Draco robi w tym rozdziale dokładnie to, co Draco zrobiłby w takiej sytuacji, ponieważ jest sobą, zna Harry'ego i jest okropnie Uparty.
Rozdział czterdziesty trzeci: One tańczą
Draco westchnął, kiedy skończył rysować ostatnią runę. Naprawdę podobały mu się te zajęcia, ale czasami niekończące się, drobne wariacje między runami sprawiały, że miał ochotę wrzeszczeć. I nawet nie tworzyły jakiegoś zabawnego efektu, kiedy się je źle dobrało. Po prostu nie działały, a człowiek nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, póki nie spróbował ich użyć.
Draco zastanawiał się, czemu ktokolwiek miałby spróbować wykorzystać je w walce, bo sam miał wrażenie, że one się bardziej nadają do sytuacji z dala od frontu. Mimo to istniały historie o wytrenowanych w runach wojennych magach i maginiach...
Pokręcił głową i ułożył myśli tam, gdzie było ich miejsce, w ten sam sposób w jaki włożył książkę z powrotem do swojej szkolnej torby. Czas na myślenie o zajęciach był podczas samych zajęć i odrabiania pracy domowej. W każdej innej chwili chciał myśleć o innych sprawach.
Jego umysł momentalnie wrócił do jego ulubionego obiektu rozmyślań, oczywiście. Harry.
Draco uśmiechnął się lekko, idąc pomiędzy ławkami i innymi uczniami, którzy również kierowali się do drzwi. Wiedział, że idzie im powoli i że to zawsze będzie powolny proces, ale poczynali z Harrym pewne postępy. Harry powiedział mu o Moodym i wspólnie obserwowali profesora obrony, chociaż ten nie popełnił więcej równie spektakularnego błędu jak wtedy, kiedy spróbował rzucić w Harry'ego Imperiusem. Harry też nie stawał na głowie, żeby porozmawiać z innymi ludźmi tylko dlatego, że Draco tego nie lubił. Harry zauważał, kiedy coś było nie tak i pytał go o to.
Sprawy nie układały się tak idealnie, jak Draco by sobie tego życzył, ale nie były też aż takie głupie jak wtedy, kiedy Harry nie chciał z nim porozmawiać o swojej matce.
A potem, oczywiście, Draco wyszedł z sali antycznych runów i zobaczył stojącego pod ścianą Harry'ego, czekającego na niego z ponurym wyrazem twarzy.
– Co ty tu robisz? – Umysł Dracona momentalnie wskoczył na wyższy bieg, starając się znaleźć jakieś rozwiązanie, które nie równałoby się z katastrofą dla jednego z nich, albo może nawet obu. – Stało ci się coś?
Harry zamrugał, jakby uważał, że to dziwne, że to była pierwsza myśl, która przyszła Draconowi do głowy, ale pokręcił głową.
– Wróżbiarstwo odwołane – wyjaśnił. – Ale znalazłem coś i chciałem z tobą o tym porozmawiać.
Draco pozwolił, żeby ramiona mu opadły z ulgi, przez co jego torba się zsunęła i musiał po nią sięgnąć. Harry był szybszy i poprawił ją. Draco zerknął na niego. W brzuchu mu się ścisnęło, kiedy zobaczył coś nieskończenie łagodnego w tych zielonych oczach, jakby Harry tylko czekał na powiedzenie mu o czymś nieprzyjemnym.
– A jednak, stało ci się coś – szepnął niemal bezgłośnie.
Harry dotknął jego ramienia, gestem tak delikatnym i krótkim, że Draco ledwie to poczuł. Wiedział jednak, że do niego doszło. Nie miał zamiaru się zwodzić, kiedy Harry tak rzadko dotykał go jako pierwszy.
– Nie – powiedział. – Ale obawiam się, że tobie może zaraz się coś stać. Muszę porozmawiać o tym z tobą na osobności, Draco.
Wciąż niepewny tego, o co tu właściwie może chodzić, Draco kiwnął powoli głową.
– O tej porze nikogo nie powinno być w odleglejszych zakątkach biblioteki.
Harry westchnął.
– Obawiam się, że to nie wystarczy. Potrzebujemy miejsca z dala od wszystkiego, Draco.
– Czemu?
– Bo możesz... wrzeszczeć.
Wreszcie Draco powiązał łagodny wyraz oczu Harry'ego i jego zachowanie. Ten idiota znowu planował się jakoś poświęcić. Będzie przekonany, że to dla dobra Dracona, oczywiście, bez względu na to, co by to nie było. Może miał zamiar zakończyć ich przyjaźń, albo wycofać się z układu dzielenia się wszystkim z Draconem.
Płomień gniewu powędrował mu po kręgosłupie.
– Na drugim piętrze znajduje się klasa, do której prawie nikt nie zagląda – powiedział chłodno. – Skorzystajmy z niej.
Harry zamrugał, ale wyglądał na równie zadowolonego faktem, że przynajmniej nie muszą nigdzie wchodzić po schodach, żeby dotrzeć do jakiejś opuszczonej sali gdzieś na siódmym piętrze.
– W porządku – powiedział, po czym ruszył u boku Dracona, kiedy wspólnie skierowali się w górę korytarza. Przez cały czas przyglądał mu się kącikiem oka. Miał twarz ponurą, ale zdeterminowaną i od czasu do czasu przygryzał wargę.
Och, tak. To kolejne poświęcenie.
Draco czuł, jak jego złość piecze mu serce, aż to nie zrobiło się twarde niczym węgiel. Zależało mu na Harrym, oczywiście, że tak, ale nawet zatroskany przyjaciel prędzej czy później straci cierpliwość do tych jego napadów. A jeśli Harry chciał poświęcić coś, czego Draco też pragnął, to będzie musiał przygotować się na długą walkę. Łagodny upór, którego Harry zawsze miał w nadmiarze, tym razem mu nie wystarczy.
Skoro on nie potrafi być samolubny, to ja będę za nas obu.
