Rozdział czterdziesty drugi: Ani Harry, ani Snape nie są specjalnie zadowoleni
Musisz stąpać ostrożnie.
Snape wiele razy w swoim życiu słyszał tę poradę – nie zawsze w tych słowach, czasem w bardziej wykwintnych, które większość Ślizgonów adaptowała w swoim dorosłym życiu, ale zawsze sprowadzało się do tego ostrzeżenia. Stąpaj ostrożnie, albo zostaniesz przyłapany. Stąpaj ostrożnie, albo wydasz się z tym, co chcesz zdobyć i znajdzie się ktoś silniejszy od ciebie, kto będzie tego przed tobą bronił. Stąpaj ostrożnie, albo pokażesz swoim wrogom na jak wiele cię stać i ci spróbują cię powstrzymać po prostu z zawiści. Stąpaj ostrożnie, albo Huncwoci cię znajdą i złapią.
– Severusie, czemu masz aż tak zdegustowaną minę?
Snape zerknął w bok. McGonagall jest trochę zbyt spostrzegawcza dla własnego dobra.
– Bez powodu – powiedział uprzejmie. – A przynajmniej bez większego powodu niż zazwyczaj. Przecież nawet ciebie musi czasem degustować myśl o nauczaniu bandy bezużytecznych bałwanów, którzy nigdy nie opanują czegokolwiek ponad obowiązkowej podstawy twojej sztuki.
McGonagall podniosła głowę. Tak lepiej, pomyślał Snape. Wolał ją jako urażonego Gryfona, niż jako kobietę, która niemal wylądowała w jego domu. Gryfoni naprawdę nie powinni być tak spostrzegawczy.
– Sztuka transmutacji diametralnie różni się od eliksirów, Severusie, i ty dobrze sobie zdajesz z tego sprawę. Większość eliksirów to po prostu pilnowanie się instrukcji. Do transmutacji jednak potrzeba prawdziwej pasji i bystrego oka, które będzie miało na uwadze wszystkie części obiektu czy stworzenia.
– Może moja sztuka wymaga mniej pasji od twojej, ale przynajmniej musi być precyzyjna. – Snape dopił swojego soku i wstał. Nigdy tak naprawdę nie lubił soku z dyni, ale przez lata przyzwyczaił się do niego podczas jedzenia śniadania w Wielkiej Sali. Ostatnie, czego teraz chciał, to zwracać na siebie uwagę, a Dumbledore zauważy, jeśli nagle zmieni choćby tę drobną rutynę. – Właśnie dlatego tak wielu twoich lwiątek potyka się i upada podczas swoich sumów.
McGonagall łypnęła na niego i mruknęła pod nosem coś o wężach, które zatruwają swoje własne wysiłki, ale Snape nie zatrzymał się, żeby jej wysłuchać i spokojnie wyszedł z sali. Wzrok Dumbledore'a był wbity w jego plecy przez całą drogę.
Oczywiście, że tak. Stąpałem trochę za ciężko tamtej nocy w jego gabinecie, kiedy Harry mu się postawił.
To było już niemal miesiąc temu, dni stycznia mijały szybko, a Snape wciąż nie znalazł sposobu na wykorzystanie swojego eliksiru myślodsiewnego, dzięki czemu znalazłby sposób na zmuszenie go do zapłacenia za to, co zrobił. Bez wspomnień od Dracona czy Harry'ego na dobrą sprawę utknął w miejscu. Nikt inny nie widział tak wiele. Nikt inny nie wiedział tak wiele. Obrazy od Jamesa czy Lily Potter byłby w stanie wyciągnąć wyłącznie siłą, a miał dobre powody, by ich unikać – Lily przez wzgląd na daną Harry'emu obietnicę, Jamesa, ponieważ miał wrażenie, że nie byłby w stanie utrzymać różdżki na wodzy przebywając w zamkniętym pomieszczeniu z tym debilem.
Coś jednak trzeba wreszcie zrobić, pomyślał, wchodząc do klasy i słysząc, jak przytłumione chichoty i parsknięcia śmiechem Gryfonów momentalnie cichną. Nauczyli się już, że on nigdy nie jest w dobrym nastroju podczas tych podwójnych zajęć ze Ślizgonami. Wyglądało na to, że nie zauważyli jeszcze, że wcale nie potrzebował prowokacji z ich strony, żeby odebrać im za coś punkty.
Odwrócił się w kierunku klasy i zauważył, że Harry i Draco siedzą z przodu, obok siebie. To przynajmniej było dobrym znakiem. Kiedy się kłócili, Harry pracował sam. Teraz zerkał od czasu do czasu na Dracona, jakby starając się zgadnąć, kiedy ten wreszcie nabierze rozumu i ucieknie od niego, ale przynajmniej miał chociaż jedną osobę, z którą mógł swobodnie porozmawiać i która go wysłucha.
Snape musiał przyznać, że żałował, że sam nie jest tą osobą, ale popełnił błędy i będzie musiało minąć trochę czasu zanim Harry znowu nauczy mu się ufać. Był gotów na to zaczekać.
Popełniłeś jeszcze więcej błędów. Wciąż nie powiedziałeś mu o przymuszeniu, jakie książka narzuciła na Draco.
Snape przypilnował, żeby jego twarz pozostała niezmieniona.
– Uwarzycie dzisiaj eliksir ze strony pięćdziesiątej trzeciej w waszych podręcznikach – warknął. – Znajdziecie tam wszystkie instrukcje. Zaczynajcie.
Zaczął krążyć po sali, wykorzystując ten czas, żeby przyjrzeć się twarzom. Pansy Parkinson i Milicenta Bulstrode od razu wstały i razem poszły po potrzebne im składniki, Pansy słuchała intensywnie tego, co mówiła jej Milicenta. Snape zauważył, że dziewczyna Bulstrode'ów była ostatnio coraz bardziej spięta i nerwowa. To było naturalne, kiedy jej matka miała termin pod koniec lutego. Narodziny czystokrwistych dzieci były rzadkim i drogocennym wydarzeniem.
