Rozdział czterdziesty: Dzień wyborów

Mugolom nigdy nie było dane zobaczyć ostatniej wieży londyńskiego Tower, w której ministerstwo już od czterech stuleci trzymało swoje sowy elekcyjne. Zamiast podążyć za tradycją ukrywania tego pod stosem iluzji jako szczątków jakiejś ruiny, rodzina, która wpadła na pomysł sów elekcyjnych, oddani Światłu Gloryflowerowie, po prostu nałożyli zaklęcie kameleona na całą strukturę.

Rufus oparł się o ścianę na najwyższym piętrze wieży, na którą musiał po omacku wejść po schodach i zadrżał, kiedy zniecierpliwiony podmuch powietrza pchnął go do przodu, ale uznał, że to mimo wszystko wciąż był – mniej więcej – rewelacyjny pomysł.

Odwrócił się i wyciągnął rękę, żeby pomóc Amelii minąć ostatni zakręt, choć jego wymamrotane ostrzeżenie, żeby uważała na głowę przy wejściu nadeszło odrobinę za późno. Przeklęła pod nosem, wyprostowała się i stanęła obok niego. Rufus usłyszał, jak przełyka ślinę, rozglądając się po rozległym, mugolskim Londynie, cichym teraz i przykrytym równą pierzyną śniegu. To był pierwszy dzień stycznia, pierwszy dzień nowego roku.

Dzień wyborów.

Rufus odkrył, że się szczerzy. Nieczęsto zdarzało mu się uśmiechać tak szeroko, ale naprawdę nie był w tej chwili w stanie się powstrzymać. Wreszcie następowały zmiany. Może był zakochany w prawie, ale zmiany mu nie przeszkadzały, zwłaszcza kiedy miał wrażenie, że będzie w stanie poprawić prawo.

– Nigdy mi się nie wydawało, że kiedyś tu będę stała – wymamrotała Amelia.

Rufus odwrócił głowę w jej kierunku i podniósł brwi w wyrazie uprzejmego niedowierzania. Och, oczywiście, Amelia była równie zszokowana co on, kiedy dowiedzieli jak bardzo Knot się pogrążył, ale wykonała swoje ruchy trochę za szybko i zgrabnie, zarówno przed jak i po głosowaniu o wotum braku zaufania, żeby ogłosić swoją kandydaturę. Rufusowi nie mieściło się w głowie, żeby po tym wszystkim wciąż uważała, że może spróbować mu wmówić, że brak jej ambicji.

Amelia potrząsnęła ze zniecierpliwieniem głową.

– No dobra, po prostu nie sądziłam, że stanę tutaj tak szybko – powiedziała.

Ten konkretny sentyment Rufus potrafił zrozumieć, bo sam go odczuwał.

– Ja też nie – mruknął, po czym ruszył ostrożnie wąską ścieżką niewidzialnych kamieni, wyłożonych przed nimi, macając ręką ścianę, żeby ta go prowadziła. Wyłącznie kandydaci na ministra byli w stanie w ogóle trafić do wieży – kolejne zabezpieczenie, z ukłonami od Gloryflowerów – ale Rufus nie miał najmniejszej ochoty przywalić w tej chwili twarzą o kamienie. – Naprawdę wydawało mi się, że Korneliusz będzie ministrem jeszcze przez dobre dziesięć lat. No, może nie dobre, nie pod władzą Korneliusza, ale przynajmniej znośne.

– Tylko, że on nie był – powiedziała Amelia, ruszając za nim.

Rufus obejrzał się za nią z zaciekawieniem, po czym zrozumiał błysk w jej oczach. Wcale nie prosiła go o pocieszenie. Starała się go wyzwać, skłonić do powiedzenia, że może ogłaszając wotum popełniła błąd. Rufus odprężył się.

– Nie, był naprawdę nieznośny – zgodził się z nią. – I pomyśleć tylko, że nie wiedzielibyśmy o tym, aż nie byłoby za późno, gdyby nie Harry Potter. – Zobaczył przed sobą blask metalu i odsunął się na bok, kłaniając się. Amelia zorganizowała te wybory. Powinna wejść tam pierwsza.

– Ten dzieciak mnie niepokoi – przyznała Amelia, akceptując ten zaszczyt kiwnięciem głowy. – Lordowie nie wyskakują jak te filipy z konopi. Nadejście Dumbledore'a było niczym sztorm, powoli przetaczający się nad Brytanią, a plotki o Sam Wiesz, Kim krążyły na długo zanim ten w ogóle pokazał swoją twarz.

– Nie sądzę, żeby miał złe zamiary. – Rufus już kilka razy musiał przejść przez tę rozmowę. Uważał, że to naprawdę zabawne, ale każdemu się wydawało, że zwykłą rozmową zdoła zmienić jego pogląd dotyczący chłopca.

– Po prostu uważam, że to nienaturalne – mruknęła Amelia i tym razem Rufus celowo jej nie uprzedził o konieczności pochylenia głowy w przejściu, które musieli minąć w drodze do ostatniego niewidzialnego pokoju. – Auć!

Rufus powstrzymał się od śmiechu i ruszył za nią, niemal kucając. Wciąż byli w stanie zobaczyć otaczający ich świat, ale teraz przynajmniej były wokół nich ściany; przeciąg tak osłabł, że się już go prawie nie wyczuwało. A wokół nich siedziała jedyna część wieży, która nie znajdowała się pod wpływem zaklęcia kameleona: tysiące maleńkich, idealnie wykonanych, złotych sów ze szmaragdowymi oczami.

