Zaraz po tym będzie jeszcze interludium i na tym zakończymy rozdziały świąteczne.

Rozdział trzydziesty dziewiąty: Mroczne Boże Narodzenie

Harry wiedział doskonale, że padłby, gdyby tylko sobie na to pozwolił. Za wiele myśli krążyło w jego głowie. Były niczym wirujący ciąg ostrzy, gotowych w każdej chwili się zjeżyć i przebić jego umysł.

Jeśli im na to pozwoli. Jeśli zacznie myśleć o tym, co powiedziała mu jego matka, na tym wszystkim, co się przed chwilą stało.

Ale nie chciał. Nawet, kiedy wreszcie oderwał głowę od ramienia Dracona, patrzył tylko przed siebie, a nie do tylu i pozwolił, żeby Snape poprowadził ich ścieżką przez Zakazany Las, oświetlając im drogę światłem dochodzącym z jego różdżki. Od czasu do czasu Snape delikatnie kładł mu rękę na ramieniu i Harry zmusił się do myślenia o tym, jak bardzo docenia teraz ten gest, nie zastanawiając się nad tym, co spowodowało, że Snape uznał za konieczne go zaoferować.

Draco obejmował go za ramiona i wtulał się w niego tak bardzo jak mógł, idąc obok, jakby chciał się z nim stopić w jeden byt. To było jeszcze bardziej pocieszające. Harry korzystał z tego, żeby przeskakiwać z jednego momentu do drugiego, żeby uspokoić swoje myśli i zmusić umysł do zauważenia, że niebezpieczeństwo już minęło, aż w końcu był w stanie iść o własnych siłach. Nawet wtedy jednak wciąż nie puścił Dracona, ani nie spróbował się wyrwać z jego objęć. Tym razem robił to jednak dlatego, że po prostu tego chciał, a nie dlatego, że tak bardzo potrzebował wsparcia.

Wiedział, co będzie musiał zrobić kiedy spotkanie z Lucjuszem dobiegnie końca. Zastanawiał się, czy nie powinien się tym zająć sam, ale szybko odrzucił tę myśl. Nie, do tego będzie potrzebował Snape'a i Dracona u swojego boku. Poza tym, miał wrażenie, że jeśli chociaż na chwilę spuści któregoś z nich tego wieczora z oczu, to ten momentalnie uda się do skrzydła szpitalnego, odnaleźć leżącą tam Lily.

Harry nie chciał skrzywdzić jej bardziej niż już była. Już było po wszystkim. To powinno dobiec końca już rok temu, kiedy odebrał jej magię. Zgodzenie się na odpisanie na ten list było straszną głupotą z jego strony.

Nie wiedziałeś wtedy od kogo ten list miał być.

Ale mógł się tego domyślić i pewnie by tego uniknął, gdyby tylko był trochę mądrzejszy.

No, przynajmniej teraz był. Miał zamiar zamknąć ten rozdział swojego życia. To oznaczało, że nie skrzywdzi więcej swojej matki, ale też nie miał zamiaru nikomu innemu pozwolić ją skrzywdzić. Niech wszyscy pozwolą mu po prostu uznać, że przestała dla niego istnieć, zupełnie jakby umarła przy jego narodzinach. Wtedy nie będzie musiał pamiętać wszystkich tych rzeczy, które mu powiedziała.

Doszli do prześwitu w drzewach, po czym nagle zatrzymali się na obrzeżach polany, a Harry domyślił się, że muszą już być na miejscu. Snape przynajmniej się tam zatrzymał, po czym obejrzał się na Dracona, który kiwnął głową.

Na tej polanie walczyliśmy przeciw Mrocznemu Panu z Connorem pod koniec pierwszego roku.

Harry zadygotał mocno, a Draco bez pytania rzucił na niego zaklęcie ogrzewające, odsuwając się nieznacznie, żeby wykonać je poprawnie. Harry uśmiechnął się do niego blado.

– Dziękuję – powiedział i zobaczył, jak wzrok Dracona nabiera na intensywności, nawet jeśli jego głos nabrał chrypki i zaczął być chwiejny w tonacji.

– Harry...

– Ach, Potter – rozległ się głos Lucjusza. – I Draco. I Severus. Nie spodziewałem się, że do nas dołączysz, Severusie.

– Lucjuszu. – Harry odwrócił się akurat na czas, żeby zobaczyć jak Snape pochyla głowę. Jego wyraz twarzy był ledwie widoczny, ale jego głos był ciężki od ironii. – Cóż mogę powiedzieć? Okoliczności uległy zmianie.

– Niewątpliwie – powiedział Lucjusz. Harry zorientował się, że ten musi stać po drugiej stronie polany, przy linii drzew. Jego szaty były przyprószone śniegiem, podobnie jak jego włosy, które uwolnił spod płaszcza. Odwrócił głowę, a jego oczy lśniły w świetle różdżki, kiedy skupił je na Harrym. Harry'emu wydawało się, że zauważył lekkie napięcie w kącikach jego oczu, ale to momentalnie zniknęło i na dobrą sprawę wszystko mogło go spowodować. – Panie Potter. Przyprowadziłem ze sobą kilku innych ludzi. Przyszło mi do głowy, że chcieliby być świadkami końca naszego tańca sojuszu, a oni chcieli skorzystać z okazji i podarować panu prezenty.

Harry zamarł i podniósł głowę.

– Mam nadzieję, że nie ma pośród nich innych byłych śmierciożerców poza tymi, z którymi już jestem w sojuszu, Lucjuszu?

Lucjusz zaśmiał się, co był dźwiękiem równie ostrym i zimnym co wiatr, który szczypał Harry'ego w policzki.

– Absolutnie nie, panie Potter. Hawthorn tu z nami jest, tak jak Adalrico i Elfrida, choć ta prosi o przebaczenie, bo nie jest w stanie wstać. Chodzenie jest dla niej wyjątkowo trudne w tym stadium ciąży. – Wyciągnął rękę i kolejna postać wyszła z cieni i położyła na niej swoją dłoń. – No i, oczywiście, Narcyza też tu jest, co pewnie jest zgodne z pańskimi przewidywaniami.

Harry z wysiłkiem nie okazał swojego niezadowolenia. Wydawało mu się, że ceremonia wymiany podarków odbędzie się w prywatności. Pokłonił się przed Narcyzą.

– Pani Malfoy – powiedział. – Bardzo mi przykro, ale nie przyniosłem niczego dla pani, ani dla innych gości. – Wysłał jej już prezent, książkę poezji, napisaną przez czarownicę, której nazwisko widział już kilka razy w jej bibliotece.

Narcyza uśmiechnęła się do niego, choć to zniknęło, kiedy Harry zrobił krok do przodu i była w stanie zobaczyć jego twarz. Harry surowo zakazał sobie wzdrygnięcia. Nawet, jeśli zauważyli jakąś zmianę w jego minie, to przecież nie będą mu tego teraz wytykać.

– Harry – powiedziała. – Otrzymałam od ciebie książkę poezji. Dziękuję ci za nią. Mam jednak wrażenie, że źle odebrałeś naturę naszej wizyty tutaj. Taniec sojuszu nieczęsto dobiega końca, a jeszcze rzadziej widzi się taki jak ten, dokonany pomiędzy czarodziejem zadeklarowanym Mrokowi i niezadeklarowanym wcale. Chcieliśmy ci pogratulować i podarować coś od siebie. Niczego jednak nie chcemy w zamian. Wręcz żądamy, żebyś niczego nam nie próbował dać w zamian.

Harry poczuł, jak w piersi go ściska. Tylko kilka razy w historii czarodziejów zdarzyło się tak, że ktoś nie czuł się w obowiązku składać darów potężnemu czarodziejowi. Jedną z takich sytuacji była chwila, w której czarodzieje postanawiali ustanowić formację straży czy kompanów, których głównym zadaniem było upewnienie się, że potężny czarodziej nie zostanie wystawiony na niebezpieczeństwo, kiedy sam jest zajęty sprawami Mroku czy Światła.