Draco rozprzestrzenił swoje emocjonalne zmysły. Przez ostatni tydzień starał się je utrzymywać przy sobie, ucząc się, jak żyć bez pomocy emocji Harry'ego, chodzić pomiędzy innymi ludźmi i czuć tylko to, co sam chciał. Mimo to, chłopiec, którego kochał, wciąż był jego najłatwiejszym celem. Wyczuł śliski kamień determinacji, wywąchał zapach wiciokrzewu, czyli jego troski o niego, oraz zobaczył przelotnie blask różowego światła, który zwykle oznaczał, że Harry ma zamiar zrobić coś "dobrego", na co wcale nie miał ochoty.
Draco kiwnął szybko głową. Potwierdzał tylko swoje podejrzenia i niemal przekonał sam siebie, że czegokolwiek on chce i jest gotów o to walczyć, Harry pewnie będzie chciał tego samego, więc o to też będzie walczył.
Nie opuszczę go, choćby nie wiem co. Lepiej, żeby mnie nawet o to nie prosił.
Dotarli do sali i Draco wszedł do środka, rozglądając się ostrożnie. Moody czasami wykorzystywał tę klasę do fizycznych pokazów magii, na które zwykła sala zajęć byłaby za mała. Teraz jednak byli tam sami. Harry wszedł za nim, a Draco zamknął za nimi drzwi.
Pewnie spróbuje nawiać jak tylko się zorientuje, jak poważnie do tego podchodzę.
Harry odwrócił się w jego kierunku ze szczerym wyrazem twarzy i szeroko otwartymi oczami. Draco się temu postawił. To była piękna, łagodna mina, ale bardzo manipulacyjna. Harry często się do niej uciekał, ilekroć starał się uspokoić Milicentę czy Pansy, kiedy te były nadąsane.
– Draco – powiedział Harry – znalazłem nowy kolor, niebieski, w szklanej żmii, którą od ciebie dostałem. Poszedłem do biblioteki, żeby to sprawdzić i dowiedziałem się, że to oznacza romantyczną miłość. Już wiem, że się we mnie zakochałeś. – Nabrał głębokiego oddechu.
Draco zagapił się na niego, jego własny szok chwilowo przegnał wszelkie emocje, które do tej pory otrzymywał od Harry'ego. Nie spodziewał się, że to wyjdzie akurat w ten sposób. Miał plany względem tego, co się stanie, kiedy wreszcie sam powie Harry'emu, czy też, co się wydawało bardziej prawdopodobne, któryś ze Ślizgonów go o tym poinformuje. Coś takiego nigdy nie przyszło mu do głowy.
Potem jednak dotarło do niego, jak Harry się na niego patrzył przez cały ten czas i poczuł, jak jego irytacja i gniew stają się furią, mocną i głęboką.
– I przyszedłeś powiedzieć mi, że nie jesteś w stanie odpowiedzieć na tą miłość tym samym – przerwał mu. Nie tylko to chciał powiedzieć – wręcz był w stanie w tym momencie przewidzieć odpowiedź, którą da mu na to Harry – ale to był niezbędny krok w tej rozmowie.
Harry pokręcił głową, a jego oczy otworzyły się jeszcze szerzej. Rozwaliłby wszystkich w polityce, gdyby tylko zaczął używać tej miny do czegokolwiek innego, pomyślał cynicznie Draco.
– To nie tak, Draco. Gdybym tylko mógł sobie pozwolić na to, żeby się w kimś zakochać, to zakochałbym się właśnie w tobie. Jak mógłbym nie? Tylko ciebie znam tak dobrze, tylko ty podjąłeś się wysiłku, żeby naprawić swoje błędy, które poczyniłeś wobec mnie i zmusiłeś mnie do poprawienia swoich własnych. – Na jego twarzy pojawił się przelotny uśmiech, który zniknął równie szybko co spadająca gwiazda. – Byłeś moim przyjacielem odkąd przybyliśmy wspólnie do Hogwartu i tak wiele przez to ucierpiałeś, że zwykłego człowieka te wszystkie próby by zniszczyły, a mimo to wciąż przy mnie jesteś. Wiem jednak, że musiałeś się zakochać w jakiejś nieidealnej części mnie i ubzdurałeś sobie, że ta część jest idealna. Dlatego przyszedłem ci powiedzieć, że nie jestem tylko tą częścią. Wiem, że będziesz w wyniku tego cierpiał przez jakiś czas, ale niemoralnym byłoby z mojej strony wciąż cię okłamywać tylko dlatego, że lubię się pławić w twojej uwadze i miłości. – Zamilknął i przyjrzał się uważnie Draconowi.
Draco zdołał minąć już furię i wpadł w czyste zaskoczenie, któremu nie było znowu tak daleko od rozbawienia. No oczywiście, że Harry w ten sposób zareaguje. Co było naprawdę śmieszne to to, że Harry'emu w ogóle przyszło do głowy, że Draco się tak po prostu na to zgodzi.
Roześmiał się.
Harry zamrugał, po czym przygryzł wargę i spojrzał na niego z namysłem.
– Pomyliłem się? – zapytał. – Czy ten niebieski kolor oznacza, że zakochałeś się w kimś innym?
O nie, na to ci nie pozwolę. Draco zrobił kilka kroków przed siebie i mocno złapał Harry'ego za rękę. To musiało go zaboleć, ale Harry nie skrzywił się, ani nie spróbował się wyrwać. Stał tylko tam, czekając cierpliwie aż Draco mu wszystko wyjaśni. Oczywiście, że nie widział niczego złego czy niewłaściwego we własnej retoryce.
– Więc uważasz, że wiele przeszedłem – mruknął do niego Draco. – Próby, które zniszczyłyby normalnego człowieka.
– Naprawdę mam to na myśli. – Harry przymrużył oczy. Najwyraźniej jego własny temperament go zakuł. – Mogę to powtórzyć tak wiele razy ile tylko będziesz chciał. Nie mówię rzeczy, których nie mam tak naprawdę na myśli... nie tobie.
Draco poczuł, jak rosnąca w nim słodkość może go lada moment rozproszyć od meritum sprawy, więc odepchnął ją chwilowo od siebie. Będzie musiał wyjaśnić Harry'emu kilka spraw i naprawdę musiał się na tym skupić.
