Wiedziałam, że to będzie Niemiły Rozdział, ale wyszedł mi jeszcze Mniej Miły niż oczekiwałam.
Rozdział czterdziesty piąty: Ludzka dusza zmienną jest
Harry zastanawiał się, co właściwie powinien czuć, kiedy szedł za Snape'em, który lewitował Rabastana do Wielkiej Sali, a zaniepokojony Draco szedł za nimi. Podejrzewał, że to powinno być cokolwiek poza tym, co w tym momencie czuł: mieszaninę oburzenia, irytacji, niepokoju o Connora i bulgoczącej delikatnie pogardy, której źródła w pierwszej chwili nie był w stanie zidentyfikować.
Ile razy ma jeszcze do tego dojść? Co innego mi pozostało w tej sytuacji zrobić? Przecież nie utrzymam śmierciożerców z dala od szkoły, jeśli nikt nie pilnuje osłon. A jeśli Dumbledore się tym nie zajmuje...
Tak strasznie chciał odpowiedzi, że aż był w stanie je wyczuć. Ale najpierw musieli się uporać z Rabastanem.
Przynajmniej Snape chce to załatwić przed szeroką publiką, pomyślał Harry, kiedy Snape przywiązał Rabastana do blatu stołu Hufflepuffu, używając lin, które Harry przyniósł z dna jeziora. Twarz jego opiekuna była niemal spokojna, ale Harry nie sądził, żeby to miało się utrzymać. Snape odstąpił, kiedy już się upewnił, że więzy utrzymają, po czym zerknął na Harry'ego.
– Masz jego różdżkę?
Harry kiwnął głową i poklepał się po kieszeni szaty, do której schował różdżkę Rabastana. Strzeliła iskrami, kiedy ją podniósł, jakby odzwierciedlając złość swojego właściciela, ale póki trzymano ją z daleka od dłoni Rabastana, to nie była w stanie zrobić nikomu krzywdy. Harry przytrzyma ją przy sobie na wypadek, gdyby Rabastan miał zdolność do przyzwania jej do siebie.
– Dobrze – powiedział Snape i wycelował własną różdżką w Rabastana. – Ennervate!
Rabastan drgnął i obudził się. Harry był w stanie wyłapać moment, w którym ten się zorientował, że został schwytany. Jego oczy otworzyły się na moment szerzej, po czym obrócił głowę i spojrzał Snape'owi w oczy ze spokojem kogoś, kto oczekuje tortur i właśnie zbiera się w sobie, żeby się im oprzeć.
– Severusie – powiedział. – Dawno się nie widzieliśmy. Wciąż chronisz dzieci, jak widzę? Dobrze się przy tym bawisz? Podejrzewam, że takie życie może odpowiadać komuś o duszy tak mizernej, że skłonnej do odrzucenia łaski naszego Lorda.
Snape nie okazał żadnych emocji w odpowiedzi na jego drwiny, tylko przyglądał mu się ze spokojem. Harry usłyszał za nimi cichy pomruk i obejrzał się przez ramię. Większość tłumu turniejowego wlała się już do Sali. Harry zobaczył Kruma i Fleur, stojących przed wszystkimi ze swoimi zakładnikami. Zachariasz Smith zauważył Hermionę i starał się stanowczo dać jej do zrozumienia, że ma w tej chwili zwrócić na niego uwagę i odsunąć się od Kruma. Hermiona go kompletnie zignorowała i tylko patrzyła na Rabastana. Harry zastanawiał się, czy była zafascynowana faktem, że znajduje się tak blisko prawdziwego, żywego śmierciożercy, czy może po prostu chciała zobaczyć jak sprawiedliwość dotyka osobę, która niemal zamordowała Connora.
Draco patrzył na niego z niepokojem. Harry uśmiechnął się do niego półgębkiem i dotknął jego ramienia, po czym odwrócił się z powrotem w stronę przesłuchania.
– Zapytam cię o to tylko raz, Rabastanie – powiedział Snape. – Jak ci się udało dostać na teren szkoły?
Rabastan prychnął na niego.
– I skąd ci przyszło do głowy, że ci to powiem, Severusie? – Wydawał się teraz nieco bardziej odważny. Może brak zgniatacza kciuków go uspokoił, pomyślał Harry. – Tajemnice naszego pana są wyłącznie jego tajemnicami i wolałbym skończyć w więzieniu niż je komukolwiek wyjawić. Już kiedyś to zrobiłem.
– Czyli spotkałeś się już z przesłuchującymi ministerstwa – powiedział Snape. – Aurorami. Może niewymownymi. – Leniwymi ruchami obracał różdżkę w palcach. – Różnica polega na tym, Rabastanie, że tym razem masz do czynienia ze mną.
Rabastan przechylił głowę na bok, oczy mu lśniły.
– Niczego ci nie powiem. Już to powiedziałem.
Snape zamarł. Harry był w stanie jednak wyczuć wijącą się w nim potęgę, wzbierającą na sile, i wcale nie był zaskoczony, kiedy ten powiedział tylko:
– Szkoda.
Wykonał zaklęcie. Harry podejrzewał, że musiało być z natury swojej niewerbalne, co było samo w sobie przykre, bo nie rozpoznał jego efektów. Szczęka Rabastana opadła luźno. On sam zagapił się na powietrze przed swoją twarzą i jęknął, czysto zwierzęcy dźwięk. Harry był w stanie zobaczyć, że źrenice ze zgrozy otworzyły się tak szeroko, że niemal przesłoniły tęczówki. Zadrżał i starał się podnieść rękę, żeby osłonić oczy, ale liny trzymały mocno i był w stanie tylko wierzgnąć.