– Nie jestem Lordem – powiedział cicho.

Narcyza uśmiechnęła się.

– Wiemy o tym – powiedziała. – I nie chcemy, żebyś nim został, Harry, ani nawet, żebyś się deklarował Światłu albo Mrokowi. Bez względu na to, czego byś nie wybrał, i tak byś zawiódł przynajmniej kilku swoich sojuszników. Twój zasięg już obejmuje obie strony przepaści. Parę dni temu otrzymałam list od Tybalta Starrise'a, w którym złożył mi on cześć i prosił o formalne przyzwolenie na nazywanie siebie przyjacielem naszej rodziny. Uznał, że powinien to zrobić, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że jesteśmy z tobą w bliskim sojuszu.

– Skąd? – zapytał zaskoczony Harry. Tybalt nie wysłał mu jeszcze nawet formalnych pozdrowień, a już na pewno nie dawał po sobie poznać, że zdawał sobie sprawę z tego, że Harry był tak bliski sercom Malfoyów. Teraz Harry zaczynał się zastanawiać, jak wiele manipulacji, którą użył na młodym Starrise'ie tego dnia w Zakazanym Lesie faktycznie na niego zadziałało.

Narcyza pokręciła lekko głową, uśmiechając się szeroko.

– Wielu ludzi widziało nas wchodzących do ministerstwa zaraz po twoim porwaniu, Harry. Ta informacja zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej ludzi zacznie się do ciebie odzywać, prosząc o pozwolenie przyłączenia do twojej koalicji. A twoi sojusznicy muszą być ze sobą w dobrej komitywie. Na nic byśmy ci się nie przydali, gdyby tak nie było, prawda?

Harry pochylił głowę, nieco przytłoczony. Jego umysł starał się dopasować to wszystko do pomysłów, które poddała mu jego matka, że ludzie będą się zbierać wokół niego tylko dlatego, że jego magia jest okrutna, albo że chcą czegoś od niego...

Zatrzymał ten tor myśli i cisnął nim pod powierzchnię basenu rtęci. Draco już zauważył jego chwilowe rozchwianie emocjonalne, przysunął się do niego bliżej i złapał go za rękę. Harry kiwnął mu głową w podzięce, po czym odwrócił się znowu do Narcyzy.

– Mimo wszystko nie ma powodu, żebyście oferowali się mnie w ten sam sposób, w jaki śmierciożercy poświęcali się ideom... – Słowo stanęło mu w gardle, wciąż nie był w stanie wymówić imienia Voldemorta po tym całym czasie, który spędził na myśleniu o tym, jak strasznie jest do niego podobny.

– Nie robimy tego – powiedziała Narcyza. – Nie możemy tego zrobić, bo nie jesteś Lordem. – Puściła Harry'emu oczko, jakby logika miała sprawić, że wszystko będzie lepiej. – Po prostu chcemy uformować trzon twojej siły bojowej, ten, który będzie walczył ze śmierciożercami, którzy wrócą do niego i z Zakonem Feniksa Dumbledore'a. Atak, który Rosier wtedy przypuścił i podobne ataki na Hawthorn i Adalrico – z czego każdy skończył się porażką – sprawiły, że przejrzeliśmy na oczy. Potrzebujesz, żebyśmy się zorganizowali, Harry, a nie działali niezależnie od siebie. Dlatego też dzisiejszej nocy mamy zamiar stać się częścią organizacji. Każde z nas chce podarować ci coś, co będzie świadczyło o naszym oddaniu. Jeśli nam je oddasz, albo zrobisz coś w zamian, żeby nam to wynagrodzić, to będzie to równe z odrzuceniem naszych deklaracji i przez to sojuszu. Dlatego proszę, nie rób tego. – Skończyła z lekko nadmierną uprzejmością, ale Harry uznał, że to nic złego. W końcu to on zaczął od głębokiego pokłonu.

– W porządku – powiedział, przełykając mocno ślinę.

Narcyza kiwnęła mu głową, po czym odwróciła się i wykonała gest w kierunku drzew. Harry zobaczył, jak w ich kierunku płynie w powietrzu dziwaczny cień. Zrozumiał, co to jest – lewitujące krzesło – dopiero, kiedy zobaczył siedzącą w nim Elfridę.

Uśmiechnęła się do niego. Harry widział już kilka kobiet w ciąży, które wyglądały na koszmarnie nieszczęśliwe, ale po siedmiu miesiącach matka Milicenty wyglądała tylko na oszałamiająco szczęśliwą. Nie wydawała się nawet specjalnie cięższa, zupełnie jakby jej ciało zmieniało się w jakieś piękne stworzenie, zdolne do chronienia zarówno siebie jak i Marian. Była otulona szczelnie grubymi kocami, w które wplecione były zaklęcia ogrzewające. Adalrico stał obok niej, uśmiechając się z dumą.

– Witaj, Harry – powiedziała Elfrida, wyciągając rękę w jego kierunku. Harry podszedł i ją uścisnął. Draco ruszył za nim, nie odstępując go nawet na krok. – Cieszę się, że to właśnie tobie się deklarujemy. Moje oddanie będzie mniej widoczne od tego, które pozostali będą w stanie zaoferować, oczywiście, ponieważ moja przysięga wobec moich dzieci musi zawsze mieć pierwszeństwo, ale cokolwiek będę w stanie ci zaoferować, będzie twoje.

– Dziękuję – powiedział Harry, czując niedorzecznie, jakby był bliski łez.

Adalrico kiwnął głową, kiedy pochwycił wzrokiem spojrzenie Harry'ego.

– O moją lojalność nigdy nie będziesz musiał się martwić – powiedział, po czym roześmiał się. – Mroczny Pan się co do tego upewnił, kiedy wysłał Rabastana Lestrange'a, żeby ten mnie zabił.

Harry przyjrzał mu się z niepokojem, ale wyglądało na to, że nic mu nie jest i atak nie pozostawił na nim żadnych śladów.

– A co z Hawthorn? – zapytał.

– Tu jestem, Harry – rozległ się jej głos i po chwili wyszła z cieni.

Harry zmarszczył brwi, kiedy zobaczył jej pobladłą, wymęczoną twarz, ale po chwili przypomniał sobie, że kilka dni temu była pełnia księżyca i uspokoił się. Hawthorn powąchała powietrze i teraz to ona zmarszczyła brwi. Harry to zignorował. Był pewien, że jego uroki wonne utrzymają się, nawet jeśli nos wilkołaczy jest najsilniejszy na tydzień przed i po pełni.

– Kto cię zaatakował? – zapytał.

– Bellatrix. – Głos Hawthorn nadał słowom niski, warkotliwy zgrzyt, ale Harry miał wrażenie, że miał on źródło bardziej w satysfakcji niż złości. – Uciekała w podskokach, wyjąc z bólu i krwawiąc z ręki, którą już sam jej przyciąłeś.

Harry z determinacją nie myślał o częściach ciała. Kiwnął głową.

– Ty też jesteś zdecydowana, żeby się do mnie przywiązać?

Hawthorn spojrzała mu w oczy. Jej wzrok wyraźnie świadczył o tym, że nie pozwoli mu zapomnieć o ich spotkaniu w pewien piątek, kiedy odwiedziła szkołę.

– Tak – powiedziała i to wystarczyło.

Harry kiwnął znowu głową, wziął głęboki oddech i odwrócił się w kierunku Lucjusza.

– W takim razie możemy dokończyć nasz taniec sojuszu, panie Malfoy – powiedział.


