Um.
Historia znowu zmieniła zdanie. Och, ten rozdział wciąż będzie pasował do wszystkich, które mają nastąpić po nim, ale robi to teraz z zupełnie innych powodów.
*patrzy z irytacją na historię*
Rozdział czterdziesty czwarty: Chwila między braćmi
Harry westchnął i przesunął się do tyłu, póki nie siedział na brzegu długiego stołu, który był jedynym meblem w tej konkretnej, opuszczonej sali zajęć; wyglądało na to, że któraś z klas z trzeciego rocznika podczas zajęć zaklęć z profesorem Flitwickiem zdołała zdezintegrować większość swoich ławek, więc ten musiał skombinować je z innych miejsc. To nie było ich zwykłe miejsce spotkań, ale Harry wiedział, że dzięki temu Connor znacznie chętniej się na nim pojawi.
I dobrze.
Były pewne sprawy, o których chciał porozmawiać z Connorem i wyglądało na to, że on też musiał zamienić z nim parę słów, czego Harry domyślił się po przeczytaniu notatki, którą podczas śniadania dostarczył mu Godryk. Prywatne miejsce dobrze zrobi im obu.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Connor. Harry poczuł, jak w duszy rozprzestrzenia się stare odprężenie, które czuł wokół swojego brata odkąd byli mali. Przy Connorze czuł się najbardziej komfortowo, nawet jeśli mógł już czuć inne emocje wobec innych ludzi. Wciąż musiał stąpać ostrożnie wokół Snape'a, Ślizgoni byli czasami masą reakcji, przeciwreakcji i obserwacji, a Draco...
Draco wciąż przerażał Harry'ego. Był trochę zbyt bystry, trochę za szybko zauważał, ilekroć Harry zaczynał wątpić w to, czy naprawdę powinien dalej podążać ich wspólną ścieżką i zawsze w porę przysuwał się do niego, żeby go zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Harry w ogóle nie był w stanie się przed nim ukryć już od ponad tygodnia, odkąd uwolnił jednorożce.
Czasami czuł się z tym tak dobrze, że miał ochotę chichotać. Przez resztę czasu był po prostu przerażony.
Przy Connorze jednak, jedyne nad czym musiał się zastanowić, to jak mu właściwie powiedzieć o Draconie. Uśmiechnął się szeroko i otworzył szeroko ramiona, a Connor podszedł do niego, przytulił go mocno, po czym odstąpił na krok i wyjął z kieszeni coś wielkiego. Harry podniósł brwi. To było złote jajo, które Connor zdołał otrzymać od rogogonki węgierskiej podczas pierwszego zadania.
– To jest podpowiedź do drugiego zadania – powiedział Connor bez ogródek. – Nie mam pojęcia, co mam właściwie z nim zrobić.
Harry zamrugał.
– Connor, przecież drugie zadanie jest pojutrze.
Connor westchnął i przeczesał palcami włosy.
– No, wiem. I tak, głupi byłem, że tak długo z tym do ciebie nie przychodziłem. Ale naprawdę mi się wydawało, że rozgryzę to sam. – Zamilkł na moment. – No i nie bardzo lubię w ogóle myśleć o turnieju, wiesz? – dodał cicho. – Nie prosiłem się o to, a nawet kiedy odwróciłeś uwagę wszystkich ode mnie, wciąż wszystkim się wydaje, że powinienem godnie reprezentować Hogwart.
Harry poczuł ukłucie sumienia. Nigdy nie zapytał Connora o jego opinię na temat nagłego pojawienia się Harry'ego podczas pierwszego zadania. Connor nigdy o tym nie wspomniał, więc Harry z przyjemnością też uniknął poruszania tego tematu. Miał tyle zmartwień, że kiedy zaoferowano mu ciszę, z ochotą na nią przystał.
– Czy... masz do mnie żal o to, co wtedy zrobiłem? – zapytał.
Connor stał tam kilka sekund, przyglądając się swoim trampkom. Wreszcie zerknął do góry.
– Chcesz braterską odpowiedź, czy prawdziwą? – zapytał.
Harry wyszczerzył się wbrew sobie.
– Braterska to taka, którą zaaprobowaliby nasi rodzice, co?
– No. Powiedziałbym ci, jaki jestem z ciebie dumny i jak bardzo się cieszę, że wreszcie ludzie zwracają na ciebie uwagę, i że oczywiście, że miałeś wszelkie prawo wtedy stanąć w obronie wszystkich, i przecież gdyby nie ty, to wielu ludzi by zginęło, i tak dalej. – Connor machnął ręką.
– No dobra, tego się domyśliłem – powiedział Harry. – A prawdziwa odpowiedź?
– Trochę byłem zazdrosny no. – Connor przerzucił ciężar ciała na drugą nogę. – Znaczy, Harry, serio, to fantastyczne, że wreszcie ludzie zauważają to, co dla nich robisz. Ale tak strasznie długo zauważali tylko mnie, że się przyzwyczaiłem. – Wzruszył ramionami i spróbował westchnąć, nadając temu wydźwięk, jakby był na siebie zły o to, co mu nie wyszło najlepiej. – Podejrzewam, że po prostu jeszcze nie nawykłem do siedzenia w cieniu. Wydawało mi się, że mam już to za sobą. Wygląda na to, że nie. Nie mam pojęcia, jak ty to tak długo znosiłeś – dodał.
Harry odpowiedział wzruszeniem ramion.
– Przyzwyczaiłem się. Uwierz mi, z przyjemnością przelałbym na ciebie całą tę sławę i chwałę nawet bez mrugnięcia okiem. Nie mam pojęcia, jak tyto znosiłeś.
Connor pokręcił głową.