Rufus zamarł z podziwu. Co innego o nich słyszeć albo zobaczyć jedną z nich, odlatującą z kartą do głosowania w jej brzuchu, a co innego zobaczyć je wszystkie zgromadzone w jednym miejscu. To również były wynalazki Gloryflowerów. Mroczne rodziny tradycyjnie do tworzenia sztucznych wybierały gatunki zwierząt tego rodzaju, które pełzały na zwłokach, albo kryły w zakamarkach opuszczonych domów – pająki, węże, szczury, stonogi – ale świetliste budowały piękne i użyteczne stworzenia – konie, jednorożce, sowy.

Prawie nie oddychał, kiedy sięgnął w kierunku jednej z nich i delikatnie pogładził ją opuszkami palców po jej zimnej piersi. W chwili, w której jej dotknął, rozjarzyła się, iskrząc ciepło i odwróciła głowę w jego kierunku. Szmaragdowe oczy przyglądały się Rufusowi przez chwilę. Rufus czekał cierpliwie w bezruchu. Już przeszedł pierwszy test – sowy zareagowałyby tylko, gdyby dotknął je zdeterminowany kandydat na posadę ministra – ale i tak musiał zaczekać, aż ptak przeprowadzi własną inspekcję. Gloryflowerowie nie pozostawili sobie żadnej kontroli nad tymi ptakami, przywiązali je za to do ich obowiązków wobec wieży i kandydatów na ministra. Rufus czuł wokół siebie antyczną magię, która mknęła od jednej sowy do drugiej, budząc je po kolei, śpiewając i rycząc w niewidzialnych kamieniach.

Wywołana przez niego fala zderzyła się z falą, która dochodziła od sowy dotkniętej przez Amelię, która stanęła po przeciwnej stronie pokoju. Przez chwilę wyglądało to, jakby dwie moce walczyły ze sobą o dominację i Rufus miał wrażenie, że wieża się od tego lekko zatrzęsła. Potem jednak fale stopiły się ze sobą i razem z Amelią znalazł się pośrodku nieprzerwanego kręgu.

Sowy wzbiły się w powietrze jednocześnie, rozkładając skrzydła i pochwytując nieprzyjemny, noworoczny wiatr. Chwilę potem cały rój zrobił koło wokół pomieszczenia i wyleciał przez wszystkie dostępne im okna, nawet jeśli Rufus byłby w stanie je tylko wyczuć. Wieża eksplodowała złotem, które rozlatywało się we wszystkich możliwych kierunkach, kierując się do każdego czarodzieja w Brytanii, który miał powyżej siedemnastu lat – no, poza tymi, którym z przyczyn legalnych nie odebrano prawa do głosowania, jak na przykład tymi, którzy siedzieli obecnie w więzieniu. Wylądują przy każdej czarownicy czy czarodzieju i wyplują z siebie kartę do głosowania, które już rosły w ich brzuchach. Czarownica albo czarodziej będą musieli spisać na karcie swój wybór ministra i oddać sowie kartę z powrotem. Przed zmierzchem każdy ptak będzie musiał wrócić do wieży, w której Rufus z Amelią wspólnie zliczą karty. Magia sów zmusi ich do szczerości, tak samo jak nie dopuści do tego, żeby ktokolwiek przeszkodził im w locie.

– No dobra – powiedziała Amelia, kiedy ostatnia z sów zniknęła im z oczu, przecinając niebo niczym maleńka kometa na rozgwieżdżonym niebie – co teraz?

Rufus rzucił na siebie zaklęcie ogrzewające i stworzył sobie fotel w kącie pokoju.

– Teraz siadamy i porównujemy swoje plany względem tego, co planujemy zrobić, kiedy już zostaniemy ministrem – powiedział. – Przepraszam. Kiedy ja zostanę ministrem.

Amelia wywróciła oczami i stworzyła własny fotel.

– Śnij dalej, Rufusie. Nikt ci nigdy nie zarzucił braku ambicji.

– Faktycznie, nikt nigdy tego nie zrobił – powiedział Rufus, po czym zaczął cierpliwie wymieniać nowe sposoby, w jakich aurorzy będą musieli zacząć pracować i jak Amelia będzie musiała się przygotować na kilka nieoczekiwanych strat w tym departamencie, jeśli wygra – a nawet, jeśli nie wygra.


– Na kogo głosujesz, Severusie?

Snape rzucił McGonagall podejrzliwe łypnięcie, przyjmując kartę do głosowania z dziobu sowy elekcyjnej. Od czasu balu bożonarodzeniowego męczyła go pytaniami o stan psychiki i magii Harry'ego, a kiedy mówił jej, że nie ma zamiaru się tym dzielić, to uciekała się do tych bezsensownych uprzejmości, zupełnie jakby naprawdę jej się wydawało, że przekona go do rozluźnienia się przy niej.

– Nie twoja sprawa – powiedział, po czym szybko napisał imię i zwrócił kartę sowie. Maleńkie stworzenie połknęło ją i wzbiło się w powietrze, lecąc w kierunku okien Wielkiej Sali, odruchowo unikając innych ptaków, zarówno sztucznych jak i prawdziwych, które zmierzały w tym samym kierunku. Snape odprowadzał ją wzrokiem, niemal mając nadzieję, że ktoś spróbuje przechwycić jego sowę, ale nikt tego nie zrobił. Szkoda. Kara za zaatakowanie sowy elekcyjnej była zabawnym widokiem: potężny piorun uderzał w dłonie atakującego, nie pozwalając mu ich używać już do końca dnia.

– Równie dobrze mogę ci się przyznać, że zagłosowałam na Scrimgeoura – powiedziała McGonagall, opierając się wygodnie na swoim krześle i przyglądając się jedzącym uczniom z rozleniwieniem.