Vincent Crabbe pochylił się w kierunku Blaise'a, żeby podzielić się z nim swoim podręcznikiem. Po chwili wstali, żeby zebrać niezbędne materiały. Blaise obejrzał się po drodze na Harry'ego i Dracona. Snape nie miał pewności, dlaczego na jego twarzy pojawiał się w takich chwilach tak przepełniony emocjami wyraz. Nie sądził, żeby chłopak był zazdrosny o więź, jaką ci dzielili między sobą – ostatecznie sam szalał na punkcie swojej dziewczyny, najmłodszej ze stada Weasleyów – wierzył jednak, że Blaise rozważa, co może na tym zyskać.
Snape zauważył też, że nie tylko Ślizgoni tak robili, bo kiedy Harry wstał, kilku Gryfonów, głównie czystokrwistych, też obróciło w jego kierunku głowy. Ostatnio coraz częściej znajdował swojego wychowanka w centrum skupienia coraz większej ilości spojrzeń, niczym słońce, które wyłapuje coraz więcej planet.
Draco szybko ruszył za Harrym. Snape pozwolił sobie na niewielki uśmiech. Wyglądało na to, że chłopiec wciąż nie powiedział Harry'emu o tym, że się w nim zakochał – Snape miał wrażenie, że by się o tym dowiedział – ale też nie starał się zmieścić w terminie, który kiedyś sobie ustalili. To było zaskakujące, że Draco w ogóle w dalszym ciągu się upierał przy tych uczuciach. Snape był przekonany, że do tej pory te się rozwieją na dobre.
Niech wszystko idzie swoim torem. Nie wierzę, że powinienem je pospieszać czy zmienić. Z drugiej strony, uważam, że Draco się niebawem podda. Normalni ludzie nie odnajdują prawdziwej miłości w wieku czternastu lat.
Od kiedy niby Harry i Draco byli normalni?
Draco jest z pewnością bardziej normalny od Harry'ego, pomyślał Snape, dochodząc do końca klasy i zawracając, ale nie mogę też pozwolić moim osobistym preferencjom wpłynąć na mój osąd i uznać nagle, że są wyjątkowo nadzwyczajni. Inaczej mogę zacząć podchodzić niekrytycznie do wszystkiego, co mi powiedzą, a nie mogę do tego dopuścić. Harry potrzebuje rodzica. Draco potrzebuje kogoś, kto nie będzie się przed nim korzył wyłącznie przez wzgląd na jego nazwisko i myśl o tym, co kiedyś robił jego ojciec. Obaj potrzebują ograniczeń.
Zatrzymał się nagle, akurat wtedy, kiedy miał ruszyć przerwą między ławkami Gryfonów. Connor Potter obejrzał się na niego z cichą rozwagą, Weasley z otwartym buntem. Wyglądało na to, że Gryfoni wciąż nie do końca zdążyli się pogodzić z faktem, że wrócił na stanowisko nauczyciela eliksirów.
Dwie niczym niezwiązane sprawy nagle zaczęły biec równym torem w umyśle Snape'a, co się zwykle nie zdarzało poza momentami, kiedy był w trakcie warzenia eliksiru.
– Gryffindor traci pięć punktów przez Weasleya, który spojrzał na swojego profesora z miną, która nie wyrażała odpowiedniego szacunku – powiedział, żeby pokazać, że jego krótka przerwa miała cel, po czym ruszył dalej w kierunku przodu klasy.
Ograniczenia. Tak.
Będę musiał trochę nad tym popracować, ale nie znowu aż tak dużo. Wierzę, że mam przynajmniej jedną przewagę nad moim partnerem w tym tańcu, że ten będzie aż nadto skory do poprowadzenia moich niepewnych kroków i uwierzenia, że te pojawiły się przez moją słabość, a nie przez wzgląd na jakiś nadzwyczajny plan. Jest zbyt przyzwyczajony do tego, że kontroluje wszystko i wszystkich.
– Severusie! Wejdź, mój drogi chłopcze, wejdź.
Snape usłyszał wyraźne zadowolenie w głosie dyrektora. Dumbledore pewnie wierzy w to, że go powoli ściąga do siebie z powrotem, ostatecznie Snape poprosił o tę audiencję z własnej woli.
Wejdź, powiedział sobie Snape. Nadgorliwość w niczym ci tu nie pomoże. Do tego będziesz musiał mu przynajmniej parę razy w ciągu tej rozmowy spojrzeć w oczy, inaczej naprawdę zacznie podejrzewać, że masz coś do ukrycia.
– Dyrektorze – wymamrotał, bardzo ostrożnie brzmiąc, jakby wyłącznie konieczność zmuszała go do użycia tego tytułu i wyjątkowo tego nienawidzi. Poderwał głowę w szybkim geście, po czym znowu opuścił wzrok sunąc niepewnie w kierunku stojącego przed biurkiem fotel. Miał doświadczenie w promieniowaniu niechęcią i nawet pewnego rodzaju nienawiścią i wiedział, że Dumbledore będzie spijał z niego te emocje, wierząc coraz bardziej ochoczo w to, że oto zaczyna się rewolucja w uczuciach Snape'a.
– Proszę, mój drogi chłopcze, nazywaj mnie Albusem.
Snape usiadł, wciąż nie podnosząc głowy.
– Obawiam się, że nie jestem jeszcze na to gotowy. – Ku jego prywatnej uciesze, dokładnie te same słowa skierował go niego wcześniej cholerny Connor Potter, jęcząc je, kiedy otrzymał szlaban za zrujnowanie swojego eliksiru.
Pod powierzchownymi emocjami wznosił swoje tarcze oklumencyjne – tarcze, które oszukały Mrocznego Pana, najbardziej utalentowanego legilimentę, względem jego prawdziwych sojuszy zawartych w ostatnim roku jego panowania. Jasne, Snape podejrzewał, że dyrektor jest jeszcze lepszy w odczytywaniu myśli od Mrocznego Pana, ale uważał, że oślepi go pragnienie zobaczenia w nich dokładnie tego, na co ma nadzieję.
To był taniec, podobny do tak wielu innych spraw w życiu Ślizgonów. W przeciwieństwie jednak do rytuałów czystokrwistych, to był ten rodzaj, który Snape rozumiał, w którym był instynktownie dobry, w którym się odnosił sukcesy. Durni Gryfoni nigdy nie uwierzyliby w to, że Ślizgoni ponoszą jakiekolwiek ryzyko. Ponosili jednak, ale wyłącznie w chwili, w której mogli zyskać na nim coś znacznie większego.
