, wszystkie te reakcje muszą mieć obrzydzenie gdzieś u swoich podstaw. To może być chorobliwa fascynacja, pokusa, żeby zobaczyć, jak bardzo pokręcona i zboczona jest twoja moc, czy atrakcja do tego rodzaju obrzydlistwa, ponieważ ich magia jest taka sama. Ale żadne z nich nigdy nie podziwiało twojej magii. Przykro mi, jeśli powiedzieli ci inaczej. Jeśli naprawdę w to wierzyli, to po prostu nie byli w stanie zrozumieć jej prawdziwej natury, albo chcieli cię pocieszyć w jakiś sposób, a może po prostu czegoś od ciebie chcieli. Ale od chwili, w której twoja magia uwolniła się spod sieci feniksa, stałeś się drugim Voldemortem.
Harry poczuł, jak jego wzrok się przyciemnia, kiedy przypominał sobie rytuał sprawiedliwości, który Voldemort skorumpował w maju, starając się osuszyć Harry'ego z jego magii. Mroczny Pan chciał tylko jego mocy. Czy to nie oznacza, że jego moc jest ponad wszelką wątpliwość obrzydliwa i brudna, a nie tylko, że jest jej pełno? Czy Voldemort okazałby jakiekolwiek zainteresowanie czemuś, co byłoby bezwzględnie niewinne i świetliste?
Jeśli był kolejnym Voldemortem, to czy to nie oznaczało, że pewnego dnia nie zacznie robić takich samych rzeczy co Voldemort, atakować dzieci i korumpować antyczne rytuały czystokrwistych dla własnych celów?
– Ale mój trening to wszystko odebrał – powiedziała Lily. – Sprawił, że na długi czas stałeś się bezpieczny. Nie używałeś tej splugawionej części swojej mocy. Używałeś czystej części, naturalnej części, do której brud przenikał od czasu do czasu, ale w tak niewielkich ilościach, że się rozpraszał i oczyszczał, niczym gruda błota wrzucona do czystego strumienia. Gdyby te pęta utrzymały cię w ryzach do końca twojego pobytu w Hogwarcie, a może nawet nie aż tak długo, to cały ten mrok zamieniłby się w światło. Ale tak nie było i teraz znowu jesteś pełen wymiocin i cokolwiek jeszcze pozostało w tobie dobrego – historię, którą znasz, miłość, którą obdarzasz Connora i innych ludzi, zdolności, jakie ode mnie otrzymałeś, żeby chronić i leczyć – to wszystko zawdzięczasz mnie. Gdyby nie ja, stałbyś się kolejnym Voldemortem zanim jeszcze skończyłbyś sześć lat.
Harry starał się przełknąć ślinę, ale jad bezruchrząszcza mu na to nie pozwolił. Nie przeszkadzał mu w mruganiu, ale nie pozwalał na cokolwiek innego, a wyjący, mentalny chaos, jaki się rozgrywał w jego głowie, który dawał mu wrażenie, że jego racjonalne myślenie powoli jest rozrywane, kawałek po kawałku, nie wystarczał.
Co, jeśli ona ma rację? To prawda, że większość ludzi, która wyraziła jakiekolwiek zainteresowanie sojuszem z tobą albo przyjaźnią, zrobiła to przez wzgląd na rzeczy, których nauczyłeś się od Lily. Gdyby nie twoja wiedza i talenty, to nie miałbyś im nic do zaoferowania, a czysta moc twojej magii jest po prostu nienaturalna. Peter nazwał cię magicznym dziedzicem Voldemorta, dziedzicem najgorszego Mrocznego Pana tego stulecia. Kto by tego chciał? Kto by stanął po stronie kogoś takiego? Kto stanie po twojej stronie, jeśli to wszystko to prawda? Kto cię polubi, pokocha, albo w ogóle zwróci na ciebie uwagę, jeśli dowiedzą się o tym wszystkim, co Lily już wie?
– Wciąż jestem w stanie cię kochać, Harry – szepnęła Lily. – Wiem o tym wszystkim i mimo to wciąż cię kocham i nie odwrócę się od ciebie w obrzydzeniu. Możemy cię oczyścić z tego mroku. Możemy cię czyścić, póki nie będziesz absolutną, lśniącą niewinnością. Matczyna miłość, i ojcowska zresztą też, są w stanie tego dokonać, wiesz?