– Zostawię cię im na pożarcie – powiedział Snape. – Wiesz przecież, że im nigdy nie dość jedzenia, Rabastanie. Powiedz mi. Jak dostałeś się na teren szkoły? Już drugi raz muszę cię o to pytać. Nie zapytam po raz trzeci. – Poruszył lekko różdżką i Rabastan wydał z siebie żałosny wrzask.
Harry poszukał w sobie jakiegoś współczucia wobec Rabastana. Nie znalazł żadnego. Ten człowiek próbował zabić Connora, który prawdopodobnie pojawił się tutaj, żeby zabić Connora, któremu prawie się to udało.
Nie chcę, żeby zginął, ale chcę, żeby cierpiał.
Była w nim też mroczna furia, ponownie rosnąca w siłę. Harry wziął głęboki oddech i stłamsił ją w sobie, po czym zrobił kilka kroków do przodu, póki nie znalazł się obok swojego opiekuna. Rabastan nawet na niego nie spojrzał, chociaż Harry'emu wydawało się, że zasługiwał na przynajmniej łypnięcie.
– Profesorze Snape – powiedział cicho. – Niech pan już przestanie. W ten sposób niczego się od niego nie dowiemy.
Snape obejrzał się na niego i nic nie powiedział. Rabastan dyszał, chlipiąc jakieś słowa i krztusząc się innymi. Harry słuchał, ale nie był w stanie wyłapać niczego poza "osłony". To naprawdę im w żaden sposób nie pomagało i zaczynał podejrzewać, że Snape chciał rzucić to konkretne zaklęcie po części dlatego, że sam był wściekły.
Pomyślał Finite Incantatem tak mocno jak tylko był w stanie.
Rabastan wierzgnął po raz ostatni, po czym opadł na stół bezwładnie. Snape w dalszym ciągu tylko przyglądał się Harry'emu. Harry go zignorował. Niech publiczność uzna, że Snape się nad nim zlitował i zakończył zaklęcie z własnej woli. Pochylił się do przodu.
– No to jak będzie? – zagaił głosem, którego może nie udało mu się uczynić przyjaznym, ale przynajmniej był miękki i cichy. – Jak dostałeś się na teren szkoły?
– Nie pytaj po raz trzeci – szepnął Rabastan. – Powiedziałem już. Jeden ze służących Mrocznego Pana pomógł mi znaleźć dziurę w osłonach. I tak już były osłabione.
– Osłabione. – Głos Snape'a był beznamiętny. – Co to ma znaczyć?
– Pozwól, że teraz ja się zajmę tym przesłuchiwaniem, Severusie.
Harry był w stanie wyczuć, jak potęga Dumbledore'a wlała się do pomieszczenia razem z jego słowami, jakby niósł na sobie płaszcz światła, którym teraz zamiótł dokoła i wstrząsnął. Powietrze wydawało się słodsze, a Harry usłyszał, jak niektórzy z widowni wydali z siebie pomruk, który się wzniósł, a potem opadł, razem z subtelną muzyką jego magii. Wszystko będzie dobrze, mówiła magia, tak długo jak wszyscy uwierzą w dyrektora i pozwolą mu się wszystkim zająć. Przeplatała to wszystko gęsta sieć przymuszenia i Harry zastanawiał się, jak wiele słynnych przemów Dumbledore'a, tych, podczas których zdołał uspokoić wszystkich i zachęcić ich do dalszej walki z Voldemortem, pochodziła z jego własnej, magicznej potęgi, zamiast zdolności oratorskich.
Snape zachwiał się. Harry wiedział, że ten pewnie walczy z ogarniającym go oszołomieniem, ale zalewająca go potęga, której się nawet nie spodziewał, sprawiała, że nie był w stanie się jej postawić od razu. Stał w ciszy i przez to wyglądał, jakby się zgodził na przejęcie więźnia. Dumbledore kiwnął głową i zwrócił się do Rabastana.
Harry wyzwolił własną potęgę.
Dyrektor momentalnie przerzucił wzrok na niego. Miał przymrużone oczy, ale jego mina wciąż była zwodniczo łagodna.
– Chcesz z tego zrobić ten rodzaj pojedynku, którego jeszcze niedawno wolałeś uniknąć, Harry? – wymamrotał, ledwie poruszając ustami. – Ten rodzaj, który zniszczyłby pół Brytanii, jeśli go zaczniemy?
– Nie, proszę pana – powiedział Harry. Patrzył Dumbledore'owi prosto w oczy i zastanawiał się, co się znajduje za nimi. Czy Dumbledore naprawdę stracił swój spryt i bystrość umysłu, które niegdyś tak chętnie mu przypisywano, czy też może po prostu skupił je na czymś innym? A może przez cały czas tylko wszystkich oszukiwał? Nie, żeby to miało jakieś większe znaczenie, ponieważ teraz uciekał się już wyłącznie do sztuczek. Wyłącznie ciekawość Harry'ego sprawiała, że chciał wiedzieć.
– W takim razie proszę, odsuń się i pozwól mi się tym zająć. – Głos Dumbledore'a przeszywały pasma stali.