Tego właśnie rodzaju ryzyka Harry się podjął w sali sądowej Wizengamotu, kiedy przyjął Veritaserum, a Snape'owi wydawało się, że ten nie będzie w stanie odpowiedzieć szczerze na swoje pytania innymi słowami, które jemu samemu się cisnęłyby na język.
Podniósł wzrok i spojrzał Dumbledore'owi w oczy, zbierając się w sobie przeciw intensywnemu badaniu, jakie to będzie ze sobą niosło.
Poczuł delikatne, próbne dotknięcia legilimencji. Przetoczył się pod nimi, z chwili na chwilę decydując, czy nie uchylić tarcz i nie wpuścić Dumbledore'a do środka, udając, że wcale tego nie zauważył, ale jednocześnie trzymając go z dala od wszystkiego co istotne, zauważając jego wpływy i broniąc się zajadle. Każdy wybór mógłby być tym niewłaściwym, tym, który skończy tę całą szaradę.
Żaden z tych wyborów nie był. Dumbledore wciąż uśmiechał się do niego szeroko.
– Mam nadzieję, Severusie, że kiedyś znowu będziesz gotów nazywać mnie Albusem.
Snape siedział przez dłuższą chwilę w ciszy, po czym kiwnął powoli głową.
– Może i tak będzie – powiedział, pozwalając, żeby jego głos zabrzmiał głucho od starej desperacji i przekonań.
Poczuł, jak Dumbledore się odpręża. Tego właśnie Snape'a znał, to z nim miał do czynienia odkąd Snape uciekł od śmierciożerców i przybył do niego w nadziei na zdobycie sanktuarium. Znał ludzkie słabości tego człowieka, jego aż nazbyt ludzkie wady, błędy i pragnienia. Wiedział, że Snape zgodził się zostać szpiegiem, ponieważ czuł, że powinien był jakoś odpokutować to, co zrobił, ale też gardził Dumbledore'em za to, że ten w ogóle zasugerował mu tę rolę, kiedy mógł mu po prostu pozwolić pozostać w bezpiecznych murach Hogwartu. Łączyły ich poplątane więzi długów, obowiązków i zobowiązań, zbyt wiele ich wszystkich było, żeby je kiedykolwiek na dobre rozwiązać. Dumbledore wierzyłby, że ta stara lina złapała Snape'a za kark i znowu ściągała go z powrotem, skrzywionego, warczącego, niechętnie przypominającego sobie jak wiele zawdzięcza temu staremu człowiekowi.
Nie wiedział, że podstawowy sojusz Snape'a uległ zmianie, co pozwoliło mu przeciąć tę linę bez najmniejszego żalu.
– O czym chciałeś ze mną porozmawiać? – zapytał Dumbledore.
Snape zamrugał, powoli, jakby się zgubił we wspomnieniach z przeszłości. Obrócił głowę i zapatrzył się w przeciwległą ścianę. Przełknął ślinę.
– Chciałbym się dowiedzieć, jakie są pańskie ostateczne plany względem mojego wychowanka – szepnął.
– Harry'ego Pottera, Severusie. – Głos Dumbledore'a był szybki i zadowolony z siebie. – On ma nazwisko. Ma żyjących rodziców. I to jest pewnie część twojej odpowiedzi, ale domyślam się, że tego akurat się spodziewałeś. Mam zamiar pogodzić Harry'ego z jego rodzicami, jeśli tylko to będzie możliwe. Przyznaję, że po fiasku w ostatnie święta...
Tak też można to nazwać.
– ...mam względem tego jeszcze mniej nadziei niż kiedykolwiek. Nie chcę jednak dopuścić, żeby jakakolwiek rodzina pod moją opieką została na dobre rozdzielona. Lily tak wiele musiała poświęcić w czasie wojny z Voldemortem, włącznie ze swoim starszym synem i własną magią. To cud, że Poppy zdołała uratować jej stopę, dzięki czemu nie musimy jej teraz dopisywać do listy ofiar, które musiała ponieść. Zawsze miałem zamiar zwrócić jej rodzinę, na którą zawsze zasługiwała, kiedy już wojna dobiegnie końca. Wciąż jest nadzieja, że Harry, tak samo jak Connor, przeżyją. Chcę, żeby po wszystkim zamieszkali ze swoją matką, w spokoju, póki nie dorosną, a potem pewnego dnia zaczną ją odwiedzać, a jej wnuki będą ją całowały.
Po moim trupie. W imię Merlina i mojej magii, zakończę ten ból.
– A James? – Snape pozwolił, żeby to imię zabrzmiało, jakby ktoś złapał jego trzewia ostrym haczykiem i pociągnął. Nieszczególnie trudno było mu przywołać tę konkretną emocję.
– Ach, tak, James. – Dumbledore westchnął. – Biedak nie kontaktował się ze mną od miesięcy, więc nie znam jego myśli tak dobrze jak to było kiedyś. Ale on też wiele poświęcił. Wiesz o tym, Severusie. – Dumbledore posłał mu lekko karcące spojrzenie, na które Snape nawet nie starał się odpowiedzieć. – Poddał swoją pozycję pośród aurorów, żeby móc pozostać ze swoją rodziną, chronić ich przed śmierciożercami, którzy by się na nich rzucili po upadku Toma.
Wątpię. Ze wspomnień, na jakie Snape czasem znajdował w umyśle Harry'ego podczas jego treningów oklumencyjnych, wierzył, że bardziej prawdopodobnym było, że James Potter był tchórzem, którego wymagania świata po prostu przerosły. Dlatego właśnie ukrył się w Dolinie Godryka, tak samo jak potem zamknął się w Lux Aeternie.
– Nie poświęcił tak wiele jak Harry. – Snape nie musiał też udawać emocji, które wypełniły te słowa. Był z tego rad. Kłamstwo zawsze było lepsze, kiedy się je wspierało odrobiną prawdy, w ten sam sposób w jaki żelazo zmieszane ze stalą było silniejsze niż gdyby je zostawiono samemu sobie.