– No dobra. To ustaliliśmy, że bardziej nam się podobają ilości uwagi, które nawzajem utrzymujemy i w ogóle, i że wciąż jestem o ciebie zazdrosny. Możemy przejść do meritum? Wiesz może, o co w tym chodzi? – Wyciągnął rękę, po czym otworzył wierzch złotego jaja.
Harry podskoczył, kiedy z jaja wydobył się przeraźliwy, nieludzki skrzek, po czym zamrugał.
– To trytoński – powiedział, kiedy już posłuchał tego przez chwilę.
Connorowi szczęka opadła.
– Skąd ty to kurwa wiesz? – wypalił. – Hermiona by tego nie wiedziała.
– A pytałeś ją? – Harry próbował wyłapać jakieś poszczególne słowa, ale bardzo słabo znał ten język – umiał policzyć do dziesięciu i się przywitać, to wszystko. Ale to musiał być język trytonów. Nic innego nie brzmiało w ten sposób.
– No, ee, nie.
– No to proszę bardzo. – Harry sięgnął i zamknął jajo. Był w stanie na tyle wyłapać odrębne słowa, żeby zauważyć, że wiadomość zaczęła się powtarzać, ale ponieważ żadnego z nich nie zrozumiał, to odsłuchiwanie jej na nowo nie miało sensu. – Pod wodą powinny brzmieć jak zwykłe słowa. Zabierz je do jeziora, wanny czy basenu i tam wysłuchaj.
Connor nagle przełknął ślinę.
– Myślisz, że drugie zadanie będzie pod wodą?
Wzrok Harry'ego złagodniał.
– Zapomniałem, Connor – powiedział. – Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze. Nauczę cię zaklęcia, które pozwoli ci widzieć, słyszeć i oddychać pod wodą.
– W żaden sposób jednak nie usunie mi wody ponad głową – głos Connor podniósł się lekko.
Harry zsunął się z ławki i podszedł do swojego brata, po czym położył mu rękę na ramieniu.
– Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze. – Nie wiedział, co innego mógłby powiedzieć.
Connor kiwnął głową, wyraźnie roztrzęsiony.
Prawie utopił się w wannie, kiedy mieli trzy lata. Lily zostawiła Harry'ego na straży, kiedy poszła po ich ubranka, ale Harry nie zauważył, że wanna była już pełna wody i myślał o ćwiczeniu zaklęć. Connor wspiął się z boku, żeby zajrzeć do wanny, poślizgnął się i wpadł. Harry podbiegł do niego jak tylko usłyszał pluśnięcie i gulgotanie, bo wiedział, że to jest jego obowiązek, żeby pilnować, żeby Connorowi nic się nie stało, w dodatku Connor nie był w stanie zawołać o pomoc, a Harry nie był na tyle silny, żeby go wyciągnąć. Ostatecznie musiał się odwołać do swojej magii, podrywając niezgrabnie Connora do góry i trzymając mu głowę ponad wodą, tak żeby ten mógł oddychać. Od tego czasu jego brat radził sobie w pobliżu wody, w której mógł sięgnąć dna, jak w prysznicach, płytkich basenach, czy zaraz przy brzegu ciągnącego się niedaleko Lux Aeterny oceanu, ale panikował ilekroć woda znajdowała mu się ponad głową. Nigdy też nie nauczył się za dobrze pływać.
– Możesz mnie też nauczyć zaklęcia ogrzewającego? – szepnął Connor. – W jeziorze pewnie będzie zimno.
– Oczywiście – powiedział cicho Harry, skupiając się na tym, żeby stać tak nieruchomo jak to tylko było możliwe, żeby wspierać swojego brata i nie sprowokować pogłębienia jego paniki. Myślał też o tym, żeby porzucić to, z czym sam tutaj przyszedł. Connor przecież bardziej będzie chciał w tej chwili pomocy z drugim zadaniem, a nie wysłuchiwać tajemnic Harry'ego.
– A co ty chciałeś mi powiedzieć?
Szlag. Przypomniał sobie o notatce z prośbą o spotkanie, którą Harry wysłał Hedwigą tuż przed tym jak notka od Connora wylądowała na stole Slytherinu. Westchnął ciężko i przysiadł znowu na krawędzi stołu.
– No, jedna sprawa to taka... – Zamilkł. Jak właściwie miał opisać to, co było w tej chwili między nim a Draconem? – No – powiedział, po czym uznał, że chyba najlepiej będzie powiedzieć wszystko prosto z mostu i szczerze. Connor był Gryfonem. Zrozumie. – Draco mnie kocha.
Connor zagapił się na niego.
– A ja... – Harry odwrócił wzrok. – Ja wciąż nie wiem, co do niego czuję. – Merlinie, brzmię jak jakaś jedenastolatka, płacząca nad zdeptanym kociakiem. Nie znosił szczerości, bo zwykle brzmiała właśnie tak – głupio i beznadziejnie. Nie rozumiał, jakim cudem Draconowi się jeszcze nie znudziła i czemu ten nie zgodził się jeszcze przykryć wszystkiego wygodną plandeką milczenia. Powoli jednak dochodził do wniosku, że prawdopodobnie nigdy do tego nie dojdzie, a przynajmniej nie jeszcze przez bardzo długi czas. To była jedna z tych spraw, które go przerażały. – Ale niedawno udowodnił mi, że chcę uciec od wszystkiego, czego on pragnie, a ja wiem, że pewnego dnia się pewnie w nim zakocham. Teraz... no, nie wiem. Nie wiem nawet, jak się za to zabrać. Chcę się schować pod łóżkiem. – Zarumienił się, bo tego ostatniego zdania wcale nie chciał wypowiadać na głos.