– Rabastan pana nie obchodził, póki ten nie wspomniał o osłabionych osłonach. – Harry odwrócił się z powrotem do śmierciożercy. – Co miałeś przez to na myśli?
Magia Dumbledore'a wzniosła się i rozprzestrzeniła się po pokoju w cichej fali. Harry poczuł, jak wszystko się w nim przewraca, zupełnie jakby znowu się znalazł pod powierzchnią jeziora, ale tym razem bez zaklęcia oddychającego. Uległość napływała na niego z każdej możliwej strony, tętniła mu w uszach z każdym uderzeniem serca. To byłoby takie wspaniałe, takie słuszne, żeby się poddać przed potężniejszą magią Dumbledore'a. Każdy, kto przed tobą spotkał to właśnie robił, poza takimi dzikusami jak Voldemort, ale on i tak przecież był szalony. Nie ma w tym żadnego wstydu. Nikt by nie winił Harry'ego. Podążałby za czarodziejem, który jest od niego starszy i silniejszy, a to by znaczyło, że cokolwiek, co by się wydarzyło, nie byłoby z jego winy.
Harry był w stanie wyczuć jak słodko byłoby się tak po prostu poddać. Tak często to robił przez pierwszych jedenaście lat swojego życia, ilekroć myślał o czymś, czego zrobienie byłoby złe i co bolało, jeśli tylko ośmieliłby się myśleć o tym za długo. Słowa jego matki przynosiły mu ulgę, sprawiały, że świat na nowo stawał się prosty.
Zanadto był już jednak przyzwyczajony do walki. Zebrał się w sobie i strząsnął z siebie tę magię, a jego umysł znowu zrobił się klarowny.
Pasy przymuszenia puszczały go jeden za drugim. Po chwili znowu był w stanie zobaczyć Dumbledore'a dokładnie takiego, jakim był: niezwykle potężnym czarodziejem, z własnymi pokładami wiedzy, doświadczenia i ekspertyzy w sztuce wojny i poświęcenia. Na pewno jednak nie był łaskawym bogiem, za jakiego go podawała jego magia. Harry założył ręce na piersi, dysząc ciężko.
– Proszę tego więcej nie próbować – powiedział.
Dumbledore tylko przyglądał mu się w milczeniu, po czym odezwał się, kiedy już minęło kilka chwil i najgłośniejszym dźwiękiem rozlegającym się w pobliżu Harry'ego był chrapliwy oddech Rabastana.
– Próbować czego, Harry?
Harry zamknął oczy. Mroczna furia ponownie rosła na sile. Tak strasznie chciał zrobić komuś krzywdę. Nie był jednak pewien, czy ten impuls pochodził z pragnienia zadania komuś bólu, czy może zwykłej frustracji, że znowu wszyscy mu wchodzą w paradę.
– Niech pan nie struga idioty, naprawdę nie mamy na to czasu – powiedział sucho. Odwrócił się do Rabastana. – Otrzymałeś pomoc od służącego Mrocznego Pana. Kto był tym służącym?
Rabastan przestał na chwilę oddychać. Wreszcie pokręcił głową.
– Tę wiedzę będziecie musieli wyrwać ze mnie siłą – wymamrotał. – Skoro tego nie wiecie, to ja wam na pewno nie...
– Legilimens.
Harry nie wdarł się do umysłu Rabastana. Nie musiał. Wślizgnął się do środka przez oczy Rabastana i napotkał gęstą, lepką mgłę. Nie sądził, żeby to był jego sposób obrony, raczej naturalny stan jego umysłu. Rabastan raczej nie miał zadatków na oklumentę.
Mgła owinęła się wokół niego przez moment, po czym zwiało ją w bok, a przed oczami Harry'ego pojawiło się to, o czym Rabastan w tej chwili myślał. Harry zobaczył Moody'ego z jego srebrną obrożą na szyi, z jedną ręką wyciągniętą, jakby łapał kogoś za ramię.
Harry wyskoczył z powrotem i opuścił Rabastana z powrotem na stół. Mężczyzna zdawał się nie wiedzieć, co się właściwie przed chwilą stało. Harry obrócił się, przyglądając się intensywnie tłumowi, który wciąż stał potulnie i cicho pod mocą Dumbledore'a. Był w stanie zobaczyć profesor McGonagall, profesor Sprout, profesora Flitwicka, profesor Sinitrę, która stała z tyłu i musiała wyciągać szyję, żeby cokolwiek zobaczyć...
Nigdzie profesora Moody'ego.
Umysł Harry'ego momentalnie przeskoczył do oczywistego wniosku. Atak Rabastana się nie powiódł. Więc teraz on spróbuje dobić Connora.
– Moody – warknął na Snape'a, po czym przykucnął, naciskając na osłony anty–aportacyjne. Na swój sposób nie chciał tego robić, bo wiedział, że jak już wyląduje w skrzydle szpitalnym, to będzie się cały trząsł, ale Merlin jeden wiedział, co się stanie Connorowi w czasie, który Harry straci biegnąc po schodach.
Tuż przed skokiem poczuł, jak ktoś go chwyta za ramię. Złapał za tę dłoń i zdołał przyciągnąć tę osobę ze sobą w aportacji łącznej. Nawet nie był zaskoczony, kiedy po tym krótkim skoku wylądował na podłodze skrzydła szpitalnego, a obok niego na kolano opadł Snape.