Co, jeśli ona ma rację? Jaką duszę w sobie masz, jeśli nie tę, którą ci podarowała? Ostatecznie, kto by kochał, czy lubił, czy nawet aprobował kogoś takiego jak ty, nie mając przy tym jakiegoś zewnętrznego powodu? To ona nauczyła cię, jak kochać innych bezwarunkowo, jak przyjmować wszystko od innych – a bez tego wybaczenia nie zdobyłbyś przecież swoich sojuszników – to ona nauczyła cię poświęcenia – czegoś, czego inni po prostu nie rozumieją, albo nawet jak twierdzą, że rozumieją, to ich definicja jest niewłaściwa. Nie, przy niej nie będziesz bezpieczny, ale ona przynajmniej zmusi cię do tego, żebyś był ze sobą szczery. Nikt inny ci tego wszystkiego nie powiedział. Draco i Snape pewnie zdawali sobie z tego sprawę, ale nie powiedzieli ci o tym, ponieważ chcieli cię przed tym ochronić. A może w ogóle o tym nie wiedzieli i kiedy się o tym dowiedzą, to będą bezgranicznie zszokowani i obrzydzeni, kiedy się dowiedzą, kim jesteś naprawdę. Draco pewnie już jest, bo tak leży z boku i słucha tego wszystkiego. Jakim cudem w ogóle zdołałeś sobie ubzdurać, że jesteś kimś, kogo byliby w stanie obdarzyć miłością, jaką chcieli ci zaoferować? Przecież jesteś magicznym dziedzicem Mrocznego Pana, pełnym mocy, którą Mroczny Pan przyzwyczaił do okrucieństwa i mordu.
– Lepiej ci będzie w Dolinie Godryka, Harry – szepnęła kusząco Lily. – Będą tam wyłącznie ludzie gotowi ci pomóc, niewinni ludzie, w których czystości będziesz mógł się codziennie kąpać. Nie będzie tam nikogo tak zboczonego i okrutnego jak Voldemort, czy też ten twój przyjaciel.
Harry'emu zajęło chwilę zorientowanie się, że ona mówi o Draconie.
Draco nie jest zboczony czy okrutny.
Prawda zamroziła chaos w jego umyśle, po czym zaczęła pękać, kawałek po kawałku, niczym czarny lód. To, co wynurzyło się spod niej, było ciche, niczym ta mroczna furia, która go ogarnęła, kiedy postawił się Umbridge i ministrowi w ich pokoju do przesłuchań.
Ona nie ma prawa tak o nim mówić.
Eksplozja jego magii skruszyła jad bezruchrząszcza i sprawiła, że jego ciałem miotnęło agresywnie, kiedy magia wypłynęła nagle przed niego. Harry momentalnie pochwycił ją w kleszcze kontroli, ponieważ to była część jego, zupełnie jak jego furia. Patrzył, jak zaczyna krążyć wokół jego ciała i zastanawiał się, czy naprawdę inni ludzie czuli ją jako skorumpowaną i obrzydliwą.
Potem jednak doszedł do wniosku, że go to wcale nie obchodzi, ponieważ skupił się na Lily i w jego głowie odbiło się echem to, co powiedziała o Draconie, to koszmarne kłamstwo, unoszące się pośród pół–prawd, i ona kłamała, i musiała wiedzieć, że kłamie, i nie miała prawa mówić takich rzeczy i on chciał zrobić jej krzywdę.
Tym razem wąż nie wypłynął z jego ciała. Wyrósł z trawy za Lily i rzucił się na nią, zamykając szczęki na jej stopie. Nie musiał miażdżyć jej kostki, czy pompować w nią jad. Kostka po prostu zniknęła tam, gdzie ją ukąsił, odcięta od jej ciała równie gładko, jakby się bez niej urodziła.
Lily krzyknęła i opadła na ziemię. Jej stopa trzymała się reszty nogi na zaledwie skrawku skóry. Spojrzała na niego z przerażeniem, a jej strach sprawił, że jej oczy lśniły jeszcze bogatszą zielenią niż kiedykolwiek. Harry odkrył, że całkiem podoba mu się ten efekt. Zrobił kilka kroków przed siebie, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od jej twarzy, mimo, że jego umysł był zajęty decydowaniem, gdzie jego wąż, który w tej chwili kołysał łbem za Lily w cichym posłuszeństwie dla jego rozkazów, uderzy w następnej kolejności.