Connor przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Harry podniósł znowu na niego wzrok, niemal rad, że jego nerwica znalazła sobie nowe źródło – w tym, jak Connor zareaguje na to, że Harry teraz umawia się z Draconem. Przynajmniej to nie będzie aż tak bolesne jak jego ciągłe próby życia jak normalny człowiek i pamiętania, za każdym razem, kiedy go kusiło, żeby się cofnąć do starych zwyczajów, że Lily się myliła.
Wreszcie Connor się odezwał:
– Wiesz, tak szczerze, to musiałoby go nieźle pojebać, żeby się w tobie nie zakochał, Harry.
Harry zagapił się na niego, po czym uznał, że muszą jakość uciec od powagi całej sytuacji, bo ta robi się nieznośna.
– Czy to jest ten moment, w którym przyznajesz się do jakiegoś dziwnego, kazirodczego zauroczenia, które pielęgnowałeś w sobie od lat?
– Nie – powiedział Connor, jakby mówił do małego dziecka, chociaż w pierwszej chwili zalał się głębokim rumieńcem. – Nie. Ja... noż cholera jasna, Harry, widziałem przecież jak on się na tobie ciągle wiesza. Po prostu nie myślałem, że się zabujał. Wydawało mu się, że cię czci, no wiesz, jak bohatera. Ale po tym, co się stało w ostatnim roku, to serio, musiałoby go pojebać, żeby się w tobie nie zakochał, skoro może. – Connor wzruszył ramionami. – No to masz. Czy to była ta twoja wielka tajemnica, którą tak się bałeś ze mną podzielić?
– Jest jeszcze jedna – powiedział Harry, po czym zamknął oczy i wymówił przed Connorem przemowę, którą przygotowywał we własnej głowie na temat tego, co się zdarzyło w noc Bożego Narodzenia.
Nie spojrzał na swojego brata ani razu podczas całej recytacji, a Connor mu nie przerywał. Harry odkrył, że naprawdę cieszy się z faktu, że wcześniej wszystko przećwiczył. Dzięki temu był w stanie pozbawić te słowa wszelkich emocji. Był w stanie się po prostu poświęcić wzorom świateł, które pojawiały mu się pod powiekami. To było ważne, a nie to, jak się czuł, ćwiartując samego siebie, kiedy rozrysowywał Connorowi wszystko to, co wtedy zrobiła mu ich matka.
Nienawidzę tej całej szczerości, myślał z przerażeniem. Czemu ona musi tak strasznie boleć?
Connor jednak zasługiwał na to, żeby się dowiedzieć, co się wtedy naprawdę wydarzyło, a ukrywanie czegoś takiego przed własnym bratem na pewno byłoby samolubne – zarówno w motywie, jak i dlatego, że tego potrzebował. Harry skończył mówić i pochylił głowę.
Connor wciąż nic nie mówił. Harry uchylił jedną z powiek, żeby zerknąć na niego ukradkiem, ale to mu w niczym nie pomogło, ponieważ był w stanie zobaczyć tylko trampki swojego brata, nie jego twarz, a trampki są znane z tego, że słabo oddają wyraz twarzy właściciela.
Wreszcie Connor odezwał się w prostych słowach i surowym tonie, którego Harry jeszcze nigdy przedtem od niego nie usłyszał.
– Nigdy do nich nie wrócę.
Harry zamrugał.
– Nie sądzę, żeby James miał z tym cokolwiek wspólnego – zauważył. Naprawdę tak myślał. Wymieniał się listami z ojcem już od kilku miesięcy i choć James wciąż mu ciągle wyrzucał to, że Harry woli mieszkać ze Snape'em, to przynajmniej już się uspokoił i zaczął zadawać jakiekolwiek pytania. Harry wiedział też, że Connor już od dawna z nim pisze. – Nie musisz jego też wycinać ze swojego życia.
– Ale chcę.
Twarz Connora przybrała nadąsany, uparty wyraz, który Harry aż za dobrze znał. Pokręcił jednak głową.
– Dlaczego?
Connor spojrzał na niego, jakby Harry'emu do reszty odbiło, po czym przeczesał ręką włosy i zaczął chodzić w te i nazad. Harry uznał, że wyjątkowym nietaktem byłoby wytknięcie mu, jak bardzo w tym momencie przypomina Jamesa.
– To wszystko wydarzyło się w moim domu – powiedział Connor. – A ja nigdy niczego nie zauważyłem. Byłem głupi. Jestem już zmęczony tą głupotą, Harry. Byłem głupi, kiedy Tom Riddle mnie opętał, byłem głupi w temacie Syriusza, byłem głupi, jak byłem dzieckiem. Nie chcę już być głupi. A myślę, że jak zamieszkam z tatą, to się znowu zrobię głupi. On nigdy nie zauważył, albo udawał, że nie zauważa, a może nawet przekona mnie, żebym zaczął się zachowywać tak samo.
– A mama? – zapytał cicho Harry.
– Nie musisz jej tak nazywać tylko przez wzgląd na mnie, wiesz?
Harry skrzywił się, ale nie ruszył z miejsca. Connor potrafił być bardzo spostrzegawczy w najdziwniejszych momentach.
– Ona... zrobiła ci to wszystko. – Connor machnął ręką, jakby chciał tym wyrazić tak wiele, że aż mu brakowało na to słów. – Nie musiała. Ale chciała, z tego, co mi powiedziałeś. Nie chcę mieszkać w jednym domu z kimś takim. O ile nie uznasz, że jest jakaś realna szansa na to, że kiedyś jednak zmieni zdanie.
Harry pokręcił głową i stłumił w sobie te głupie, głupie łzy. Rozmawianie o Lily wciąż było dla niego niesłychanie ciężkie, cięższe nawet teraz, kiedy Draco nie pozwalał mu się już przed tym kryć. Byłoby łatwiej, gdyby Harry mógł po prostu go ciągle zbywać.