Snape przyglądał się jej w milczeniu. Nie miał najmniejszych obiekcji przed przyjmowaniem wiedzy, zaoferowanej jak na srebrnym talerzu, ale mówiąc to na głos, równie dobrze mogłaby powiedzieć, że porzuciła już na dobre dyrektora. Dobrze wiedziała, że Scrimgeour i Dumbledore się nie dogadują, ale i tak na niego zagłosowała.

– Dlaczego? – zapytał cicho Snape. Kilka różnych spraw kryło się za tym pytaniem, każdy na różnym poziomie dysonansu. Zastanawiał się, czy wyłapała je wszystkie.

Jej uśmiech zrobił się lekko zgorzkniały.

– Próbowałam rozmawiać z nim o... problemie, który miałam z moimi starszymi rocznikami. Rozmawiałam z nim też o twoim uwięzieniu. Nic do niego nie trafiało. Zbywał mnie frazesami w stylu "nieubłagalna logika wojny". Mówił, że nie jest w stanie niczego zmienić, że nie może zakłócić naturalnego przebiegu prawa w magicznej Brytanii. A potem okazało się, że jednak zagłosował za zwolnieniem Knota ze stanowiska i za uwolnieniem cię z więzienia, mimo, że wydawało mi się, że tego nie zrobi. Wiem, że same słowa nic mnie nie kosztowały, Severusie. Obawiam się jednak, że to Harry musiał za to wszystko zapłacić.

Snape zamarł. Starał się obserwować jak tylko mógł swoich Ślizgonów i to, jak się zachowują teraz wokół Harry'ego, ponieważ wiedział, że w ich relacjach nastąpiły pewne zmiany, ale nikt mu nawet nie zasugerował, jakoby Harry musiał cokolwiek poświęcić w zamian za uwolnienie go.

– Czy wiesz może, co to było? – zapytał.

McGonagall pokręciła głową.

– Przegapił moje zajęcia w piątek przed pierwszym zadaniem, a Draco Malfoy zemdlał w ich trakcie. Doszły mnie plotki, że Hawthorn Parkinson odeskortowała Harry'ego z powrotem do łóżka w jego sypialni w Slytherinie. Wygląda na to, że dotarł do jakiegoś punktu krytycznego, po którym jego psychika po prostu się poddała, Severusie, ale nie mam pojęcia, co to mogło być. – Zamknęła oczy, jakby po raz kolejny przeczesując wydarzenia z tamtego dnia, po czym je otworzyła. Miała w nich błysk kota, który ściga mysz. – Otrzymał tamtego ranka jakiś list.

Czyżby od jego matki?

Snape warknął i wstał. Będzie musiał znaleźć Harry'ego i z nim o tym porozmawiać, w ten czy inny sposób. Od świąt Harry w bardzo efektywny sposób po prostu stanął murem, mówiąc i jemu i Draconowi, że nie chce rozmawiać o tym, co się wydarzyło z Lily, że już było po wszystkim i już wystarczy. Chętnie rozmawiał o zaklęciach, mrocznych sztukach, o tym, co robił podczas pobytu Snape'a w więzieniu, eliksirach, szansach, jakie według niego Scrimgeour miał na zostanie ministrem – czymkolwiek, poza tym, co byłoby najważniejsze do rozpoczęcia jego leczenia, zamiast pozwalania mu po prostu na zamrożenie tych ran.

Snape nie wyobrażał sobie sytuacji, w której Harry mógłby się załamać przez jakiś list, o ile ten list nie pochodził od Lily. A jeśli Harry odpisał na niego po to, żeby dotrzymać jakieś umowy, dzięki której Snape potem wydostał się na wolność...

Moi Ślizgoni pilnują, żeby wciąż był skory do przyjmowania pomocy. Najwyższy czas, żeby wreszcie go zmusić do tego, żeby zaczął nas słuchać, kiedy go prosimy o to, żeby się dla nas nie poświęcał, zwłaszcza za cenę własnej stabilności psychicznej.


Harry opadł na poduszkę i z zamyśleniem obracał list od Jamesa w dłoniach. Napisał do niego, tłumacząc, że nie chce go więcej widzieć i nie życzy sobie, żeby ten się o niego dłużej martwił. Nie będzie się w żaden sposób wtrącał w jego relacje z Connorem, ale zobaczył się znowu z Lily i ta przekonała go, że ma już serdecznie dość posiadania rodziców.

James odpowiedział tym listem, zupełnie jakby nie podobała mu się idea przerywania kontaktu z Harrym. Może po prostu napisał, że to on będzie decydował, kiedy i jak dojdzie do zerwania kontaktu między nami, pomyślał Harry i usta mu drgnęły w uśmiechu.

Podejrzewał, że nie zaszkodzi mu przeczytanie go. Przecież nie musiał odpowiadać, nie miał takiego obowiązku, jak wtedy, kiedy przychodziło do listów od jego matki...

Harry udusił tę myśl, w czym robił się coraz lepszy, po czym wsunął jej martwe ciało pod powierzchnię basenów w jego umyśle, żeby tam sobie pływała pośród innych ciał myśli, które mu się o niej nasunęły. Rozciął kopertę i wyciągnął list. To była prosta i krótka wiadomość.

Drogi Harry,

Napisałeś mi, że wciąż nie zajrzałeś do myślodsiewni, którą ode mnie otrzymałeś. Póki tego nie zrobisz, nie będę mógł ci pozwolić na przerwanie kontaktu ze mną. Musisz mieć rodzica, Harry, a ja jestem najlepszym wyborem do wypełnienia tej roli.

Twój kochający ojciec,

James.

Harry podniósł brwi. No dobra, co racja to racja. Nie chciałem zobaczyć tego, co mi wysłał – pewnie jakichś wspomnień szczęśliwej rodziny, która miałaby mnie skłonić do zmiany zdania – ale może jest w niej coś naprawdę ważnego.