– Powiedziałem panu, żeby przekazał pan to innym! – warknął Harry, zmuszając się do podźwignięcia na nogi. – Co będzie, jak obaj tu zginiemy i nikt poza Rabastanem nie będzie wiedział, że...
– Imperio.
Spokojnie wymówiona klątwa przemknęła obok Harry'ego, choć ten wyczuł lekki powiew wiatru, kiedy ta go minęła na swojej okrutnej drodze. Harry zobaczył, jak twarz Snape'a robi się niespotykanie spokojna. Pojawił się krótki błysk, jakby walczył z zaklęciem całą swoją oklumencją, ale i to zniknęło po chwili.
Zupełnie jak przy smokach. Tylko klątwa Imperiusa o niespotykanej sile byłaby w stanie dokonać czegoś takiego, ale żeby złapać Snape'a...
Mulciber. Powinienem był się domyślić.
Harry odwrócił się i zobaczył, jak Mulciber, już nie pod wpływem eliksiru wielosokowego, czy transmutacji, która nadała mu wygląd Moody'ego, wstawał zza pobliskiego łóżka szpitalnego.
– Szlag by to, żebym musiał tak się chować – burknął, otrzepując kurz ze swoich szat. Zrobił krok przed siebie. Miał na sobie szatę skrojoną na czarodzieja mniejszego od siebie, bo Moody był od niego niższy, a obnażony przez to Mroczny Znak na jego lewym przedramieniu wystarczył, żeby blizna Harry'ego zapiekła tępym bólem. Srebrna obroża wciąż spoczywała na jego karku. – Ale musiałem się upewnić, że nie zobaczysz mnie od razu i nie zrobisz czegoś, czego byś potem pożałował.
– Ty draniu... – powiedział Harry.
Mulciber, nie odrywając od niego wzroku, nie powiedział niczego na głos, ale chwilę później Harry usłyszał głuche stuknięcie z boku. Odwrócił się w jego kierunku i zobaczył, że Snape podniósł leżący na stole nóż, niewątpliwie położony tam na wypadek, gdyby trzeba było komuś na szybko rozciąć ubrania czy przeciąć więzy, a zaklęcia mogłyby tylko zaszkodzić, po czym wbił go sobie w rękę. Krew polała się z rany, która była na tyle głęboka, że mogła się skończyć stałymi obrażeniami, jeśli się jej nie opatrzy. Twarz Snape'a pozostała niezmienna.
Harry spróbował wyobrazić sobie Snape'a, który ma uszkodzone ręce, albo w ogóle ich nie ma, i poczuł, jak mu się w brzuchu przewraca.
– Mogę mu kazać odciąć sobie palce – powiedział Mulciber niskim tonem. – Tak mi się wydawało, że Rabastan mnie zdradzi. Zapędziłeś mnie w kozi róg, Potter. Nic innego mi nie pozostało. Rozmawiasz ze zdesperowanym człowiekiem. Nie mam już nic do stracenia. Nie naciskaj mnie. – Zamilkł, po czym dodał lżejszym tonem: – A nawet, jeśli jesteś skłonny zabić swojego opiekuna, to nie sądzę, żebyś był równie skory do poświęcenia i jego. – Wskazał na pozornie puste łóżko i zaklęcie kameleona odwinęło się, odsłaniając Connora. Był owinięty bandażami, ale Harry był w stanie zobaczyć, że jego otwarte, przeszklone oczy również miały w sobie oznaki Imperiusa.
Mulciber spojrzał znowu na Harry'ego. Jego twarz była spokojna, ale zaraz pod tą powierzchnią Harry był w stanie zobaczyć jego podekscytowanie, które podpowiedziało mu, że ten człowiek był na skraju, bez względu na jego kojącą minę.
– Wydaje mi się – powiedział Mulciber – że się rozumiemy.
Harry przyglądał mu się, dysząc ciężko. Prawdopodobnie byłby w stanie przywalić w Mulcibera swoją magią i pozbawić go przytomności zanim ten zdoła wydać jakiś rozkaz, który permanentnie uszkodzi Connora albo Snape'a.
Prawdopodobnie.
Słyszał jednak historie o tym, do czego Mulciber był zdolny w czasie wojny z Voldemortem, włącznie z rozkazywaniem swoim ofiarom, by te umarły na zawał. Miał wyjątkowo wyrafinowaną kontrolę nad klątwą Imperiusa. Harry nie miał żadnej pewności, że zdąży sięgnąć Mulcibera zanim ten nie wyda takiego, albo podobnego rozkazu Snape'owi albo Connorowi. Ryzyko było nie do zaakceptowania.
– No dobra – powiedział. – Mów do mnie. Chcesz się dogadać, tak? Co ci konkretnie chodzi po głowie?
Mulciber przyjrzał mu się intensywnie.
– Wydaje mi się, że już możesz odłożyć ten nóż, Severusie. Zostań jednak przy stole, na którym go położysz, tak żeby nasz Potter nie zapomniał, do czego mogę cię zmusić.
Harry patrzył, jak Snape wykonuje rozkaz z idealnie obojętnym wyrazem twarzy. Och Merlinie, ależ pan musi teraz zajadle walczyć w swojej głowie. Tak mi strasznie przykro.
– Proponuję też, Potter, żebyś rzucił zaklęcie zamykające na drzwi – powiedział Mulciber, patrząc na niego hardo. – Usadowiłem Madam Pomfrey w jej gabinecie, ale nie wątpię, że niebawem zjawią się tu inni, a wolę, żeby nikt nam nie przerywał. Twoja magia jest potężniejsza od mojej.