– No dobra – powiedział Connor i odetchnął. – No to nie wracam do żadnego z nich. I spróbuję się jakoś dogadać z Malfoyem, tak długo jak on spróbuje się dogadać ze mną. A w sobotę będę musiał wejść do jeziora. – Zerknął na Harry'ego i spróbował się uśmiechnąć. Wyszło raczej chorobliwie. – Przyznam, że w sumie to ostatnie najbardziej mnie przeraża.
Harry znowu go przytulił, po prostu dlatego, że mógł, po czym wyciągnął różdżkę.
– Jeśli chcesz, to mogę cię już teraz nauczyć tych zaklęć.
– Świetnie – powiedział Connor i przez następne pół godziny zdołał ignorować myśli o wodzie, która mu niebawem zaleje głowę, a przynajmniej o tym świadczył sposób, w jaki wykonywał swoje zaklęcia. Harry przez cały czas mu się przyglądał, jak jego ciemne włosy opadały na orzechowe oczy, a jego twarz bez przerwy wyrażała upór i determinację.
Mam lepszego brata niż mi się wydawało.
– Panie Potter? Proszę ze mną.
Harry kiwnął Draconowi głową, uspokajając go, po czym wstał od stołu Slytherinu i ruszył za McGonagall. Zauważył, że profesora Dumbledore'a nie było przy stole prezydialnym i zastanawiał się, czy głowa domu Gryffindora nie zabiera Harry'ego na spotkanie z nim. Miał nadzieję, że nie. Omijali się nawzajem szerokim łukiem już od dwóch miesięcy. Harry nie widział powodu, dla którego miałoby to nagle ulec zmianie.
McGonagall zaprowadziła go jednak tylko do niewielkiego pokoju z boku sali, do którego reprezentanci wchodzili po tym, jak zostali wybrani przez Czarę, po czym odwróciła się do niego. Harry zamknął drzwi za sobą i spojrzał na nią z pytaniem w oczach.
– Drugie zadanie – powiedziała cicho McGonagall – polega na tym, że każdy z reprezentantów ma zanurkować do jeziora, żeby uratować z niego osobę, której byłoby jej najbardziej brak. Jesteś bratem bliźniakiem Connora, Harry, i to na tobie mu najbardziej zależy. Każda osoba musi pozostać pod wpływem zaklęcia usypiającego, żeby nie spanikować pod wodą. Zapewniam cię, że będziesz w stanie oddychać i pozostaniesz chroniony do chwili, w której twoja głowa nie znajdzie się znowu nad powierzchnią. Dyrektor rzuci zaklęcie na osoby, których będzie najbardziej brak Krumowi i Delacour, ale wiem, że mu nie ufasz i nie pozwolisz mu się tknąć magią. Czy pozwolisz, że ja to zrobię?
Harry zamrugał. Czyli to jest to wyzwanie. Przynajmniej Dumbledore dotrzymuje danego słowa i w żaden sposób się nie wtrąca w moje sprawy.
– Czy to zaklęcie jest wystarczająco silne, profesor McGonagall? – zapytał. – Inaczej może przestać działać przed upłynięciem zadania.
Profesor zagapiła się na niego.
– Dlaczego?
– Wytrenowałem się, żeby w miarę możliwości opierać się większości zaklęć usypiających – powiedział Harry, wzruszając ramionami. – Takie zabezpieczenie na wypadek, gdyby ktoś spróbował pojmać mnie żywcem. Jeśli wyczuję, że coś jest nie tak, że wokół znajduje się zagrożenie, to mogę odruchowo zrzucić z siebie zaklęcie.
McGonagall kiwnęła powoli głową, a w jej oczach pojawił się jakiś antyczny smutek. Harry zastanawiał się, czy może jednak nie powinien był jej o tym wspominać, bo pewnie teraz współczuła mu jego dzieciństwa. Wolał ją, kiedy tego nie robiła.
– Zapewniam cię, że to zaklęcie będzie wystarczająco silne – powiedziała, po czym podniosła różdżkę i zaczęła mamrotać inkantację.
Sen porwał Harry'ego niczym ciemność pożerająca światło, a on niemal z wdzięcznością pozwolił mu się zabrać. Miał tylko nadzieję, że McGonagall będzie pamiętała o tym, żeby jakoś uspokoić Dracona. Jeśli nie, to Draco pewnie sam ją znajdzie i zażąda wyjaśnień...
Harry opadł.
Obudził się nagle, wciągając głęboko powietrze i od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Oczywiście, coś musiało być, inaczej nie obudziłby się w ogóle póki jego głowa nie znalazłaby się nad powierzchnią wody.
Zobaczył wokół siebie niewyraźne, rozmyte kształty, unoszące się wokół niego i wykonał bezróżdżkowe Aspectus Lyncis, w ostatniej chwili przypominając sobie, że zaklęcie musi być też niewerbalne. Nie miał pojęcia, czy zaklęcie, które rzuciła na niego McGonagall, pozwoliłoby mu rozmawiać pod wodą. Zawahał się, po czym dodał własne zaklęcie oddychające, tak na wszelki wypadek, gdyby to McGonagall pękło razem z sennym.
Otaczające go kształty momentalnie nabrały na ostrości. Harry obrócił głowę i zobaczył, że jest przywiązany do kamienia, wyrzeźbionego z grubsza na rybi ogon. Z jednej strony była mała dziewczynka, której nie znał. Miała długie, srebrne włosy, które poruszały się z prądem wody. Podejrzewał, że to musiała być krewna Fleur. Odwrócił się w drugą stronę i zagapił się, kiedy zobaczył przywiązaną do ogona Hermionę. Krum? Czy to dlatego tak się krzywił podczas balu i nie zwracał uwagi na swoją randkę?
