To najdłuższy rozdział, jaki mi przyszło do tej pory napisać, ponad jedenaście tysięcy słów. Głupi, ogromniasty rozdział.

Rozdział czterdziesty szósty: Stanowisko Harry'ego

Draco, tak jak wszyscy, poszedł do skrzydła szpitalnego, choć z konieczności musiał pozostać nieco w tyle. Stres Harry'ego sięgnął go przez całą dzielącą ich odległość, równie przeszywający co wykończenie, które pozbawiło Dracona przytomności na dzień przed pierwszym zadaniem. Tym razem nie zemdlał, ponieważ to nie było zmęczenie – które odczuwał jako zwykły nacisk – a zimny glut poczucia winy, kamienna ściana determinacji i mgnienie wizji, w której patrzył się w głąb ciemnej studni, co Draco nauczył się rozróżniać jako pogardę, jaką Harry odczuwał do samego siebie.

Harry może i przeżył to, co się wydarzyło w skrzydle szpitalnym, ale jak już stamtąd wyjdzie, to będzie potrzebował Dracona.

I tak było, nawet jeśli po przedarciu się przez cisnący się do drzwi skrzydła szpitalnego tłum, wyglądał, jakby nie potrzebował nikogo. Draconowi dech zaparło, kiedy zobaczył twarz Harry'ego, spiętą od ponurej determinacji, która sprawiłaby, że nawet jego ojciec pochyliłby głowę i odsunąłby się na bok. Harry wyglądał, jakby wybierał się na egzekucję, albo bitwę. Promieniował takimi emocjami, że Draco wiedział, że Harry nienawidzi tego, co będzie musiał zaraz zrobić, ale nic już nie zdoła go przed tym powstrzymać. Ostatnie wydarzenia wypchnęły go poza jego własną niechęć do ściągania na siebie uwagi i wtrącania się w sprawy innych ludzi. Wreszcie coś się miało wydarzyć.

Draco odepchnął się od ściany, pozwalając przytłaczającym go emocjom dumy, podziwu i przepełnionej wsparciem miłości pokazać się na jego twarzy, kiedy wyszedł Harry'emu na spotkanie.

Do tej pory wzrok Harry'ego był bezwzględnie skupiony na ścieżce przed nim, jakby wbity, ale teraz odwrócił się i spojrzał na Dracona. Oczy Harry'ego drgnęły, kiedy ten zorientował się, kto do niego dołączył. Kiwnął raptownie głową i odwrócił się z powrotem, maszerując szybko przed siebie, jakby pchany potężnym wiatrem.

Draco uśmiechnął się i zajął miejsce u ramienia Harry'ego. Może i on nienawidzi tego, co ma się zaraz wydarzyć, ale nie każdy to podziela. Ja mam zamiar napawać się tym widokiem. Cieszę się tylko, że on nie ma mojego rodzaju empatii.


Harry szedł przed siebie, nienawidząc tego, co miało zaraz nastąpić.

Ustawiał sobie ograniczenia we własnym umyśle, rozrysowując je ostro, przypominając sobie, czego absolutnie nie wolno mu zrobić, bez względu na to, jak bardzo się wścieknie. Obok niego byli Draco i Snape – a Draconowi ufał pod względem ograniczania go jeszcze bardziej niż Snape'owi – ale mieli znacznie luźniejsze podejście do wolności niż Harry. Mogą uważać, że Harry powinien po prostu zacząć się stawiać wszystkiemu, co zrobi i powie Dumbledore, po prostu dlatego, że dyrektor był teraz wrogiem.

Harry nie chciał. Miał już tego wszystkiego dość. Zażąda informacji. Po wszystkim Dumbledore będzie musiał złożyć magiczną przysięgę, że ograniczy swoje wpływy pod względem osłon i zajmie się ochroną szkoły jak należy. Upewni się, że do Dumbledore'a dotrze to, jak bardzo Harry jest niezadowolony z tego, że Dumbledore nie wspomniał mu nawet słowem o tym, że McGonagall wrzuciła imię Harry'ego do Czary. Dumbledore wpłynął na Czarę tak, że tylko imię Connora mogło z niej wyskoczyć, oczywiście, ale to i tak nie dawało mu żadnych praw do zignorowania niebezpieczeństwa, jakie prezentował sobą Mulciber. Mógłby powiedzieć o tym Harry'emu w noc Bożego Narodzenia, albo i wcześniej.

Harry był w stanie wyczuć tętnienie mocy dyrektora, rozprzestrzeniającej się przed nim. Dumbledore wycofał się do Wielkiej Sali, po czym w niej pozostał. Wyglądało na to, że tam miał zamiar to wszystko rozegrać.

W pierwszej chwili Harry nie pojmował, czemu. Przecież im więcej ludzi wokół nich będzie, tym gorzej dla Dumbledore'a. Zrozumiał jednak jak tylko minął drzwi Wielkiej Sali i napotkał wbite w siebie, sceptyczne i zaskoczone spojrzenia. Dumbledore używał na świadkach łagodnego przymuszenia. To, co zobaczą, może nie być tym samym, co się naprawdę wydarzy.

Harry warknął wbrew sobie i poczuł, jak mroczna furia, niczym testral, uderza w nim kopytami. Właśnie w ten sposób może stracić nad sobą panowanie i zniszczyć wszystkie swoje dobre intencje. Mógł załatwić sprawę z Dumbledore'em jako zwykłą kwestię naruszenia jego obietnicy, w ten sam sposób, w jaki poradził sobie z Mulciberem, który zachowywał się tak, jak każdy śmierciożerca. Nie dziwiło go, kiedy ktoś narażał jego własne życie. Ale żeby grozić i krzywdzić innych ludzi...

Ta sprawa ma pierwszeństwo.

Harry obejrzał się przelotnie przez ramię, żeby się upewnić, że Snape i Draco wciąż są wolni. Snape kiwnął mu krótko głową, sugerując, że po raz kolejny jego tarcze oklumencyjne przeżyły atak, choć możliwe, że nie będzie w stanie mówić. Draco podszedł do niego bliżej i położył rękę na ramieniu Harry'ego. Lekkie przeszklenie jego oczu momentalnie zniknęło.

Wykorzystuje swoją empatię i skupia się na mnie, żeby odrzucić od siebie przymuszenie, uznał Harry, po czym odwrócił się z powrotem w stronę Dumbledore'a.

– Wypuść ich – powiedział cicho. – Już.

Dyrektor przez dłuższą chwilę patrzył na niego w ciszy. Miał minę, której Harry jeszcze nigdy u niego nie widział. Prawdopodobnie w ten właśnie sposób pojawiał się na polu walki. Jego spojrzenie było klarowne, ale ostrożne, a jego magia wirowała leniwie wokół jego ciała, ledwie widocznie błyszcząc w powietrzu, zbierając i kumulując w sobie siłę, niczym tygrys szykujący się do skoku.

– Łatwiej mi to przyjdzie – powiedział wreszcie Dumbledore – jak się dowiem, co w tej chwili planujesz.

– Mam zamiar dopilnować, żebyś odpowiedział za swoje zbrodnie – powiedział Harry. – A to oznacza, że odpowiesz za stan, w jakim znajdują się teraz osłony, za stan sieci, która pilnuje znajdujące się w jeziorze trytony, za to, że śmierciożerca biegał po Hogwarcie, rzucając Imperiusa na profesorów i za to, że nigdy mnie nie poinformowałeś o tym, że profesor McGonagall wrzuciła moje imię do Czary Ognia.

– Wcale tego nie zrobiłam.

Harry zamrugał, kiedy McGonagall wyszła przed tłum niemych, zafascynowanych, gapiących się ludzi. Zmarszczył brwi, kiedy się jej przyglądał, zwłaszcza, kiedy zobaczył, że Dumbledore ogląda się na nią ze zmarszczonymi brwiami. Wyglądało na to, że McGonagall wciąż powinna się znajdować pod wpływem jego przymuszenia. Jakim cudem się uwolniła?

Zwisająca z sufitu linia niebieskiego światła odpowiedziała mu na to pytanie. Owijała się wokół stop McGonagall niczym szybko rosnąca kałuża wody – jedna z osłon Hogwartu sięgnęła ku niej.

Harry uśmiechnął się hardo i zerknął na Dumbledore'a.