Lucjusz czuł, jak dreszcz podekscytowania przeszywa mu duszę na wskroś. Antyczna magia wzbierała statecznie od chwili, w której Potter wszedł na polanę, a teraz, po jego słowach, nadszedł czas na ukończenie tego tańca.

Lucjusz czuł wirujące w nim emocje, całą radość, frustrację, złość i podziw, jakie czuł w ciągu tych dwóch lat, które tańczył z Potterem. Nawet jak dla kogoś, kto zadeklarował się Mrokowi jeszcze przed opuszczeniem Hogwartu, kto walczył u boku Mrocznego Pana w jego wojnie, kto tańczył czystokrwiste tańce od chwili ledwie nauczył się mówić, to wciąż była gratka. Taniec sojuszu zabierał dużo czasu i był wyjątkowo delikatny w początkowych fazach. Większość czystokrwistych wolała inne rytuały, które mogłyby ich powiązać z ich wrogami, czy też byłymi wrogami. W dawnych czasach małżeństwo czy powiązanie zwykle załatwiało sprawę.

To ostatni krok tego tańca budził najwięcej konsternacji w tych, którzy się na niego decydowali.

Lucjusz był jednak na niego przygotowany już od tamtego przesilenia letniego w jego domu, kiedy to ukończyli z Potterem trzeci krok tego tańca i zaczynało mu coś świtać, że chyba jednak doprowadzą go do końca. Tylko jeden rodzaj daru był w stanie uświęcić tak potężny walc. Potter najwyraźniej zdawał sobie z tego sprawę, bo patrzył statecznie na Lucjusza, kiedy obaj wycofali się na przeciwne strony polany.

Nie miał zamiaru się wycofać czy odmówić.

Serce Lucjusza podskoczyło radośnie, a fala emocji załamała się i opadła. Czuł się w pełni sobą, kiedy ruszył przed siebie na spotkanie Potterowi, czując się tak młodo jak nie czuł się odkąd urodził się Draco. Nawet lepiej, że Severus tu jest i może to zobaczyć. Severus miał okropną tendencję do okazywania strasznej pogardy tańcom czystokrwistych, co było normalne dla kogoś, kto był wychowany bez nich.

Szedł w kierunku Pottera, a noc wokół nich ożyła, a w powietrzu pojawiły się lśniące, błękitne miecze światła. Taniec sojuszu zacisnął się wokół nich, przymuszając do zakończenia wszystkiego. Miecze przecinały powietrze ponad głową Lucjusza i wbijały się w śnieg obok jego stóp, tworząc bardzo wąską ścieżkę, z której nie wolno mu było zboczyć. Zerknął na nie kątem oka i kiwnął głową. Były lodowato niebieskie, koloru cieni na śniegu. Wszystko było jak należy.

Potter też szedł w jego kierunku, z wysoko podniesioną głową i niespotykanie spokojnym krokiem. Lucjusz wiedział, że nie ma przed sobą chłopca, nawet jeśli jego wiek mógłby o tym świadczyć, nawet jeśli jeszcze pięć lat temu nie wyobrażałby sobie powiązania się z kimś tak młodym.

Ale ten właśnie błąd popełnił Dumbledore. Lucjusz był tego pewien. Dla tego starego głupca wszystkie dzieci były jego pionkami i lekceważył wszystko, co mogłoby świadczyć, że nie są jego bezmyślnymi żołnierzami. Nie docenił Pottera i to srogo, a teraz zapłaci za to cenę.

Spotkali się po środku polany, a miecze, które eskortowały Pottera spotkały te, które eskortowały jego i stopiły się ze sobą, w ostrze czystej mocy, które zawisło nad ich głowami. Opadnie na ich karki, jeśli któreś z nich zrobi teraz krzywdę drugiemu. Lucjusz uważał, opadając na jedno kolano, że to jednak nie miało szansy się teraz wydarzyć. Nigdy nie potrafił pojąć, czemu antyczni czystokrwiści uznali ten środek ostrożności za konieczny.

Czemu ktoś miałby zajść tak daleko i się nagle z tego wycofać? Otaczająca ich magia śpiewała, słodko pachniała i była bezgranicznie przyjemna. Żadna nienawiść czy pragnienie zdrady mogłoby przeżyć coś takiego.

Potter opadł przed nim na jedno kolano. Strasznie wyrósł w tym roku, więc w tej pozycji był już tylko nieznacznie niższy od Lucjusza. Spojrzał Lucjuszowi w oczy i Lucjusz nie zobaczył w nich śladu wahania. To on zaczął ten taniec, więc to Potter musi być tym, kto go zakończy.

– Żaden dar nie jest godzien ukończenia tak potężnego rytuału – szepnął Potter – poza samą magią.

Lucjusz kiwnął głową. Oczywiście, że Potter zdawał sobie z tego sprawę. Zazwyczaj jednak to czarodziej, który oferował dar miał wybór względem tego, czym on mógłby być. Lucjusz zażądał możliwości określenia swojego i Potter wyraził na to zgodę.

– Chcę, żebyś mi podarował moc wężomowy – szepnął Lucjusz.

Potter kiwnął głową.

– Tak mi się wydawało, że to powiesz – mruknął, po czym sięgnął dłonią do swojej piersi, podczas gdy błękitny blask wiszącego nad nim miecza pojaśniał i zmienił kolor na ciemnozielony, kolor liści w lesie, które wyrosły w cieniu. Lucjusz ukrył swoje rozbawienie i zaciekawienie. Wyglądało na to, że dusza Pottera miała przede wszystkim ciemnozielony kolor. Będzie musiał zajrzeć do swoich książek, żeby sprawdzić, jak wiele znaczeń może ze sobą nieść ten konkretny odcień.

Potter dotknął swojej piersi i z jego skóry wytrysnęły długie, zielone kosmyki mocy, które zwinęły się na jego dłoni. Poruszył palcami i chuchnął na nie, a magia poszybowała w kierunku Lucjusza, owinęła się wokół niego i wsiąknęła.

Lucjusz zamknął oczy. Magia przyłączyła się do jego bicia serca, niczym echo, a potem w pełni się z nim zintegrowała. Potter wciąż posiadał moc rozmowy z wężami, oczywiście, po prostu podzielił się swoim darem. Lucjusz był teraz trzecim, żyjącym wężoustym w Brytanii.

Lucjusz otworzył oczy. Potter, domyślając się, czego pragnie, już odpiął swoją odznakę ze żmiją i podsunął ją Lucjuszowi pod nos.

– Szkoda, że ten wąż się nie rusza – powiedział Lucjusz i zobaczył, jak oczy Pottera otwierają się lekko szerzej, zanim ten nie odpowiedział uśmiechem.

– To byłaby użyteczna broń – powiedział i Lucjusz usłyszał, jak pozostali w oddali wciągają z zaskoczeniem powietrze. Był też w stanie usłyszeć, choć jeszcze mniej wyraźnie, syknięcia, jakie Potter z siebie tak naprawdę wydaje. – Obawiam się jednak, że dyrektor nie ucieszyłby się z obecności jeszcze większej ilości żmii na terenie Hogwartu.

Lucjusz kiwnął głową, usatysfakcjonowany. Nikomu właściwie o tym nie powiedział, nigdy, o tym swoim podziwie, jakim darzył wężoustych, jego pragnieniu pozostaniu jednym z nich. Takie marzenia są dla dzieci, a on nie był nim odkąd skończył pięć lat. Dlatego właśnie po raz pierwszy w ogóle zbliżył się do Mrocznego Pana, żeby usłyszeć jak ten używa tego języka, choć zdecydowanie nie był to główny powód, przez który zdecydował się za nim podążać. Ten powolny, syczący dźwięk, wyślizgujący się z ust Mrocznego Pana, kiedy ten rozmawiał ze swoimi wężami i te węże mu odpowiadały...

Lucjusz nie mógł się doczekać pierwszego razu, kiedy sam tego doświadczy.