Wyciągnął rękę przed siebie.

Accio myślodsiewnia Jamesa – mruknął.

Kufer, stojący u stóp jego łóżka się otworzył i myślodsiewnia przyleciała do niego, prześlizgując się przez niewielką szparę w zasłonach. Harry był rad, że nikogo innego nie było z nim w pokoju. Blaise poszedł gdzieś, robić maślane oczy do Ginny, Vince przy śniadaniu mówił z podekscytowaniem o wielkiej bitwie na śnieżki z Krukonami, jaka miała się dzisiaj odbyć.

Draco...

Harry pokręcił głową. Draco go trochę za mocno przycisnął tego ranka. Starał się zapewnić Harry'ego, że jego magia nie była obleśna czy śmierdząca i ignorował ciche prośby Harry'ego o to, żeby przestał w ogóle o tym rozmawiać. Harry wreszcie rzucił na siebie zaklęcie kameleona, po czym rzucił iluzję na drzwi, żeby wyglądało, jakby wybiegł z pokoju. Draco szukał go teraz gdzieś, podczas gdy Harry ułożył się wygodnie w swoim łóżku z listem Jamesa i najnowszą książką, którą pożyczył od Snape'a.

Harry przysunął do siebie myślodsiewnię i zignorował własny strach. Tak, miał pewne powody, żeby się bać myślodsiewni, ale James nie miał potęgi i zdolności Dumbledore'a. Harry'emu naprawdę nie wydawało się, żeby James był w stanie zaczarować myślodsiewnię, żeby zrobić z niej pułapkę, nawet gdyby chciał. Poza tym, jego własna magia była na tyle potężna, że powinien być w stanie postawić się dowolnemu zaklęciu, jakie chciałby rzucić na niego jego ojciec.

Zanurzył twarz pod powierzchnię.

Chwilę zajęło mu rozpoznanie pomieszczenia, w którym się znalazł: to był gabinet jego ojca w Lux Aeternie. Harry obrócił się dokoła, przyglądając mu się. Ściany były szczelnie zakryte przepełnionymi książkami regałami, a stojące pod oknem biurko było zasypane papierami. Harry podszedł do niego, zaciekawiony. Wciąż był sam w pokoju.

Pochylił się nad papierami i otworzył szerzej oczy. To były kopie artykułów ze starych numerów "Proroka Codziennego", dotyczących rozpraw śmierciożerców. Na samym wierzchu znajdowała się fotografia Snape'a, który siedział w sali sądowej Wizengamotu, przykuty do krzesła ze wzrokiem wbitym w coś poza aparatem.

– Szukałem i szukałem.

Harry podskoczył i obejrzał się przez ramię. James wszedł, a Remus tuż za nim, wyglądając na bladego i zastraszonego. Harry odstąpił ostrożnie od biurka, mimo, że wiedział, że nie są w stanie go zobaczyć. James usiadł w fotelu za biurkiem i spojrzał zawistnie na artykuły.

– Starałem się znaleźć cokolwiek, co by mi wytłumaczyło wybór mojego syna – wyszeptał – i nie jestem w stanie. Wiem, że facet był szpiegiem Dumbledore'a, poświęcił wiele w czasie tej wojny, ale drań zawsze pozostanie draniem. Posłuchaj tego. – Podniósł papier z samego wierzchu i odchrząknął. – "Zapytany o to, czy to prawda, że ryzykował życiem, by powstrzymać kilka ataków śmierciożerców na mugolskie wioski późnego października tego roku, Severus Snape powiedział Wizengamotowi: «A wierzcie w co chcecie. Przecież i tak będziecie.»" – James pokręcił głową i odłożył papier, uderzając otwartą dłonią w blat. – Wyobrażasz to sobie?

– Nie wydaje mi się, żeby jego generalna skłonność do nieszczerości była powodem, dla którego Harry wybrał go na swojego opiekuna, James – powiedział Remus, pocierając czoło.

Mylisz się, pomyślał Harry, przynajmniej po części. Wyjrzał z zaciekawieniem za okno gabinetu. Wesołe kolory zasugerowały mu mniej więcej wczesną jesień. Czyli ta sytuacja musiała mieć miejsce na niedługo przed tym, jak Remus wyruszył do Sanktuarium.

– Przejrzałem je wszystkie – powiedział niewzruszenie James – szukając jakichkolwiek oznak, że w tym człowieku są te cechy, które powinien mieć – odwaga, siła woli, współczucie. Nie znalazłem nic. Naprawdę mi się wydaje, że Harry popełnił błąd, Remusie. Musiał. Snape po prostu nakłada przy nim odpowiednią maskę, ale tak naprawdę chce mieć Harry'ego przy sobie tylko dlatego, żeby się na mnie zemścić. Szukałem czegoś, co mogłoby zaprzeczyć tej teorii i nie znalazłem niczego.

– Powiedziałem ci już, co widziałem w zeszłym roku w szkole – powiedział Remus. – Były takie chwile, w których Snape był gotów zabić Syriusza, żeby ten nie mógł już więcej zaszkodzić Harry'emu.

– A teraz naprawdę nie żyje. – Głos Jamesa był paskudny i zgorzkniały. Harry się skrzywił. Czy on kiedyś odbył swoją żałobę, tak jak ja i Connor? Jego ojciec z irytacją odepchnął od siebie artykuły. – Sam już nie wiem, Remusie. Podejrzewam, że te gazety po prostu nie potrafią być bezstronne i opisać czegokolwiek z neutralnego punktu widzenia. Poszukam gdzie indziej. – Wstał i ruszył w stronę drzwi. – Po prostu nie wierzę, że człowiek, którym przez całe życie tak pogardzałem, zdołał wygrać więcej uznania w oczach mojego własnego dziecka ode mnie – szepnął.