– Ciągle to powtarzasz, Severusie, ale nie sądzę, żebyś naprawdę tak myślał. – Dumbledore pochylił się kojąco do przodu. Snape wyczuł delikatne przymuszenie w słowach starego czarodzieja i odbił je od siebie idealnie gładkim ruchem swoich tarcz, zwijając je i zanurzając pod powierzchnię basenów rtęci. W ten sposób Dumbledore się nie zorientuje, że jego próba się nie powiodła. – Ostatecznie Harry był dzieckiem, nie miał pojęcia co tak naprawdę poddaje. James i Lily byli dorośli. Poddali cały świat dla dobra swoich dzieci, żeby pozostać przy nich i wychować je w bardzo specyficzny sposób.
Jego słowa nie mają na mnie już prawie żadnego wpływu, zorientował się Snape. Przeniósł się poza głos Dumbledore'a w ten sam sposób, w jaki kiedyś znajdował się ponad głosem Mrocznego Pana, kiedy już go wyrzucił ze swojego serca. Retoryka, która kiedyś zdawała się być taka przekonująca, teraz odbijała się od ścian jego umysłu i ściekała po nich tak, jak zrobiłby to deszcz.
– Widziałem trening Harry'ego, dyrektorze. Nie wierzę, żeby jakiekolwiek rezultaty były tego warte.
Uśmiech i oczy Dumbledore'a zaiskrzyły się z radości.
– Och, oczywiście, że były. Posiada tak wiele zdolności, że z części z nich nawet jeszcze nie skorzystał, co więcej, ma sobie popęd do wiedzy, dzięki któremu będzie z własnej woli nabywał kolejne umiejętności, kiedy już dojdzie do limitu obecnych. Teraz, kiedy wierzę, że jego podejście uległo zmianie, a jego pojęcie idei poświęcenia po prostu rozszerzyło się na cały świat czarodziejów, rozumiem, gdzie popełniłem błąd. Starałem się go zmusić do miłości, ale on już kocha. Nawet, jeśli nie będzie celem przepowiedni, to i tak zrobi w swoim życiu wielkie rzeczy. Jestem pewien, że rozumiesz, Severusie, że każde poświęcenie było warte doprowadzenia go do tego punktu w jego życiu?
Dumbledore sprowadził na niego w tym momencie najcięższe przymuszenie jak do tej pory, niedbały ruch, którego by się nie podjął, gdyby tylko nie był w tym momencie pewien, że wygrywa. Zanurzył się pod nim, utopił go i zastanowił się nad tym, że te słowa nie poruszyły go nawet na tyle, żeby go rozwścieczyć.
Wyrosłem ponad to. Wiem, że to nieprawda i że nie ma sensu marnować oddechu na kłótnię z nim. Są dla mnie cenne wyłącznie jako obraz tego, co Dumbledore myśli o sytuacji.
– Wiem, że często chwaliłem jego zdolności podczas moich zajęć z eliksirów – wymamrotał Snape. To było tego rodzaju wyznanie, którego Dumbledore się teraz po nim spodziewał, pełne niechęci przyznanie prawdy przynajmniej części słów rozmówcy bez bezpośredniego przyznania, że ten ma rację. Dumbledore będzie postrzegał wszystko jako interakcję jego przymuszenia i podstawowej osobowości Snape'a. Snape pozwolił sobie jednak dodać coś innego. – Co nie oznacza, że potrzebował się nauczyć wszystkiego co wie.
– Niektóre nauki bym zmienił, tak – przyznał Dumbledore. – Ale sedno sprawy tkwi w tym, Severusie, że odkryjesz, że on wie wszystko czego potrzebuje wiedzieć.
Jak to odkryję, to będę bardzo zaskoczony.
– Być może – powiedział Snape, po czym pozwolił sobie na krzywy uśmiech. – Ale czy naprawdę się panu wydaje, że chłopca powinno się zaciągać na siłę w pobliże jego rodziców? Naprawdę mi się wydaje, że będzie się przeciw temu stawiał. Przysięgał już nawet, że napisze swojemu ojcu, że nigdy więcej się do niego nie odezwie.
Dumbledore puścił mu oczko.
– Och, ale mam swoje źródła, Severusie, i wiem, że Harry wymienia się regularnie listami z Jamesem. Piszą do siebie co parę dni. To nic wielkiego, ale to przynajmniej uchylenie drzwi, pokazujące, że Harry będzie skłonny do podzielenia się swoim życiem ze swoimi krewniakami, jeśli tylko ci przekonają go, że są tego warci. Jeśli kiedyś napisze do swojej matki, to pozna jej pełną historię, a to powinno go na dobre przekonać.
Snape zwalczył w sobie chęć warknięcia. Chłopak nie powiedział mi, że wciąż pisuje z tym debilem, którego ma za ojca!
Ale był Ślizgonem, więc wzniósł się ponad swoją odruchową irytację i spojrzał na implikacje słów Dumbledore'a. Źródło. Kto? Nie wierzę, że moi Ślizgoni nie zauważyliby, że ktoś regularnie wchodzi i wychodzi, raportując Dumbledore'owi o Harrym bez mojej wiedzy. Ktoś by już mi przynajmniej zasugerował, że powinienem się temu przyjrzeć.
Zdobył odpowiedź na to zagadnienie chwilę potem, kiedy tylko wysilił się na tyle, żeby o tym pomyśleć.
Osłony!
Dyrektor Hogwartu, jeśli tylko chciał, mógł podsłuchiwać przez ściany i drzwi budynku. Nieczęsto się do tego uciekano; wiedza otrzymana w ten sposób była oszałamiająca i wymagała stałego monitorowania, w dodatku przypłacano ją stałe własną magią. Dumbledore miał tak wiele haków zaczepionych w umysłach innych ludzi, że od lat nie zwracał uwagi na osłony. Był w stanie jednak odnowić więzi, jakie łączyły dyrektora z jego szkołą. Nikt by wtedy nie wiedział, że podsłuchuje od strony drzwi, ścian, okien czy portretów.