Wreszcie resztki zaklęcia snu opadły z jego umysłu i Harry powiedział sobie, że ma w tej chwili przestać myśleć o bezsensownych rzeczach i zamiast tego skupić się na niebezpieczeństwie, które go obudziło. Spojrzał w górę. Woda ponad nim była ciemna i ciągle zmieniała kształt, prowokując niewielkie zawirowania, ale Aspectus Lyncis pozwoliło mu zobaczyć kształty kamiennych chat, poszarpane druzgotki i pływające z gracją trytony. Harry poczuł, jak mu się w brzuchu przewraca, kiedy jedno z nich odwróciło się, żeby na niego spojrzeć i zobaczył jego lśniące, żółte oczy, przyglądające mu się z oddali. Póki co nie nawiązał żadnego kontaktu z trytonami. Nie był pewien, czego mogłyby chcieć od vatesa. Może nie były spętane...
Jakby w zaprzeczeniu na tę myśl, jezioro zaczęło płonąć przytłumionym, szarym ogniem. Harry był w stanie zobaczyć kształt ich sieci, bardziej płynnej niż dowolna, jaką widział do tej pory, chociaż podejrzewał, że ta po prostu musi się dostosowywać do fal i prądów. Trytony przepływały przez dziury w niej, ale sieć śledziła ich posunięcia, powoli i cierpliwie, zupełnie jakby była dziełem pająka, który nieustannie poprawia swoją sieć. Harry wzdrygnął się. Czy to właśnie go obudziło? Ta sieć była jedną z bardziej nieprzyjemnych, jakie było mu dane zobaczyć.
Wtedy zorientował się, że sieć drży. Coś innego na nią wpływało, coś, co się jeszcze nie ujawniło, coś, co sprawiło, że Harry zaczął się zastanawiał, czy na świecie nie istnieje może drugi vates, który postanowił się poświęcić uwalnianiu morskich stworzeń.
Nie miał jednak czasu się o to martwić. Przedziwny kształt wyłonił się spomiędzy wodorostów i popłynął wprost w kierunku rzeźby, do której byli przywiązani. Harry'emu zajęło chwilę zorientowanie się, że to musiał być Krum, który transmutował swoją głowę w łeb ryby młota. Bez trudu wyminął trytonów– to nie tak, żeby ci zwróciły na niego większą uwagę – i wyciągnięte w jego kierunku ręce druzgotków, które starały się go złapać, po czym użył sztyletu, który miał wsunięty za pas, żeby przeciąć liny przytrzymujące Hermionę. Te ustąpiły w chwilę później, więc Krum złapał Hermionę za rękę i zaczął płynąć z nią w stronę powierzchni. Harry pokręcił głową. Jeśli Connor z nim przegra, to się nieźle wkurzy. Jasne, Krum ma mniej punktów od niego, bo sprowokował chińską ogniomiotną do zmiażdżenia swoich jajek, ale...
Sieć znowu zadrżała, promieniując na przemian falami świetlistego i mrocznego ognia. Harry krzyknął, a z jego ust uniósł się strumień bąbelków, ale żaden dźwięk. Był w stanie wyczuć dygot tej sieci, jakby był jej częścią. A może był w jej środku przez samo to, że znajdował się w jeziorze.
Kto albo co to robi?
Zamknął oczy, próbując się skoncentrować i od razu usłyszał narastającą, znajomą mu pieśń. Ostatnim razem usłyszał ją, kiedy krążył po niebie na grzbiecie testrala. A wcześniej śpiewały ją osłony Grimmauld Place. To była pieśń Mroku, wzywająca.
Ale nie jego, nie tym razem, choć chętnie przyjęłaby i jego, gdyby tylko postanowił się jej poddać. Ktoś w oddali prowokował tę pieśń, wymuszając drżenia, podczas gdy oni sami robili... coś. Harry otworzył szybko oczy i zobaczył, jak jezioro wypełnia się mgłą magii. Trytony pływały w powolnych układach, które przeciwstawiały się tym sieci. Żadne z nich nie zwróciło najmniejszej uwagi na lśnienie srebrnych włosów, kiedy Fleur musiała się zatrzymać, żeby opędzić się od druzgotków, które zaatakowały ją w drodze do rzeźby. Żadne z nich nie zwracało też uwagi na Harry'ego. Miał wrażenie, że coś innego zajmuje całą ich uwagę.
Sieć zadygotała potężnie i jęknęła. Trytony nagle zawyły w skrzekliwy, świergotliwy sposób, niczym banda wiewiórek z chrypką, po czym zbiegły się w jedno miejsce, podpłynęły w górę i odsunęły się od siebie ponownie, opadając w kierunku dna, niczym fontanna. Harry patrzył, jak jedno z nich odpływa od pozostałych, otoczone falą swoich długich, zielonych, majestatycznie unoszących się w wodzie włosów. Ich skóra była szara, niemal tego samego koloru co sieć, machali swoimi trójzębami i rozmawiali ze sobą z rozgorączkowaniem. Harry usłyszał, jak podejmują pieśń, dodając nutę basową do jej grzmiącego tenoru i sopranu.
Sięgnął ze strachem w ich kierunku, niepewien co robić, nie chcąc jednak rozbić ich sieci póki jej w pełni nie zrozumie. Ciężka woda obciążyła mu kończyny, kiedy się szarpał w więzach, ale wciąż nigdzie nie widział Connora. Nie chciał się uwolnić, na wypadek gdyby jego brat przez to stracił punkty w drugim zadaniu, ale obawiał się, że tak się to może skończyć.
Szara sieć zabrzęczała, jakby ktoś uderzył w nią kamertonem. Trytony wydały z siebie zgrany wrzask, który wzbił się po kilku oktawach, po czym zjechał znowu po nich z powrotem. Harry doznał dziwnego uczucia, jakby całym światem nagle miotnęło w bok.