Remus wyglądał, jakby miał zamiar gorliwie zaprotestować, ale pokręcił głową. Wyszli, zamykając drzwi za sobą. Myślodsiewnia zadrżała lekko i Harry znalazł się w innym wspomnieniu.

Kolejny obraz pokazał mu jego ojca samego w gabinecie, obserwującego wydarzenia z kolejnej myślodsiewni. Harry zignorował myśli o lustrach, które odbijają się w sobie w nieskończoność i przez to można między nimi utknąć i podsunął się, żeby samemu zobaczyć wspomnienie.

Młodszy James unosił się w powietrzu, trzymany za kostki przez zaklęcie, przez co jego szata opadała mu na głowę. Harry nie był w stanie usłyszeć żadnych dźwięków w tej myślodsiewni, ale widział wyraźnie, że młodsza wersja jego ojca miota się i wrzeszczy. Potrafił sobie wyobrazić jak koszmarnie musiał się wtedy wstydzić. James nie znosił, kiedy go ośmieszano, właśnie dlatego eliksir szaleństwa Snape'a tak dobrze na niego zadziałał.

– Jak może w nim być cokolwiek dobrego? – szepnęło wspomnienie starszego Jamesa. – Skoro już wtedy wymyślał takie zaklęcia?

Harry zagapił się na niego ze zdumieniem. Naprawdę mu się wydawało, że coś takiego mnie przekona? Przecież dobrze wiem, że Huncwoci często rzucali się na Snape'a. Ta zawiść nie idzie tylko w jednym kierunku. A jeśli Snape nie był w stanie o niej zapomnieć na dobre, to on pewnie też nie.

– Ktoś taki jak on nie powinien być ojcem – mamrotał dalej James, odsuwając od siebie myślodsiewnię i Harry znalazł się w nowym wspomnieniu, choć zanim to nastąpiło, zdążył jeszcze pomyśleć, Skoro gazety nie są bezstronnymi świadkami, to co byś powiedział o własnych wspomnieniach?

Tym razem James stał z założonymi na piersi rękami na samym skraju trawnika Lux Aeterny, patrząc na osłony ze zmarszczonymi brwiami.

– Harry Potter – powiedział.

Osłony dalej lśniły.

– Draco Malfoy.

Osłony strzeliły lekko prądem, ale pozostawały z grubsza spokojne.

– Severus Snape.

Osłony warknęły i zafalowały, jedna z nich stworzyła coś, co wyglądało jak kieł, albo kolec skorpiona. James kiwnął głową, usatysfakcjonowany, i odstąpił od osłon, które szybko stopiły się z powrotem z resztą magii.

– Wciąż uważają go za mrocznego, podłego drania – powiedział.

Harry wywrócił oczami. Czy on zapomniał, że ten dom polega na nim i przejmuje po nim jego sympatie i antypatie? Oczywiście, że nie pozwoli Snape'owi na wejście. Praktykował mroczną magię, ale tak samo robił to Draco i tak samo robiłem to ja. To emocje Jamesa są tutaj głównym wyznacznikiem względem tego, komu wolno wejść, a komu nie.

I tak to szło, jedno wspomnienie za drugim, w których James najwyraźniej szukał jakichś dowodów na istnienie czegoś dobrego w Snape'ie i ciągle nie znajdował niczego. Harry przyglądał się temu z rosnącym zniesmaczeniem. Był w stanie docenić determinację jego ojca, który chciał się upewnić, że skoro ma poddać komuś jednego ze swoich synów, to ten zostanie przejęty przez dobrego człowieka, ale jego uraza sprawiała, że stał się ślepy na wszelkie, choćby najmniejsze ślady czegokolwiek dobrego. Umysł Snape'a był pod tym względem jeszcze bardziej ograniczony, to prawda, ale Harry miał wrażenie, że jego ograniczenie było dokładnie tym, czego potrzebował.

Byłoby miło, gdyby wreszcie przestał zagadywać do mnie o Lily.

Wspomnienia skończyły się widokiem Jamesa, piszącego list, który załączył do myślodsiewni. Harry wyciągnął głowę z westchnięciem i obrzucił myślodsiewnię uważnym spojrzeniem, zastanawiając się, czy nie powinien jej odesłać z powrotem.

Nie, uznał wreszcie. Nie chcę, żeby uznał, że odrzucam to, co starał się dla mnie zrobić. Lepiej jednak, żeby moja odpowiedź do niego była absolutnie jasna, konkretna i rzeczowa.

Przyzwał do siebie arkusz pergaminu i pióro, po czym napisał list, opierając go o książkę do obrony przed mroczną magią.

Drogi Jamesie,

Obawiam się, że wciąż uważam, że Snape jest dla mnie odpowiednim opiekunem. Nie jest tobą i nie jest Lily czy Dumbledore'em, a na chwilę obecną to robi z niego najlepszego kandydata. Jest gotów walczyć w mojej obronie. Robi wszystko, co w jego mocy, żeby mnie nauczyć, jak mam się bronić sam. Nie uważa, że wojna przeciw Voldemortowi jest ważniejsza ode mnie. Niedawno uratował mi życie. Ciągle ci powtarzam, że jestem przy nim szczęśliwy. Powiem ci to więc jeszcze raz i mam nadzieję, że tym razem mnie wysłuchasz, zamiast uważać, że twój własny syn nie ma pojęcia o czym mówi.

Harry

Harry zastanowił się przez chwilę, po czym dopisał:

P.S.: Nie przeszkadza mi utrzymywanie z tobą kontaktu, ale próby zmuszenia mnie do powrotu do ciebie to najgorsze, co możesz w tej chwili zrobić. Bo zerwanie z tobą kontaktu na dobre przyjdzie mi bez jakiegokolwiek problemu.