– Wiem, że naprawdę miałeś to na myśli – wymamrotał, przysuwając się bliżej. Harry patrzył się wprost na niego, nie pozwalając mu się zastraszyć, czy zmusić do cofnięcia przed nim. To była jedna z tych małych rzeczy, które Draco tak w nim kochał i pozwolił, by to zalśniło w jego oczach, kiedy patrzył się na niego poważnie. – Czego najwyraźniej nie rozumiesz, Harry, to tego, że wcale nie zakochałem się w jakiejś nieidealnej części ciebie. Widziałem już wszystko to, czym jesteś, łącznie z irytującymi częściami, i wszystko to składa się na osobę, którą kocham.
– Nie możesz – powiedział Harry. – Twoje własne słowa temu przeczą.
Och, jasne, Harry, baw się teraz w prawnika. Nigdy ci to nie wychodziło. Draco podniósł brwi w wyrazie uprzejmego pytania.
– Przyszedłeś do mnie i odbyłeś ze mną rozmowę, tuż przed świętami, o perfekcji – powiedział Harry, zadzierając podbródek do góry. – Powiedziałeś, że uważasz, że dla każdego czarodzieja czy czarownicy istnieje tylko jeden czarodziej albo czarownica. Że będą oni dla siebie idealni. Nie zgodziliśmy się pod tym względem, pamiętasz? Nie wierzę w ten rodzaj perfekcji, Draco. Ale jeśli mnie kochasz, to znaczy, że wydaje ci się, że ją we mnie znalazłeś, co wchodzi w oczywisty dysonans względem tego, kim naprawdę jestem. Nie wierzę w twoje ideały o perfekcji, a twoja idealna czarownica albo czarodziej musieliby w nie wierzyć.
Draco zorientował się, że znajduje się znacznie bliżej granicy gniewu niż chciał. Merlinie, Harry, nikt tak jak ty nie jest w stanie mną tak pomiatać. Nabrał głębokiego tchu, przełykając z nim wszystkie krzywdzące słowa, które był w tym momencie gotów powiedzieć.
– Chciałem wtedy tylko przedyskutować z tobą tę ideę, Harry – powiedział Draco. – To wszystko. Nic dziwnego, że źle mnie zrozumiałeś. Sam w sumie nie do końca rozumiałem wtedy jeszcze, o czym właściwie mówiłem, bo utknąłem wtedy mentalnie gdzieś pomiędzy pragnieniem powiedzenia ci o tym i powstrzymaniem cię przed odgadnięciem, że to w tobie się właśnie zakochałem. Dość jednak powiedzieć, że przecież udowodniłem już, że jestem w stanie żyć razem z kimś, kto ma inny światopogląd od mojego. Żaden problem. Robiłem to już od czterech lat, prawda?
– Trzech i pół – poprawił go Harry.
– Nie pozwolę twojej pedanterii tego zrujnować – powiedział Draco. – Nie pozwolę niczemu tego zrujnować. – Kroczył teraz po bardzo wąskiej granicy. Naprawdę miał ochotę po prostu zacząć wrzeszczeć na Harry'ego, wygarnąć mu, że jest głupi, albo go pocałować, albo zrobić coś jeszcze, co by rozwiało całą tę potrzebę ostrożnej rozmowy. Ale Harry zignorowałby to wszystko. Tylko słowa są tak naprawdę w stanie dotrzeć do jego serca. – Jeśli powiesz mi, że mam zostawić cię w spokoju, to tak, oczywiście, że to zrobię. Ale wszystko inne to tylko pozostałości po tych idiotyzmach, którymi cię karmiono całe życie. – Dotrzymam swojej obietnicy, nie skrzywdzę matki Harry'ego. Nie chcę nawet o niej wspominać. – Powiedziałeś, że wziąłbyś mnie pod uwagę, gdybyś tylko mógł sobie pozwolić zakochać się w kimś innym. Co miałeś przez to na myśli? Czemu nie możesz sobie na to pozwolić?
Harry pociągnął za swoją rękę, starając się od niego odsunąć. Draco nie chciał go puścić. Harry na niego syknął, ale Draco wciąż stał tuż obok niego. Zauważył, że ilekroć rozmowa zbaczała na jego trening, Harry miał tendencję do odcinania się od rozmowy i odsuwania od każdego, kto próbował go dotknąć. Stały, fizyczny kontakt, mu to teraz uniemożliwi, a jeśli czegoś Draco naprawdę w tej chwili nie chciał, to tego, żeby Harry odzyskał równowagę i spróbował wybrnąć z tego własną logiką i zmierzyć się z Draconem na równym gruncie mentalnym.
Potem będziemy mieli mnóstwo czasu, żeby porozmawiać ze sobą jak równy z równym. A jeśli to robi ze mnie przebiegłego, koszmarnego Ślizgona, to trudno. Kiedy Harry obudził się z tamtego snu też nie byłem za bardzo fair wobec niego.
– Przecież znasz na to odpowiedź – powiedział wreszcie Harry. Najwyraźniej uznał, że skoro i tak nie jest w stanie się od niego odsunąć, to w takim razie równie dobrze może utrzymywać dalej kontakt wzrokowy. Wcale się nie boję, mówiła jego zacięta mina, nawet jeśli zdradzały go jego trzęsące się dłonie. – Ja zginę w tej wojnie, Draco. To jest niemal pewne. A nawet, jeśli przeżyję, to nie będę miał czasu na kochanka. Będę miał zbyt wiele na głowie, od uwalniania magicznych stworzeń, po pomaganie innym czarodziejom, którym udało się przetrwać wojnę. To nie byłoby sprawiedliwe wobec ciebie, oczekiwać od ciebie, żebyś czekał na mnie w domu, jak jakaś ckliwa dzierlatka, która codziennie wygląda przez okno z nadzieją, że jej mąż powróci z wojny. Nie poproszę cię o coś takiego. Nikogo bym o coś takiego nie poprosił, ale już na pewno nie ciebie. Jesteś tak samo wolny jak wszyscy. Powinieneś mieć prawo do wybierania własnego życia.