Kiedy znowu był w stanie widzieć, zobaczył, że sieć wciąż jest w jednym kawałku, ale jej krawędzie są poszarpane i unoszą się bezwładnie. Być może wcześniej coś ją zakotwiczało i teraz to coś zostało zniszczone? Harry nie wiedział.
Blizna zaczęła go piec.
Odwrócił głowę i wreszcie zobaczył nadciągającego w jego kierunku Connora, nurkującego pod trytonami, płynącego między oczkami sieci, ponieważ nie był w stanie jej zobaczyć. Jego oczy były szeroko otwarte w bąblu zaklęcia, którego nauczył go Harry, i wyglądał, jakby cały czas unosił się zaraz nad powierzchnią bezgranicznego przerażenia. Był w stanie wykorzystać tę impulsywną odwagę do uwolnienia Harry'ego i odholowania go na powierzchnię, Harry dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Nic jednak nie zdołałoby go zmusić do powrotu. Nie szkodzi. Harry wiedział, że nawet, jeśli Fleur – której wciąż nie udało się ominąć ściany nadzwyczaj zdeterminowanych druzgotków – nie zdoła uratować małej dziewczynki, to tej i tak nic się nie stanie. McGonagall go o tym zapewniła.
Wtedy Harry zobaczył, jak zza jednej z kamiennych chat wypływa ciemny kształt, który w ręku trzymał różdżkę.
Jego blizna zapiekła jeszcze mocniej. Harry przypomniał sobie wizję, którą miał jakiś miesiąc temu – Voldemort wysłał Rabastana do zrobienia czegoś.
A teraz cień celował różdżką w plecy Connora i ten człowiek, który mógł, choć nie musiał być Rabastanem, strzelił zaklęciem, które posłało strumień gotującej się wody prosto w jego brata.
Harry podjął decyzję. Życie jego brata było dla niego ważniejsze od wygranej w turnieju.
Wcisnął swoją bezróżdżkową magię do swoich kończyn – co było teraz znacznie łatwiejsze, kiedy już przyzwyczaił się do ograniczania jej do własnego ciała – i wyrwał się z więzów. Momentalnie osunął się w dół po rzeźbie i odbił się od niej, rzucając po raz kolejny zaklęcie oddechu, po czym rzucił Protego za Connora.
Przeczytał kiedyś, że większość zaklęć działa inaczej pod wodą. Teraz zobaczył na własne oczy, że to była prawda. Jego tarcza zebrała materiały z jeziora, zamiar formować ścianę utwardzonego powietrza i magii; wplotły się w nią wodorosty, kamienie i kilka zaskoczonych druzgotków. Gotująca się woda uderzyła w nią i odbiła się od niej. Harry był pewien, że wciąż niewyraźny cień mężczyzny zaklął – był w stanie zobaczyć strumień bąbli unoszący się z jego ust. Zaczął kopać wodę, wyraźnie zdesperowany, żeby podpłynąć bliżej.
Connor zagapił się na niego z zaskoczeniem. Harry pokręcił głową, żeby go poinformować, że nie ma czasu na wyjaśnienia, po czym złapał Connora w pasie. Odwrócił głowę w kierunku powierzchni. Wodę ponad nimi przecinały płynące szybko trytony, ale te były za bardzo zaabsorbowane własnym świętowaniem. Harry wątpił, żeby spróbowały im przeszkodzić.
Kątem oka zauważył Rabastana i tak, to musiał być on, to była ta sama twarz co w jego wizji. Był blady, ale z przymrużonymi oczami wyraźnie kalkulował swoje szanse. Wreszcie odwrócił się w kierunku małej dziewczynki ze srebrnymi włosami, wciąż przywiązanej do kamienia.
Harry jęknął z frustracją i splótł kolejne Protego zaraz nad dziewczynką. Nie sądził jednak, żeby to utrzymało się do czasu, kiedy zabierze Connora ponad powierzchnię i wróci, a sam Connor już zaczynał się miotać z entuzjazmem, wyraźnie sprzeciwiając się mocnemu uchwytowi, trzymającemu go w miejscu, które akurat znajdowało się pod wodą. Harry uznał, że najlepiej będzie, jeśli pozwoli mu walczyć u swojego boku.
Wypuścił Connora i wskazał na małą dziewczynkę, a potem na mrocznego czarodzieja. Connor zrozumiał. W bardzo oczywisty sposób stłamsił w sobie strach, ale kiwnął głową i wyciągnął schowaną za pasem różdżkę. Ruszał się na tyle powoli, że Harry domyślił się, że jego brat raczej nie będzie w stanie rzucać szybkich zaklęć, czy poruszać się zwinnie w czasie ataku.
No to popłynę pierwszy, a Connor popłynie za niego i rzuci zaklęcie z miejsca, z którego on się nie będzie spodziewał.
Harry znowu wezwał swoją magię. Będzie musiał zrobić coś widowiskowego, żeby odwrócić uwagę Rabastana zarówno od Connora i dziewczynki. Wezwał kule światła, złote i czerwone, które na szczęście wciąż wybuchały dokładnie tak, jak powinny. Rabastan obrócił się w jego kierunku.
Harry popłynął do niego ponuro, pozwalając, by światła dalej eksplodowały, wirując kolorowo wokół niego, i myślał szybko. Jego głównym problemem w tej chwili było to, że nie miał pojęcia, jak jego zaklęcia zadziałają pod wodą, a chciał czegoś, co nie zabije wroga. Wizja Rudolfa, ginącego w fali powoli rozsypujących się nad tym jeziorem prochów wciąż płonęła w jego umyśle, ilekroć zaczynał walczyć. Harry nie znosił zabijać. Sprawiało to, że ludzie nie mieli już szans się zmienić. Jeśli będzie w stanie wygrać tę walkę i ochronić Connora i dziewczynkę bez zabijania przy tym Rabastana, to to właśnie chce zrobić.