Nie był pewien, czy to dobry pomysł, ale James zdawał się być mniej beznadziejnym przypadkiem niż się Harry'emu w pierwszej chwili wydawało. W dodatku nie był Lily i wyglądało na to, że nie był w żaden sposób związany z planami Lily i Dumbledore'a. Jeśli kiedykolwiek pojawi się choćby cień wątpliwości pod tym względem, Harry zacznie po prostu spalać listy od niego w chwili, w której one do niego przyjdą i nigdy więcej do niego nie napisze.

Poszedł do sowiarni, żeby wysłać swój list. Sowy elekcyjne mijały go od czasu do czasu, nie poświęcając mu żadnej uwagi. Harry uznał to za cokolwiek odświeżające.

W drodze powrotnej zatrzymał się przy pewnej zapieczętowanej, opuszczonej klasie i przejechał dłonią po drzwiach, wzdychając ciężko.

Będzie musiał porozmawiać o tym ze Snape'em.


Snape podniósł głowę, zaskoczony, kiedy ktoś zapukał do jego drzwi. Nie wysłał jeszcze wiadomości do Harry'ego, a przecież nikt by go z własnej woli nie szukał w pierwszy dzień nowego roku.

– Proszę – powiedział.

Harry otworzył drzwi. Snape'owi wystarczyło jedno zerknięcie na jego zaciśniętą szczękę, żeby się przekonać, że wcale nie będzie musiał przywoływać swojego wychowanka na poważną rozmowę.

Odchylił się na oparcie swojego fotela i przyglądał Harry'emu, kiedy ten podszedł do biurka i założył ręce. Snape niczego nie powiedział. Jeśli Harry oczekiwał od niego, że domyśli się, o co mogło mu chodzić, to się przeliczył. Przekonał się również, że zbyt bezpośrednie nawiązywanie do Lily sprawiało, że chłopiec się cały zjeżał. Najlepiej będzie więc pozwolić mu wybrać kierunek, w jakim powinna zostać poprowadzona ta rozmowa, a potem Snape ją przejmie i skręci na właściwe tematy.

– Chcę się dowiedzieć, co robi eliksir Meleagera – powiedział Harry.

Snape wiedział, że nie udało mu się w pełni ukryć zaskoczenia, kiedy poczuł jak oczy mu się szerzej otwierają, ale przynajmniej szybko się opanował, w dodatku tylko Harry był w stanie to zobaczyć.

– Czemu? – zapytał.

– Ponieważ Fawkes tak naprawdę wcale nie spalił pańskiego eliksiru i wszystkich związanych z nim notatek. – Harry nie brzmiał, jakby był choćby w najmniejszym stopniu było my wstyd za to kłamstwo. – Jego próbka wciąż stoi w jednej z klas na górze, zapieczętowanej magią skrzatów domowych. Nie odważyłem się jej zniszczyć czy zgasić unoszącej się w samym jej środku świeczki, ponieważ nie wiedziałem, co by się stało ministrowi Knotowi, gdybym to zrobił. Co by mu się stało?

Snape uszczypnął się w nasadę nosa i przypomniał sobie, że nie powinien się złościć. Jego celem na dzisiaj było wytrącenie Harry'ego z równowagi, ponieważ inaczej nie dało się go namówić do swobodnego mówienia tego, co miał na myśli. Poza tym, uwarzył te eliksiry pod wpływem zimnego gniewu. To go z miejsca stawiało na przegranej pozycji w tej rozmowie.

– Spaliłaby go – powiedział Snape. – Przerażająco. Boleśnie. Od środka. Wypalałaby też lata jego życia, choć nie zdawałby sobie z tego sprawy. Nawet, gdybym zostawił tę świeczkę w spokoju, to może zyskałby jeszcze trzy lata. Albo pięć. Czy dziesięć. Wszystko zależałoby od mojej woli.

Spojrzał na Harry'ego i zauważył, że jego wychowanek marszczy lekko brwi.

– Jak pan mógł zrobić coś takiego? – zapytał Harry.

Snape przechylił głowę na bok. Nie zdenerwujesz się. Nie możesz sobie na to pozwolić.

– Masz na myśli, jak mogłem uwarzyć taki eliksir?

– Tak. – Harry przyjrzał mu się uważnie. – Wiem, że jest pan zdolny do wielkich rzeczy, wspaniałych rzeczy. Nie stroni pan od współczucia innym, leczenia ich. Jak pan mógł uwarzyć taki eliksir ministrowi, który nic nawet panu nie zrobił?

Snape uznał, że w tym momencie Harry posunął się za daleko.

– Przestań udawać idiotę – syknął, wstając z fotela. – Powiedziałeś pod Veritaserum, że uważasz, że znasz moje powody, dla których miałbym uwarzyć coś takiego. Wiesz dobrze, że zrobiłem to, żeby pomścić twoją zniewagę, żeby skrzywdzić go tak, jak on skrzywdził ciebie. Możesz osądzać mnie ile chcesz za to, że taką reakcją dałem się ponieść własnej dumie, że dałem się złapać jak ostatni głupek, że pozwoliłem, żeby moja nienawiść przesłoniła mi zdrowy rozsądek, ale nie pozwolę ci udawać, że uważałeś, że powinienem mu wybaczyć. Wiesz, czym jestem, Harry. Nie wybaczyłem nikomu, kto cię skrzywdził, o ile już nie zapłacili za to odpowiedniej ceny. Black za to zapłacił. Żadne z pozostałych jeszcze tego nie zrobiło.