Zauważył wbity w siebie wzrok Pottera, czekającego spokojnie i cierpliwie na to, żeby sam sięgnął w kierunku swojej piersi. Szaro–niebieska moc wysunęła się z niego i oplotła mu palce niczym coś solidnego, co jednocześnie było bardzo delikatne w dotyku, niczym mgła. Wyciągnął dłoń w kierunku Pottera, a ten ją uścisnął bez słowa, co było poprawne, ponieważ to był dar, który oferował mu Lucjusz.

Tak się zdarzyło, że Lucjusz naprawdę długo myślał nad tym darem i nie uważał go za jakkolwiek mniej wartościowy od wężomowy, którą dostał od Pottera, zwłaszcza odkąd Narcyza powiedziała mu, w co wierzy, że Harry zrobi, pomyśli i będzie czuł, jak już będzie po wszystkim.

Potter zamrugał, zadrżał i przez chwilę wyglądał na zdezorientowanego. Następnie jednak jego wzrok poderwał się z powrotem na twarz Lucjusza.

– Błękitno–szary kolor – szepnął niemal bezgłośnie. – To jest kolor waszej rezydencji i waszego herbu.

Lucjusz pochylił głowę.

– Zostałeś niniejszym powiązany z tarczami rezydencji, które od teraz będą cię akceptować jako członka rodziny – powiedział. – Będziesz w stanie wejść i wyjść z domu kiedy tylko będziesz chciał, chociaż jeśli postanowisz przyprowadzić ze sobą kogoś, kto nie jest krwi Malfoyów, to ta osoba wciąż będzie musiała przejść weryfikację osłon. Zawsze będziesz u nas mile widziany. Możesz rozkazywać naszym skrzatom domowym. – Zauważył, że oczy Pottera pociemniały lekko na tę wzmiankę, ale ten powstrzymał się od komentarza. Lucjusz to aprobował. Ten taniec był stary i nie było w nim miejsca na jego nowoczesne wymysły. – Zostaniesz rozpoznany przez stare, rodzinne skarby, które zwykle nie słuchają nikogo, kto się nie urodził w naszej rodzinie. Jakby nie patrzeć, jesteś teraz jednym z nas, Harry.

Potter nie zareagował na nagłą zmianę formalności i nazwanie go po imieniu, chyba, że wszelka reakcja odbyła się gdzieś głębiej w jego umyśle, ale Lucjusz naprawdę nie sądził, żeby tak było.

– Dziękuję, Lucjuszu. To bezcenny dar.

Lucjusz uśmiechnął się do niego.

– Tak samo jak twój.

Magia wezbrała wtedy wokół nich, miecz zaczął opadać, póki Lucjusz nie poczuł na karku chłód metalu. Po chwili jednak ten zrobił się ciepły i spłynął po nim niczym woda. Taniec dobiegł końca, a oni byli ze sobą powiązani.

Lucjusz uśmiechnął się krzywo do pozostałych, wstając i odstępując od Harry'ego. Spojrzenie Narcyzy było miękkie, co go nie dziwiło. Lucjusz wyjaśnił jej, co ma zamiar zrobić, a ona w pełni to zaaprobowała.

Po dzisiejszej nocy będzie blisko związany z nami wszystkimi, ale najbliżej z Malfoyami. Mamy do niego najwięcej praw. Kiedy ta cała wojna się skończy i wrócimy już wszyscy do normalnego życia, nie będzie w stanie niczego nam odmówić.


Harry powoli odstąpił od Lucjusza, oszołomiony. Naprawdę się tego nie spodziewał i wciąż starał się ustalić, co właściwie czuje w związku z tym.

Draco pochwycił wzrokiem jego spojrzenie i Harry przypomniał sobie, że chciał podarować mu prezent tego wieczoru w chwili, w której będzie się najlepiej czuł. Teraz tak właśnie było, po tym jak spędził tak dużo czasu, nurzając się w przyjemnie antycznej magii rytuału tak często wykonywanego, że zdawał się mieć własne życie, a jego pozostałości wciąż tańczyły mu na skórze. Podniósł dłonie i pomiędzy nimi pojawiła się gmatwanina świetlistych nici.

Kiedyś uspokoił swoją niszczycielską magię tworzeniem rzeczy. Był zdeterminowany nie robić tego stale, tak żeby wciąż się cieszyć rzeczami, które sam zrobił, ale dzięki temu, w świetle tego, co go dzisiaj spotkało, ten dar tylko nabierał wyjątkowości.

– Wesołych świąt, Draco – szepnął, kiedy już był pewien, że uwaga Dracona jest skupiona wyłącznie na nim.

Zaczął przeplatać nici, wlewając w nie wspomnienia, tak samo jak wlewał szczęśliwe wspomnienia ze swojego życia z Connorem do albumu wspomnień. Tym razem jednak miały one formę obrazów, scen, które przeżył z Draconem.

Wybrał ich pierwszą lekcję latania, mimo, że był wtedy wściekły o to, że Draco sprowokował go do popisywania się przed ludźmi. Teraz jednak wspomnienie było całkiem zabawne, Draco bawiący się przypominajką Neville'a, podrzucający ją w powietrze i on sam, nurkujący po nią, zwłaszcza, że dobrze pamiętał irytujący, krzywy uśmieszek na twarzy Dracona, kiedy złapał małą kulkę i zawrócił.

Pozwolił tej scenie się zachwiać i roztopić w jedną z wielu sesji zakuwania, jakie dzielili podczas pierwszego roku z Draconem. Dzielili tej nocy książkę z obrony przed mroczną magią, bo Draco zgubił gdzieś swoją tego wieczora. Harry wciąż mu wtedy nie bardzo ufał, ale pozwolił Draconowi usiąść na krześle obok i pochylić się nad swoją książką. Harry pozwolił, żeby kolory tej sceny rozmyły się w delikatnym świetle, które tego wieczoru nie mogło paść od strony kominka, ale chciał pokazać Draconowi jak strasznie zrelaksowany wtedy przy nim był, nawet jeśli wtedy nie zdawał sobie z tego do końca sprawy.

Potem nadeszła pierwsza impreza, kiedy wygrał mecz quidditcha przeciw drużynie Ravenclawu, Draco śmiejący się z niego, kiedy rzucił w Blaise'a klątwą, uczenie Dracona zaklęć, ich spotkanie na ulicy Pokątnej latem poprzedzającym drugi rok, rozmowa w skrzydle szpitalnym, kiedy Harry wciąż starał się ukryć przed Draconem, że pamiętnik, który miał taki wpływ na jego umysł, pochodził od Lucjusza, mignięcia tunelu, prowadzącego do Komnaty Tajemnic, kiedy Draco kroczył obok niego, idąc w same serce niebezpieczeństwa – ale nic bliższego Komnaty niż to; bezpośrednie wspomnienie wciąż sprawiało Harry'emu zbyt wielki ból – część czasu, który spędził potem z Draconem podczas wakacji, jak tęsknił za Draconem i tulił się do jego żmii w czasie tych tygodni, które musieli spędzić oddzielnie, jak Draco rozmawiał z nim przed jego wyjazdem do domu na święta w zeszłym roku, jak wybiegł z rezydencji, kiedy Harry tam się pojawił, rozmowa, jaką odbyli w skrzydle szpitalny pod koniec poprzedniego roku, przeprosiny, jakie Draco mu zaoferował, kiedy przyzwał Julię i został przeklęty empatią, obraz ich dwójki przytulonych, leżących razem w łóżku.

Zakończył wspomnieniem, którego nie miał szans zobaczyć z zewnątrz, ale wydawało mu się, że bez problemu będzie to sobie w stanie wyobrazić: tego, jak Draco go dzisiaj przytulał tuż przed tym, jak trafili na polanę. Uśmiechnął się do Dracona ponad plątaniną świetlistych nici, po czym rozłożył ręce i pozwolił wspomnieniom się rozpłynąć.

