Dodatek: Zerknięcia

Milicenta zerknęła ponad swoją książką, kiedy drzwi do pokoju wspólnego Slytherinu otworzyły się i do środka weszli Harry z Draconem. W pierwszej chwili prawie nie widziała twarzy Harry'ego; Draco pochylał się nad nim i mówił coś niskim, podekscytowanym głosem, przez który nabrała ochoty, żeby się nachylić w ich kierunku i podsłuchać. Ludzie zawsze wydają swoje najskrytsze tajemnice, kiedy w ten sposób rozmawiają.

Wreszcie Harry pojawił się w zasięgu jej wzroku i Milicenta zamarła. Już miała się do nich zakraść, żeby wyłapać choć parę słów z ich rozmowy – Draco był za bardzo pogrążony w mówieniu, żeby ją zauważyć, a Harry w słuchaniu – ale teraz zrezygnowała z tego pomysłu.

Coś się stało. Nareszcie. Draco mu powiedział? Nie, Harry wygląda na to na zbyt wstrząśniętego. Wygląda, jakby ktoś go podniósł, po czym zanurzył pod wodą z dwadzieścia razy.

W powietrzu między nimi wisiała jednak jakaś istotna różnica i Milicenta ostatecznie odprowadziła ich wzrokiem, kiedy skierowali się w kierunku sypialni i weszli na górę po schodach, mrużąc oczy z namysłem.

Mam wrażenie, że Draco mu jednak powiedział. Musiał. Tylko to by tak wstrząsnęło Harrym. Ale coś innego stało się przy okazji i raczej nie będą chcieli mi powiedzieć, co to było.

No dobrze, w takim razie zacznij od tego, co wiesz. Draco powiedział Harry'emu. A Harry nie uciekł z wrzaskiem w przeciwnym kierunku, inaczej Draco by wrócił do pokoju wspólnego sam, a jego magia by z furią niszczyła wszystko dokoła.

Milicenta wstała, wciąż zamyślona, po czym udała się, żeby napisać list do swojego ojca. Już nie raportowała mu o wszystkim, co Harry robił każdego dnia, ale to było coś większego, coś, co mogło zaważyć na ich politycznej pozycji w czymś, co Adalrico nazywał, z braku innej oficjalnej nazwy, koalicją Pottera. Jej ojciec będzie chciał się o tym dowiedzieć. Milicenta wiedziała o jego prywatnym zakładzie z Lucjuszem Malfoyem w tej sprawie. Miała zamiar podarować swojemu ojcu kilka tygodni spokoju i czasu na przygotowania, zanim nie przyjdzie mu się spotkać z panem Malfoyem, kiedy to będzie musiał znosić jego przechwałki na temat wygranego zakładu.


Pansy utrzymała odpowiednio poważną minę, kiedy Harry i Draco ją mijali, udając, że jej praca domowa z transmutacji jest najbardziej interesującą na świecie rzeczą w tej chwili. Potem jednak odchyliła głowę do tyłu i roześmiała się tak głośno, że Montague, usiłując odrabiać własne lekcje tuż obok niej, łypnął na nią niechętnie i przeniósł się gdzie indziej.

No nareszcie! Serio, gdyby Draco ociągał się z tym jeszcze trochę, to sama bym się zaczęła zalecać do Harry'ego. Od kiedy niby Malfoyowie są tacy cierpliwi i uparci?

Pansy przewróciła się na bok i położyła głowę na ramieniu. Zobaczyła, jak Milicenta idzie do ich pokoju, niewątpliwie po to, żeby napisać list. Zawsze podchodziła do tego typu spraw szalenie poważnie. Jeszcze nigdy nie zachowywała się tak bardzo jak magiczna dziedziczka swojego ojca, jak w ostatnim miesiącu, kiedy jej matka miała urodzić lada chwila dziecko, które może, choć nie musi, pewnego dnia dzielić pozycję Milicenty w domu.

Pansy nie miała do napisania żadnych listów, przynajmniej nie w tej chwili. Była tylko dziedziczką krwi swojej matki i nie czuła potrzeby informowania jej o wyjątkowo oczywistym przywiązaniu, jakie czuli wobec siebie Harry i Draco, przynajmniej póki nie zrobią z tym czegoś więcej.

Niech się nacieszą swoją prywatnością, pomyślała Pansy, podnosząc znowu swoją książkę. Policzki bolały ją już od szerokiego uśmiechu. Nie będą jej mieli zbyt długo. Draco pewnie się niebawem przekona, że umawianie się z bohaterem Hogwartu sprawi, że stanie się bardziej interesującą partią niż był do tej pory. O rany, ale się wkurzy, ale się będzie pluł i złorzeczył, kiedy się zorientuje, że prasa już się nie obawia tego, co może o nich powiedzieć Malfoy.