Twarz Harry'ego pobladła. Snape zdawał sobie sprawę z tego, że to zaczynało nachodzić na terytorium, po którym nie chciał chodzić razem ze Snape'em i Draconem. Nie wycofał się jednak i starał się przywrócić rozmowę do poprzedniego meritum, eliksiru Meleagera.

– Co możemy teraz z tym zrobić?

– Mógłbym uwarzyć antidotum – powiedział niechętnie Snape. Zauważył, że już niemal wyminął swoje biurko, więc zatrzymał się. – Problem może być jedynie w tym, żeby minister zgodził się je przyjąć. Mam wrażenie, że lepiej byłoby zamiast tego zrobić neutralizator, coś, co może zmienić próbkę eliksiru w nieszkodliwą wodę. Zaraz się za to zabiorę. – Przyjrzał się bacznie Harry'emu. – Czy to cię usatysfakcjonuje?

Harry kiwnął głową.

– Tak długo, jak uważa pan, że Knot nie poniesie żadnych efektów pobocznych po zneutralizowaniu reszty eliksiru.

– Nie. On działa dokładnie tak, jak ci to opisałem. – I tak było. Snape nie miał zamiaru czegokolwiek ukrywać przed swoim wychowankiem, nie tym razem. Chciał tylko, żeby jego szczerość została wynagrodzona szczerością. – I nie mam powodu, żeby więcej z niego skorzystać. Ślady różnych trucizn pozostaną w ciele Knota, ale bez mojej woli do wprowadzenia ich w życie i bez płonącej świeczki, która byłaby kotwicą mojej woli, pozostaną bierne.

Harry odprężył się lekko, ale spięte linie przy kącikach jego oczu pozostały.

– I tak uważam, że nie powinien był pan tego robić – powiedział.

– Nie, nie powinienem – zgodził się z nim szybko Snape i zobaczył, że Harry zamrugał, zaskoczony, zbity z pantałyku. Uderzył. – To było głupie z mojej strony, ponieważ potrzebujesz opiekuna, który nie będzie się bezsensownie poświęcał. Tak samo, jak mi niepotrzebny jest wychowanek, który się bezsensownie poświęca za mnie. Czy odpisałeś na listy od swojej matki po to, żeby Dumbledore zagłosował za zwolnieniem ministra i uwolnieniem mnie?

Rumieniec, który zalał policzki Harry'ego, wystarczył mu za odpowiedź. Ten jednak pokręcił chwilę potem głową.

– Niech pan o niej nie mówi – szepnął. – Już po wszystkim.

– Kiedy już nie będę w stanie zobaczyć ziejących ran na twojej duszy w miejscach, w których ją naderwała, to sam też uznam sprawę za zakończoną – powiedział Snape. – Obiecałem ci, że jej nie skrzywdzę, Harry, i tego nie zrobiłem. Opuściła Hogwart żywa, to chyba najlepsze ku temu świadectwo. – Noc po świętach była koszmarnym testem jego samokontroli. Byłby naprawdę szczęśliwy, gdyby mógł po prostu wejść do skrzydła szpitalnego i zakończyć wszystko jedną, spokojną Avada Kedarvą, ale ostatnie, czego Harry w tej chwili potrzebował, to żeby jego opiekun znowu wylądował w więzieniu. – Nie poprosiłeś, żebym cię zostawił w spokoju rannego i z okaleczoną duszą.

Furia zabłysła w oczach Harry'ego. Snape rozpoznał jednak też kryjącą się za nią panikę.

– Nie chcę o tym rozmawiać – zdołał z siebie wydusić. – Przecież już wie pan wystarczająco. Draco wie jeszcze więcej. Słyszał, co mi powiedziała. Chyba wystarczy, że wiecie, prawda? Po co mam w kółko o tym z wami rozmawiać? Nie musicie mnie ciągle widzieć.

– Harry...

– Nie chcę, żeby pan na mnie patrzył – szepnął Harry. – Nie na tę część mnie. Niech pan obieca, że pan tego nie zrobi.

Snape pokręcił głową.

– Nie złożę ci obietnic, których nie będę w stanie dotrzymać.

Harry warknął na niego. Wyglądało na to, że przebił się przez chłodną obojętność chłopca, ale spodziewał się tam znaleźć znacznie więcej gniewu. Harry był przede wszystkim przerażony.

– Cierpiałem. Proszę. Czy to właśnie chciał pan ode mnie usłyszeć? Cierpiałem i już nigdy więcej nie będę cierpiał z ich rąk. Nie trzeba ich karać. Obaj macie jakąś obsesję na punkcie szukania winnych. Draco się pod tym względem po prostu nie chce zamknąć. Nawet, kiedy już go błagam, żeby przestał mówić o Lily, on wciąż próbuje mnie zapewnić, że moja magia nie jest obrzydliwa.

– Czy to ci właśnie powiedziała? – zapytał cicho Snape. Gdyby wiedział o tym tej świątecznej nocy, to nie byłby już wcale taki pewien, czy Lily uszłaby z Hogwartu żywa. A może uszłaby, ale nie w jednym kawałku. Istniały zaklęcia, które nie pozostawiały żadnych śladów, do tego zawsze było Obliviate.

– Przecież to nie ma znaczenia. – Harry wyglądał na rozdartego między ucieczką i opadnięciem na ziemię z rezygnacją. – Proszę. Niech pan przestanie. Nie muszą cierpieć. Nie ma potrzeby się mścić.

– Z tym się nie zgodzę – mruknął Snape. – Ale przyznam, że powinniśmy pozwolić wymiarowi sprawiedliwości o tym wszystkim zadecydować.