Nienawidząc samego siebie, Harry zerknął na drzwi do skrzydła szpitalnego i cisnął w nie falą czystej woli, zupełnie jak wtedy, kiedy posłał Rabastana do snu. Drzwiami zatrzęsło mocno, po czym przysunęły się do siebie w sposób, który sugerował, że nie otworzą się jeszcze przez jakiś czas. Harry tak czy inaczej czuł, jak wszystko zwija się w nim ze strachu. Dumbledore byłby w stanie rozkazać drzwiom się otworzyć, gdyby się naprawdę postarał, ponieważ jest absolutnym panem Hogwartu w chwilach zagrożenia.
– To wystarczy – powiedział Mulciber. – A teraz, panie Potter, czy zdaje pan sobie sprawę, że przez pana stanąłem przed najtrudniejszą w moim życiu decyzją? – Mówił naprawdę wesołym głosem.
Harry odwrócił się z powrotem w jego kierunku i nakazał sobie zignorować to, jak strasznie surrealistyczna była to sytuacja. To wszystko naprawdę miało miejsce i jeśli o tym zapomni, to ktoś może przez to zginąć.
– Nie wiem, o co ci chodzi.
Mulciber podszedł do Connora i Harry musiał patrzeć, jak śmierciożerca głaszcze jego brata po głowie.
– Chodzi mi o to, że już od jakiegoś czasu zastanawiałem się, czy służba Mrocznemu Panu to jest to, co naprawdę chcę robić ze swoim życiem. Jasne, poszedłem dla niego do Azkabanu, ale odkąd stamtąd uciekłem, widziałem raz za razem jak ktoś niszczy każdy z jego planów, o których mnie zapewniano, że na pewno wypalą. Nawet moje pojawienie się tutaj w przebraniu Moody'ego na niewiele nam się zdało, zwłaszcza, kiedy pierwszy atak Bellatrix na ciebie skończył się tak, a nie inaczej, a ja zorientowałem się, że od razu wyczujesz, jeśli wykonam w twojej okolicy klątwę Imperiusa. Próbowałem z tobą rozmawiać, zobaczyć, czy nie ma w tobie czegoś innego, co moglibyśmy wykorzystać. Przynajmniej podczas pierwszego zadania miałem wokół siebie tłum ludzi, więc mogłem ją bezpiecznie rzucić. Zawaliłeś jednak wszystkie moje testy. Pokazałeś mi, że jesteś w stanie oprzeć się mojej najpotężniejszej broni. Co więcej, jestem przekonany, że Mrocznemu Panu też byś się oparł. A ja nie chcę być po stronie, która przegra. Naprawdę mi się to już przejadło – to trwa już o trzynaście lat za długo. Chcę dobić z tobą targu.
– Strasznie dziwnie to okazujesz – szepnął Harry. – Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że nie mogę ufać nawet jednemu słowu, które od ciebie usłyszę?
– Ależ oczywiście, że możesz – powiedział Mulciber. – Zrozum, ja tutaj miałem poczynić znacznie większe postępy. Nie zrobiłem tak wiele, jak ode mnie oczekiwano, po części dlatego, że mój pan powiedział mi, że powinienem być w stanie przejąć nad tobą kontrolę bez większych problemów. Nie chciałem, żebyś zwrócił na mnie uwagę, ale też chciałem ograniczyć ilość moich zbrodni przeciwko tobie, tak żeby te nie świadczyły za mocno przeciw mnie, kiedy wreszcie się zwrócę do ciebie z tą prośbą. Musiałem rzucić klątwę podczas pierwszego zadania, musiałem ją przetestować na tobie i musiałem wpuścić Rabastana przez osłony, bo to wszystko to były bezpośrednie rozkazy mojego pana i gdybym ich nie wypełnił, to domyśliłby się, że moja lojalność wobec niego chwieje się w posadach. Ale poza tymi sytuacjami, pomyśl chwilę, przecież nie zaszkodziłem ci aż tak, jak mogłem w tym czasie.
Harry spojrzał na swojego brata.
– Rabastan miał go zabić – powiedział Mulciber bez cienia pokory w głosie. – Nie ja. Próbowałem mu wyjaśnić, że to zły pomysł, ale się uparł i powiedział, że nasz pan chciał, żeby to zostało wykonane perfekcyjnie. Pod presją jednak zawsze wychodził z niego koszmarny tchórz. Nigdy nie byłem w stanie mu zaufać. Ty też nie powinieneś, nawet kiedy będzie się zaklinał na wszystkie świętości, że ci podaruje wszystkie dowody jak na talerzu.
– Byłeś tutaj – szepnął Harry.
– Tylko dlatego, że wiedziałem, jak to się skończy, kiedy przyprowadzisz Rabastana żywego, kiedy sam jesteś legilimentą, a chciałem się upewnić, że mnie wysłuchasz. – Mulciber znowu pogładził włosy Connora. Harry poczuł, że zbiera mu się na wymioty i niemal się nimi zakrztusił. O Mulciberze krążyły też inne historie, takie, od których Harry'emu włos się jeżył na głowie i przez które zaczął się teraz zastanawiać, czy jacyś młodsi uczniowie nie mają w głowach Obliviate. – Ja tu tylko zabezpieczam swoją pozycję, Potter, moją pozycję w życiu. Widziałem, czym jesteś. Testy mi to pokazały. Próbowałem rzucić na ciebie klątwę podczas tego naszego małego pojedynku, kryjąc ją za pomniejszymi, prostszymi zaklęciami, i po prostu nie zadziałała. Twój umysł jest po prostu za dobrze wytrenowany na takie subtelne podchody. Niech zgadnę, pewnie pamiętasz ten jeden raz, kiedy spróbowałem, nie?