Snape zastanawiał się, czy Dumbledore nie wiedział może już o jego planie, ale odrzucił od siebie ten pomysł. Będzie musiał się zachowywać, jakby nikt o niczym nie wiedział, albo przepadnie. Większość swoich knowań i tak trzymał we własnej głowie, co zwykle okazywało się najlepszym rozwiązaniem. A najlepszym wyjściem, by uniknąć nasilenia podglądania go, było dokończenie dokładnie tego, po co tu pozornie przyszedł: przekonania Dumbledore'a do tego, że można mu ufać.
Odwrócił wzrok od dyrektora i przybrał ton, który ze wszystkich ludzi tylko Dumbledore kiedykolwiek słyszał.
– Nie lubię myśleć o tym, że kiedyś stracę chłopca, dyrektorze. Wie pan, że niełatwo mi przychodzi przywiązywanie się do ludzi, a on... – Pokręcił głową, jakby już i tak powiedział za dużo.
– Wiem, Severusie, wiem. – Dumbledore przechylił się ponad swoim biurkiem i poklepał go po ręce. – Ale rodzina to istotna i święta rzecz – zwłaszcza w kwestii Harry'ego, który spędził tak wiele lat w izolacji ze swoją. Nie pozbawiłbyś go możliwości powrotu do nich, gdyby sam podjął tę decyzję, prawda?
Owszem, pozbawiłbym. Gdyby teraz podjął decyzję o powrocie do nich, to oznaczałoby, że oszalał, a wtedy musiałbym podjąć odpowiednie kroki.
– Nie, dyrektorze – szepnął Snape.
– Wiem, że ty sam miałeś... delikatniejsze relacje ze swoją matką, niż się zwykle do tego przyznajesz – powiedział Dumbledore z uprzejmą przerwą. – Nie, żeby Lily była jedynym magicznym rodzicem Harry'ego, ale wciąż wierzę, że są między nimi pewne podobieństwa.
Dzięki Merlinowi za oklumencję. Snape spokojnie przygwoździł swoją furię, bezmyślną reakcję. Stara się mnie wytrącić z równowagi. Jedyne, co teraz muszę zrobić, to mu na to nie pozwolić.
– Nie podzieliłem się z panem tą wiedzą, żeby pan ją teraz wykorzystywał jako broń przeciw mnie, dyrektorze – powiedział z warknięciem.
Dumbledore podniósł rękę, wyglądając, jakby było mu przykro, ale gdyby ktoś przyjrzał się jego rozluźnionym kącikom oczu, zauważyłby jego głębokie zadowolenie z siebie.
– Zdaję sobie z tego sprawę, Severusie. Przepraszam. – Zamilkł na moment. – Czy chciałeś jeszcze o czymś porozmawiać w kwestii młodego Harry'ego? Znasz już moje intencje. Wciąż chcę znaleźć jakiś sposób na pogodzenie go z jego krewniakami, ale przyjąłem do wiadomości, że moje dotychczasowe metody nie działały jak należy, a znalezienie takich, które zadziałają, zajmie mi trochę czasu.
– Nie, dyrektorze. – Snape wstał, trzymając wzrok bardzo ostrożnie wbity w podłogę. Nie chciał, żeby Dumbledore zauważył bunt w tym, jak trzyma głowę, czy w skrzywieniu jego szyi, nie teraz, kiedy tak świetnie sobie poradził. – Zna pan moje intencje. A ja... przyznaję, że w pańskich może być trochę racji.
Gdyby świat był kompletnie inny. Gdyby rodzina Harry'ego nie była siedliskiem żmii, jakim jest.
– Dobrze, Severusie. – Dumbledore uśmiechnął się do niego. – Mam nadzieję, że jeszcze do mnie zajrzysz w wolnej chwili, naprawdę lubię z tobą rozmawiać, a już od naprawdę dawna nie mieliśmy ku temu okazji.
Jak niby miałem z tobą porozmawiać, kiedy ostatnie dwa miesiące spędziłem w więzieniu? pomyślał Snape, ale na głos powiedział tylko:
– Do widzenia, Albusie. – Następnie skrzywił się, jakby stary nawyk go zmusił do wypowiedzenia imienia, kiedy wcale nie miał na to ochoty.
Wychodząc, czuł intensywną radość Dumbledore'a. Oczywiście, że dyrektor się ucieszył. Snape najwyraźniej pozwolił się złapać prosto w jego sidła. Wypełnił jego oczekiwania perfekcyjnie, a Dumbledore zanadto sobie ufał, żeby choćby podejrzewać, że jego własne oczekiwania były nieodpowiednie. Wystarczy spojrzeć na to, jak jego oczekiwania zawiodły go w tej całej aferze z Harrym, a mimo to i tak wydawało mu się, że Harry'ego wciąż da się pogodzić z jego rodzicami.
Snape zaczekał, aż nie znalazł się z powrotem w lochach, bo wiedział, że co subtelniejsze zaklęcia, wplecione w tutejsze kamienie, cokolwiek zniechęcały osłony dyrektora do działania. Dopiero wtedy wyciągnął szklaną butelkę ze swojej kieszeni i przechylił ją, żeby ta odbiła w sobie światło. Srebrna ciecz eliksiru myślodsiewnego lśniła od przechwyconych wspomnień. Jeśli Snape odpowiednio poprowadził tę rozmowę, a wydawało mu się, że tak było, to w tej butelce znalazły się wspomnienia Dumbledore'a dotyczące treningu Harry'ego. Snape wiedział, że ten często odwiedzał Dolinę Godryka, kiedy chłopcy Potterów wciąż byli dziećmi.
Czy też, kiedy Connor był dzieckiem, a Harry młodym dorosłym.
Nie wiem jeszcze, co z nimi zrobię. Ale będę cierpliwy. Wiem, że mi się w pewnym momencie przydadzą.
Szach i mat, Albusie. Powinieneś być bardziej ostrożny, kiedy bawisz się ze Ślizgonami.
Snape schował butelkę z powrotem do kieszeni, skrzywił się na pokaz dla osłon i ruszył pośpiesznie w dół korytarza.