To uczucie było takie proste, takie dzikie. Zrozumiał już, o co chodziło muzyce, którą usłyszał kiedyś, jadąc na grzbiecie testrala. Czemu właściwie nie miałby się poddać Mrokowi? Mógłby wtedy bez żadnego wstydu mieć tak wiele obrzydliwej magii ile tylko by chciał i nikogo by to nie obchodziło. A Mroczne Panie i Panowie byli znani z tego, że mieli wyjebane na to, czy ktoś ich kochał, czy nie, więc nie musiałby się też martwić o to, czy ktoś go nie okłamuje, nawet przez wzgląd na jego własne dobro. No i mógłby robić co tylko chciał z ludźmi takimi jak Lily, a chciał skrzywdzić wszystkich, łącznie z Draconem, Snape'em, Connorem i wszystkimi innymi ludźmi, na których mu zależało.
– Harry.
Harry zamarł, bo to słowo nie zostało wykrzyczane, zostało powiedziane niskim tonem, wcale nie podniesionym, więc się odwrócił. Snape szedł w ich kierunku.
Snape zauważył, kiedy chłopcy opuścili bal, żeby udać się na swoje spotkanie, ale nie ruszył za nimi. Nie miał najmniejszej ochoty zobaczyć się z Lucjuszem ani z Narcyzą, gdyby ta również się tam znalazła. Poczeka do północy i jeśli Draco i Harry do tej pory nie wrócą, to pójdzie ich odebrać. Ufał jednak, że do tego czasu sobie bez niego poradzą.
Zrozumiał swój błąd, kiedy najpotężniejsza eksplozja mrocznej magii, jaką kiedykolwiek czuł poza murami zamku, posłała go na kolana.
Podźwignął się na nogi tak szybko jak tylko zdołał, mimo, że jego umysł wciąż był przytłumiony, jakby znajdowała się w nim chmura, a kolana mu dygotały. W jego uszach i umyśle echem odbiły się wrzaski. To ostatnie dobiegło go od uczniów i profesorów, którzy byli wrażliwi na magię, teraz zdezorientowanych i przerażonych. To pierwsze pochodziło z magii, która miała źródło gdzieś niedaleko, a dawała wrażenie, jakby ktoś torturował bólem i nienawiścią potężnego czarodzieja.
Harry jest w stanie wchłaniać magię. A ta właśnie zmierza w jego kierunku.
Nie, żeby chociaż przez chwilę wątpił, że ta mroczna magia nie należała do Harry'ego, rzecz jasna. Gdyby Voldemort powrócił, jego Znak by palił żywym ogniem.
Wykuśtykał z Sali tymi samymi drzwiami, których użyli chłopcy – podążając w przeciwnym kierunku do tego, który obrali wszyscy inni profesorowie, którzy starali się zapędzić uczniów w bezpieczne miejsce – i poruszając się niemal mechanicznie, ruszył w kierunku furtki, o której powiedział mu kiedyś Draco. Ogród był pełen przerażonych i płaczących dzieci, niektóre z nich tuliły się do siebie, szukając pocieszenia. Snape zignorował ich wszystkich, a małą dziewczynkę, która uwiesiła się z płaczem jego szat, odtrącił od siebie z warknięciem. Ważniejsze teraz było uratowanie ich wszystkich, a żeby to zrobić, musiał się dostać do Harry'ego.
Nie do końca, zauważyło jego sumienie, które z jakiegoś powodu było niezwykle aktywne ostatnimi czasy. Ty po prostu chcesz uratować Harry'ego.
Snape wzruszył ramionami i pchnął furtkę, otwierając ją na oścież.
Im bliżej znajdował się źródła, tym gorzej przedstawiała się sytuacja. Snape czuł teraz, jak przesiąknięta Mrokiem była ta moc. Nie była zwodnicza, nieszczególnie samotna, czy przymuszająca. Była dzika – co kiedyś było definicją Mroku, która miała najwięcej sensu, ale też sprawiała, że ta była najbardziej niebezpieczna. To był ten rodzaj dzikości, która będzie uderzać zarówno we wrogów jak i sojuszników, jeśli dzikie stworzenie było wystarczająco pokrzywdzone.