Harry kiwnął głową. Nie był w stanie oderwać od Connora oczu. Miał już pewien pomysł, ale zajęłoby to za dużo czasu, a czas... doprowadzał go do rozpaczy.
Za duże ryzyko.
– No, tak myślałem. Cholerne zaklęcia pamięci, większość z nich w ogóle nie działa na legilimentów – mruknął Mulciber. Przechylił głowę, a jego oczy błysnęły chłodno na Harry'ego. – Zapewniam cię jednak, pozwól mi się do ciebie przyłączyć, a zobaczysz, jaki potrafię być lojalny. Ty wygrasz tę wojnę. Jesteś silny w sytuacjach, z którymi Mroczny Pan by sobie nie poradził, ponieważ sam nie był w stanie zainspirować w nikim lojalności, a Dumbledore oślepił się tą swoją prawością. Przyjąłeś innych śmierciożerców. Czemu nie mnie?
Harry mógłby w nieskończoność wymieniać różnice między kimś takim jak Hawthorn Parkinson i kimś takim jak Mulciber, ale wolał to przemilczeć.
– Nie wspomniałeś w ogóle o Dumbledorze – powiedział zamiast tego. – Przecież on też powinien być w stanie wyczuć twoją klątwę.
Mulciber prychnął.
– Och, na pewno coś tam wyczuł. Rzuciłem ją na profesor McGonagall i kazałem jej wrzucić twoje imię do Czary Ognia, kiedy jeszcze wydawało mi się, że ten durny plan Mrocznego Pana ma jakiekolwiek szanse powodzenia. Wtedy to ty byś został przywiązany do turnieju; musiałaby wybrać ciebie, bo jesteś tutaj najpotężniejszym czarodziejem. Ale Dumbledore się wtrącił. Musiał jednak wiedzieć, że twoje imię znalazło się w Czarze, bo sam ją sprawdzał.
Harry musiał dwa razy przełknąć ślinę, zanim zdołał coś z siebie wydusić.
– Czyli wiedział, że ktoś ze szkoły wrzucił moje imię do Czary?
– No musiał – powiedział wprost Mulciber. – Jasne, gdyby się przyjrzał sprawie, to zobaczyłby, że to McGonagall wrzuciła to imię i gdyby z nią porozmawiał, to znalazłby w jej umyśle Obliviate, które rzuciłem na nią zaraz potem. Wiedziałby, gdyby tylko poszukał jak należy. – Postukał w swoją srebrną obrożę. – Czy to by utrzymało tak zdolnego legilimentę jak on z dala od mojego umysłu? Kto wie?
Harry spróbował stłamsić narastającą w sobie wściekłość. Czyli Dumbledore bezwiednie wpuszczał śmierciożerców na teren szkoły. Wystarczyła jednak srebrna obroża. Te, które miała na sobie Sfora, prawie ich zabiły, kiedy po przesłuchaniu ministerstwo postanowiło je z nich zdjąć. Dumbledore pewnie wyczuł, że obroża była powiązana z życiem Moody'ego – Mulcibera – i wolał nie ryzykować zdrowia i poczytalności jednego ze swoich profesorów. Ponadto Mulciber starał się w tej chwili podlizać Harry'emu. Był gotów powiedzieć cokolwiek, co sprawiłoby, żeby zabrzmiał na mądrego, sprytnego, atrakcyjnego.
Ale Dumbledore wiedział, że ktoś wrzucił imię Harry'ego do Czary Ognia i nawet o tym nie wspomniał.
Znowu mamy do pogadania, dyrektorze.
– Chcę się dowiedzieć o osłonach – powiedział Harry, ostrożnie nie dopuszczając żadnej agresji do swojego tonu. – Jak udało ci się wpuścić tutaj Rabastana? Jak Bellatrix w ogóle udało się mnie zaatakować? Wiem, że to ty musiałeś odesłać jej różdżkę – dodał.
Mulciber uśmiechnął się.
– Bardzo dobrze, Potter. No cóż, na osłabienie osłon złożyło się wiele różnych czynników. – Przysiadł na łóżku Connora, jakby szykował się do długiego opowiadania. Harry zacisnął mocno usta, żeby nie wypuścić warknięcia, kiedy ręka Mulcibera powędrowała na ramię Connora. – Tak jak większość profesorów, zostałem powiązany z osłonami i dzięki temu byłem w stanie wpuścić Bellatrix. Oczywiście, rzucałem Imperiusa za każdym razem, kiedy mi się wydawało, że mi to ujdzie na sucho, albo kiedy nie było cię w szkole, i sprawiałem, że niektórzy profesorowie mi pomagali w osłabianiu osłon – robili niewielkie dziury, na które normalnie nikt nawet nie zwróciłby uwagi. Ale na dobrą sprawę wszystko rozbija się o zwykłą niekompetencję Dumbledore'a, co cię, oczywiście, nie zaskoczy. Poświęcał ostatnio całą swoją uwagę osłonom w szkole, których może używać do szpiegowania ludzi, co odciągnęło jego uwagę i energię od tych zewnętrznych. Osłony Hogwartu są przywiązane do swojego dyrektora na sposoby, które sięgają jeszcze czasów założycieli i których, zapewniam cię, kompletnie nie rozumiem. Ale ich potęga leży w sile dyrektora. Co zwykle nie byłoby problemem, oczywiście, ponieważ Dumbledore jest potężny. W tym jednak wypadku przeoczył dziury, które zrobili dla mnie inni profesorowie i możliwe, że nawet je przez przypadek sam powiększył, ponieważ przerzucił większość swojej siły, którą zwykle dzielił po równo na osłony zewnętrzne i wewnętrzne, do środka. Nie jest przyzwyczajony do używania tych wszystkich osłon, które są w oknach czy ścianach. Przepracowuje się. – Mulciber wzruszył nonszalancko ramionami, przyglądając się uważnie Harry'emu.