W takim razie użyjmy magii defensywnej.
Harry rzucił Haurio. Jadeitowo zielona tarcza wyłoniła się z jego ręki, po czym niespodziewanie rozprzestrzeniła się wokół niego, zamykając go w jasnym bąblu ciepłego powietrza. Harry opadł na jej dno i zamrugał. Bąbel rozprzestrzeniał się dalej, obejmując swoim działaniem dziewczynkę i ruszył na Rabastana.
Śmierciożerca wskazał na niego różdżką, wyrzucił z siebie strumień bąbelków i tarcza przestała rosnąć. Rabastan przyglądał się przez chwilę Harry'emu z podniesioną głową i ustami zaciśniętymi mocno z niesmakiem. Harry nie spuszczał go z oczu. Czy tylko po to przyszedł? Zaatakować kogo tylko mógł, skrzywdzić każdego, kto mu wpadnie w ręce?
Wtedy skręcił gwałtownie i strzelił zaklęciem w bok. Harry odwrócił głowę gwałtownie i zobaczył jak gęsta mgła krwi wybucha w miejscu, w którym zaklęcie Rabastana trafiło Connora.
Nie.
Brutalna siła, która w nim wzrosła, nie była dzikim gniewem, który go napędzał przy spotkaniach z Umbridge i Lily; to była stara furia, ta, która pozwalała mu walczyć z Bellatrix i Rudolfem na boisku quidditcha na pierwszym roku. Był wytrenowany, żeby chronić swojego brata, wykuty, żeby chronić swojego brata. Sięgnął przed siebie i ściągnął do siebie wszystko, co mogłoby mu pomóc, w ten sam sposób, jak kiedyś zmusił tłuczek do uderzenia Bellatrix i Rudolfa, dzięki czemu na jakiś czas wrócili do Azkabanu.
Haurio wklęsło na moment, po czym eksplodowało. Odłamki ciemnozielonego bąbla zatańczyły w wodzie, po czym z woli Harry'ego zebrały się razem i poleciały prosto na Rabastana. Jedno sieknięcie za drugim i on też w końcu zaczął krwawić. Bąble powietrza unosiły się wokół jego twarzy, kiedy prawdopodobnie mamrotał zaklęcia leczące, ale kawałki zawróciły i znowu go zaatakowały. Harry wiedział, że Rabastan musi się czuć, jakby był złapany w niekończącym się deszczu opadającego szkła. Przynajmniej będzie zanadto zajęty, żeby rzucić kolejne zaklęcie.
Harry zaczął młócić wodę nogami, żeby dostać się do Connora. Nie był najlepszym pływakiem, ale i tak dostał się do niego relatywnie szybko. Connor unosił się pod gęstą, czerwoną mgłą. Miał zamknięte oczy, ale zaklęcie bąblogłowy przynajmniej pozwalało mu dalej oddychać. Długie cięcie biegło od jego prawego ramienia, przez klatkę piersiową i owijało się w pasie. Harry był w stanie zobaczyć lśniące wnętrzności swojego brata.
Jeśli czegoś nie zrobię to umrze z wykrwawienia, pomyślał, odsuwając od siebie wszelkie emocje. Muszę ucisnąć jakoś ranę.
Cisnął w dół całą swoją wolę i wezwał kolejne Protego, tym razem maleńkie. Obłożyło ono ranę, traktując krew jak wroga i wiążąc ją w środku. Harry miał wrażenie, że będzie w stanie polegać na utwardzonej wodzie, przeplecionej wodorostami, że ta utrzyma się do chwili, w której dotrze na powierzchnię.
Odwrócił się akurat w porę, żeby zobaczyć jak Rabastan znika zaklęciem ostatnie z ciemnozielonych odłamków. Wtedy ten odwrócił się w kierunku dziewczynki ze srebrnymi włosami. Fleur, której wreszcie udało się uwolnić od upierdliwych druzgotków, płynęła w jej kierunku tak szybko jak tylko mogła, ale Harry nie sądził, żeby zdołała dotrzeć tam na czas.
Nie musiała. Rabastan zaczynał już męczyć Harry'ego, nawet jeśli nie zdenerwował go jeszcze na tyle, żeby go zabić. Solidna furia mu na to nie pozwalała.
Śpij, pomyślał, w kombinacji legilimencji i własnej siły woli. Już wcześniej powinien był to zrobić, ale nie był wtedy jeszcze na tyle zły, żeby rozkazać cokolwiek innej osobie. Rabastan drgnął, rozluźnił się i zaczął bezwładnie wisieć w wodzie.
Harry popłynął w kierunku powierzchni z rękami mocno zaciśniętymi wokół Connora. Protego trzymało. Uratuje Connora. Żadne z jego wnętrzności nie wyleciało. Jego bratu nic nie będzie. Tych myśli będzie się trzymał.
Przebił się przez powierzchnię jeziora i jego zaklęcie oddechu rozwiało się. Usłyszał dochodzące z widowni okrzyki, ale kiedy wyciągnął Connora na brzeg, wszyscy zdawali się ucichnąć, jakby wciągnęli ze strachem powietrze.
Po chwili jednak rozległy się wrzaski i Harry zobaczył, jak McGonagall biegnie w jego kierunku, śmiertelnie blada. Ciemny kształt jednak ją wyprzedził. Snape opadł przy Connorze na kolana i zagapił się na niego, po czym przerzucił wzrok na Harry'ego.
– Proszę go zabrać do Madam Pomfrey – powiedział Harry, nie rozpoznając własnego głosu. Zamarzał w rześkim powietrzu lutego. – Klątwa tnąca. – Odwrócił się i wskoczył z powrotem do jeziora, odnawiając swoje zaklęcie oddechu i ignorując głos Dracona, krzyczący jego imię.