Harry pierwszy byłby gotów się przyznać, że często nie widział od razu spraw takimi, jakie one były. Przez długi czas uważał niekompetencję Connora za słodką, dziecinną naiwność. Pomylił rozwijające się szaleństwo Syriusza, a potem jego opętanie przez Voldemorta, z jego zmiennymi nastrojami. Wierzył swoim rodzicom, kiedy ci mówili mu, że Peter był winny, że wszyscy Ślizgoni są źli, że posiadanie jakichkolwiek mrocznych zdolności to oznaka, że jest się skończonym złem. Z jakiegoś powodu nie posiadał wrodzonego daru do odróżnienia prawdy od kłamstw.
Mimo to i tak miał wrażenie, że niewyobrażalnie długo zajęło mu zwrócenie uwagi na to, że Draco go traktuje jakoś inaczej i jak bardzo jego zachowanie różniło się od normalnych relacji między przyjaciółmi.
Draco go często dotykał. Draco zawsze to robił i Harry po prostu przyjął to do wiadomości jako coś, co ten po prostu potrzebuje robić, nawyk, coś w rodzaju tego, jak Hermiona ciągnie się za kosmyk włosów, ilekroć się namyśla. Nie wydawało mu się, żeby to miało cokolwiek znaczyć. Niby co by miało? To się po prostu zdarzało.
Draco często wydawał się zirytowany, kiedy ludzie przerywali mu jak rozmawiał z Harrym. Draco zawsze to robił. To była część jego osobowości, sygnalizująca dziecinne pragnienie wiecznego zajmowania pierwszego miejsca w czyichś myślach. Harry'emu nawet schlebiało to, że Draco wybrał na swojego rozmówcę właśnie jego. Ale przecież, gdyby nie został wybranym przez niego rozmówcą, to przecież ktoś inny by nim był.
A teraz.. teraz te dwie sprawy, pośród wielu innych, uległy zmianie. Draco wciąż je robił, ale nie robił ich w ten sam sposób. Harry nie miał pojęcia, kiedy zaczęła się ta zmiana, ale wreszcie ją zauważył.
Draco dotykał go bez przerwy: delikatne muśnięcie ramieniem, kiedy go mijał, próby przygładzania mu włosów co rano, jakby to miało cokolwiek dać, łagodne odsunięcie go z drogi, ilekroć Harry o mały włos na kogoś nie wpadł w zatłoczonym korytarzu. Teraz jednak te dotknięcia były dziwne, miękkie, pełne podziwu, jakby Draco nie był w stanie uwierzyć w to, że Harry istnieje w tym samym świecie co on. Harry podejrzewał, że pewnie wcześniej tłumaczył sobie, że to może być pozostałość po jego starym nawyku oszukiwania Dracona iluzjami – oczywiście, że teraz jego przyjaciel będzie chciał się upewnić, że jest solidny – albo czymś jeszcze innym.
Draco przechylał teraz głowę na bok i rzucał ludziom to spojrzenie, ilekroć podszedł do nich ktoś, kto chciał porozmawiać z Harrym. Rozważał ich, osądzał i, zazwyczaj, lekceważył. Draco odsuwał się na bok bez protestu, jeśli uznawał, że ich obecność była ważna, ale zwykle po prostu pozostawał w pobliżu, czekając niecierpliwie na to, żeby pochwycić z powrotem dla siebie całą uwagę Harry'ego.
A teraz było jeszcze to.
Harry zmarszczył brwi, przyglądając się szklanej żmii, którą znalazł w swoim kufrze podczas szukania swoich notatek, które w zeszłym roku spisał na temat mrocznych stworzeń, bo chciał sprawdzić, czy może pomogą mu jakoś z siecią jednorożców. Wciąż lśniła na niebiesko i choć fiolet wciąż czaił się na brzegach, sugerując, że Draco się o niego martwi, to błękit był kolorem dominującym.
Z tego, co Harry pamiętał, niebieski nie był kolorem opisanym w zaklęciu, który wybrał do stworzenia butelki dla Dracona, a przecież Draco na niej właśnie się wzorował, tworząc tę żmiję.
Harry pokręcił głową i wstał. Nie mieli tego dnia wróżbiarstwa, bo Trelawney wzięła chorobowe, a Draco wciąż był na starożytnych runach. To była jedna z naprawdę niewielu okazji, jaką Harry mógł wykorzystać, żeby wymknąć się do biblioteki i w spokoju poszukać koloru niebieskiego.
Poza tym, mogę zawsze poszukać informacji na temat jednorożców, skoro już tam będę.
Harry ostrożnie oparł ogromny tom, "Kolory duszy: Wgląd w powszechne metody odczytywania aury", o krawędź stołu. Madam Pince odprowadziła go wyjątkowo surowym spojrzeniem, kiedy wyciągnął tę książkę z półki. Nie chciał go teraz przypadkiem upuścić i doczekać się wściekłej reakcji, połączonej z wykopaniem go z biblioteki.
Przekartkował książkę, przeglądając pobieżnie każdą stronę, szukając wspomnienia o zaklęciu, które rzucił na butelkę. Inne akapity przykuły jego uwagę, ale żaden nie wydawał mu się zanadto istotny.
...wierzy się, że blady, mroźny błękit sugeruje, że ktoś, gdzieś wzdycha za swoim kochankiem...
...Ciemnozielony jako kolor duszy ma kilka istotnych odczytów. Jeden z nich sugeruje, że to oznacza bogate życie, tak jak samo życie ożywa z nastaniem lata, ponieważ ten odcień jest kojarzony z letnimi liśćmi. Inny naciska, że taka dusza jest naznaczona tendencją do mroku, ponieważ ten odcień zieleni jest z nich wszystkich najbliższy czerni...
...Wierzono kiedyś, że wieszcze widzą dusze w kolorach, ale teraz ogólnie przyjmuje się, że to jednak nie jest prawda...
Wreszcie Harry znalazł opis zaklęcia i pokręcił głową, kiedy je zobaczył. Lista kolorów była znacznie dłuższa od tej, którą znalazł, kiedy po raz pierwszy czytał jego opis. Oczywiście, nic dziwnego, że książka z Pokątnej miała ograniczoną ilość informacji. Ułożył się wygodniej, zauważając z rezygnacją, że poszukiwania mogą chwilę potrwać, ponieważ lista była ogromna i podzielona została w subtelne odcienie, takie jak "głęboka, złotawa czerwień", czy "blada, limonowa zieleń".