– Wygląda na to, że osłony wolą wicedyrektorkę bardziej od pana, dyrektorze – powiedział miękko. – Czy to dlatego, że pan ich nadużywał?

Dumbledore przymrużył oczy.

– Nie masz pojęcia, o czym mówisz, Harry – mruknął. – Jak zwykle, myślisz wyłącznie o bezpośrednich implikacjach swoich czynów i pomijasz dalekosiężne konsekwencje. Pomyśl o tym, co się wydarzy, jeśli wyciągniesz prywatne sprawy przed oko opinii publicznej.

– Obawiam się, że nie pojmuję, czemu mamy traktować twoją jawną niekompetencję jako coś prywatnego – powiedział Harry, robiąc kilka kroków przed siebie. – Profesor McGonagall, została pani ofiarą klątwy Imperiusa, która zmusiła panią do wrzucenia mojego imienia do Czary Ognia, po czym Mulciber, w przebraniu Moody'ego, rzucił na panią zaklęcie pamięci, żeby zapomniała pani o wszystkim. Gdyby Dumbledore w ogóle pomyślał o tym, żeby się przyjrzeć Czarze, to zorientowałby się, że do tego doszło. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że wykorzystywał osłon do podsłuchiwania wszystkiego, co się dzieje w szkole, to mógłby zrobić znacznie więcej w tej sprawie. Nigdy jednak się nawet nie pofatygował, żeby poinformować o całej sytuacji panią albo mnie.

– Nie możesz ufać wszystkiemu, co usłyszysz od śmierciożercy, Harry. – Głos Dumbledore'a był głęboki, pieśń płynącej wody. Ludzie pod jego kontrolą kiwali się lekko na boki, ale ten ruch był tak niewielki, że Harry nie zauważyłby go nawet, gdyby McGonagall nie stała w bezruchu. – Nie przyjrzałem się tej sprawie po prostu dlatego, że uznałem, że Minerwa chce zobaczyć cię w turnieju, to wszystko.

– Tobie też raczej nie mogę ufać, Świetlisty Panie. – Harry odchylił głowę do tyłu. – Uwolnij tych ludzi.

– Harry...

– Naprawdę aż tak się boisz, że zobaczą i usłyszą prawdę? – zapytał Harry. Widział wściekłość, która powoli pojawiała się na twarzy McGonagall i rozumiał, czemu Dumbledore miałby się tego obawiać, ale przecież nie mógł się do tego wprost przyznać, jeśli chciał się przedstawić jako paragon dobrej woli. – Wypuść ich. Nie poproszę po raz kolejny.

Dumbledore po prostu pokręcił głową, uśmiechając się do niego cierpliwie. Wyglądał na starego i zmęczonego, ale mimo to wciąż wierzył, że może wygrać, że wystarczy, że skorzysta z kilku swoich starych sztuczek i będzie po sprawie.

– Harry, bez względu na całe twoje doświadczenie, wciąż jesteś tylko dzieckiem. Nie rozumiesz tak wielu spraw dotyczących polityki i czarodziejskiego świata. Ja jestem Świetlistym Panem, tak samo jak dyrektorem Hogwartu. Nie możesz mi tak po prostu rozkazywać.

– Ostrzegałem – powiedział cicho Harry i przebudził węża, który zamieszkiwał jego magię.

Nie znosił tego robić, ale ta nienawiść nie powstrzymała go przed otwarciem szczęk węża i rozpoczęciem wchłaniania magii Dumbledore'a, tak samo jak jego żal i wściekłość w zeszłym roku nie powstrzymały go przed miotnięciem Connorem o ścianę i przyciśnięciem go tam, kiedy ten przekroczył pewną granicę. Po prostu musiał to zrobić. Dumbledore nigdy nie zacznie go słuchać, jeśli Harry nie podeprze czymś swoich gróźb. O tyle dobrze, że w ten sposób Harry oszczędzał komukolwiek innemu podjęcia podobnej decyzji.

Lily często mu mówiła, że to, co oddzielało Dumbledore'a od innych czarodziejów, to była jego zdolność do podejmowania ciężkich decyzji, takich, przy których inni ludzie by się wahali, aż nie byłoby za późno. Harry też będzie musiał się nauczyć je podejmować.

I to jest cięższe niż mi się kiedykolwiek wydawało, że będzie, zwłaszcza teraz, kiedy przebywam poza moją starą strefą komfortu, kiedy znałem swoje miejsce na świecie, wiedziałem, że nie ma większego dobra ponad chronienie Connora i walka z Mrocznym Panem. Teraz sam muszę osądzać, co jest dobre, a co złe i mogę popełnić tak wiele błędów.

Dlatego będę decydował i jeśli popełnię błędy, to stawię im czoła.

Moc Dumbledore'a go zalała i łagodnie wlała się wężowi do gardła. Harry już to kiedyś zrobił, choć wtedy nie zdawał sobie za bardzo sprawy z tego, jak się za to zabrać; po prostu rozszarpywał i rozrywał magię Dumbledore'a, przejmując co popadnie. Teraz nabrał już na tą zdolnością większej kontroli i skierował węża do pożarcia przymuszenia opętującego świadków. Czarodzieje i czarownice wzdrygali się jedno po drugim i zaczynali szemrać między sobą, a mamrotanie niosło się coraz szerzej w miarę, jak wąż pożerał coraz więcej.

Ta moc, w przeciwieństwie do tej, którą ukradł w zeszłym roku od Voldemorta i śmierciożerców, nie przyprawiła Harry'ego o mdłości. Ostatecznie to była, mimo wszystko, magia człowieka, który całe swoje życie poświęcił Światłu, bez względu na to, ile błędów nie popełnił w ostatnich latach. Dlatego też Harry nie zwymiotował jej z powrotem, ani nie wykorzystał jej momentalnie do czegoś. Dołączył ją do własnej magii, przyciskając obcą moc do swojej, póki się nie wymieszały.

Surowa moc, promieniująca z jego ciała, rosła statecznie w siłę, tak potężna, że zaczęła mu śpiewać w uszach, a Draco zachichotał obok niego, jakby był pijany.

– Twoja magia pachnie różami – wyszeptał.

Dziwne, pomyślał Harry, ale nie był w stanie się nad tym zastanowić, bo Dumbledore odpowiedział atakiem.

Magia, która lśniła wokół dyrektora, zmieniła się w wir i skierowała na Harry'ego. Nie wiedział, czy to był jakiś rezultat zaklęcia, czy może jakiegoś daru Dumbledore'a, ale też nie miał czasu, żeby się tego dowiedzieć. Podniósł rękę, a jego bezróżdżkowa magia bez problemu wylała się z jego skóry i uformowała barierę w kształcie Harry'ego, która rozlała się wokół niego. Wir uderzył w nią i zarówno on jak i bariera zalśniły i zniknęły, jakby były mgłą, która rozwiewa się w letni poranek.

Harry podniósł z trudem głowę i wbił wzrok w Dumbledore'a. Wąż zasyczał, pragnąć zjeść więcej magii dyrektora, ale Harry go powstrzymał. Już pokazał mu, że nie żartuje i wyglądało na to, że do dyrektora to dotarło, jeśli osądzać ze zgrozy, jaka czaiła się pod jego spokojną maską.

Ponadto, wchłonął już tyle, że naprawdę ciężko byłoby mu zjeść więcej. Czuł się przeżarty. Chwilę mu zajmie przyzwyczajenie się do ciężaru nowej mocy.

– Mogę przestać – powiedział cicho, wiedząc dobrze, że Dumbledore słyszy każde jego słowo, nawet pomimo stłoczonych za nim ludzi, rozmawiających z podekscytowaniem. – Ma pan dwa wyjścia, dyrektorze. Jeśli mi pan odmówi, to straci pan jeszcze więcej mocy. Jeśli mi się pan podda, to wciąż ma pan szansę ujść stąd, zachowując resztki swojej mocy. – Zmusił swoje usta do wygięcia się w uśmiechu. – Godności już nie mogę obiecać.

Dumbledore przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Harry niemal czuł, jak jego umysł pracuje na najwyższych obrotach, zupełnie jakby wchłonął również jego myśli. Były inne plany, które mógł powziąć. Musiały być jakieś. Dumbledore był przyzwyczajony do walki ze straconej pozycji, przeżył kilka wojen, podczas których często wydawało się, że Mrok na pewno zwycięży. Zwykle nic nie byłoby w stanie go powstrzymać. Musiała być jakaś trzecia opcja, do której mógłby się odwołać, jakieś wyjście z nieprzyjemnej propozycji Harry'ego.