– A co niby takiego zrobi w tym przypadku sprawiedliwość? Tylko przyniesie więcej bólu. Nie. Niech pan to zostawi w spokoju. Nie będę miał z nią więcej do czynienia, zabrałem już jej więcej niż sobie na to zasłużyła. Proszę przestać.

Snape po prostu przyglądał się Harry'emu, nie mówiąc nic innego, pozwalając swojemu wychowankowi wziąć się w garść. Harry zamknął oczy i przez dłuższą chwilę po prostu stał w ciszy, po czym wreszcie pokręcił głową. Kiedy otworzył oczy, uśmiechał się i zdawał się być zdeterminowany, żeby zapomnieć o całej sprawie.

– Czy mogę panu pomóc w wynajdowaniu neutralizatora eliksiru Meleagera? – zapytał.

Snape kiwnął głową. To jeszcze nie był odpowiedni moment, żeby go o to naciskać. Jeszcze nie.

Nie wierzył jednak w to, żeby Harry miał rację. Jeśli coś, to pozostawił za sobą wrogów, a to nie było bardzo ślizgońskie z jego strony. Jeśli nie może być zemsty, to przynajmniej nastąpi sprawiedliwość. A zawsze istniała możliwość, choćby w tej chwili nie wiem jak nieznaczna, że Wizengamot pewnego dnia spróbuje zmusić Harry'ego do powrotu do jego krewniaków.

Kiedy pracowali, wzrok Snape'a często uciekał do kociołka pełnego czystego eliksiru myślodsiewnego, który stał w kącie pokoju. Nie będzie gotowy do zbierania wspomnień, póki się go nie przeleje do szklanego pojemnika, ale Snape i tak by go nie użył na Harrym. Ale co z osobą, która chętnie wzięłaby udział w takim projekcie, która też chciałaby zobaczyć, jak matka Harry'ego zwija się w cierpieniach i która wiedziała więcej o całej sytuacji niż Snape?

Będę musiał zapytać Draco, czy ten nie byłby gotów podzielić się ze mną swoimi wspomnieniami.


Rufus poderwał głowę z półsnu i zamrugał. Wieża dzwoniła jakby ktoś szarpał za sznur ogromnego dzwonu, a wokół nich nie było już żadnych pustych miejsc na żerdziach. To znaczyło, że powróciły ostatnie z sów elekcyjnych.

Kiwnął do Amelii, która wstała.

– Wypuście karty – powiedziała.

Reagując na głos kandydatki, sowy otworzyły swoje dzioby i wciągnęły brzuchy. Wystrzeliły z nich karty, lądując w dwóch, eleganckich stosach. Rufus wiedział, że jeden z nich będzie się składał z głosów z jego imieniem, a drugi z imieniem Amelii.

Liczyli głosy w milczeniu, każde z nich zajęło się najpierw własnym stosem. Serce Rufusa przyspieszyło, kiedy minął liczbę dwóch tysięcy, ale dalej się nie odezwał. Kiedy już skończył, zapisał ostateczny numer, rzeźbiąc go różdżką w podłodze wieży.

Sześć tysięcy osiemset dwa.

Następnie przeszedł do stosu Amelii, podczas gdy ona przysunęła się do jego i znowu zaczęli liczyć. Na Amelię oddano pięć tysięcy sześćset dziewięć głosów.

Rufus poczuł, że zaczyna mu się kręcić lekko w głowie, mimo, że oboje spali i jedli coś od chwili, w której znaleźli się w wieży i oczywiście, poniekąd, spodziewał się, że wygra. Odchylił się do tyłu, wziął głęboki oddech, wyrzeźbił na podłodze swój ostateczny wynik, po czym przesunął kawałek stosu na bok, żeby zobaczyć liczbę Amelii. Minęli się o kilka cyfr, ale tylko pojedynczych, nawet nie szło to w dziesiątki. Na dobrą sprawę się z nim zgodziła.

Sowy wydały z siebie ciche, chóralne huknięcie, sygnalizując, że poprawne procedury zostały wypełnione. Następnie odwróciły łby w kierunku Rufusa, pokłoniły mu się i zamarły w miejscu, czekając na kolejną okazję, kiedy będą potrzebne.

Spojrzał ponad stosem głosów i zobaczył, że Amelia uśmiecha się do niego łagodnie.

– Gratulacje, Rufusie – powiedziała i podniosła się z podłogi. Przeciągnęła się, żeby rozluźnić zastałe mięśnie i skrzywiła, kiedy kilka stawów jej strzeliło. – Tak mi się wydawało, że tak to się właśnie skończy. Nie wszyscy głosowali, oczywiście, ale to zdecydowanie twoje zwycięstwo. – Wyciągnęła rękę i Rufus podszedł, żeby jej pomóc. – Które z tych nowych zmian, o których wspominałeś wcześniej, masz zamiar zaimplementować w pierwszej kolejności? – Jeśli czuła jakikolwiek zawód, to naprawdę dobrze się z tym kryła.

Rufus został z tyłu jeszcze przez moment, żeby popatrzeć na sowy, a potem na światła mugolskiego Londynu. Serce mu szybko biło i wciąż nie docierało do niego, że naprawdę jest nowym ministrem magii.

Potem pomyślał o zmianach, o jakich mówiła Amelia, uśmiechnął się i uwierzył.

– Najpierw – powiedział konwersacyjnie – zwolnię Kingsleya Shacklebolta. Zadeklarował gro swojej lojalności Lordowi, zamiast przedłożyć prawo i ministerstwo ponad niego, a jeśli czegoś na pewno nie cierpię, to kiedy Lordowie mi się wtrącają w moje ministerstwo.

Amelia roześmiała się. Rufus nie rozumiał, czemu. W końcu to teraz było jego ministerstwo i ludzie będą musieli się nauczyć, że nie będzie się układał z żadnymi Lordami.