Ku jego szczeremu zaskoczeniu, na całej liście był tylko jeden niebieski. Jego opis sprawił, że jego szok się tylko pogłębił.
Niebieski. Głęboka miłość; oddanie.
Harry poczuł, jak zasycha mu w gardle. Oczy zapiekły go od czegoś, co mogło, ale nie musiało być początkiem łez. Odsunął od siebie książkę z jej pochyłej do horyzontalnej pozycji, co było ruchem, który nie zatrząsł nawet stołem, ale i tak sprawił, że Madam Pince skrzywiła się na niego, po czym pochylił się do przodu. Czuł się odseparowany od swojego ciała, a jego ręce trzęsły mu się okrutnie.
Ja...
To niemożliwe.
Harry może i by pomyślał, że to mogło oznaczać przyjacielską miłość, o której Draco już go kilka razy informował, że wobec niego czuje, ale na liście znajdowały się kolory odpowiadające za przyjaźń i przede wszystkim były one w rozmaitych odcieniach zieleni.
Niebieski sugerował romantyczną miłość.
Ale Draco nie może mnie tak kochać, pomyślał Harry, przeczesując dłonią włosy. To nie miałoby najmniejszego sensu. Znaczy... ludzie kochają się na różne sposoby, ale przecież zawsze mają jakiś powód, żeby się w kimś zakochać, nawet, jeśli nie potrafią go do końca wyjaśnić. Nikt nie chodzi po świecie, zakochując się w każdej przypadkowo spotkanej osobie. A Draco przecież nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby się ze mnie zakochać.
Harry rozumiał, czemu ktoś miałby się zakochać w Draconie; to nie był żaden problem. Był zdolny do wyjątkowo zawziętej lojalności. Jego okazjonalne napady zdziecinnienia były nawet pocieszne, kiedy się już do nich człowiek przyzwyczai. Potrafił się przyznać do swoich błędów, tak jak to zrobił po wezwaniu Julii. Podejmował kroki, żeby się zmienić, bez chwalenia się o tym na prawo i lewo, jak na przykład jego próby nauczenia się rytuałów czystokrwistych. Lśnił radością, kiedy był szczęśliwy, lśnił gniewem, kiedy był zły i zazwyczaj zachowywał się niczym żywe okno, prowadzące do niezwykłego świata. Z punktu widzenia Harry'ego większość ludzi taka była – dlatego powiedział Verze, że wszystkich ludzi postrzega jako pięknych, naprawdę mówił wtedy szczerze – ale dusza Dracona była dla Harry'ego wyjątkowo wyraźna.
Harry nie potrafił sobie wyobrazić Dracona, oferującego mu tę emocję, po części przez to, co sam powiedział, a Harry zrozumiał zdecydowanie za późno, że wierzy, że dla każdego istnieje ktoś idealny. Harry w bardzo oczywisty sposób nie był idealny dla Dracona. On generalnie w bardzo oczywisty sposób nie był idealny dla kogokolwiek. Żałował, że Draco wpadł w pułapkę myślenia, że Harry właśnie taki jest i zastanawiał się, czy w swojej ignorancji nie zrobił czegoś, co tego wrażenia nie pogłębiło.
On chce mnie kochać w sensie światła księżyca.
Harry za młodu niewiele się nauczył o czystokrwistych małżeństwach i powiązaniach, ponieważ wiedział, że nigdy sam nie wejdzie w ten rodzaj sojuszu – nie mógł się z kimś ożenić, ani związać, bo przecież nie miałby dość czasu na to i na mieszkanie z Connorem – a to nie był rodzaj sojuszu, do jakiego ich rodzice kiedykolwiek by zmusili Connora. Przeczytał jednak o siedmiu rodzajach romantycznej miłości, w których istnienie wierzyli antyczni czarodzieje i czarownice, po części dlatego, że bez przerwy wspominano o nich w innych dziełach, a także dlatego, że to było jedno z niewielu wierzeń, które przekroczyły podział między Światłem i Mrokiem.
Była miłość cieni, w której partnerzy troszczyli się o siebie nawzajem. Była miłość mroku, w której partnerzy utknęli w wyniszczającym ich tańcu, który zwykle kończył się śmiercią jednego, albo obojga – na niej budowano tragiczne, pełne pasji opowieści. Była miłość światła gwiazd, w której miłość rosła z pragnienia ułatwienia tej drugiej osobie życia, a potem podróżowała w zachmurzonej miksturze światła i ciemności przez całe życie kochanków. Większość aranżowanych małżeństw i związków miała za zadanie sprowokowanie światła gwiazd.
Była miłość błyskawicy, w której emocje rozpalały się szybko, zwykle kończąc się stosunkami i pośpiesznym zalotami, ale po jakimś czasie zanikała i mogła zostawić parę wyjątkowo nieszczęśliwych ludzi, którzy byli powiązani ze sobą do końca życia. Była miłość świetlików, która wyłaniała się z przyjaźni do ciepła i powolnego, zwykłego przemieszczenia uczuć, nigdy nie osiągając wyżyn emocji, których mogła sięgnąć błyskawica albo mrok, ale też nigdy nie wygasając i nie umierając.
Była miłość światła księżyca – idealny, niewinny, szczęśliwy rodzaj miłości, który nagle pojawiał się pewnego dnia i stopniowo rósł w siłę, lśniąc bez końca, zawsze, nawet wtedy, kiedy sytuacja wyglądała na wyjątkowo nieciekawą, ponieważ księżyc zawsze był na niebie, nawet kiedy był w zaćmieniu.
Takiej właśnie miłości pragnął Draco i to był dokładnie ten rodzaj miłości, której Harry nie był w stanie zaakceptować. Jeśli małżeństwo albo związek się rozpadł, to wcale nie znaczy, że nie było idealne. Ci partnerzy wciąż mogą znaleźć swoje szczęście gdzie indziej. A może będą bardziej szczęśliwi jak będą sami. Mogą ponownie za kogoś wyjść, albo się z kimś powiązać i znowu popełnić błąd. Harry widział na własne oczy już taką różnorodność dusz, że nie chciał przyjąć do wiadomości, że dla nich wszystkich istniały prywatne, pojedyncze ścieżki, które poprowadzą ich do szczęścia, a wszystkie inne próby sprowadzą na nie zgubę.