Snape minął furtkę, rozpoznał leżącą na ziemi kobietę, zobaczył nieprzytomnego Dracona, zobaczył czarne płomienie, pełznące po ciele Harry'ego.
– Harry. – wymamrotał to imię, ale wiedział, że to wystarczy, po czym zaczął iść w kierunku Harry'ego. Uważał, że to była najbardziej odważna rzecz, jaką w życiu zrobił.
Harry odwrócił się.
Jego wzrok był bezgranicznie dziki. Musiał mieć wciąż nad sobą jakąś kontrolę, bo zdołał skupić się na Snape'ie, ale i to lada moment przepadnie. A wtedy, pomyślał Snape, niemal zadziwiony spokojem, z jakim do tego podchodzi, my przepadniemy razem z nią.
Zatrzymał się przed Harrym. Często myślał o swoim wychowanku jako o małym, dzikim stworzonku, przez to, jak on się wzdrygał przy najmniejszym dotknięciu, czy odsuwał od wszelkich oznak uczucia. Będzie musiał użyć tego samego sposobu myślenia, żeby go uspokoić.
– Harry – powtórzył. Następnie wyciągnął różdżkę. Harry spiął się, a czarny ogień na jego ramionach sięgnął w jego kierunku. Snape nawet z tej odległości był w stanie wyczuć jego chłód i to, jak powietrze skręcało w jego kierunku. Cokolwiek zostanie wchłonięte przez tę ciemność, już z niej nie wyjdzie.
Snape położył swoją różdżkę na ziemi. Następnie uklęknął obok niej – na oba kolana, bo tylko jedno oznaczałoby poddaństwo, co mogłoby rozwścieczyć Harry'ego, bo w ten sposób często oddawano cześć Świetlistym Panom – po czym rozłożył ręce.
Zobaczył, jak przez płomienie przechodzi potężny dreszcz, nawet jeśli Harry sam z siebie nawet nie drgnął. Ten gest obudził w nim wspomnienia i to te dotyczące sali sądowej Wizengamotu. Na to Snape właśnie liczył.
Odsunął od siebie złość, niepokój i nienawiść, i spojrzał Harry'emu w oczy. W chłopcu już było tego dość, gdyby otrzymał jeszcze trochę, to popchnęłoby to go do zostania Mrocznym Panem. Wziął głęboki oddech, ponieważ to nigdy nie przychodziło mu łatwo, ale nie mógł pozwolić, żeby w tej chwili rządziła nim jego niechęć do okazywania własnych emocji, więc pozwolił sobie na okazanie miłości.
Harrym zatrzęsło tak mocno, że Snape przez chwilę myślał, że ten się zapadnie pod ziemię.
Wtedy ruch po jego boku odciągnął jego uwagę. Draco ocknął się wreszcie po dowolnej broni, jakiej Lily na nim użyła i przetoczył się na bok. Zamarł, kiedy zobaczył Harry'ego, ale Snape był w stanie zobaczyć w świetle, że jego mina nie wyrażała przerażenia, które Snape obawiał się tam zobaczyć. Po prostu patrzył na Harry'ego tak, jak zawsze ostatnimi czasy, wzrokiem, w którym była mieszanka dumy, agresji i miłości, i czekał.
Harry zamknął oczy.
Snape czekał. Obaj czekali, przez niesłychanie ciągnący się, długi moment, a powietrze wokół ogrodu było ciężkie od magii i oczekiwania.
Harry był gotów niszczyć – nie tylko Lily, ale swoje relacje ze wszystkimi, którzy kiedykolwiek spróbowali się do niego zbliżyć. No bo czemu nie? Przecież to i tak wszystko były tylko kłamstwa. A nawet, jeśli nimi nie były, to i tak nigdy więcej nie byłby w stanie im zaufać. Niby jak miałby? Sam fakt, że jego furia okazała się w ten sposób, że chciał krzywdzić ludzi oznaczał tylko, że jemu samemu nie można było ufać, a przecież nikt nie chciałby się przyjaźnić z taką sadystą równym Bellatrix. Równie dobrze może odstąpić od nich wszystkich już w tej chwili i pozwolić im się znielubić, tak jak to powinno było być od samego początku.