Słodkie, musiał przyznać Draco. Podejrzewam, że naprawdę wielu ludzi dałoby się w tym momencie przekonać – albo myśląc, że powinni wybrać kogoś innego, albo uznając, że Harry jest wobec nich chłodny i nie życzy sobie żadnego rodzaju towarzystwa.
Prawie mi ich żal. Dobrze, że sam znam go lepiej.
– Nigdy nie będę czekał na ciebie w domu, Harry – powiedział. – Będę brał udział w tych samych bitwach co ty, żeby móc walczyć u twojego boku, w polityce będę knuł razem z tobą, tak samo jak mam zamiar udzielać się przy wszystkim, czego się podejmiesz. Kocham cię. Nie ma w tobie niczego, co byłoby mi obce i żadna część twojego życia też nie będzie mi obca. Wiem, że nigdy nie będziemy tacy sami, zrozumiałem to, kiedy wezwałem Julię Malfoy, ale wciąż możemy być sobie równi. – Zamilknął na moment, po czym wzruszył ramionami. Powiedziałem już wiele innych rzeczy, które mogłyby zabrzmieć głupio, jeśli Harry je niewłaściwie odbierze. Równie dobrze mogę powiedzieć i to. – Chcę cię kochać w sposób światła słonecznego, jeśli znasz w ogóle ten termin.
Twarz Harry'ego pobladła nagle okrutnie.
– Ale ty chcesz miłości światła księżyca – wydukał.
Draco zamrugał na niego. Wydawało mu się, że jak do tej pory naprawdę nieźle im szło, ale wyglądało na to, że jednak nie był w stanie nadążyć za Harrym, który najwyraźniej wszedł na klif zrobiony z logiki, zeskoczył z jego krawędzi, po czym wylądował po przeciwnej stronie przepaści w jakimś zupełnie innym miejscu.
– Czemu tak uważasz?
– Przez to całe gadanie o perfekcji. – Harry przymrużył oczy, jakby przyglądał się jakiejś musze, która wpadła mu do szklanki soku dyniowego. Draco poczuł napływ nadziei. Miałeś to wszystko zaplanowane, co, Harry? A ja ci to postawiłem na głowie. – To miłość światła księżyca nazywa się idealną. Słoneczna miłość parzy czasami ludzi. Jest zbyt agresywna. Jeśli chcesz kogoś idealnego, to chcesz kochać jak księżyc.
– Nie – powiedział powoli Draco. Był już w stanie zrozumieć, skąd się wzięło to nieporozumienie, ale nie pojmował, czemu Harry był taki blady, kiedy o tym mówił. – Jestem całkiem pewny. Chcę kochać niczym słońce. Wydaje mi się, że wszyscy tego pragną, w mniejszym czy większym stopniu, chyba, że ich do reszty powaliło i chcą ciemności, ale większość ludzi się godzi z tym, co samo się pojawi w ich życiu. Ja nie mam takiego zamiaru. Mam ciebie i będę cię miał, przynajmniej dopóki nie powiesz mi wprost, że mam sobie pójść. – Skorzystał z rozkojarzenia Harry'ego i złapał go za drugą rękę.
– Ale to nie... – zaczął Harry, po czym się powstrzymał. Pociągnął rękami, próbując się uwolnić z uchwytu Dracona. Draco zignorował jego ruch. Harry po raz pierwszy oderwał od niego wzrok, wbijając go w swoje dłonie. – No dobra, no to chcesz miłości światła słonecznego – powiedział, niespodziewanie szorstko. – Świetnie. Idealnie. Mam nadzieję, że ją znajdziesz. Ale nie znajdziesz jej ze mną.
Draco zgrzytnął zębami. Czuł, jak mu się kiszki skręcały, ale przypomniał sobie też o wszystkich idiotyzmach, w które Harry wierzył na swój temat. To pewnie też dałoby się prześledzić bezpośrednio do jednego z nich.
– Czemu nie? Nie pragniesz jej dla siebie?
– Pewnie, że pragnę – powiedział Harry. – Ale to głupie marzenie. Dziecinne, jak sam już powiedziałeś. Większość ludzi przyjmuje życie i swoje relacje takimi, jakie one są. A ja mam coś innego. Mam obowiązki, które nie znikną, a jeśli zacznę myśleć o kochankach czy narzeczonych, to wszystko się zacznie walić w gruzy. Zostałem stworzony, by pomagać innym ludziom, Draco. Trzymam się na uboczu i sprawiam, że będą szczęśliwsi. To właśnie powinienem zrobić. – Tym razem szarpnął ręką na tyle mocno, że Draco musiał poluźnić uchwyt na jego lewej dłoni.
Mimo wszystko wciąż wszystko szło znacznie lepiej niż Draco oczekiwał. Harry przecież w każdej chwili mógł użyć swojej magii, żeby się od niego uwolnić, przygwoździć Dracona do ściany, zmusić go, żeby się zamknął, ale wyglądało na to, że nawet o tym nie pomyślał. Wibrował znerwicowaniem, ale nie sięgnął po swoją moc.
Z drugiej strony, Draco wiedział już, kto jest w tym przypadku jego głównym wrogiem. Miał zamiar zaatakować go każdą bronią, jaką miał w swoim repertuarze.
– To po prostu głupie, Harry – powiedział, utrzymując swój głos niskim i rozkazującym. – Czemu wszyscy poza tobą zasługują na kochanków, tylko ty nie? Co jest niby w tobie takiego nadzwyczajnego? – Przechylił głowę na bok. – To ty przecież wcześniej mówiłeś o tym, jacy to otaczający cię ludzie nie są wspaniali, że są lepsi od ciebie, że nie jesteś nikim specjalnym. – To ostatnie zawsze sprawiało, że Draconowi chciało się śmiać, póki go brzuch nie rozboli, ale wiedział, że Harry w to wierzy na swój temat.
– Ale w tym właśnie rzecz – powiedział Harry. Starał się pozbierać z powrotem do kupy roztrzaskane fragmenty swojej maski i koszmarnie mu to nie wychodziło. – Oni wszyscy są lepsi ode mnie, Draco. Wszyscy są tacy wspaniali. Zasługujesz na kogoś, przy kim będziesz szczęśliwy, kto będzie cię kochał tak, jak ty tego pragniesz. Ja nie jestem w stanie być tą osobą.