Nie była w stanie się powstrzymać i znowu wybuchła śmiechem.


Albus zamrugał powoli, budząc się z drzemki, której zapadnięcia nawet sobie nie przypominał. Ostatnio często mu się to zdarzało, kiedy tracił przytomność, nasłuchując osłon. Był tak zajęty obserwacją i nasłuchiwaniem wszystkiego w szkole, a potem sortowaniem tych wszystkich informacji do swojego zwykłego, ludzkiego umysłu, że dłuższą chwilę zajmowało mu zorientowanie się, które z nich były tak naprawdę istotne.

Teraz już wiedział.

Z ponurą miną podszedł do swojego okna i rzucił na nie zaklęcie, które pozwoliło mu zobaczyć Zakazany Las. Wydawał się być spokojny i nijaki, uginający się pod śniegiem, czyli dokładnie taki, jaki powinien być – póki Albus nie wzniósł swojej magii i nie spojrzał na niego oczami człowieka, który kiedyś był w stanie zostać vatesem i mógł zobaczyć sieci.

Sieć jednorożców zniknęła i zabrała ze sobą ogromną część piękna i koloru lasu.

Albus zamknął oczy i westchnął ze zmęczeniem. Zastanawiał się, czy Harry w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił, czy on nie rozumiał, w jak wielkim niebezpieczeństwie jednorożce teraz będą w szerokim świecie, zarówno ze strony mugolskich łowców, jak i czarodziejów, którzy będą chcieli je upolować dla ich rogów. Zastanawiał się, czy Harry w ogóle pojmował, że niewielka część radości, jaka codziennie obejmowała cały Hogwart, pochodziła ze szczęścia, które wydychały z siebie jednorożce, mieszkając w lesie i pozwalając, by to zmieszało się z powietrzem i stopniowo przenikało do szkoły, dodając uczniom spokoju ducha i pewności siebie.

Gdybym mu o tym powiedział, pewnie by tylko wzruszył ramionami i powiedział, że wyżej ceni sobie wolność jednorożców.

Albus pokręcił głową. Chłopiec był zbyt nieostrożny, zbyt niecierpliwy, zanadto się ze wszystkim śpieszył. Nie można mu było ufać w ten sam sposób, w jaki Albus, jako Świetlisty Pan, powinien być w stanie ufać innemu potężnemu czarodziejowi, że ten będzie rozsądny i nie wykorzysta swojej mocy, by zatrząść światem w posadach. Harry jednak nie był rozsądny, nigdy nie był. Gdyby był, to nie musieliby pętać jego magii.

Albus odwrócił się z namysłem z powrotem do swojego biurka. Dotrzyma swojej obietnicy i nie będzie się wtrącał w to, co Harry robi w szkole. Mógł jednak zająć się czymś innym, rzucić okruszek chleba na wodę i zobaczyć, czy coś do niego nie przypłynie. Przecież nie ma nic złego w pisaniu. Ten, do którego postanowił napisać list, prawdopodobnie i tak go odrzuci, jak to miał ostatnio w zwyczaju.

Ale mógł chociaż spróbować. Jego życie ostatnimi czasy składało się z długich i cierpliwych okresów czekania po wypróbowaniu czegoś, bo nigdy nie wiedział, kiedy i czy w ogóle zobaczy jakiekolwiek efekty.


Snape zerknął ponad książką dotyczącą prawa, którą czytał. Już był niemal czas na podwójne zajęcia z eliksirów dla Gryfonów i Ślizgonów, a on zastanawiał się, mimo, że jakaś część jego umysłu wciąż przetwarzała nowe informacje, które przed chwilą przeczytał, jak Harry będzie wyglądał tego ranka. Poprzedniej nocy był blady i wstrząśnięty, ale unikał wszystkich prób, jakich Snape się podejmował, żeby z nim o tym porozmawiać i po prostu poszedł spać.

Harry i Draco weszli pierwsi, co było dość niespotykane, ale byli tak zajęci rozmową, że nawet go nie zauważyli. Snape patrzył, jak zajmują swoje miejsca, nie zamykając się nawet na chwilę.

Nie. Oni nie byli zajęci rozmową. Oni byli zajęci sobą nawzajem.