Być może, gdyby tylko miał więcej czasu, albo nie znajdował się przed tłumem zagapionych na niego obcych, włącznie z własną, rozwścieczoną wicedyrektorką, Dumbledore znalazłby jakieś wyjście. Tak jednak nie było, więc tylko pochylił głowę, choć jego oczy wciąż lśniły, gotowe do walki.

– Zadaj swoje pytania w takim razie – powiedział.

Harry kiwnął głową i uśpił węża z powrotem.

– Czemu pozwolił pan na powstanie tak wielu dziur w osłonach?

– Nie zdawałem sobie sprawy z ich istnienia, póki nie zacząłem się im przeglądać po tym, jak złapałeś Rabastana Lestrange'a. – Dumbledore starał się sprawić, żeby to zabrzmiało, jakby to nie była jego wina, ale jego głos nie był tak melodyjny i kojący jak zwykle; pokaz Harry'ego wstrząsnął nim do głębi i teraz było to coraz wyraźniej widać. – Wówczas, tak, znalazłem wiele niewielkich dziur, nad którymi Mulciber musiał pracować, bo zostały rozdarte na większe, a także inne, które nie zostały zarejestrowane jako dziury, a przejścia, otwarte przez powiązanych z osłonami profesorów. Te się często pojawiają, na przykład wtedy, kiedy profesor Snape potrzebuje wnieść do Hogwartu składniki eliksirów, które zostałyby odrzucone przez ochronne zaklęcia osłon. Zazwyczaj zamykają się zaraz po użyciu. Tym razem to jednak nie nastąpiło.

– I pan tego nie wyczuł? – zażądał Harry. Musiał podnieść lekko głos, ponieważ wśród świadków rozległy się okrzyki złości i niedowierzania. – Nie zamknął pan drzwi, które nie zamknęły się same?

– Nie poświęcałem im tak wiele uwagi jak powinienem – przyznał Dumbledore. – Skupiałem się na osłonach w szkole, a mogę poświęcać im tylko ograniczoną ilość czasu, nim nie muszę się od nich odłączyć, żeby odpocząć. Właśnie dlatego profesorowie zostali w ogóle powiązani z osłonami – dodał, w dość oczywisty sposób starając się odzyskać twarz. – Są odpowiedzialni za to, żeby zamknąć każde drzwi, które pozostawią za sobą otwarte, właśnie po to, żeby dyrektor nie musiał się tym zajmować.

– Jak mają o tym pamiętać, skoro śmierciożerca używał na nich zaklęć niewybaczalnych? Czemu poświęcał pan tak wiele uwagi wewnętrznym osłonom szkoły, tak strasznie zaniedbując te zewnętrzne? – Harry usłyszał jak przynajmniej parę osób zagadało do kogoś z zaskoczeniem, kiedy usłyszało o śmierciożercy i niewybaczalnych, ale za chwilę sam sprawi, że zrozumieją. Teraz jednak chciał usłyszeć, jak Dumbledore spróbuje się z tego wytłumaczyć. Mulciber był gotów powiedzieć cokolwiek, co mogłoby uratować mu życie. Mógł kłamać.

– Obserwowałem, jak pewne sprawy rozwijają się w szkole – zaczął Dumbledore.

– Szpiegował pan – powiedział chłodno Harry i usłyszał, jak kilka osób wzdycha z oburzeniem.

Obserwowałem – poprawił go Dumbledore, którego ton zrobił się lodowaty. Harry podejrzewał, że znajdowali się blisko limitu, do którego mógł w tej chwili popchnąć dyrektora bez wycofania się do kolejnych gróźb. – Chciałem się upewnić, że uczniowie w szkole są bezpieczni. W czasach turnieju wiele spraw znajduje się w bardzo delikatnej równowadze; uczniowie z różnych szkół, znajdujący się tak długo na terenie jednej z nich, często nawiązują intensywne rywalizacje. W dodatku, kiedy jeden z uczniów na czwartym roku ma moc lordowską, to zawsze dobrze jest mieć go na oku.

Ogłoszenie Dumbledore wywołało kilka zaskoczonych westchnięć. Harry zastanawiał się, czy zareagowali na jego przyznanie się do winy, czy też po prostu nie wierzyli, że moc Harry'ego była na poziomie Lorda, póki Dumbledore tego nie potwierdził.

Zwróci ich wszystkich przeciw mnie, jeśli tylko będzie w stanie. Nie mogę mu na to pozwolić.

– Poświęcił pan tak wiele uwagi wewnętrznym osłonom, że zaniedbał pan zewnętrzne – podsumował Harry. – Czyli to było zaniedbanie, a nie nikczemność.

Dumbledore wyraźnie starał się znaleźć słowa, które w jakiś sposób by temu zaprzeczyły, ale kiedy Harry postawił sprawę na ostrzu alternatyw – zaniedbanie albo nikczemność – to musiał się zorientować, że gdyby teraz zaczął się wypierać, to wyglądałby, jakby celowo dopuścił do tej sytuacji.

– Tak – powiedział wreszcie, bo nic innego mu nie pozostało. – Powinienem był poświęcić im więcej uwagi.

Harry pokręcił głową.

– Czy naprawdę się panu wydaje, dyrektorze, że zasługuje pan na utrzymanie nadzoru nad szkołą, skoro bardziej panu zależy na obserwacji uczniów, niż ich wrogów?

Dumbledore otworzył szerzej oczy. Harry po prostu patrzył na niego wyzywająco. Nie wiedział, czy będzie w stanie pozbawić Dumbledore'a stanowiska dyrektora – podejrzewał, że nie, zwłaszcza po tym, jak ten się przyznał, że to było tylko zaniedbanie, a nie nikczemność – ale jeśli teraz zrobi szerszą groźbę, to będzie się potem wydawał bardziej wyrozumiały i ludzki, kiedy zamiast tego po prostu nałoży na Dumbledore'a ograniczenia.

Tak, mogę tak wyglądać. Nawet, jeśli robi mi się niedobrze od tych kłamstw. Z drugiej strony, nie lubię też być szczery. Szkoda, że nie ma dla mnie jakiegoś kącika, w którym mógłbym się schować i nigdy więcej z nikim nie rozmawiać. Naprawdę chciałbym, żeby wszyscy wreszcie zostawili mnie w spokoju i przestali zwracać na mnie uwagę.

Ktoś poruszył się na brzegu tłumu, stojącego za Dumbledore'em, od strony, po której stała McGonagall z osłoną wciąż otaczającą jej stopy. Chwilę później Lucjusz Malfoy kłaniał się z uszanowaniem, którego Harry jeszcze nigdy u niego wcześniej nie widział, i odezwał się, głosem pełnym troski i pomocy.

– Przepraszam, że wam przeszkadzam, panie Potter, dyrektorze Dumbledore – powiedział – ale przybyłem do szkoły, żeby zobaczyć drugie zadanie. Jestem członkiem rady nadzorczej w Hogwarcie i uznałem to za swój obowiązek. Panie Potter, jestem pewien, że możemy pospiesznie zebrać pozostałych członków rady, jeśli tylko wyjaśnimy im, co tutaj zaszło. Większość z nich jest głęboko zaniepokojona bezpieczeństwem szkoły, ponieważ ich własne dzieci – w tym mój syn – spędzają w niej dziesięć miesięcy w roku. Możemy zarządzić głosowanie. Rada nadzorcza może w jawnym głosowaniu zadecydować o zwolnieniu dyrektora ze stanowiska.

Harry spojrzał na chwilę Lucjuszowi w oczy i zobaczył, jak pojawia się w nich chłodny błysk rozbawienia. Wyglądało na to, że Lucjusza bawiła ta sytuacja i miał zamiar zobaczyć, jak się wszystko rozegra. Nie będzie się upierał, jeśli zwolnienie Dumbledore'a jednak okaże się niemożliwe, ale swoimi słowami przycisnął Dumbledore'a, żeby pokazać mu, że musi stawić czoła większej ilości osób, nie tylko jednemu dziecku.