– To nie tak, że nie jesteś tą osobą z natury, Harry – powiedział Draco. – To nawet nie tak, że ty nie chcesz być tą osobą. Więc o co chodzi?
– To nie... – Harry przełknął ślinę. – Nie ma takiego... – Zamilkł, wyglądając na kompletnie zagubionego.
Draco zrozumiał. Harry widział tę ścieżkę równie wyraźnie co on sam. Jeśli Harry przyzna, że jedna z fundamentalnych prawd, w które zawsze wierzył na swój temat, jest kłamstwem, to będzie musiał zacząć podważać inne. Domek z kart się zawali, nawet jeśli zajęło mu to już całe lata, by się rozpaść do końca. Harry nie będzie w stanie dłużej się ukrywać za jakimiś głupimi, nielogicznymi zapewnieniami, takimi jak stwierdzenie, że wszyscy wokół są lepsi od niego. Będzie musiał się poddać i przyznać, że czasami jest od nich lepszy, czasami taki sam, a potem będzie musiał zacząć wchodzić z nimi w relacje jako człowiek i czarodziej, a nie jakiś odległy dobroczyńca.
Draco podejrzewał, że to musiało być dla niego przerażające i właśnie dlatego Harry walczył z tym ze wszystkich sił. Metoda, którą obrał, pewnie by podziałała na kogoś, kto nie znałby go tak dobrze jak Draco.
– Dopuściłem się strasznych rzeczy, Draco. Wiesz o tym. Przyzywałem mroczną magię. Nie troszczyłem się wystarczająco. Popełniłem tak wiele błędów. Pozbawiłem cię przytomności i zostawiłem samego w zeszłym roku, kiedy chciałeś mi pomóc. Aż do końca zeszłego roku ceniłem Connora bardziej od ciebie, dobrze zdając sobie sprawę z tego, że to cię zawsze doprowadzało do szału. – Harry znowu spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami. – Widzisz? To też są części mnie.
– Wiem – powiedział Draco. Czuł spokój, minął już początkowy napływ emocji, który sprawił, że tak szybko stanął tuż obok Harry'ego. – Co najwyraźniej nie dociera do ciebie, Harry, to to, że wybaczyłem ci już to wszystko. To przecież twoje własne credo. Wiem, że nie znosisz, kiedy używa się go przeciw tobie, ale proszę bardzo. Czasami nie możemy kontrolować tego, co robią nasi właśni przyjaciele. Czy kochankowie, skoro już o tym mowa.
– Nie rozumiesz? – Harry wierzgnął do tyłu. Draco puścił jego prawy nadgarstek i poprawił uchwyt na lewym. – Przecież to się może znowu wydarzyć.
– Wtedy się zdenerwuję – powiedział Draco. – A potem znowu ci wybaczę i wrócimy do punktu wyjścia. O ile nie powiesz mi, że mam cię zostawić w spokoju, Harry, albo że nie jesteś w stanie mnie w ogóle kochać w ten szczególny sposób. Wówczas dam ci spokój. Ale najpierw musisz mi o tym powiedzieć. Twoje próby odstraszenia mnie od siebie w ogóle na mnie nie działają.
Harry spojrzał na niego bezsilnie. Draco przybrał minę, którą uważał za swoją najlepszą pośród tych troskliwych i wyrażających chęć pomocy.
– Cholera by cię, to nie jest śmieszne – syknął na niego Harry.
– Wiem – powiedział Draco. – Nigdy nie powiedziałem, że jest.
– To jest... nie możesz mnie w ten sposób kochać – powiedział Harry.
– Dlaczego? – zapytał Draco. – Czy w ten sposób chcesz mi powiedzieć, że mam ci dać spokój? – Zebrał się w sobie. To będzie bolało, będzie tego nienawidził, ale był gotów choćby skoczyć z klifu, gdyby Harry go o to poprosił.
– Nie – powiedział Harry. – To jest niemożliwe w ten sam sposób, w jaki latanie bez miotły jest niemożliwe. Po prostu nie możesz. Gdybyś naprawdę był w stanie zobaczyć moją duszę, to byś mnie nie kochał. Wciąż widzisz tylko fragment mnie i na tej podstawie przekonujesz sam siebie do tego, że mogę być dla ciebie dobrym partnerem. Ale ta część to nie ja, Draco. – Draco zauważył, że Harry się uspokoił nieco teraz, kiedy wreszcie zdołał nagiąć logikę z powrotem do jej torturowanego latami kształtu. – Nie jestem tym, czym ci się wydaje, że jestem.
– Skąd to niby wiesz? – zapytał Draco. – Nie siedzisz mi w głowie, nie dzielisz moich osądów.
– Ponieważ znam samego siebie – powiedział Harry, uśmiechając się lekko. – I jeśli mnie kochasz, to znaczy, że nie znasz całej prawdy. Jedno wyklucza drugie. – Wyglądał na niemal zrelaksowanego.
– Zajrzałeś mi do umysłu, widziałeś, co czuję. – Draco był w stanie dalej to ciągnąć, dalej stawiać temu czoła. Był. Strasznie miał ochotę teraz odpuścić i zacząć się miotać i wrzeszczeć, ale to by w niczym nie pomogło, a Draco minął już punkt, w którym uciekałby się do złości i łez tylko dlatego, że to byłoby przyjemne. – W dalszym ciągu wydaje ci się, że się mylę, Harry?
– Możesz wierzyć w to, że widzisz mnie takiego, jakim jestem, ale to nie znaczy, że to prawda.
No dobrze, zwalczymy truciznę trucizną.
– A skąd wiesz, że twoje własne postrzeganie samego siebie jest właściwe? O ile nie zamanifestowałeś nagle magicznego talentu, o którym zapomniałeś mi wspomnieć, to przecież sam też nie jesteś w stanie zobaczyć własnej duszy.