Harry niemal dławił się furią, której silne pazury przebijały mu się przez skórę. Czuł się, jakby był pełen kolców. Jego pragnienia się zmieniły i w tym momencie nie chciał już, żeby ktokolwiek przed nim zaczął krwawić. Teraz to już musiał być Dumbledore.
Czyli nas szpieguje, łajdak. Chyba można też bezpiecznie założyć, że pewnie skupia uwagę na mnie.
Harry zamknął oczy i opanował swoją furię. Zrobił to w samą porę, bo ktoś zapukał do drzwi.
Harry spojrzał znowu na Mulcibera i zobaczył, jak jego wzrok przelatuje na moment w kierunku drzwi.
– To jak, Potter? – Jego głos był lekki, ale spięty. – Jak będzie? Przyjmiesz mnie, czy pozwolisz swojemu mentorowi i bratu zginąć? Albo nawet gorzej, wiesz? – dodał cicho. – W świętym Mungu wciąż są ludzie, których posądza się o postradanie zmysłów przez Cruciatusa, podczas gdy to ja kazałem im się zachowywać, jakby cierpieli katusze.
Harry spojrzał mu w oczy. Nie miał wątpliwości, nigdy nie przyjąłby na sojusznika kogoś, kto zrobił to wszystko i nie okazywał teraz najmniejszej pokory. Z drugiej jednak strony, jedyny plan, jaki mu póki co przyszedł do głowy, wejście do umysłów Connora i Snape'a i wyrwanie z nich Imperiusa niczym sieci, po prostu nie miał szansy zadziałać. Nie znał tej klątwy wystarczająco dobrze. A jeden raz, kiedy zniszczył sieć bez zbadania jej uważnie wcześniej – sieć Obliviate Remusa – niemal skończyła się katastrofą. Mulciber mógłby też wyczuć go, jak się porusza w ich umysłach i mógłby to zakończyć zanim Harry by zdołał cokolwiek zrobić.
Oczy Mulcibera pociemniały w miarę, jak ten go obserwował.
– Wybieraj, Potter – powiedział cicho, podczas gdy ktoś się zaczął dobijać do drzwi. – Powiedziałem ci już, ja nie mam tu nic do stracenia. Zawsze mogę sprawić, że będą cierpieć, póki nie nabierzesz rozumu. – Zacisnął palce na ramieniu Connora w niemym ostrzeżeniu.
Harry zadrżał lekko. Nie mógł użyć legilimencji na Mulciberze, ani tego samego, cichego rozkazu, którym posłał Rabastana do snu, ponieważ nie przedarłby się przez barierę srebrnej obroży. Przychodziła mu do głowy tylko jeszcze jedna rzecz, którą mógłby w tej sytuacji zrobić, a naprawdę wolałby mieć odrobinę więcej czasu, żeby się zebrać w sobie, zanim się za to weźmie.
Nie mam czasu.
– Wybieraj, Potter.
Harry przełknął ślinę i kiwnął głową.
– Wybrałem – powiedział. – P–przyjmuję cię. To nie tak, że mogę ci odmówić. – Przerwał na moment i przechylił głowę arogancko. – Upewniam się tylko, że powiedziałeś mi prawdę, to wszystko.
Twarz Mulcibera rozjaśniła się w uśmiechu.
– Zapewniam cię – powiedział – nie będziesz w stanie przyłapać mnie na kłamstwie. – Zerknął na Snape'a, a potem na Connora. – Oczywiście, nie myśl sobie, że tak od razu zdejmę z nich Imperiusa. Najpierw chcę od ciebie jakiejś gwarancji, przysięgi.
– Przysięga wieczysta? – zapytał Harry.
Mulciber zamrugał, zaskoczony, ale kiwnął głową.
– To zadziała – powiedział. – Severus może być naszym gwarantem.
Harry wiedział, że to jego jedyna szansa, kiedy Mulciber odwrócił się w kierunku Snape'a, żeby przywołać go bliżej. Miał nadzieję, że uda mu się wyzwolić swojego brata i Snape'a spod klątwy zanim do tego dojdzie, ale wyglądało na to, że nie miał na to czasu.
To ja będę musiał żyć ze sobą, jak już będzie po wszystkim
Harry skupił wzrok na srebrnej obroży obejmującej ciasno kark Mulcibera i pchnął przed siebie całą swoją magię bezróżdżkową, mocno i szybko, nie dając żadnego ostrzeżenia co do swoich planów, nie zmieniając nawet wyrazu twarzy. Pęknij.