Była też miłość światła słonecznego.
Harry podniósł "Kolory duszy" i zaniósł je z powrotem na ich miejsce na półce, kompletnie nie przejmując się już złowrogim spojrzeniem Madam Pince. Ruszył dalej wzdłuż regały i po chwili znalazł książkę, której szukał, "Świetlista Pani i Mroczny Pan", więc po nią sięgnął. Przeczytał ją pobieżnie parę dni temu, żeby się upewnić, że Świetlista Pani, w której zakochał się przodek Adalrico, była nikim innym jak Calypso McGonagall. Zniszczyła Orlego Pana, po którego stronie walczył Bulstrode. Nic dziwnego, że Lady McGonagall odrzuciła od siebie jego późniejsze zaloty.
Ale w tej chwili nie Harry nie interesował się tą częścią jej historii. Przekartkował książkę niemal do samego końca, aż do rozdziału, który przeczytał, jak był jeszcze dzieckiem, po czym się nad nim pochylił.
Calypso McGonagall skupiła całą swoją moc w swoim głosie i to właśnie ten głos ostatecznie zniszczył Orlego Pana. Ściągnęła wszystkich swoich wrogów w jedno miejsce, na jedno pole bitwy na północy Szkocji. Kiedy już się wszyscy zebrali, wszystkie te mroczne czarownice i czarodzieje, skierowała swój głos w dół, do ziemi, śpiewając.
I ta odpowiedziała jej Najgłębszą ze Wszystkich Pieśni i zniszczyła Orlego Pana i jego sojuszników w trzęsieniu ziemi, które nie ruszyło nikogo poza nimi.
Lady ruszyła potem pieszo przez pole walki, zabrawszy uprzednio ze sobą wieszcza. Chciała zobaczyć, czy pośród jej rannych przeciwników nie znajdzie się ktoś z duszą, kogo można jeszcze uratować.
Harry nie rozumiał kiedyś tego zdania, nie rozumiał, czemu Lady McGonagall miałaby zabierać na pole bitwy ze sobą kogoś zdolnego do czynienia przepowiedni, ale teraz wreszcie to do niego dotarło. To musiał być wieszcz tego rodzaju co Vera, zdolny zajrzeć komuś w duszę i zobaczyć, czy ta osoba jest warta ratunku.
Pośród rannych i rozerwanych na kawałki, natknęli się na Achernar Black. Ta czarownica była najpotężniejszym sojusznikiem Orlego Pana – nie najsilniejszym, ale wszyscy się jej bali, bo była jego najlepszym katem i jego prawą ręką. Jej moc również leżała w jej głosie. Nie potrzebowała batów, czy klątw niewybaczalnych, by kogoś złamać. Musiała tylko z nimi porozmawiać, a ta osoba pod koniec rozmowy wrzeszczała. Kiedy ją znaleźli, była ciężko ranna, ale żywa.
Świetlista Pani obejrzała się na swojego wieszcza i zaczekała.
– Wciąż ją można uratować – powiedział wieszcz, po sięgnięciu w kierunku duszy Achernar Black.
Calypso McGonagall nie czekała na wyjaśnienia. Wzięła ranną czarownicę na ręce i osobiście zabrała ją z pola bitwy, po czym zajęła się nią, pielęgnowała póki ta nie wyzdrowiała, a potem trzymała ją u siebie w domu, starając się przywrócić do życia tę wiecznie uciekającą jej iskrę dobroci i ludzkości, którą wieszcz ujrzał w głębi jej przesiąkniętej mrokiem duszy.
Musiało minąć siedem lat nim Achernar w końcu nie zaprzestała prób ucieczki czy samobójstwa i nikomu nie przyszło się dowiedzieć o tym, o czym w prywatnych chwilach rozmawiała z Lady. Pewnym jest jednak, że te dwie czarownice powiązały się dokładnie dziesięć lat po bitwie z Orlim Panem, a kiedy udało im się znaleźć dziewczynę, która stała się magiczną dziedziczką Lady Calypso, a przez to dziedziczką rodu McGonagall, jej związek stał się małżeństwem.
Są one najlepszym przykładem miłości światła słonecznego, miłości, która jest sobie równa, potężna i płonąca wiecznie, miłości dwójki, którzy, kiedy związani ze sobą, lśnią niczym najpiękniejsza z gwiazd. Wszystkie te elementy są istotne, inaczej to nie będzie miłością światła słonecznego. Równa: w której kochankowie nigdy nie doświadczają niepewności względem drugiej osoby, nawet w chwilach słabości. Potężna: żeby się nigdy nie poddali i przestali płonąć do siebie uczuciem. Płonąca: żeby lśniła światłem i ciepłem na wszystkich, którzy ich otaczają.
Świat jest bogatszy, kiedy pojawia się na nim para kochająca się miłością światła słonecznego i bez względu na to, czy ta płonie między dwójką świetlistych, czy dwójką mrocznych, czy po jednym z każdego, to ceni się ją nieskończenie wszędzie, gdzie padnie.
Harry opuścił książkę i zamknął oczy. Takiej właśnie miłości chciałbym doznać, gdybym sobie w ogóle mógł pozwolić na marzenia o zainteresowaniu kogoś moją osobą. Takiej właśnie miłości pragnąłbym dla Draco, gdyby tylko on w tak oczywisty sposób nie pragnął czegoś innego. Oszukuje sam siebie. Nie jestem w stanie mu czegokolwiek zaoferować, a nawet jeśli, to on przecież zasługuje na coś więcej, zwłaszcza, jeśli pragnie miłości światła księżyca – czy w ogóle jakiejkolwiek innej.
Dlatego właśnie będę mu musiał o tym powiedzieć. I będzie mu przykro z tego powodu i mi też będzie, ale przecież nie mogę go tak oszukiwać. Nie wiem, jak on zdołał się przekonać do tego, że jestem dla niego idealny, przez pryzmat jakiej maski mnie ciągle widzi, ale muszę go przekonać, że się myli.
Harry odłożył delikatnie "Świetlistą Panią i Mrocznego Pana" z powrotem na miejsce, po czym wyszedł z biblioteki i ruszył w kierunku klasy antycznych run.