Nie sądził, że powinien był włożyć te wspomnienia do myślodsiewni, żeby je trzymać pod ręką. Byłyby zbyt intensywne, żeby móc się im codziennie przyglądać. Ale jako specjalny prezent, jako sposób pokazania Draconowi jak wiele ten dla niego znaczył, to tyle mógł zrobić, tak.

Draco gapił się na niego z wyrazem, którego Harry był pewien, że nigdy u niego nie widział. Był lekko zarumieniony, a w jego oczach zaszkliły się łzy. Wyciągnął jednak tylko rękę, a Harry podszedł do niego bez wahania.

Draco nie spróbował go przytulić, po prostu na niego patrzył. Harry zmusił się do spojrzenia mu w oczy. Wiedział, że jeśli Draco usłyszał to wszystko, co powiedziała jego matka, to potem posypią się pytania.

Teraz jednak Draco tylko kiwnął głową.

– Chcę ci o czymś powiedzieć – szepnął. – To ważne. Daj mi... daj mi trochę czasu, to ci powiem.

Harry nie był w stanie się powstrzymać przed podniesieniem brwi z zaciekawieniem, ale jego sojusznicy czekali za jego plecami, więc kiwnął głową.

– W porządku – powiedział. – Poczekam.

Odwrócił się i spojrzał im w oczy. Hawthorn i Adalrico klęknęli, podczas gdy Elfrida osunęła się trochę głębiej w swoim fotelu. Ze wszystkich tylko Narcyza stała najbliżej jego, patrząc prosto na niego i uśmiechając się ciepło.

– Tobie, Harry Potterze, przysięgam moją lojalność i wiarę – powiedziała. – Jako symbol mojej lojalności i wiary chcę podarować ci to. – Podeszła do niego i łagodnie położyła coś przy jego stopach.

Harry to podniósł. Było to niewielkie, ręczne lusterko, szkło było podbite srebrem, a rama stworzona z czarnego drewna. Spojrzał na nią z pytaniem w oczach.

– To jest jeden ze skarbów Blacków – powiedziała Narcyza. – Najlepiej go pamiętałam z czasów, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką. Nie mogłam się powstrzymać przed zabraniem go ze sobą, kiedy udaliśmy się... tam, gdzie się udaliśmy. – Harry niemal się uśmiechnął, słysząc jak niechętnie w ogóle nawiązała przy jego sojusznikach do posiadłości Blacków, ale tego nie zrobił, bo byłby to rozbawiony uśmiech, a to nie był zabawny moment. – Spójrz w to lusterko, a ono pokaże ci obrazy miejsc, z których moi przodkowie twierdzili, że pochodzą. Kraj płomieni i powietrza. Jest cudowny.

Harry zamrugał.

– Czemu?

– Na czasy, kiedy nie będziesz w stanie znaleźć w świecie niczego pięknego – powiedziała Narcyza, uśmiechając się do niego smutno. Jej głos ścichł. – Wyczułam eksplozję mrocznej magii zanim do nas dołączyłeś, a drzewa nie pozwoliły nam wejść na polanę. Spotkałeś kogoś, kto chciał twojej krzywdy, a wyraz twoich oczu widziałam ostatnim razem podczas lata, które u nas spędziłeś. To było któreś z twoich rodziców.

Harry szybko opuścił wzrok. Narcyza pogładziła go delikatnie po włosach, po czym odwróciła się i odeszła, robiąc miejsce Hawthorn, która podeszła w następnej kolejności.

– Tobie, Harry Potterze, przysięgam moją lojalność i wiarę. – Głos Hawthorn był głębszy od Narcyzy, niósł inny rodzaj muzyki. Położyła u jego stóp doniczkę z rosnącą w niej łodygą. – Nasz dom nazywa się Ogrodem i Parkinsonowie od wielu stuleci zwykle mieli imiona kwiatów. Przyniosłam ci niewielką roślinkę, zaczarowaną tak, by kwitła niczym głóg. Przemów do tych kwiatów, a usłyszę cię, bez względu na to gdzie bym się nie znajdowała.

Harry zamrugał.

– Wydawało mi się, że głóg jako taki jest zwykle, no, większy.

Hawthorn roześmiała się i kącikiem ust pokazała mu język.

– Dlatego właśnie zaczarowałam gałązkę, żeby ci kwitła, Harry, a nie po prostu przyniosłam ci krzak – powiedziała, po czym wycofała się.

Adalrico wyszedł do przodu i pochylił głowę.

– Tobie, Harry Potterze, przysięgamy naszą lojalność i wiarę – powiedział. – Przemawiam w imieniu swoim jak i mojej żony. – Harry kiwnął głową. Niczego innego się nie spodziewał, biorąc pod uwagę stan Elfridy jak i jej trening. – My, cóż, możliwe, że nie przemyśleliśmy swojego daru tak, jak to zrobili pozostali. Jedno przyniosło ci dar pokoju, drugie dar, który obiecuje ci jej pomoc. My przynieśliśmy ci dar wojny.

Podał Harry'emu niewielki przedmiot, a Harry szybko się zorientował, że to musi być sztylet. Syknął pod nosem, ale nie sądził, żeby to był nóż tego samego rodzaju co ten, który dostał od Lucjusza jako jeden z darów sojuszu. Wyciągnął sztylet z pochwy i dech mu zaparło. Ostrze zdawało się być zrobione ze złota, ale jego powierzchnia tak migotała, że było jasne, że nim nie był; złoto byłoby za miękkie. Dotknął go ostrożnie palcem i spojrzał na Adalrico z pytaniem w oczach.

– Jeden z moich przodków zakochał się w Świetlistej Pani – powiedział cicho Adalrico. – Ona jednak nie chciała o nim słyszeć, co nie było takie zaskakujące, ponieważ był zadeklarowany Mrokowi i pomagał Mrocznemu Lordowi, którego pokonała. Stworzył ten nóż, żeby zasymbolizować to, czego nie mógł mieć. Rękojeść jest stworzona z tego samego kamienia, który został wykorzystany do budowy naszego domu, Obsydianu. Ostrze jest promieniem słońca, który pochwycił wieczorem podczas przesilenia letniego – ostatni promyk, zanim słońce zniknęło za horyzontem dnia najdłuższego słońca.

– Nie mogę tego przyjąć – szepnął Harry. – Przecież to drogocenna rzecz.

– Musisz – powiedział Adalrico i łagodnie zamknął dłonie Harry'ego wokół przedmiotu. – Mojemu przodkowi powiodło się lepiej niż mu się pierwotnie wydawało. Rękojeść jest mroczna i bez problemu się dostosowuje do naszych rąk. Ostrze jednak jest świetliste i nigdy nie było przy nas szczęśliwe. Chętnie chybiało, zamiast trafiać do celu. Ten sztylet lśni dla ciebie jaśniej, niż kiedykolwiek go widziałem. Pozwól mu zostać przy tobie, gdzie będzie szczęśliwy.

Harry kiwnął głową, przełknął ślinę, po czym włożył sztylet do kieszeni szaty. Adalrico pokłonił się przed nim i odszedł na bok.

– Czy to już wszystko? – zapytał Harry, nie chcąc wierzyć, że to wszystko tak szybko dobiegło końca, ale niezdolny też do wymyślenia żadnych innych rytuałów, które w tym momencie jeszcze mogłyby nastąpić. Nie wiedział, że spotka tu resztę swoich sojuszników, dlatego też nie zaplanował niczego poza powitaniem Lucjusza.

– Chciałbym zadać pytanie.

Harry kiwnął głową i odwrócił się w kierunku Lucjusza, który miał głowę przechyloną na bok. Włosy mu przesłaniały jedno z oczu.

– Zadaj je.