Uśmiech spełzł Harry'emu z twarzy. Draco podniósł głowę. Tak myślałem. Wciąż nie wrócił do swojej bezpiecznej wizji samego siebie. Wciąż mogę roztrzaskać jego chwiejną wieżę pewności siebie, nawet tak prostym zdaniem jak to.
– Bo wiem – powiedział Harry przez nagle ściśnięte gardło. – Bo mówiono mi to całe życie... – Zamilkł.
Draco łagodnie pogłaskał go po dłoni, co było kontrastem do jego ostrych słów.
– Przez to, co ci twoja matka mówiła, prawda, Harry? Twoja matka, która, jak sam wiesz, cię dręczyła i okłamywała?
– Przestań. – Harry po raz pierwszy rzucił się w kierunku drzwi. Draco owinął się wokół własnej osi, ale zakotwiczył własne stopy w podłodze i zatrzymał gwałtownie Harry'ego.
– Nie – powiedział. – Nie przestanę. Obiecałem ci, że jej nie skrzywdzę i nie będę na nią złorzeczył, ale nigdy ci nie obiecywałem, że nie będę z tobą szczery, Harry. A już na pewno nigdy nie obiecywałem ci, że nie będę obrażał ciebie. Bo prawda jest taka, że zachowujesz się jak tchórz. Tak strasznie boisz się tego, co to może oznaczać, że jesteś lepszy niż ci się wydawało, że chcesz ode mnie uciec.
Harry odwrócił się z powrotem. Dyszał ciężko, bezgłośny wrzask zawisł mu w ustach, oczy zeszkliły mu się od łez. Pokręcił szaleńczo głową, starając się cofnąć przed Draconem.
– Nie – szepnął. – To nie jest... to nie może być tak, tylko dlatego, że ty tego chcesz. Bo nie jest. Wiem, że to nie ma żadnego sensu i wiem, że to mi właśnie powiesz, ale mam to gdzieś, bo tak właśnie jest i kropka.
Draco westchnął ciężko. Strasznie chciał wypuścić Harry'ego, pozwolić mu się przegrupować. Będą mieli całą resztę życia, żeby to sobie wyjaśnić. Z drugiej jednak strony, jeśli teraz go wypuści, to kto wie, kiedy następnym razem znowu uda im się zabrnąć tak daleko. Harry zbuduje wokół siebie ściany, wysokie i solidne, wymyśli nowe, logiczne argumenty, które odwrócą uwagę Dracona od kryjących się pośród nich licznych nielogiczności. A Draco nie miał żadnej gwarancji, że jak będzie w innym nastroju, to czy będzie równie hojny i wybaczający jak teraz.
A może po prostu boisz się mieszkania z Harrym w jednym pokoju, kiedy on wie, że go kochasz.
Draco przyjął to do wiadomości, po czym odłożył tę myśl na bok, ponieważ ta w żaden sposób mu się w tej chwili nie przyda.
– Słuchaj, Harry – szepnął. – Czy istnieje ktoś, komu byś zaufał, że jego pogląd na ciebie będzie całkowicie bezstronny, ktoś, kto będzie w stanie zobaczyć twoją duszę i powiedzieć ci na jej temat prawdę?
– Wieszcze – wymamrotał Harry. – Vera. Ta, którą spotkałeś tej nocy, kiedy przyzwałeś Julię. Ale ona już wróciła do swojego Sanktuarium. A w pobliżu nie ma nikogo, komu byłbym w stanie zaufać z takim osądem...
Zamarł nagle.
– Chyba byś mnie nie zaciągnął do nich siłą, Draco, prawda?
– Do kogo? – Tak, Harry, zaciągnę cię tam. Przykro mi, ale nawet, jeśli ostatecznie to nie mnie wybierzesz, to chcę, żebyś w ogóle miał do tego dostęp. Vera zmusiła cię do spojrzenia na twoją własną duszę, ale potem znowu sobie poszła. To będzie musiało być spojrzenie, przed którym nie będziesz w stanie się wycofać.
– Jednorożców – powiedział Harry niemal bezgłośnie. – One są w stanie rozpoznać niewinność. Są w stanie rozpoznać dobroć. I wydaje mi się, że już wiem, jak zniszczyć ich sieć. – Po raz ostatni zwrócił w stronę Dracona te szeroko otwarte, apelujące oczy. – Ale to nie byłoby właściwe, prawda? Bo miałbym wtedy samolubny powód do zniszczenia ich sieci, a to przecież nie zgrywa się z tym, co powinien robić prawdziwy vates. Możemy poczekać...
– I z czasem znajdzie się jeszcze więcej samolubnych powodów – wciął się Draco. – Poza tym, Harry, powiedziałeś mi kiedyś, że prawdziwy vates powinien się znać na wskroś. Czy to nie powinno włączać dowolnej prawdy, którą poznasz dzięki jednorożcom?
Harry zamknął oczy. Wyraz jego twarzy świadczył, że wreszcie zdał sobie sprawę z tego, że już nie powstrzyma tego głazu przed stoczeniem się ze zbocza.
– W porządku – szepnął. – Tak. Pójdę... pójdziemy do nich.
Draco kiwnął głową.
– Teraz.
Harry otworzył usta, ale najwyraźniej zorientował się, że to się na nic nie zda. Kiwnął lekko głową.
Harry trząsł się, kiedy szedł ścieżką w kierunku Zakazanego Lasu, pochylając się, żeby przejść pod gałęziami śliskimi od lodu i naznaczonymi mroźnymi kwiatami. Nie dygotał z zimna, ani przez to, jak mocno Draco zaciskał mu rękę na nadgarstku, którego przez cały ten czas nie chciał puścić, nawet jeśli to było naprawdę przerażająco przyjemne. Nie przejmował się nawet tak bardzo faktem, że zaraz zobaczy się z jednorożcami.
To było raczej na myśl o tym, z czym przyjdzie mu się zmierzyć po uwolnieniu jednorożców, kiedy już nie będzie w stanie się przed tym dłużej kryć.
Kopyto uderzyło obok niego w zmarzniętą ziemię. Harry wiedział, że centaury ich obserwują i nie zerknął nawet w ich kierunku, wbijając wzrok z uporem przed siebie.