Snape odetchnął wtedy, sycząc długo z zaskoczeniem. Harry poderwał wtedy na niego wzrok, ale chwilę później odwrócił się do niego bokiem, kiedy Draco powiedział mu coś kojącym tonem. Roześmiał się, a na jego twarzy pojawiła się rzadka, bezceremonialna radość, którą Snape widział u niego ostatnim razem zeszłego sierpnia, kiedy to Harry był tak bliski absolutnego spokoju ducha.

Powiedział mu. I to nie skończyło się katastrofą.

Snape patrzył się na nich bez wyrazu, starając się pojąć, jak w ogóle do tego doszło. Harry, z tego, co się orientował w jego relacjach z Draconem, raczej nie podszedłby do tego tak spokojnie. Byłby w stanie przyjąć przyjaźń Dracona i zwierzać mu się ze wszystkiego, ale między tym a zostaniem parą, czy wręcz kochankami, był wielki krok. W dodatku dochodziła jeszcze kwestia zauroczenia Dracona, które przecież powinno zniknąć już dawno temu. Zauroczenia miały to do siebie, zwłaszcza jak było się w wieku Dracona i miało się jego pozycję w życiu. Może być zaborczy, ale miał też wybujały temperament. Snape po prostu wyszedł z założenia, że chłopak szybko się zmęczy nie posiadaniem Harry'ego na własność i przerzuci swoje uczucia na kogoś innego, po prostu pozostając przy boku Harry'ego jako jego przyjaciel.

Z drugiej strony, zawsze podchodził do wszystkiego nieco inaczej, kiedy przychodziło do Harry'ego.

Snape już niemal postanowił, żeby wycofać się z powrotem w kierunku swoich wątpliwości, póki nie zobaczy czegoś bardziej solidnego, co może je zniszczyć na dobre, ale zatrzymał ten ciąg myśli. Czemu właściwie nie miałby sobie pozwolić – to było to słowo, które unosiło się na brzegu jego świadomości – uwierzyć w to, że zauroczenie Dracona jednak przetrwa? Czy naprawdę miał zamiar się przygotowywać na to, że pewnego dnia Harry przyjdzie do niego ze złamanym sercem i będzie potrzebował pocieszenia?

Nie sądzę jednak, żeby do tego doszło. Jak go znam, potrzebowałby czegoś znacznie większego jak tylko wyznania, żeby się w ogóle pogodził z myślą o tym szczeblu relacji. Pewnie długo mówił Draco o tym, jak bardzo nie jest wart jego miłości, że jest pewien, że nikt nie jest w stanie go w ten sposób kochać i że z całą pewnością nie ma przed nim żadnej przyszłości. A Draco przecież nie ma na coś takiego cierpliwości.

A mimo to, jakoś przez to przebrnęli. Nie było między nimi jakiejś wielkiej zmiany, ale to już nie była też zwykła przyjaźń, co zauważy każdy, kto poświęciłby chwilę na zauważenie tego, jak wiele uwagi Harry poświęca ręce Dracona, którą ten położył na jego ramieniu, zerkając na nią, jakby wiedział, co ona tam robi, ale wciąż usiłując przyswoić sobie "dlaczego". Kiedyś tylko by tolerował ten dotyk, nie zwracając na niego większej uwagi, albo strąciłby rękę bez namysłu.

Snape uznał, że równie dobrze może zaczekać i zobaczyć, jak to się rozwinie. Wszystko mogło się potoczyć znacznie gorzej.

A teraz, pomyślał, zerkając przelotnie w kierunku szuflady, w której trzymał zamkniętą butelkę eliksiru myślodsiewnego, kiedy w jego umyśle pojawiła się nuta wątpliwości, prawie zaczynam dochodzić do wniosku, że powinienem trochę odroczyć mój plan. Powinienem przynajmniej porozmawiać najpierw o wszystkim z Harrym, zanim cokolwiek zrobię. Może powinienem też poprosić Draco o pomoc, skoro tak łatwo przychodzi mu teraz uspokajanie Harry'ego.


– Lucjuszu!

Lucjusz zerknął leniwie ponad książką, którą czytał. Kiedy ją wyjął z półki, chciał tylko sprawdzić kolor duszy Pottera, ale teoria kolorów okazała się być znacznie bardziej fascynująca niż ją pamiętał i ostatecznie przeczytał znacznie więcej niż początkowo zamierzał. Głęboka zieleń oznaczała dokładnie to, co mu się wydawało, że będzie, zarówno potężną moc, jak i mrok czający się w duszy. Lucjusz był z tego zadowolony. Oba te znaczenia zapowiadały dobre rzeczy dla jego rodziny, przynajmniej tak długo, jak przewidywania Narcyzy się sprawdzą.