– Przed twoim przyjściem tutaj wyczuliśmy eksplozję mrocznej magii – powiedział cicho Lucjusz. – Czuliśmy, jak strasznie pragnie przyłączyć się do gwiazd, ale potem zamknęła się w sobie i zniknęła. Wiedzieliśmy, że to musiałeś być ty. Co się stało?

Harry odkrył, że znowu musi walczyć z pokusą zapadnięcia się pod ziemię. Wziął głęboki oddech.

– Moja matka przyszła ze mną porozmawiać – powiedział.

Lucjusz otworzył nieco szerzej oczy. Harry zastanawiał się, dlaczego. Czyżby wydawało mu się, że Lily Potter już nie żyje?

Nie. Czekaj. Wie teraz coś więcej o przepowiedni, a przynajmniej o informacjach z nią związanych. To oznacza...

– Twoja matka tak cię rozwścieczyła – powiedział Lucjusz. – Większość rodziców nie robi tego swoim dzieciom, jeśli im po prostu czegoś zabrania, a ty nie jesteś dzieckiem, które by w ten sposób zareagowało na wydany przez rodzica dekret. Nie mogła się znaleźć w niebezpieczeństwie, inaczej przyprowadziłbyś ją ze sobą. Wasze spotkanie nie przebiegło szczęśliwie. – Kiwnął głową, jakby był zadowolony ze swojego rozumowania. – Co ona ci zrobiła?

Harry czuł, jak Draco drży obok niego, pragnąc się odezwać. Snape nie powiedział nic. Oczywiście, że nic nie powie, Harry był tego pewien, nawet, jeśli czuł się tutaj jak wyrzutek, to nigdy nie zdradziłby tajemnic Harry'ego. Draco jednak był niebezpieczny, ponieważ tak wiele usłyszał. A to był jego ojciec. Pewnie nie widzi nic złego w powiedzeniu mu o wszystkim.

– Lucjuszu – powiedział Harry. – Przestań.

– Nie możemy – powiedział Adalrico, w którego głosie pojawiła się nuta szczerej zgrozy. – Twoja matka. Co ci zrobiła?

– W ostatnie święta trafiłeś do naszego domu załamany, kiedy twoja matka z tobą skończyła – powiedziała Narcyza, a potem jej oczy otworzyły się szerzej, jakby sama właśnie usłyszała to, co powiedziała. – Rok i dzień. Przyszła zażądać zemsty? Ale co ona mogłaby ci zrobić? Znam cię, Harry, wiem, że nie wypuściłbyś tak swojej magii spod kontroli, gdyby twoja matka zażądałaby od ciebie po prostu czegoś nierozsądnego. Co ci powiedziała? Co zrobiła?

Harry pokręcił głową.

– Nie – szepnął. – Nie będę o tym z wami rozmawiał.

Lucjusz wydał z siebie dziwny dźwięk. Harry spojrzał na niego i zamrugał. Nie spodziewał się, że w Lucjuszu zostało dość duszy, która mogłaby sprawić, że wyglądałby teraz na tak zniesmaczonego.

– Harry, czy coś...

Nie naciskaj na mnie, Lucjuszu.

Harry pozwolił odrobinie swojej mocy wystrzelić ponad jego tarczami, kiedy wymawiał te słowa, co momentalnie uciszyło Lucjusza. Wszyscy na polanie teraz się na niego gapili, poza Draconem, który ponownie uczepił się go jak małpka i Snape'em, który mruczał uspokajające słowa, odwracając od niego wzrok, tak żeby Harry mógł liczyć na to, że chociaż jedna para oczu nie będzie go denerwować. Harry kiwnął głową.

– To już dobiegło końca, jest już po wszystkim – powiedział Harry, kiedy już mu się wydawało, że może się odezwać bez uderzenia kogokolwiek, czy to pięścią, czy smagnięciem swojej mocy. – Nie widzę najmniejszego powodu, dla którego powinniśmy dalej o tym rozmawiać. Już jest po wszystkim. Dalsze rozpatrywanie przeszłości skończy się tylko niepotrzebną żądzą krwi i nie kończącym się konfliktem między rodzinami. – Osobiście był z siebie bardzo dumny, że udało mu się wymówić tak wiele opanowanych i chłodnych słów, mimo, że jego wnętrzności drżały niczym rozpalone struny harfy. – Jesteście moimi sojusznikami. Naprawdę mam wrażenie, że to nie jest nierozsądna prośba z mojej strony.

Spojrzał na Adalrico, Elfridę i Hawthorn.

– Przysięgaliście mi formalny sojusz, więc jesteście przyjaciółmi nie tylko moimi, ale i mojej rodziny. Nie możecie podnieść broni ani magii przeciwko nim.

Obejrzał się przez ramię na Malfoyów.

– Nie jesteście sojusznikami mojej rodziny, ale jesteśmy ze sobą blisko związani – powiedział – a teraz, po zakończeniu tańca sojuszu, nasze więzy się jeszcze pogłębiły. Jest już po wszystkim. Wystarczy. Nie chcę, żeby ktokolwiek tknął moją matkę. Chcę po prostu o niej zapomnieć.

– Twoje rany wciąż krwawią – powiedział Lucjusz, na którego twarzy pojawił się dziwny wyraz. – To dla mnie wystarczający powód do zniszczenia jej.

Harry zmusił swoje oczy do pozostania obojętnymi, kiedy obserwował Lucjusza.

– Jeśli ją skrzywdzisz, zaatakuję cię – powiedział cicho. – Ucierpię przez karę, jaki zada mi magia po złamaniu naszego sojuszu, ale jestem dość silny, żeby to przeżyć. To mnie skrzywdziła. To ja powinienem pragnąć zemsty i mówię wam, że nie chcę żadnej.

– W ten sposób niweczysz wszelkie sposoby zadania jej sprawiedliwości – wypalił Lucjusz, w którego oczach pojawił się znajomy płomień złości.

Harry wzruszył ramionami.

– Nie obchodzi mnie to – powiedział bezbarwnie. – Już. Po. Wszystkim.

Lucjusz tylko pokręcił powoli głową, jakby nie był w stanie ogarnąć sposobu myślenia Harry'ego. Odwrócił się powoli, nie mówiąc już niczego więcej. Narcyza została chwilę dłużej, patrząc surowo na Harry'ego. Harry z premedytacją unikał jej wzroku i po chwili ruszyła za swoim mężem.

Hawthorn otworzyła usta, ale ostatecznie uznała, że chyba jednak lepiej będzie, jeśli już pójdzie. Adalrico zdawał się dojść do tego samego wniosku. Oboje z własnej woli wygłosili własne warunki tego sojuszu; żadne z nich nie mogło skrzywdzić Jamesa, Lily czy Connora. Elfrida jednak została jeszcze chwilę, patrząc intensywnie na Harry'ego i po chwili złapała go za rękę.

– Gdybyś był mój – powiedziała – to wychowałabym cię z miłością i byłabym dumna z twojej siły, zamiast się ciebie bać.

Harry nie był w stanie powstrzymać wzdrygnięcia się, ale powiedział sobie, że Elfridzie tylko dziwnym przypadkiem udało się uderzyć tak blisko sedna sprawy.

– Dziękuję – powiedział i pocałował ją w policzek.

Jej fotel odfrunął, przyłączając się do Adalrico, po czym ruszyli dalej razem. Harry wziął kilka głębokich oddechów, póki mu się w głowie nie przejaśniło, po czym odwrócił się, żeby spotkać spojrzenia Snape'a i Dracona.

– Co teraz? – zapytał Snape pozbawionym emocji głosem.

– Teraz – powiedział Harry, podnosząc lusterko i doniczkę z łodyżką głogu, pomniejszając je i wrzucając je do swoich kieszeni – idziemy do Dumbledore'a.