Tak czy inaczej, teraz pozostało mu już tylko przeć naprzód. Znajdował się na rozdrożach i ktoś zatrzasnął za nim wrota.
Harry zerknął przelotnie na Dracona. Nie, to nie był żaden tajemniczy ktoś. Dobrze znam jego imię.
Z jednej ze stron mignęło mu coś białego – opadający płatek śniegu.
Nie będzie w stanie zmienić tego, co się stanie.
Zatrzęsło nim konwulsyjnie i Harry objął się wolną ręką.
W lesie zabrzęczały dzwonki.
Zaskoczony, Harry zatrzymał się gwałtownie, czując się przez chwilę dziwnie nago. Ostatnim razem, kiedy był w lesie, wąż Wielu podróżował na jego ramieniu i był w stanie go wykorzystać do odwrócenia uwagi Tybalta i Johna. Od grudnia jednakże wszystkie węże Wielu zebrały się w swojej norze, pielęgnując jaja, które miały się niebawem wykluć, więc teraz Harry miał tylko przy sobie swoją własną magię i odwagę własnych przekonań, co zdawało mu się zdecydowanie niewystarczające.
Dzwonki znowu zabrzmiały i na ścieżkę wyszedł ogier jednorożec.
Harry patrzył na jego ruchy i prawie nie zwrócił uwagi na to, że na jego własny płaszcz padło zimowe światło, odbite od jednorożca. Jego złote podkowy się podniosły i opadły w dziwnym ruchu, który zdawał się nie kreować żadnego echa w otaczającej ich pieśni dzwonków. Pochylił łeb, potrząsnął karkiem, a jego uszy drgnęły na sposób, który bardziej przypominał jelenia niż konia, ale wszystkie te ruchy zdawały się tylko ściągać coraz więcej światła, by to mogło odbić się od jego srebrnego rogu.
Jednorożce to stworzenia klarownego spojrzenia – szczerości, Światła. Wie, po co tu przeszedłem.
Harry wyciągnął ku niemu dłoń. Jednorożec podszedł do niego, ale zatrzymał się tuż przed nim z opuszczoną głową i rogiem skierowanym w lewe ramię Harry'ego.
Harry wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Kiedy je otworzył, był w stanie zobaczyć lśniącą sieć, która oplątywała jednorożca i uciekała w głąb lasu, by pętać pozostałe. Wiedział, ze wskazówek, jakie przeczytał w książkach podczas swoich badań w temacie jednorożców, że Zgredek miał rację względem ich sieci. Antyczni czarodzieje spętali je, ponieważ jednorożce były zbyt piękne.
Spętali je jednak również dlatego, że były piękne. Chcieli mieć w swoim pobliżu jednorożce po prostu po to, żeby na nie popatrzeć. Nie mogli znieść myśli o tym, że te stworzenia się rozbiegną po świecie, jak to robiły naturalnie, żyjąc w parach albo pojedynczo, z dala od siebie, w miejscach, które uświęciły swoją obecnością. Nie mogli znieść myśli o tym, że niektórym z nich przyszłoby umrzeć bez zobaczenia chociaż raz jednorożca, albo widząc tylko mignięcie białego kształtu gdzieś pomiędzy drzewami i odległy, przytłumiony dźwięk dzwonków.
Ale jeśli jednorożce chciały się komuś pokazać wyłącznie jako odległy, pośpieszny blask światła słonecznego albo księżycowego, to powinny być w stanie to zrobić. Harry wreszcie był gotów przywrócić im ich wolną wolę.
Zmusił się do zignorowania swojej własnej motywacji i stojącego obok w bezruchu Dracona, wstrząśniętego podziwem. Wyciągnął rękę, zanurzył ją pod siecią i w samym jej środku znalazł jej słaby punkt.
Czarodzieje byli zadowoleni z tego, że dokładnie wiedzieli, gdzie żyją teraz jednorożce i co trzeba zrobić, żeby je tam zatrzymać. Przyjdą kilka razy w życiu w to miejsce, żeby je zobaczyć, ale potem sobie pójdą. Antyczni czarodzieje byli zdesperowani, żeby zobaczyć choć odrobinę tego piękna i ich pragnienie utrzymywało sieć potężną. W miarę jak to pragnienie słabło, środek sieci zaczynał się powoli sam rozplątywać.
Harry musiał w tym momencie zwalczyć, głównie, swoje własne pragnienie utrzymania tego piękna w pobliżu, zniewolonego.
To było cięższe niż tego oczekiwał. Wyobraził sobie, że już nigdy więcej nie przyjdzie mu zobaczyć w swoim życiu jednorożca i chociaż zobaczył je tylko kilka razy, przy czym jeden z tych razy widział jak Quirrell zabija jednego z nich, to i tak było mu ciężko. To było niczym próba poddania jednego z kolorów, które widział od zawsze. Jakby wyglądał jego świat, gdyby nagle nie był w stanie zobaczyć srebra, bieli, czy złota? Inne wciąż by tu były, ale nie byłyby w stanie zająć miejsca tego, co utracił.
Ogier nie wykonał żadnego ruchu, żeby mu w jakikolwiek sposób pomóc. Stał tylko i obserwował go cierpliwie. Jego sierść mieniła się lekko w świetle.
Harry zamknął oczy jeszcze mocniej i znalazł odpowiedź w swoim własnym nawyku do poświęcenia i tym, czego mogłyby pragnąć jednorożce. Był w stanie poddać jedną z rzeczy, które lubił. Poświęcał już takie, które znacznie więcej dla niego znaczyły.
Jeśli zaś chodzi o jednorożce...
Harry wyobraził je sobie jako wolne, czyli takie, jakie będą, kiedy już z nimi skończy i nagle rozpłakał się, łzy ściekały mu po policzkach. Sięgnął i złapał mocno za środek sieci, a ta rozpadła się w jego dłoni niczym martwy naskórek. Wreszcie, wreszcie ktoś przedłożył dobro jednorożców ponad swoją własną przyjemność i tylko tego było do tego trzeba. Harry żałował, że jednorożce były tak długo zniewolone z tak prostego powodu.
A potem nagle żal zniknął.