– Popełniłem błąd – odezwał się Dumbledore. Harry poczuł, jak jego moc faluje lekko, jakby miał zamiar narzucić coś znajdującym się w pomieszczeniu umysłom, albo przekonać ich do swoich słów. Szybko jednak przypomniał sobie, co Harry zrobił mu ostatnim razem, kiedy przymusił do czegoś ludzi. Jego magia uspokoiła się z powrotem. – Przyznaję, jestem stary i czasem nie myślę tak często o sprawach, które wymagają mojej uwagi, ale nigdy nie naraziłbym celowo Hogwartu na niebezpieczeństwo. – Harry był w stanie usłyszeć ton szczerości w jego głosie i wiedział, że samo to, w połączeniu z reputacją Dumbledore'a, przekona wielu z obserwatorów. – To był rezultat mojego zaniedbania, na pewno nie nikczemności z mojej strony. Już się do tego przyznałem. Nie rozumiem, czemu powinienem zostać zwolniony z powodu błędu.

Harry podniósł głowę z rozwagą i zerknął z ukosa na Lucjusza.

– Hmm. Jak się panu wydaje, panie Malfoy? Czy dyrektorowi Hogwartu wolno popełniać błędy?

Lucjusz skrzywił usta, żeby ukryć śmiech, ale kiwnął z namysłem głową.

– Tak myślę. W końcu jest tylko człowiekiem. – Harry wiedział, że to uderzy w każdego, kto jest przekonany o tym, że Dumbledore jest niepokonany. – Jestem pewien, że pozostali członkowie też się z tym zgodzą. – To musiało oznaczać, że Lucjusz nie był do końca przekonany, że udałoby mu się przekonać wszystkich członków rady do zwolnienia Dumbledore'a w jawnym głosowaniu. – Ale co możemy zrobić, żeby zapewnić Hogwartowi bezpieczeństwo? Nie chcę, żeby mój syn przebywał w szkole, do której śmierciożercy mogą sobie wchodzić kiedy tylko im się podoba. – Harry nie miał najmniejszych wątpliwości, że Lucjusz wył w myślach ze śmiechu, wymawiając te słowa.

– Dyrektor ma na głowie zbyt wiele obowiązków – powiedział Harry. – Sam się do tego przyznał. Może w takim razie potrzebuje pomocy? – Zwrócił się w kierunku McGonagall i zobaczył, jak jej oczy otwierają się lekko szerzej, kiedy zorientowała się, o co ją za chwilę poprosi. – Profesor McGonagall, jest pani zastępczynią dyrektora. Osłony zdają się panią lubić. Czy przeszkadzałoby pani, gdyby została pani podpięta do większej ilości osłon? Żeby zwolnić dyrektora Dumbledore'a z przynajmniej części jego licznych obowiązków, z którymi teraz musi sobie radzić sam?

McGonagall powoli pochylił głowę.

– Minerwa ma wiele własnych obowiązków – powiedział Dumbledore, starając się brzmieć jowialnie. – Naucza transmutacji i jest głową domu Gryffindora. Przecież nie chcemy jej przemęczyć, prawda, panie Potter?

– Chętnie się tego podejmę, Albusie – powiedziała stanowczo McGonagall. – Już dawno temu powinnam była sama cię o to poprosić. – Podeszła bliżej do dyrektora i poklepała go łagodnie po ramieniu. Harry'emu naprawdę zaimponowało to, z jaką gracją Gryfoni radzili sobie, będąc w świetle reflektorów. – Powinnam była wyczuć, że uginasz się pod ciężarem swoich obowiązków i pomóc ci, zanim doszłoby do takiej sytuacji. Przepraszam cię za moje własne zaniedbanie.

Na twarzy Dumbledore'a pojawiła się jego wewnętrzna walka, ale ostatecznie, zgodnie z przewidywaniami Harry'ego, będzie musiał się poddać z gracją. Przyznanie się do błędu to jedna rzecz, ale odmowa pomocy to coś zupełnie innego. Kiwnął głową.

– Powiążę Minerwę z częścią osłon. Przysięgam to na Merlina i na moją magię.

Harry podniósł głowę.

– A teraz, dyrektorze, czy wciąż pan uważa, że prowadzenie obserwacji uczniów w szkole jest ważniejsze od wrogów na zewnątrz?

Dumbledore spojrzał na niego, mrużąc oczy. Harry odpowiedział tym samym. Na swój sposób, oczywiście, ich stanowiska były absolutnie niedorzeczne: czternastoletni chłopiec, karcący czarodzieja, który miał ponad sto pięćdziesiąt lat, pokonał Grindelwalda, Świetlistego Pana i dyrektora, szanowanego przez tysiące ludzi. Harry wiedział jednak – a przynajmniej nareszcie to po prostu do niego w pełni dotarło – że magiczna potęga jest w oczach wszystkich praktycznie kartą atutową. Może nie jest w stanie zażądać zwolnienia Dumbledore'a ze stanowiska dyrektora Hogwartu, ale wciąż mógł zażądać od niego rozwagi. A Dumbledore musiał go wysłuchać. Prawo Harry'ego do tego rodzaju żądań odnawiało się z chwili na chwilę w każdym oddechu promieniującej z niego magii.

Nienawidzę tego.

Harry odepchnął od siebie tę myśl. Nie miał teraz na nią czasu.

– Nie, nie uważam – powiedział wreszcie Dumbledore. – Jestem pewien, że teraz, jak mam już kogoś, z kim mogę się podzielić tym obowiązkiem, zdołamy podzielić naszą uwagę po równo.

Harry kiwnął głową.

– A teraz, dyrektorze, porozmawiajmy o śmierciożercy, który biegał nam po korytarzach...

– A cóż to?

Harry odwrócił głowę i zobaczył oko Rity Skeeter, błyszczące na niego zza jej ogromnych okularów. Stłumił w sobie pokusę to pokręcenia głową. Jej pióro unosiło się nad jej notesem, gotowe do spisania wszystkiego, co by teraz powiedział.

– Profesor Moody, który został na początku tego roku zatrudniony na stanowisko nauczyciela do obrony przed mroczną magią – powiedział Harry, tak spokojnym głosem, na jaki tylko było go stać – okazał się być śmierciożercą Mulciberem, jednym ze służących Voldemorta, którzy w zeszłym roku uciekli z Azkabanu. – Zignorował jęknięcia i wzdrygnięcia na dźwięk imienia Voldemorta. Może i powinien był użyć bardziej neutralnego tytułu, ale nawet mu to nie przyszło do głowy i nie mógł tego już teraz poprawić, bo wyglądałby na słabego. – Pomógł Rabastanowi Lestrange'owi dostać się na teren szkoły i używał Imperiusa na różnych profesorach, żeby zmusić ich do tworzenia kolejnych dziur w naszych i tak już poszatkowanych osłonach. Potem rzucał na nich Obliviate, żeby zapomnieli o tym, co zrobili.

– Gdzie jest teraz? – zapytała Skeeter, głosem drżącym od, jak Harry podejrzewał, prawdopodobnie podniecenia. Zastanawiał się, czy spróbowałaby się zakraść do Mulcibera i przeprowadzić z nim wywiad, gdyby tylko wciąż żył.

– Nie żyje – powiedział cicho Harry. Wokół rozległy się zaskoczone westchnięcia. – Stawił mi czoła w skrzydle szpitalnym i spróbował zawrzeć ze mną układ, który mógłby zapewnić mu wolność i życie, przez cały czas przechwalając się o tym, jak to dyrektor nie miał najmniejszego pojęcia o wszystkim, co wyprawiał w szkole. Nosił na szyi obrożę, którą chronił swój umysł. Sprawiłem, że ta pękła i to go zabiło.

Niektórzy z członków publiki odsunęło się od niego na te słowa. Harry potrafił to zrozumieć. Skoro to miało się odbyć w miejscu publicznym, to jego własna reputacja będzie musiała ucierpieć razem z dumbledore'ową. Właśnie dlatego będzie potrzebował więcej czasu na usunięcie Dumbledore'a ze stanowiska dyrektora. Niektórzy z członków rady zagłosowali za pozostawieniem go nie dlatego, że ufaliby Dumbledore'owi, ale przez wzgląd na ich niechęć do Harry'ego.