Zanurkował znowu, kopiąc, wijąc się, opadając. Zignorował szare pętle sieci, choć wydawały mu się wyjątkowo obślizgłe ilekroć muskały mu skórę, i tańczące trytony, które odprowadzały go wzrokiem. Rabastan powinien być tam, gdzie go zostawił.
Był. Harry podpłynął na tyle blisko, że zobaczył, jak z jego ust wciąż unoszą się bąbelki powietrza. Jego zaklęcie oddechu wciąż trzymało.
Z tej odległości Harry zaczął czuć, że dygoce. Tak strasznie chciał rzucić tnącą klątwą w Rabastana. Tylko tyle, tylko tyle mrocznej magii i znowu będzie w stanie oddychać.
Muzyka zalała mu uszy.
Harry pokręcił głową i zamknął mocno oczy. Były ważniejsze sprawy w tym momencie do załatwienia, włącznie z pytaniami, na które tylko Rabastan mógł im odpowiedzieć, a to będzie w stanie zrobić tylko żywy. Jak udało mu się dostać na teren szkoły, mijając osłony, które przecież miały ich wszystkich chronić przed śmierciożercami? Z jaką misją tu się właściwie pojawił? Żeby zabić Connora? Czy Voldemort chciał, żeby Chłopiec, Który Przeżył zginął w miejscu publicznym, tak żeby nikt nie miał żadnej wątpliwości, że Connor nie będzie już w stanie go pokonać?
Nie. Nie, nie sądzę, żeby to o to chodziło. Voldemort mówił w wizji, że chce zadać swoim wrogom ból i cierpienie. Mam wrażenie, że Rabastan miał zabić Connora, żeby rozbić mnie psychicznie na kawałki.
Furia była blisko, wystarczyło tylko pozwolić jej działać.
Harry jej na to nie pozwolił. Pochwycił porzucone liny – Fleur uwolniła swoją siostrę, kuzynkę, czy kimkolwiek ta dziewczynka dla niej tak naprawdę była i zniknęła – i owinął je wokół Rabastana, po czym zaciągnął go ze sobą na powierzchnię. Dotarli do niej bez trudu. Harry unosił się przez chwilę w wodzie, słysząc jak okrzyki znowu narastają na sile, po czym popłynął w kierunku brzegu. Pozwolił, żeby wszyscy dobrze się przyjrzeli unoszącemu się za nim śmierciożercy. Jeśli jego brat nie był bezpieczny na terenie szkoły, to Harry chciał się upewnić, że wszyscy będą sobie z tego zdawali sprawę.
– Kto to jest? – pytało większość osób, co nikomu w żaden sposób nie pomagało.
Harry'emu przyszło do głowy, że skoro już musi zrobić z siebie przedstawienie, to równie dobrze może je wykorzystać do własnych celów. Wyciągnął Rabastana z wody i podwinął mu rękaw, odsłaniając jego Mroczny Znak, po czym podniósł wysoko jego lewą rękę.
Wrzaski paniki momentalnie rozległy się ze wszystkich stron. Harry uśmiechnął się. Wiedział, że to nie jest ładna mina, ale potrafił sobie wyobrazić, jakie fale to wywoła. "Prorok Codzienny" będzie miał szczęście, jeśli zdąży to zaraportować, zanim wieść nie obiegnie wszystkich w kraju, przekazywana jako plotka. Śmierciożerca! Śmierciożerca w Hogwarcie!
Harry odetchnął krótko, kiedy ktoś nagle na niego wpadł. Chwilę potem zorientował się, że trzymające go z desperacją w pasie ręce należały do Dracona i że Draco przytula się do niego, jakby się bał, że Harry zaraz wskoczy z powrotem do jeziora.
– Nie rób mi tego – szepnął Draco. – Błagam, nie rób mi tego.
To musi być jedna z gorszych stron kochania mnie, pomyślał Harry. Odprężył się jednak w ramionach Dracona.
– Postaram się – powiedział, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Harry.
Harry poderwał wzrok i spojrzał na Snape'a. Jego opiekun miał minę, której Harry nie widział już od miesięcy: tak agresywnie zatroskaną, że wyglądał, jakby był gotów bez ostrzeżenia porwać Harry'ego i zamknąć go w jakimś bezpiecznym miejscu.
– Twój brat przeżyje.
Harry zamknął oczy, zastanawiając się, jak wiele kropel wody, spływających mu po twarzy, było łzami.
– Wydaje mi się też, że najlepiej będzie, jeśli przyprowadzisz swojego więźnia na przesłuchanie – dodał Snape. – Po pozbawieniu go różdżki, oczywiście. Zaniesiemy go do Wielkiej Sali.
– Czyli przesłuchanie odbędzie się publicznie, proszę pana? – zapytał cicho Harry.
– Och, tak bardzo publiczne jak tylko się da.
Harry spojrzał na Snape'a, kiedy ten to mówił. Snape patrzył z furią na Dumbledore'a.
– Naprawdę chciałbym się dowiedzieć – powiedział Snape tak cicho, że ledwie słyszalnie – jakim cudem, kiedy dyrektor ma ścisłą pieczę nad osłonami, śmierciożercom wciąż udaje się dostać na tereny Hogwartu.
Harrym zatrzęsło lekko, ale nie był pewien, czy to było z zimna, czy złości. Na twarzy Dumbledore'a był jego zwyczajowy, dobrotliwy uśmiech, kiedy ten starał się uspokoić spanikowaną publikę.
– Też chciałbym się tego dowiedzieć – szepnął Harry.
I czemu ta szara sieć się tak trzęsła i co Dumbledore o niej wie.