Harry otworzył oczy.
Po raz pierwszy w życiu spojrzał prosto w serce Światła i zrozumiał, w tym ułamku sekundy, czemu jego matka i Dumbledore tak bardzo je kochali.
Jednorożec lśnił, oświetlając całą okolicę, pięknem tego rodzaju, które było jaśniejsze, potężniejsze i bogatsze od czegokolwiek, co było wokół niego, pięknem, które nie sprawiało, że gołe drzewa, zwiędłe liście i lód wyglądały przy nim na bezwartościowe, ale które transformowało je i użyczało im własnego światła, by te mogły lśnić razem z nim. Harry po raz pierwszy dowiedział się, jakiego koloru jest radość.
A potem jego własna skóra zaczęła lśnić.
Harry z zaskoczeniem spojrzał w dół, na siebie. Jego skóra zrobiła się przezroczysta i był w stanie zobaczyć głęboką, czystą zieleń przelewającą się w jego dłoniach i nadgarstkach. To się rozprzestrzeniło w dół, obejmując całe jego ciało, a potem nabrało złotego blasku. Złoto–zielony, kolor liści w czasie lata, kolory, których znaczenie Harry znał i wiedział, że razem oznaczają duszę będącą na skraju zarówno mroku jak i światła, ale też taką, która wkracza w lato swojego bytu i była gotowa zaoferować innym lato.
To się w nim kryło. Jeśli to nie był kolor jego duszy, to był to, przynajmniej, kolor tego, kim był.
Ta świadomość sprawiła, że nogi się pod nim ugięły. Harry opadł na śnieg na ścieżce, a zielono–złote światło podążyło razem z nim, błyszcząc i lśniąc teraz jeszcze mocniej, wzmagając się stopniowo, aż nie zaczęło padać na otaczający ich las, który nagle zaczął wyglądać, jakby sama wiosna na niego lśniła. Harry wyczuł, że Draco uklęknął obok niego i go przytulił mocno. Starał się coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Gardło mu się ścisnęło z żalu i radości tak potężnych, że były gotowe go zabić. Nie słyszał tego, co Draco do niego mówił; świat był przeraźliwym, tętniącym chaosem, przez dudniące mu w uszach serce.
To nie było w stanie jednak uciszyć jego własnych myśli, a te powtarzały jedno, raz za razem. Moja matka się myliła. Och, tak strasznie się myliła.
Spomiędzy drzew wyszły inne jednorożce, ich nogi uginały się niczym trzciny, ich karki pochylały się niczym łabędzie w zalotach, każdy ich krok był niczym taniec. Zebrały się razem, po czym puściły galopem, tworząc wokół Harry'ego i Dracona potężne koło, każdy z nich lśnił niczym witraż, przez który słońce pada pełną siłą, promieniując wdzięcznością, spełnieniem i radością.
Harry poczuł, jak gula w jego gardle się rozpuszcza i znowu zaczął płakać, mimo, że naprawdę starał się powstrzymać łzy. Bariery upadły, a on wyszedł z jesieni i zimy i wreszcie było mu dane poznać lato i wiosnę.
Krąg zaczął się rozmywać, nabierając prędkości. Jednorożce były teraz rozmazanymi chmurami chwały i pojawiały się na nich smugi błękitu, czerwieni i złota, poza zwyczajową bielą i srebrem. Ścieżka i las wypełniły się światłem setek tysięcy wschodów słońca, wznoszącym się ku niebu, niczym zorza.
Wraz ze światłem odpłynęły jednorożce, wznosząc się w niekończącym się wirze, już nie jako niewyraźne, rozmyte smugi, ale podmuchy światła, pomniejsze były źrebiętami, większe klaczami i ogierami, mieniąc się nieskończoną ilością kolorów.
Ale Światłem. Zawsze Światłem.
Dotarły do punktu znajdującego się jakieś sto stóp nad ziemią i nagle zadrżały. Przez chwilę cały widok zamarł. Harry usłyszał, jak Draco wciąga szybko powietrze za nim. Podniósł wzrok, żeby to zapamiętać. Był pewien, że już nigdy więcej nie zobaczą czegoś takiego. Jednorożce wreszcie były wolne.
Nadszedł go moment, w którym zamarzył sobie, żeby tak już było zawsze, ale odrzucił to od siebie, ponieważ zmiana była jednym z praw życia.
Wreszcie obraz brzęknął w jednym, ostatecznym okrzyku muzyki i rozpadł się na kawałki. Płonące fragmenty rozleciały się we wszystkich kierunkach. Jednorożce znowu rozbiegały się po całym świecie i mugole mogą nawet zobaczyć czasem ich przez ułamek sekundy, kiedy te będą przebiegały ulicami ich miast, albo kiedy będą pielęgnować swoje ogródki i zobaczą nagle blask w lesie, tak samo jak czarodzieje będą w stanie zobaczyć je w dzikich lasach, czy galopujących brzegiem morza. Jednorożce pojawiały się tam, gdzie im się podobało i teraz, po raz pierwszy o wielu stuleci, wreszcie mogły to znowu zrobić.
Cisza i spokój wydawały się bardzo dziwne i nieznane po tym wszystkim, czy też byłyby, gdyby nie posmak światła, wciąż pozostający na lodzie, liściach i łysych drzewach.
Zielono–złote lśnienie Harry'ego przygasło łagodnie, choć niektóre z promyków wciąż przeświecały mu przez materiał szaty, niczym ostatnie nuty muzyki. Harry usłyszał wreszcie, że sam dyszy. Zamknął mocno oczy i spróbował wziąć się w garść.
– Wiesz – szepnął – że ta droga może być naprawdę długa i może minąć naprawdę wiele czasu, zanim będę w stanie kochać cię w ten sam sposób, w jaki ty kochasz mnie.
– Wiem – szepnął Draco. Jego głos był ochrypły. – Ale już nie będziesz się wzdragał przed ruszeniem tą drogą, prawda?
Harry pokręcił głową, po czym znalazł w sobie odwagę, by otworzyć oczy i spojrzeć na Dracona.
Draco uśmiechał się do niego. W jego oczach lśniło lato.