Srebrna obroża roztrzaskała się na tysiące brzęczących odłamków, a Mulciber opadł na kolana, wrzeszcząc z bólu. Harry już biegł, już wydał rozkaz.
A ponieważ tego chciał, srebrne odłamki zawróciły, zatrzymane w swoim locie, po czym wbiły się w gardło Mulcibera.
Wrzask urwał się, zastąpiony zakrztuszonym bulgotem, a potem życie Mulcibera wylało się z niego czerwonym potokiem. Uderzył ciężko o podłogę. Harry wiedział dokładnie, kiedy umarł; śmierć przyszła po niego zaledwie chwilę po tym, jak odłamki się w niego wbiły.
Zamknął oczy, rozdygotany.
Nie mógł po prostu rzucić zaklęć tarczy na swojego brata i Snape'a. To nie ochroniłoby ich przed potworem czającym się w ich głowach. A Mulciber mógł być w stanie wciąż się skupić, mimo bólu roztrzaskanej obroży i sięgnąć ku nim zanim Harry zdążyłby go uśpić. Nawet ten plan nie był do końca pozbawiony ryzyka; Mulciber mógł być w stanie wykorzystać ten ułamek sekundy, by pociągnąć za sobą w cierpieniu swoich wrogów.
Nie był jednak w stanie, ponieważ zaraz po potężnym bólu nastąpił jeszcze gorszy, a zaraz za nimi podążała śmierć.
Harry przełknął ślinę i zastanawiał się, czy to jest dobra rzecz, czy potępiająca go, że jego oczy wciąż były suche. Odwrócił się w kierunku Snape'a i zobaczył, jak na jego twarz wraca skupienie i rozsądek. Zaraz potem nadciągnęła płonąca furia. Widać było, że wiedział poniekąd, co się z nim stało, i nienawidził tego.
Harry kiwnął głową, podszedł do niego i delikatnie dotknął jego rannej dłoni.
– Powinien pan się udać z tym do Madam Pomfrey.
Snape podniósł zdrową rękę i przed chwilę mocno trzymał podbródek Harry'ego, patrząc mu się w oczy. Harry odpowiedział statecznym spojrzeniem, póki nie uznał, że Snape pewnie znalazł już to, czego szukał, po czym wyrwał mu się, żeby sprawdzić co z Connorem.
Jego brat ponownie stracił przytomność. Harry odprężył się. Później mu powiem co tu się wydarzyło, ale lepiej, żeby o niczym nie pamiętał, póki sam się zmaga z tak potężnym bólem.
– Panie Potter, co...
Oburzony ton Madam Pomfrey zgasł jak świeczka w chwili, w której ta zobaczyła leżące obok łóżka Connora ciało. Zamrugała, po czym odwróciła się w kierunku Snape'a, najwyraźniej instynktownie rzucając na jego dłoń zaklęcie lecznicze.
Ktoś się już wyjątkowo intensywnie dobijał do drzwi. Harry ze zmęczeniem pozwolił odrzwiom puścić się nawzajem. Opadły z powrotem do swojego naturalnego stanu i otworzyły się z hukiem, kiedy podekscytowana fala uczniów i profesorów wlała się do środka.
Harry zamknął oczy. Zabiłem kogoś. Ktoś nie żyje z mojego powodu.
Ale przynajmniej teraz już wiem, że w razie potrzeby będę w stanie to zrobić ponownie. On im groził. Musiał zginąć. Nic innego nie przychodziło mi do głowy, co mogłoby zadziałać równie szybko.
– Harry. To nie była twoja wina.
Harry otworzył oczy na dźwięk głosu swojego opiekuna, ale nie odwrócił się, żeby na niego spojrzeć.
– Wiem – powiedział cicho. – Zrobiłem to, co należało. Może tego właśnie miałem się tutaj nauczyć, żeby nigdy więcej nie zostawiać za sobą swoich wrogów.
Kątem oka wyłapał w tłumie mgnienie białej brody i jego furia znowu zapłonęła.
– Przepraszam, Madam Pomfrey – powiedział cicho. – Czy profesor Snape może iść ze mną?
– Sam przecież mogę... – zaczął Snape.
– Zamknij się, Severusie – powiedziała Madam Pomfrey. – Tak, panie Potter, jest na to w wystarczająco dobrym stanie. Tylko przez najbliższych kilka godzin proszę go nie prosić o używanie różdżki tą dłonią.
Harry kiwnął głową, nie odrywając wzroku od Dumbledore'a. To już się zdecydowanie za długo ciągnie. Tym razem Dumbledore będzie musiał mnie posłuchać. Wiem też, w jaki sposób go ukarzę, kiedy już ustalę, w jakim dokładnie stanie są osłony.
Tak wiele spraw powinienem był załatwić już dawno temu. No trudno. Teraz przynajmniej wiem, że muszę się za nie wziąć.
– Zaczekałeś na kogoś. To do ciebie niepodobne, Harry – mruknął Snape, stając obok niego.
– Potrzebuję pana przy sobie – powiedział Harry wprost. – Chcę, żeby pan mnie powstrzymał przed zabiciem dyrektora, jeśli do tego dojdzie. Bo w moim obecnym nastroju obawiam się, że może.
Ruszył przez tłum zdeterminowanym krokiem. Dumbledore wycofał się z pomieszczenia, ale nie ujdzie daleko, a nawet jeśli, to Harry go znajdzie.
Czas najwyższy, żebyśmy jasno określili nasze stanowiska.