– Czyli mamy na to tylko twoje słowo – powiedział ktoś z drugiej strony. Harry obejrzał się na nią i zobaczył kolejną czarownicę z notatnikiem, tym razem brązowowłosą. Odniósł wrażenie, że to musiała być jedna z rywalek Rity, prawdopodobnie nawet kolejna reporterka "Proroka".

– Ja też tam byłem – powiedział miękko Snape, zaciskając palce na ramieniu Harry'ego. – Mogę potwierdzić tę historię i obaj jesteśmy gotowi zeznawać pod Veritaserum.

– Ale czy pan nie jest profesorem Snape'em? – zapytała kobieta, której pióro notowało jak szalone. – Opiekunem chłopca? Nie sądzę, żeby był pan w stanie zachować bezstronność w tej sytuacji.

– Niech mi pani pokaże kogoś, kto jest w stanie być bezstronny po tym, jak śmierciożerca trzymał go pod klątwą Imperiusa, madam – powiedział Snape niezwykle suchym tonem.

Zamrugała na niego, wyraźnie zagubiona.

– Dyrektorze – powiedział Harry, zanim zdołają zanadto odbić od tematu. – Chcę się dowiedzieć, czemu nigdy nie wyczuł pan podstępu Mulcibera.

– Obroża – powiedział momentalnie Dumbledore. – Sfora ministerstwa nosiła podobne obroże. Ich zdjęcie niemal ich zabiło. Nie chciałem skrzywdzić profesora Moody'ego. Nie miałem żadnego powodu, żeby podejrzewać go o oszustwo, ponieważ podłapał jego dziwne nawyki, których ten nabrał na starość, wraz z jego paranoją. Uznałem, że obroża jest po prostu jedną z nich.

Harry kiwnął głową. Domyślał się, że Dumbledore tak mu odpowie na to pytanie.

– Czyli mimo całego swojego śledzenia wewnętrznych osłon nie zauważył pan niczego podejrzanego w jego zachowaniu?

Dumbledore wzdrygnął się i posłał mu bezsilne spojrzenie.

– Nie – powiedział wreszcie.

– W takim razie może to oznacza, że obserwowanie wszystkiego przez wewnętrzne osłony nie jest aż takie korzystne jak się panu wydawało? – naciskał dalej Harry. – Może powinien pan z tym skończyć?

Dumbledore kiwnął krótko głową. Gdyby nie znajdowali się przed publicznością, pewnie powiedziałby coś innego. Z drugiej jednak strony, Harry miał wrażenie, że wszystko odbyłoby się znacznie inaczej, gdyby nie znajdowali się w miejscu publicznym.

– Dobrze. Mam nadzieję, że dotrzyma pan danego słowa, dyrektorze. – Harry przeniósł się na kolejny temat. – Dlaczego nie poinformował mnie pan o tym, że ktoś wrzucił moje imię do Czary Ognia? Nie zaniepokoiło pana, że ktoś mnie zgłosił do turnieju?

– Nie – powiedział cicho Dumbledore. – Jesteś najpotężniejszym uczniem w tej szkole, mój drogi chłopcze. – Słowo "uczniem" zostało wymówione z bardzo lekkim naciskiem. – Jeśli ktoś byłby przekonany, że masz szansę wygrać, to nie byłoby nic dziwnego w tym, że by cię zgłosił. Współzawodnictwo między naszymi trzema szkołami zawsze było wyjątkowo intensywne. Gdybyś wygrał w turnieju, to przyniosłoby cześć i chwałę Hogwartowi. – Zamilknął na moment, a jego oczy błysnęły wyzywająco. – A mimo to, Czara wybrała twojego bliźniaka.

– W rzeczy samej – powiedział Harry. Zastanawiał się, czy powinien wyjawić wszystkim, że to Dumbledore się upewnił, że tak będzie.

Kątem oka zauważył ruch. Odwrócił głowę i zobaczył Jamesa, stojącego na skraju tłumu, tam gdzie wcześniej był Lucjusz, i patrzącego na niego bezsilnie.

Przyszedł.

Harry przełknął ślinę. Jeśli wyjaśni, czemu imię Connora w ogóle znalazło się w Czarze, to będzie musiał wyjaśnić też, czemu Dumbledore tak strasznie się upierał przy tym, żeby jego bliźniak wziął udział w turnieju, a to by doprowadziło do powodów, przez które chciał kontrolować Harry'ego, a to by poprowadziło ich z powrotem do tego całego bałaganu z Lily, Jamesem, rodzinnym życiem Harry'ego i jego treningiem.

Miał w tej chwili moc, która pozwoliłaby mu zniszczyć zarówno Dumbledore'a, jak i swojego ojca, żeby już nie wspomnieć o Lily. Znęcanie się nad dzieckiem było zmazą, która się do nich przyklei i już nigdy ich nie zostawi, a nie błędem, który można wyjaśnić słabą pamięcią starego człowieka. Harry widział raporty o rozprawach w sprawie maltretowaniu dzieci, które ciągnęły się miesiącami w "Proroku Codziennym", nawet w przypadkach, kiedy wszystko okazało się zwykłym nieporozumieniem. Smród ciągnął się za takimi rodzicami do końca ich życia.

Jeśli wyjawi teraz prawdę, to pozbawi Dumbledore'a i swoich rodziców wszelkich praw do prowadzenia czegokolwiek, co mogłoby przypominać normalne życie. Kompletnie odseparowałoby go to od Jamesa, który wreszcie starał się z nim jakoś pogodzić. Zmieniłoby to Dumbledore'a w człowieka takiego rodzaju, jakim w ostatnich chwilach swojego życia był Mulciber – z niczym do stracenia i nie widzącego żadnych powodów, które miałyby go powstrzymywać przed czynieniem jak najgorszego zła.

W dodatku przyczyniłoby to się do jego ponownego kontaktu z Lily i jej ponownego cierpienia, podczas gdy Harry po prostu chciał mieć ją wreszcie z głowy. W dodatku to wszystko wywróci życie Connora do góry nogami, a on przecież już ma dość stresu na głowie przez ten nieszczęsny turniej.

Do tego wszyscy będą się na niego gapić. I to przekona wielu ludzi, że był ofiarą, że zasługuje na współczucie.

Ani Harry, ani jego sojusznicy nie mogli sobie na to pozwolić, zwłaszcza teraz, kiedy po prostu musiał być silny. Sam Harry uważał, że by tego wszystkiego po prostu nie zniósł. Nie chciał, żeby ktokolwiek uważał go za słabego, żeby ktokolwiek uznał, że potrzebuje komfortu i niańczenia.

Harry odsunął się od tej trucizny.

– A co z siecią syren, dyrektorze? Widziałem, jak się zwija, kiedy byłem pod powierzchnią jeziora. Coś się z nią działo. Trytony prawie nie zwróciły uwagi na reprezentantów, kiedy ci przyszli po najcenniejszych dla nich ludzi. Dlaczego?

Dumbledore westchnął i zamknął oczy.

– Sieci i zaklęcia, które chronią nas przed wpływem morskiego ludu – szepnął – mają trzy krańce. Jeden jest powiązany ze stadem selkich w Brytanii, drugi z moruadhami w Irlandii, a trzeci z syrenami w Grecji, ponieważ te trzy gatunki są najbardziej niebezpieczne pośród wszystkich magicznych morskich stworzeń i te trzy szczepy niewątpliwie skrzywdziłyby ludzi, gdyby tylko były wolne. – Znowu otworzył oczy. – Jedna z tych sieci została pozbawiona swojej kotwicy. Musiało się to wydarzyć daleko stąd, więc domyślam się, że greckie syreny zostały uwolnione i przyłączyły się do armii Lorda Voldemorta.

Harry zadrżał. Zamknął oczy, kiedy wokół nich rozległy się krzyki i głośne zaprzeczenia – czarodzieje stawiali się wszystkiemu, od sugestii, że Voldemort wciąż może żyć, po pomysł, że syreny mogłyby się w ogóle komukolwiek na cokolwiek przydać, bo przecież jedyne, co potrafią, to śpiewać i ogłupiać ludzi.

Czyli to są mroczne stworzenia. Ich głosy przymuszają ludzi. Nic dziwnego, że usłyszałem pod wodą pieśń Mroku.