A teraz wchodziła do pokoju, machając listem, pokrytym pismem, które wyglądało na draconowe. Ona sama pęczniała z dumy i radości.

Lucjusz uśmiechnął się i usiadł prosto, po czym sięgnął w jej kierunku, złapał za jej wolną dłoń i ją ucałował.

– Pozwól, że zgadnę, moja droga – powiedział. – Nasz syn jest już absolutnie przekonany, że Harry pewnego dnia zostanie naszym zięciem.

Jego żona zamrugała na niego, tak bliska zagapienia się, że Lucjusz pozwolił sobie na niewielki – bardzo niewielki – uśmieszek. Tak rzadko zdarzało mu się znaleźć o krok przed Narcyzą, że nie miał żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu, zwłaszcza, że miał okazję zobaczyć jej zaskoczoną minę.

Momentalnie się wyprostowała, oczywiście, i przymrużyła oczy.

– Przechwyciłeś sowę i przeczytałeś ten list zanim on jeszcze do mnie dotarł – oskarżyła go.

Lucjusz przewrócił stronę w swojej książce.

– Nie.

– Draco napisał do ciebie inny list, w którym zwierzył ci się ze swoich nadziei i obaw, stąd dokładnie wiedziałeś, co się znajdzie w kolejnej wiadomości od niego.

Lucjusz zerknął w górę, podziwiając buntowniczy błysk w niebieskich oczach swojej żony.

– Nie.

– W takim razie powiedz mi, skąd wiesz.

– Nie – powiedział Lucjusz po raz trzeci, po czym wstał, przyciągnął Narcyzę do siebie i pocałował ją w usta, żeby ją uciszyć. – Czy to ma jakieś znaczenie, moja droga? – szepnął niemal bezgłośnie, kiedy się lekko od niej odsunął. – Staniemy się ulubionymi sojusznikami Harry'ego; tak długo, jak odwzajemni miłość Dracona, nie będzie miał wyjścia, jak zacząć nas faworyzować, bez względu na to, czy się zwiążą ze sobą za pięć lat czy dziesięć. Pozycja naszej rodziny zostanie zabezpieczona przynajmniej na to pokolenie, a może i na następne, jeśli Harry i Draco znajdą sobie potomka, który będzie w stanie zostać ich magicznym dziedzicem. Wyobraź sobie moc tego, kto odziedziczy tę lordowską moc. To ty od razu zobaczyłaś w Harrym jego potencjał. To ty mnie o nim poinformowałaś. Czy naprawdę wydaje ci się, że świat pozostanie taki sam jaki jest teraz, kiedy Harry Potter już z nim skończy?

– Nie zostanie Lordem – powiedziała Narcyza, ale miała na wpół zrelaksowaną, na wpół rozważającą minę, która oznaczała, że zastanawia się nad tym, co jej powiedział i najwyraźniej wszystko to pasuje do jej własnych planów. Albo wciąż myśli o pocałunku, przyznał przed sobą Lucjusz, przeczesując delikatnie palcami jej włosy.

– Nie – powiedział Lucjusz, chociaż prywatnie miał pod tym względem wątpliwości. Ideały Pottera były szlachetne, oczywiście, ale każdy inny czarodziej, który starał się kroczyć tą ścieżką, prędzej czy później lądował po jednej ze stron. Tak długo jak chłopak wybierze Mrok, kiedy już się potknie – a Lucjusz raczej sądził, że tego się właśnie podejmie, po tych wszystkich jego zaręczeniach, że nigdy nie zostanie Świetlistym Panem – to kroczenie środkiem w niczym nikomu nie szkodzi. Prawdopodobnie to nawet zwiększy jego prestiż w oczach opinii publicznej. Uznają go za bardziej życzliwego.

– Ale będzie należał do Dracona, a przynajmniej jemu się tak wydaje – powiedziała Narcyza i odłożyła list na stoliku obok jego fotela. – Przeczytasz go później? – Zaczęła go ciągnąć w kierunku schodów.

Lucjusz uśmiechnął się do niej, powolnym uśmiechem, bo wiedział, że ten właśnie lubi najbardziej.

– Oczywiście – zgodził się i odsunął od siebie chwilowo myśli o polityce. Ożenienie się z Narcyzą było dobrym posunięciem politycznym, ale to nie dlatego przepełniała go tak agresywna radość, ilekroć chciała się z nim udać do łóżka. Tam chodziło tylko i wyłącznie o nią.