Albus wiedział, że do niego przyjdą na długo zanim dotarli do drzwi jego gabinetu i to nie dzięki osłonom Hogwartu, czy zaklęciom, które narzucił na swoje ruchome schody, tak żeby te informowały go, że ktoś się zbliża.

Wiedział, że do niego przyjdą po porażce Lily. Będą wiedzieli, od kogo to wszystko się zaczęło i będą potrzebowali zrzucić na kogoś winę, bez wątpienia robiąc mu przy okazji krzywdę.

Albus był nawet skłonny im na to pozwolić – do pewnego stopnia.

Drzwi się otworzyły i młody Malfoy wszedł pierwszy. Szedł przed Harrym, jakby był jego ochroniarzem. Za plecami Harry'ego szedł Severus, którego twarz była tak strasznie pozbawiona wyrazu, że Albusowi przypomniało się, jak wyglądał, kiedy oczekiwał na swój proces, na którym miał zostać osądzony jak zbrodniarz wojenny.

Harry wyminął Dracona Malfoya i spojrzał na Albusa.

Albus przyjrzał mu się ze ściśniętym sercem. Popełnił ogromny błąd. Nie docenił Harry'ego, myśląc o nim jako o masie potrzeb i emocji, którą bardzo dobrze rozumiał. Czy, w ostatecznym rozrachunku, Harry nie był produktem treningu Lily? I czy nie on sam przecież wytrenował Lily, nauczył ją jak rozróżniać samolubność i potrzeby świata, uodpornił ją na poświęcenie?

Harry jednak zmienił się na tyle w czasie, odkąd po raz pierwszy pojawił się w Hogwarcie, że stał się czymś więcej niż tylko swoimi potrzebami. Albus poniekąd zdawał sobie z tego sprawę, ale wydawało mu się, że wystarczy, że po prostu doprowadzić Harry'ego na skraj emocjonalnego wycieńczenia, a potem odizoluje go razem z Lily i to wystarczy, żeby przywrócić go na dawne tory, sprawić, że znowu stanie się tym, kim był, wytrenowanym wybawcą, którego ten świat tak bardzo potrzebuje. Ludzie z mniej uszkodzonymi umysłami niż Harry już byli w ten sposób nawracani. Albus wiedział, że śmierciożercy stosowali tę technikę.

Lily popełniła błąd. Wzrok Harry'ego był nie do ubłagania i Albus przygotował się na listę żądań.

– Od tej chwili będę uważał, że nie ma już między nami rozejmu – powiedział Harry, głosem bezbarwnym i nieskończenie spokojnym. Albus słyszał taki głos zwykle od ludzi, którzy byli gotowi popełnić samobójstwo, albo starali się kogoś do tego namówić. – Złamałeś go tak ostatecznie, że nie sądzę, żebym musiał przejmować się jakimikolwiek obligacjami z mojej strony. Proszę tylko, żebyś się nie wtrącał w moje sprawy. Jeśli nie będziesz mnie dłużej krzywdził, to z przyjemnością będę cię ignorował.

– A wojna? – Albus musiał o to zapytać, ponieważ to przez nią musiał poświęcić Harry'ego, Lily, Petera i tak wielu innych ludzi.

– Możemy na jej okres ewentualnie zostać neutralnymi sojusznikami. – Harry wyglądał, jakby go to naprawdę nie obchodziło. Nigdy więcej nie pozwoli się Albusowi dotknąć; to było oczywiste w sposobie, w jaki się wyrażał i w jego mowie działa, nawet jeśli Draco i Severus przyglądali mu się osobliwie. – Jeśli chcesz pomóc Connorowi i mnie wygrać wojnę z Voldemortem, to proszę bardzo, mi to nie przeszkadza. Ale to nie znaczy, że będę brał cię pod uwagę w moich planach. Jakichkolwiek planach. I chociaż przyjmuję do wiadomości, że nie jestem w stanie zrobić czegokolwiek z tym, że Connor bierze udział w turnieju, to jeśli go skrzywdzisz, przyjdę po ciebie i też cię skrzywdzę.

Albus siedział w ciszy. To było zarówno więcej i mniej od tego, czego się spodziewał. Był wdzięczny za to, że nie musi płacić cięższej kary za swoje błędy, ale nie pojmował, co Harry by na tym zyskał.

Muszę się upewnić, pomyślał, patrząc w te obojętne, nieprzejednane, zielone oczy. Jest już dorosłym człowiekiem, wreszcie to widzę, ale nie wiem, na kogo właściwie wyrósł, a muszę się tego dowiedzieć, żeby się upewnić, czy świat w dalszym ciągu jest bezpieczny.

– A Lily? – zapytał.

– Trzymaj ją z dala ode mnie – powiedział Harry – o ile osobiście i w bardzo oczywisty sposób nie zgodzę się na ponowne spotkanie z nią. Uratuj jej stopę, jeśli zdołasz. Nie wspominaj przy mnie więcej jej imienia. Podobnie jak ty, nie chcę, żeby ta afera pojawiła się na pierwszych stronach "Proroka Codziennego". Ale jeśli chodzi o mnie, to od teraz jestem sierotą. Napiszę jutro do mojego ojca i wyjaśnię mu sytuację.

– No chyba sobie jaja robisz, Harry!

To był Draco, wybuchający z całą pasją, jaką może mieć w sobie tylko dziecko. Albus widział jednak, jak udało mu się postawić Lily. Zastanawiał się, czy nie powinien zacząć i jego postrzegać jako młodego mężczyznę i co by to oznaczało, gdyby tak było.

– Uważasz, że powinienem dać Jamesowi kolejną szansę? – Harry spojrzał na Dracona z łagodnym zainteresowaniem.

– Nie, nie o to mi chodziło! – Draco machnął ręką. – Zażądaj czegoś więcej od tego głupca! Wyjaśnień, pieniędzy, żeby ci pozwolił biczować się, póki nie zacznie krwawić... no czegokolwiek!

Harry odwrócił głowę i spojrzał Albusowi w oczy. Albus się wzdrygnął.

– Kiedy ja wiem, czemu to zrobił – powiedział Harry miękko w nagle nastałej, przerażającej ciszy. – Chciał, żeby wszystko było jak dawniej. I teraz zrozumiał, że to nie zadziała. Dzisiejszego wieczora, w jego własnym ogródku, z jego winy o mały włos nie przebudził się kolejny Mroczny Pan. Wiem, że już nigdy więcej czegoś takiego nie spróbuje. Rozumiemy się już nieco lepiej pod tym względem. – Przy ostatnich słowach w jego głosie pojawiło się lekkie echo kpiny. – I wiem, że lepiej będzie go pozostawić przy życiu i go nie atakować – powiedział Harry. – Jest Świetlistym Panem, nawet jeśli tak rzadko używa swojej mocy, że ludzie często o tym zapominają. Jest potężniejszy ode mnie. Gdybym spróbował go zniszczyć, to by mi się oparł, a to może zniszczyć Hogwart, Szkocję... bądźmy poważni, połowa Brytanii poszłaby w diabły. Skrzywdzę go tylko, jeśli będę musiał, a to nastąpi, jeśli po raz kolejny spróbuje się wtrącić w moje sprawy.

Albus pochylił głowę. Rosło w nim jakieś ogromne, nieszczęśliwe uczucie, któremu wciąż nie był w stanie nadać nazwy.

– W dodatku jest dyrektorem Hogwartu – ciągnął Harry. – Jest powiązany z osłonami tej szkoły. Jak przyjdzie co do czego, szkoła się go posłucha. Nie mam ochoty podawać mu na talerzu wszystkich uczniów jako zakładników, którymi będzie mógł się zasłonić.