Voldemort naprawdę ma moc niszczenia sieci. Nie jest w stanie rzucać wielu zaklęć bez swojej różdżki, ale gdyby po prostu posłał surową moc na coś... kto wie, co udałoby mu się osiągnąć? A może po prostu opętał kogoś i dał mu dość mocy, by ten był w stanie zniszczyć sieć.

Ciekawe, czemu mi się to nie przyśniło? Harry skrzywił się lekko, kiedy przypomniał sobie zaklęcie snu, które rzuciła na niego McGonagall. Może wizja próbowała się przedostać, ale nie była w stanie się przebić przez barierę zaklęcia.

– Wierzę, że sieci selkich i moruadhów powinny się utrzymać – ciągnął dalej Dumbledore, kiedy Harry otworzył znowu oczy. – Zostały zdestabilizowane, ale nie rozerwane. Wciąż są mocne. O ile, rzecz jasna, ktoś nie spróbuje w nie ingerować. – Rzucił Harry'emu ostrzegawcze spojrzenie.

Harry odpowiedział mu spokojnym wzrokiem. Przecież nie miał najmniejszego zamiaru zaraz stąd wybiegać i uwalniać morskich ludów. Nie miał pojęcia, co by zrobili, gdyby byli wolni; przynajmniej kiedy uwalniał dementorów, to upewnił się, że ci nikogo nie skrzywdzą, a jednorożce były stworzeniami Światła i nigdy by tego nie zrobiły. O morskich ludach wiedział tak niewiele, że najpierw będzie musiał je dokładnie zbadać, zanim postanowi, jak się uporać z ich siecią.

Rozejrzał się po sali i zorientował, że wieści o wolności syren i powrocie Voldemorta musiały położyć kres przesłuchaniu. Większość ludzi wyglądała, jakby zrobiło im się słabo. Chcieli już stąd wyjść i przetrawić w spokoju to, co tu usłyszeli. Skeeter już zniknęła, tak samo jak jej brązowooka rywalka, prawdopodobnie po to, żeby napisać swoje artykuły.

– Czy mogę zaufać panu, że dotrzyma pan swoich obietnic? – Harry zapytał Dumbledore'a. – Że zaakceptuje pan swoje ograniczenia względem używania osłon, że podepnie pan profesor McGonagall do większej ich ilości? Że nie będzie pan więcej używał na ludziach przymuszenia? – Pozwolił, żeby jego wąż zafalował wokół niego, przypominając Dumbledore'owi, co się stanie, jeśli się na to nie zgodzi.

Dumbledore skinął głową, powoli i z dumą.

– Już ja tego dopilnuję, że ich dotrzyma, panie Potter – powiedziała McGonagall, chwytając Dumbledore'a pod ramię. – Będę go miała na oku. – Dumbledore obejrzał się na nią i napotkał jej, wciąż wściekłe, spojrzenie.

Harry kiwnął jej głową, po czym obrócił się na pięcie. Zauważył, że James ruszył w jego kierunku, ale nie miał teraz czasu, który mógłby poświęcić swojemu ojcu. W szkole znajdował się ktoś, kto wciąż potrzebował jego pomocy.


– Ale skąd w ogóle pomysł, że Moody wciąż żyje? – jęknął Draco i odchylił się, kiedy Harry stracił cierpliwość do zaklęć zamykających na drzwiach Mulcibera i po prostu rozwalił cholerstwo w drobny mak. Pochwycił magią drzazgi, kiedy te próbowały się rozlecieć dokoła i rzucił nimi w kąt. Snape stanął obok niego z wyciągniętą różdżką, ale odprężył się, kiedy po drugiej stronie zobaczyli zupełnie normalny pokój. Harry nie sądził, żeby Mulciber trzymał na wierzchu jakieś mroczne artefakty – możliwość wpadki byłaby za duża – ale delikatne, drewniane stoliki, srebrzysta wykładzina i ogromne łóżko zdawały się aż nazbyt niewinne.

Przeleciał wzrokiem po pokoju, aż nie natrafił nim na wielki kufer, stojący u stóp łóżka. Miał na sobie dość zamków, by go uznać za podejrzany. Ruszył w jego kierunku, podczas gdy za nim Snape pouczał Dracona.

– Mulciber używał eliksiru wielosokowego, żeby się upodobnić do Moody'ego, Draco. Czego się nauczyłeś o tym eliksirze?

– Że uwarzenie go zajmuje miesiąc – powiedział Draco, brzmiąc na zdumionego. – Że wymaga włosów od żywego obiektu, poprzez... – Zamilkł. – Och.

– W rzeczy samej, och –powiedział Snape, po czym podszedł do Harry'ego, który przyglądał się zamkom. – Tego szukasz, Harry?

Harry zerknął w górę i zobaczył, że Snape podaje mu pęk kluczy. Zamrugał.

– Skąd pan je wziął?

Snape kiwnął głową w kierunku jednego z drewnianych stolików.

– Tam leżały, pod zaklęciem kameleona. – Podniósł brwi. – Nie zauważyłeś zaklęcia?

Harry poczuł, jak policzki zaczynają go piec od rumieńca. Pokręcił głową. Po prostu za szybko gnał przed siebie, za bardzo polegał na adrenalinie. Westchnął.

– Dzięki – mruknął i włożył pierwszy klucz do pierwszego zamka.

Znaleźli tam masę książek, ale o ile Mulciber nie transmutował Moody'ego – a Harry nie sądził, żeby to zrobił, bo przecież potrzebował jego włosów do eliksiru wielosokowego – to go tam nie było. Harry zamknął wieko kufra, ponieważ tylko w ten sposób mógł wypróbować drugi zamek, i tym razem znalazł w nim niezliczone ilości piór, kawałki czegoś, co wyglądało jak roztrzaskany monitor wrogów i delikatny poblask czegoś, co okazało się być peleryną–niewidką, kiedy już jej dotknął.

Harry zamknął wieko, kręcąc głową i wypróbował ostatni klucz na ostatnim zamku. To otworzyło przejście, prowadzące do schodów, kręcących się w dół i zdających się przechodzić przez podłogę, choć Harry wiedział, że po prostu prowadzą w głąb kufra. Już miał postawić stopę na pierwszym stopniu, wystającym z kamiennej ściany, kiedy Snape złapał go za ramię i szarpnął do tyłu.

– Można wiedzieć, gdzie ty się wybierasz? – syknął Harry'emu do ucha.

Harry zagapił się na niego, po czym odsunął się z drogi, kiedy Snape rzucał kilka zaklęć na schody, żeby sprawdzić, czy nie ma na nich ukrytych pułapek. Potarł twarz. Sam by to zrobił, gdyby tylko o tym pomyślał. Po prostu nie myślał. Jego całe ciało zdawało się drżeć, pochłonięte potrzebą ruchu, zrobienia czegoś.

Podskoczył, kiedy dłoń spoczęła na środku jego pleców. Odprężył się jednak, kiedy ta zaczęła go lekko głaskać.

– Ćśś – szepnął Draco. – Nic się nie stało.

Harry chciał zaprzeczyć, powiedzieć, że niemal się stało, ale delikatny ruch ręki tylko dalej go uspokajał, więc tylko kiwnął głową i z wymuszoną cierpliwością czekał, aż Snape w końcu, niechętnie, przyznał, że Harry może zejść po schodach, pod warunkiem, że Draco i Snape ruszą zaraz za nim.

Zeszli do kamiennego pokoju, który wyglądał, jakby był po prostu jednym z pomieszczeń w hogwardzkich lochach, tak samo jak one pozbawione dekoracji. Na podłodze leżał w samych portkach nieprzytomny, chudy mężczyzna, którego widoczna skóra była pełna blizn. Harry wzdrygnął się na niego widok. Jego włosy były poszarpane od przypadkowych przycięć, żebra mu się odcinały wyraźnie pod pełną paskudnych sińców skórą, w dodatku nie miał drewnianej nogi i magicznego oka, ale nie było żadnych wątpliwości, że to był Moody.

Harry przyklęknął obok niego i potrząsnął nim łagodnie, gotów w każdej chwili odskoczyć, jeśli ten się na niego odwinie; budzenie wytrenowanego aurora to nigdy nie był dobry pomysł. Oczy Moody'ego jednak otworzyły się i Harry kiwnął głową, kiedy zobaczył ich przeszklony wyraz. Domyślał się, że mężczyzna będzie pod klątwą Imperiusa. Mulciber nie pozwoliłby tak niebezpiecznemu człowiekowi leżeć w jego pobliżu bez klątwy.