Ale Snape i Draco czekali na niego, nie uciekali, nie wyzywali go, nie próbowali rzucać na niego zaklęć pętających.
Ale ona powiedziała...
Ale oni i tak tam byli.
Ale twoja magia jest obrzydliwa...
Ale oni i tak tam byli.
Ale przecież wiesz, że ona może mieć rację...
Ale oni i tak tam byli.
Ale nie urodziłeś się ze swoją magią...
Ale oni i tak tam byli.
Umysł Harry'ego bez przerwy przynosił mu słowa, a te za każdym razem padały przed tym, co Snape i Draco w tej chwili robili.
Jęknął cicho i wciągnął całą tę magię z powrotem do swojego ciała. Jego furii nie dało się tak łatwo zamknąć z powrotem, ale bardzo celowo przez cały ten czas nie patrzył na swoją matkę i skupiał się wyłącznie na Snape'ie i Draconie.
Jeden mentor i jeden przyjaciel. Obaj go kochali, nawet jeśli Harry nie pojmował ich dziwacznych i głupich ku temu powodów, to przecież nie mógł im udowadniać, że się mylą.
Przełknął ślinę i sięgnął ręką w kierunku Dracona. Draco momentalnie poderwał się na nogi i przytulił go łagodnie. Nie trzymał go na tyle mocno, żeby Harry poczuł, że musi się natychmiast wyrwać na wolność. Harry podniósł ręce i objął go z desperacją.
Wtedy Snape położył mu dłoń na ramieniu.
– Co mam z nią zrobić? – wymamrotał.
– Niech pan ją gdzieś odeśle – szepnął Harry, nie patrząc w górę z miejsca, w którym jego twarz była schowana w ramieniu Dracona. Tu było mu dobrze. Tu było mu ciepło. Draco ładnie pachniał. Harry nie widział najmniejszego powodu, dla którego powinien w ogóle cokolwiek w tej chwili widzieć. – Proszę. Wiem, że chce pan ją skrzywdzić, ale ja już po prostu... nie obchodzi mnie to. Proszę zawołać Madam Pomfrey i zabrać ją do skrzydła szpitalnego, żeby mogli wyleczyć jej stopę. Ja nie mogę się tym zająć, bo ją zabiję.
Obmywał go teraz gorący wstyd, że było w nim tyle pragnienia sprawienia bólu, przez który Lily teraz cicho łkała. Ale przynajmniej znał siebie na tyle dobrze, że wiedział, że nie może się teraz odwrócić. Przynajmniej tyle.
Snape milczał przez dłuższą chwilę.
– Jak sobie życzysz – powiedział. Harry usłyszał, jak mamrocze pod nosem inkantację zaklęcia wiadomości i po chwili srebrne skrzydełka pomknęły, tnąc powietrze, w kierunku skrzydła szpitalnego, żeby dotrzeć do Madam Pomfrey. – Harry – powiedział wtedy. – Czy czujesz się na siłach, żeby iść dalej na spotkanie z Lucjuszem Malfoyem, czy może wolisz wrócić do zamku?
Harry czuł napływ wdzięczności. Snape ufał mu na tyle, żeby go o to zapytać, tak samo jak ufał Harry'emu z decyzją względem tego, co najlepiej teraz zrobić z Lily i nie poddał się własnym pragnieniom skrzywdzenia jej.
– Chcę iść – szepnął. – Dzisiaj nastąpi koniec tańca sojuszu. Ja... wiem, że poczuję się wtedy lepiej, ponieważ to taka potężna, antyczna magia. I tak nie chcę teraz iść do łóżka. Chcę zostać z wami.
– I dobrze – szepnął Draco. – I tak bym cię tak szybko nie wypuścił.
Snape westchnął.
– W takim razie chodźmy znaleźć Lucjusza – powiedział, po czym poprowadził Harry'ego i Dracona dookoła, w bardzo ostrożnym półkolu, tak żeby nie musieli się w żaden sposób rozdzielać, ani patrzeć na Lily. Sama myśl o obejrzeniu się na nią sprawiła, że Harry'ego przeszedł potężny dreszcz. Draco w odpowiedzi mocniej go objął.
Albus Dumbledore oparł czoło o szybę i zamknął oczy, pogrążony w rozpaczy.