– Możesz go zaciągnąć do sądu. – To był Severus, którego głos był cichy, tak strasznie cichy i zgorzkniały. Oczywiście, pomyślał Albus, patrząc na swojego byłego ucznia. Już dwukrotnie musiał stanąć przed Wizengamotem i ani razu nie uważał, że tak naprawdę sobie na to zasłużył. – Powiedzieć wszystkim, co zrobił. Będą musieli go zwolnić ze stanowiska dyrektora, a aurorzy mają sposoby na pętanie nawet Lordów, którzy popełnili przestępstwa.

Albus przymrużył oczy i podniósł głowę.

– I tobie naprawdę się wydaje, że wam na to pozwolę, Severusie? – zapytał.

Wzrok Severusa przeszył go na wylot, mroczny i niezłomny.

– Już panu powiedziałem – powiedział Harry. – Nie chcę tego. Nie chcę, żeby ta parodia, którą miałem za rodziców, została rzucona dziennikarzom na pożarcie. Nie zawstydzę w ten sposób Connora. Nie chcę, żeby wszyscy się dowiedzieli... co mi zrobiono. – Pokręcił głową. – Nie im to widzieć.

Albus poczuł nagle wybuch wdzięczności do Lily. Jej trening, dzięki któremu jest taki niechętny w ściąganiu na siebie uwagi, może wciąż nas wszystkich uratować.

– Ale ktoś powinien ich ukarać, Harry – upierał się Draco.

– Nie obchodzi mnie obrzucanie kogokolwiek winą. – Harry rzucił mu beznamiętne spojrzenie. – Powiedziałem ci już, chcę z tym wreszcie skończyć, odciąć to od siebie, żeby ta zgnilizna nie miała szans się dalej rozrastać. To oznacza, że odwracam się od nich plecami i przestaję o nich myśleć, ale też oznacza, że nie chcę się na nich mścić.

– Nienawidzę tego – szepnął Draco.

– Wiem. – Harry objął ręką jego ramiona i tam ją zostawił, zachowując się, jakby zapomniał, że Albus jest wciąż z nimi w pokoju. – Ale już jest po wszystkim.

Albus znalazł wreszcie nazwę na to uczucie, które przez cały ten czas rosło mu w piersi. Wolałby, żeby Harry wparował mu do gabinetu, wyrzekając się jego i Lily, szykując się do wyrwania mu kawałka ciała jako zapłaty. Ta cicha, chłodna metoda zakopywania wszystkiego w milczeniu była stosowana, kiedy Ślizgon się mścił.

Jeśli jest wszystkim, czym zrobiła z niego Lily, to wyrzeźbiła z niego Ślizgona, a moje rady tylko jej w tym pomogły. Zrujnowaliśmy swoje własne plany.

To było zbyt przykre, żeby o tym teraz myśleć, więc Albus tylko kiwnął głową i zgodził się na warunki Harry'ego. Nic innego mu w tej sytuacji nie pozostało, tak naprawdę, i tym razem naprawdę nie miał zamiaru naginać warunków ich umowy. Wszystkie jego dotychczasowe plany rozbijały się o kamienie charakteru Harry'ego. Będzie musiał wybudować cokolwiek na ich pozostałościach, zanim będzie w stanie zrobić cokolwiek innego.

Z jakiegoś powodu jednak, tym, co go potem prześladowało, kiedy już trzech Ślizgonów opuściło jego gabinet, nie było chłodne spojrzenie Harry'ego, czy jego słowa, ale wzrok Severusa, mroczny i bezwzględny niczym odległe przestrzenie nocnego nieba.

I równie bezlitosny.


Wrócili z Draconem do swojego pokoju – na szczęście Blaise i Vince wciąż siedzieli w pokoju wspólnym i przechwalali, komu lepiej poszła randka – zanim Harry'emu przyszło do głowy, żeby o to zapytać.

– Wydawało mi się, że miałeś dla mnie jakiś prezent, Draco?

Draco się, zaskakująco, zalał rumieńcem.

– No, tak – powiedział. – Mama mi go podała ukradkiem, kiedy tańczyłeś z moim ojcem. – Wbił wzrok w podłogę. – Ale jest głupi w porównaniu do tego, co dostałem od ciebie.

Draco.

To jedno słowo wystarczyło. Draco wziął głęboki oddech i wyciągnął płaskie pudełko spod swoich szat, które musiały być zaczarowane tak, żeby się w tym miejscu nie wydymać i nie zmieniać dziwacznie kształtu materiału.

– Wesołych świąt, Harry – szepnął.

Harry ochoczo rozpakował pudełko. Pozostałe prezenty, jakie otrzymał tej nocy, były poważne i niezwykłe, ale bardziej je cenił za to, co sobą reprezentowały, niż ich wartość jako taką. Draco jednak był wyjątkiem od tej reguły. Draco był dla niego kimś więcej jak tylko sojusznikiem i dzięki temu prezenty od niego znaczyły dla Harry'ego więcej niż obietnice sojuszu.

Harry znalazł w środku szachy czarodziejów. Podniósł jeden z pionków i zagapił się. To była rogogonka węgierska, wyrzeźbiona tak, że wyglądała, jakby pochylała się nad swoim gniazdem pełnym jaj. Kiedy się jej przyglądał, strzepnęła skrzydłami i łypnęła na niego złowrogo.

Przegrzebał resztę pudełka i odkrył, że wszystkie pionki były smokami. Hetmani byli rogogonami w locie, królowie byli walijskimi zielonymi z połowicznie rozpostartymi skrzydłami, pionki były smokami wykluwającymi się z jaj, wieże były rogogonkami warującymi nad swoimi gniazdami, gońce były warczącymi chińskimi ogniomiotami, które ogrzewały mu palce, ilekroć ich dotknął, a skoczkami były stojące na tylnych łapach opalookie antypodzkie. Wszystkie poruszały się same, nawet jeśli tylko po to, żeby wywrócić oczami, czy ryknąć i wszystkie były pokolorowane na odpowiednie barwy, które powinny mieć ich łuski.

Harry pokręcił głową i przełknął ślinę, po czym spojrzał w górę.

– Są piękne – powiedział. – Jak?

Draco jeszcze bardziej się zarumienił.

– Wysłałem matce wszystkie instrukcje – powiedział. – Ona dopilnowała, żeby zostały wykonane jak należy. Ale zapłaciłem za nie z własnego konta. Chciałem, żebyś je miał, Harry. Smoki niewiele ci po sobie pozostawiły. Przynajmniej teraz masz jakąś po nich pamiątkę.

Harry ostrożnie odłożył komplet szachów na łóżko, po czym złapał Dracona i przyciągnął do siebie tak mocno, że smoki przesunęły się w pudełku i warknęły na nich z irytacją. Trzymał swojego przyjaciela blisko siebie, póki Draco nie wydał z siebie przytłumionego mamrotu, że brakuje mu powietrza.

– Idiota – szepnął mu ciepło do ucha. – To jest idealny prezent.

Draco zadrżał, co było dziwne. Harry zaczął się zastanawiać, czy nie została mu gdzieś za uchem odrobina śniegu, która postanowiła mu akurat teraz opaść na kark, czy coś. Odsunął się jednak od Harry'ego z bardzo zadowolonym z siebie uśmiechem.

– Cieszę się, że ci się podobają – powiedział. – Chcesz nimi zagrać?

Harry z przyjemnością od razu zabrał się do gry. Przynajmniej to odwracało uwagę Dracona od zadawania pytań, na które nie miał w tej chwili ochoty odpowiadać.

Sprawiło też, że Draco zarumienił się jeszcze bardziej, kiedy odkrył, że chińskie ogniomioty strasznie nie chciały się ruszyć ze swoich miejsc. Draco zaczął się z nimi wykłócać, na co one odpowiedziały próbami odgryzienia mu palców. Harry odkrył, że z jakiegoś powodu naprawdę lubi obserwować Dracona tak ożywionego, że oczy mu się świeciły.