Finite Incantatem – szepnął Harry i jego magia zawirowała i usunęła klątwę z umysłu Moody'ego. Moody zamrugał na niego jednym okiem, po czym nagle warknął i sięgnął po różdżkę, której, oczywiście, nie miał przy sobie. Harry zrobił mentalną notatkę, żeby jej potem poszukać.

– A wy co, cholera, za jedni? – było pierwszym, co powiedział do niego prawdziwy Moody.

Harry uśmiechnął się wbrew sobie.

– Przybyliśmy panu na ratunek – powiedział. – Spędził pan miesiące na dnie kufra, podejrzewam, że pańskiego własnego. Mulciber, jeden ze śmierciożerców, którzy uciekli z Azkabanu, uwięził tu pana i wykorzystywał pańskie włosy do warzenia eliksiru wielosokowego. Domyślam się, że przez cały ten czas trzymał pana pod klątwą Imperiusa.

Moody sięgnął ku swoim włosom i burknął, najwyraźniej przyjmując do wiadomości prawdę słów Harry'ego. Mimo, że musiał tu być koszmarnie traktowany, usiadł z prędkością i siłą, która zaimponowała Harry'emu, po czym rozejrzał się uważnie po kufrze. Zignorował Dracona, ale wbił oko w Snape'a i warknął nisko.

– Śmierciożercza łajza – powiedział.

– Moody. – Snape nie brzmiał na szczególnie zadowolonego i trzymał różdżkę na widoku, jakby był gotów jej użyć, zupełnie jak wtedy na Rabastanie. Harry zrobił kolejną notkę, żeby odkryć co to było za zaklęcie, które tak wcześniej zdenerwowało śmierciożercę. – Dobrze wiesz, że byłem częścią Zakonu feniksa i szpiegowałem na rozkaz Dumbledore'a. – Zamilknął i dodał delikatnie: – Ale już mu nie służę.

Moody zaśmiał się, dźwiękiem, który przypominał Harry'emu syriuszowe podobne do szczeknięć parsknięcia. Wyciągnął rękę i Harry pomógł mu bez słowa, utrzymując go w pionie, kiedy ten się zachwiał na jednej nodze.

– No to komu teraz służysz, Snape? Zmieniłeś zdanie i postanowiłeś wrócić do Voldemorta, żebyś mógł się czołgać u jego stóp?

– Nie – powiedział Snape. – Kroczę u boku Harry'ego Pottera. Chłopca, który cię uratował, Moody.

Moody szybko przerzucił wzrok z powrotem na Harry'ego.

– A pytałem coś ty, cholera, za jeden – powiedział, jakby to była wina Harry'ego, że nie dowiedział się tego wcześniej. – Potter, co? Znam twojego ojca i pamiętam, że czytałem o tobie w "Proroku", zanim... doszło do tego wszystkiego. – Skrzywił się, jakby wgryzł się w coś paskudnego. – A tak w ogóle, to gdzie jest Mulciber?

– Nie żyje – powiedział cicho Harry.

– Harry go zabił – rozwinął to Snape, kompletnie ignorując łypnięcie Harry'ego.

Moody zamarł na moment, zanim odwrócił głowę znowu w kierunku Harry'ego, jakby czekał, aż jego magiczne oko spojrzy na niego pierwsze.

– Cholera by to, strasznie to upierdliwe jak nie widzę całego pokoju jednocześnie – powiedział. – Zabiłeś w pełni wytrenowanego czarodzieja? Śmierciożercę?

– Tylko dlatego, że nie miałem innego wyjścia – powiedział Harry. – Czy jest pan w stanie chodzić? Jestem pewien, że pańska drewniana noga i magiczne oko nie mogą być daleko. Wyciągniemy pana stąd, podamy je panu, a potem zabierzemy pana do świętego Mungo. Trzeba pana opatrzyć.

– Nie będzie takiej potrzeby, Potter.

Harry podskoczył z szoku, chociaż nie był w stanie wiele zrobić, będąc pod ciężarem ramienia Moody'ego. Snape i Draco momentalnie wycelowali różdżki w kierunku dwóch kobiet, które schodziły po schodach. Harry zastanawiał się, czy powinno mu było ulżyć, czy nie, kiedy rozpoznał je obie: aurorki Mallory i Tonks.

– Co wy tu robicie? – zapytał, ignorując mamrotanie Moody'ego o tym, że jego tajemniczy pokój staje się "cholerną stodołą, każdy wchodzi i wychodzi kiedy chce".

– Minister jest tutaj – powiedziała Mallory. – Oczywiście, że zabrałyśmy się razem z nim. Dotarły już do nas raporty o śmierciożercy w Hogwarcie. – Lekko obnażyła zęby. – Z żalem muszę przyznać, że nie będę w stanie się tym zająć osobiście, ponieważ teraz jestem szefem biura aurorów, ale minister zadecydował, że w Hogwarcie powinni pojawić się aurorzy. Wymieniające się na zmianę patrole. Pięć osób powinno na początek wystarczyć.

Harry zamrugał.

– I zajmiecie się Moodym i Lestrange'em? – zapytał.

– Oczywiście. – Mallory pokłoniła się Moody'emu. – Auror Moody jest naszym starym i wysoko cenionym kompanem. Lestrange'a i tak musielibyśmy zabrać ze sobą na przesłuchanie. Od początku to my powinniśmy być za to odpowiedzialni. – Rzuciła Snape'owi lekko karcące spojrzenie. Snape i to zignorował bez najmniejszego wysiłku, skupiając się na czymś, co go znacznie bardziej interesowało.

– Co dyrektor ma do powiedzenia w sprawie aurorów w jego szkole? – zapytał.

– Nie ma innego wyjścia jak ich zaakceptować – powiedziała Mallory. – Minister ich przydzielił, a jego autorytet przydzielania stanowisk strażniczych aurorom przewyższa prawo dyrektora do odmowy. Ponadto, przecież to tylko logiczne, żeby przyjąć jak najwięcej pomocy, której zadaniem byłoby zapewnienie tutejszym dzieciom bezpieczeństwa. Jestem pewna, że większości rodziców bardzo spodoba się ta decyzja. – Wyglądała na zadowoloną z siebie i Harry zorientował się, że zaczyna do niego docierać, czemu Scrimgeour akurat ją wybrał na swojego następcę w biurze.

– W rzeczy samej. – Snape przypominał aurorkę Mallory w tym momencie. Harry odetchnął ostrożnie z ulgą. Wciąż będzie musiał porozmawiać ze Snape'em, to było oczywiste, ale być może teraz jego opiekun będzie usatysfakcjonowany tą zemstą na Dumbledorze i nie spróbuje ruszyć na niego sam.

– Domyślam się, że minister chce ze mną porozmawiać? – zapytał Harry.

Mallory kiwnęła głową i podeszła, żeby przejąć na siebie Moody'ego. Tonks, z włosami o niezwykle jasnym odcieniu zieleni, ruszyła przed siebie, żeby jej pomóc, ale potknęła się o własne stopy, więc Mallory posłała ją na górę, żeby odnalazła różdżkę Moody'ego.

– Chce ci zadać kilka pytań odnośnie śmierci Mulcibera, Potter, i tego, jak Lestrange zdołał się dostać na teren szkoły.

Harry potarł oczy. Scrimgeour, James, Snape... a potem zaszyję się gdzieś w samotności, żeby pomyśleć o tym wszystkim.

– Oczywiście.


Na szczęście, przesłuchanie Scrimgeoura było krótkie. Zapytał kilka, bardzo rzeczowych pytań, których, jak Harry podejrzewał, nauczył się jeszcze z czasów, kiedy przesłuchiwał ludzi jako auror, po czym ogłosił śmierć Mulcibera jako oczywisty akt samoobrony. Będzie musiał jeszcze porozmawiać o tym z Amelią Bones, która wciąż była szefową departamentu przestrzegania praw czarodziejów, ale nie sądził, żeby potrzebna była rozprawa. Harry odetchnął z ulgą.

Jedyne, co go zmartwiło, nastąpiło pod sam koniec wizyty ministra. Odezwał się, przyglądając się oczom Harry'ego, a może jego bliźnie w kształcie błyskawicy.

– Wspomniałem już chyba kiedyś panu, że mam zdolność do wyczuwania mrocznej magii dzięki temu, że całe życie używałem wyłącznie świetlistej.

Harry kiwnął głową.

– Wyczułem ogromny wybuch mrocznej magii dochodzący stąd w noc Bożego Narodzenia – powiedział cicho Scrimgeour. – Musiał być wyjątkowo potężny, skoro jego echa doszły mnie aż w Londynie. Czy byłby pan łaskaw wyjaśnić mi, co się wtedy wydarzyło, panie Potter?

Harry przełknął ślinę.

– Nikt nie zginął, ministrze. Jedna osoba została ranna, ale Madam Pomfrey ją uzdrowiła.

– Nikt nie zginął – powiedział Scrimgeour. – Obawiam się jednak myli się pan pod względem tego, że tylko jedna osoba została ranna, panie Potter. – Zamilkł na moment, jakby bił się z myślami. – Nie wiem, czy pan wie, ale ministerstwo prowadzi rejestr wszystkich, którzy używają sieci fiuu. Pośród ludzi, którzy tamtej nocy przyjechali do Hogwartu, jedno imię mnie zainteresowało. "Lily Potter". – Spojrzał surowo na Harry'ego. – Jak się panu wydaje, czy to mogło mieć coś z tym wspólnego?

– Ona obecnie wypoczywa w naszym starym domu w Dolinie Godryka – powiedział Harry, którego głos wydawał się głuchy i mechaniczny nawet dla jego własnych uszu. – Może pan ją odwiedzić, jeśli pan sobie życzy. Jestem pewien, że zapewni pana, że nic tu nie zaszło. – I tak by było, Harry dobrze o tym wiedział. Lily i Dumbledore na pewno nie przyznają się przed nikim do tego, co się stało tamtej nocy; zrujnowałoby to ich równie mocno co Harry'ego.

– Nie wątpię – powiedział Scrimgeour. – Ale strasznie pana wtedy rozwścieczyła, panie Potter. A jeśli wziąć jeszcze pod uwagę to, co zaledwie kilka dni wcześniej powiedział pan podczas rozprawy swojego opiekuna, to zacząłem obracać pewne elementy całej tej sprawy w mojej głowie. Dopasowywać elementy układanki, że tak powiem.

Szlag. Harry przyznał się podczas rozprawy Snape'a, że nie czuje się przy swoich rodzicach bezpiecznie. Przypilnował, żeby jego twarz była tak obojętna jak to tylko możliwe.

– Mam nadzieję, że złapie pan tego, kto był za to odpowiedzialny, ministrze – powiedział.

Scrimgeour uśmiechnął się. To był bardzo delikatny wyraz, z zaciśniętymi ustami, ale równie niebezpieczny, co pełen kłów wyszczerz rekina.

– Jestem pewien, że w pewnym momencie zagonię go w kozi róg. Miłego dnia, panie Potter. – Odwrócił się i wyszedł z Wielkiej Sali. Kilku towarzyszących mu aurorów pobiegło za nim. Moody i Rabastan unosili się pośród nich na wyczarowanych noszach, podobnie jak ciało Mulcibera. Mallory pozostała, tak samo jak Tonks, żeby poprzydzielać roty i stanowiska aurorom, którzy mieli zacząć trzymać pieczę nad Hogwartem.

Harry stał przez chwilę w miejscu, uspokajając oddech. Następnie się odwrócił. James będzie w skrzydle szpitalnym, przy Connorze.

– O co mu chodziło, Harry? – To był głos Dracona, cichy i niski, tuż przy jego uchy. – Promieniujesz taką paniką, że... – Zamilkł. – Myślisz, że on wie o twoich rodzicach?

– Nie tego się boję – szepnął Harry. – Boję się tego, co może zrobić z tą wiedzą. – I tak było. Scrimgeour był bezwzględny – cierpliwy, ale bezwzględny. Harry nie chciał myśleć o tym, co się stanie, jeśli wniesie oskarżenia przeciw Jamesowi i Lily.

Jedyne, czego Harry nie pojmował, to czemu Scrimgeour w ogóle się przejmował czymś takim. Przecież był teraz ministrem, miał tuziny ważniejszych spraw na głowie. Wymienili się z Harrym przysługami kilka razy, ale coś takiego wychodziłoby ponad zwykłą przysługę. Prawdopodobnie nie będzie miał na to sił czy czasu i skieruje do sprawy innych śledczych, uznał Harry, a ci przecież nie będą w stanie znaleźć wystarczająco wiele informacji. Zmusił się do nie martwienia się już o to.

– Jestem pewien, że zrobiłby z nią wyłącznie coś dobrego.

Harry obrócił się gwałtownie. Może jednak powinienem już teraz porozmawiać ze Snape'em. Większość widzów opuściła Wielką Salę na długo przed jego rozmową ze Scrimgeourem, śpiesząc się do domu, by podzielić się nowinami przez sieć fiuu, czy sowią pocztę, a wielu innych zostało przegonionych przez aurorów. Niewielu ludzi pozostało wokół nich i wszyscy na tyle daleko, że nikt ich nie podsłucha.

– Proszę pana – powiedział. – Wydaje mi się, że powinien pan coś zrozumieć.

Oczy Snape'a otworzyły się nieznacznie szerzej, ale kiwnął głową.

– Słucham cię, Harry.

Harry obejrzał się na Dracona.

– Chcesz mu powiedzieć o tym, co zyskałeś, czy ja mam?

Draco rzucił mu nieprzyjemne spojrzenie, ale kiwnął głową i wyprostował się nieco.

– Proszę pana, jestem teraz empatą – powiedział. – Julia Malfoy, której ducha wezwałem w Halloween, podzieliła się ze mną tym darem. Teraz jestem magicznym dziedzicem Malfoyów. – Uśmiechnął się. – Mój ojciec chce zaczekać przynajmniej rok, żeby się upewnić, ale niebawem przedstawi mnie jako swojego oficjalnego dziedzica.

Snape kiwnął głową z pochmurną twarzą.

– Gratulacje, Draco. Nie rozumiem tylko, czemu Harry uznał, że akurat teraz postanowił mnie o tym poinformować.

– Ponieważ Draco zdaje sobie sprawę z moich emocji – powiedział Harry. – To oznacza, że przyjąłem już do wiadomości, że nie jestem w stanie się przed nim ukryć i ufam mu bardziej niż komukolwiek. – Draco przysunął się do niego bliżej. Harry nie był w stanie wyczuwać emocji, ale był niemal pewien, że Draco promieniowałby zachwytem. – I wiem, że się we mnie zakochał. – Głos mu się wciąż załamywał, kiedy wymawiał te słowa na głos. Był zdeterminowany, żeby to zignorować. – To, czym się z nim dzielę i czym on dzieli się ze mną, to prawda. Wiem, że od pańskiej rozprawy nie byliśmy sobie zbyt bliscy. Chciałbym znowu być w stanie panu zaufać, w ten sposób, w jaki teraz ufam Draconowi. Ale żebyśmy w ogóle tego spróbowali, musi pan skończyć z tymi planami zemsty na moich rodzicach i Dumbledorze.

Snape zamarł.

– Mogę się dowiedzieć, czemu? – zapytał wreszcie.

– Ponieważ nie chcę, żeby coś im się stało tylko przez wzgląd na to, co mi kiedyś zrobili – powiedział Harry. – Nigdy więcej. Ta część mojego życia jest zamknięta. A jeśli... – Merlinie, jakie to jest trudne. Nienawidzę szczerości. – Chcę rodzica, a pan jest moim najlepszym wyborem, ale dopuścić do tego, żeby po każdej mojej wizycie pan się próbował mścić na całym świecie. Nie mogę panu zaufać póki nie będę miał pewności, że nie będzie mnie pan krzywdził, zmuszając do przeżywania mojej przeszłości na nowo. – Odetchnął ciężko i spojrzał Snape'owi w oczy. – Chcę zostać z panem w te wakacje. Chcę mieć porządnego opiekuna, nie tylko w legalnym sensie, nie tylko kogoś, kto nienawidzi moich rodziców. Muszę wiedzieć, że naprawdę jestem dla pana ważniejszy niż ta stara zawiść między panem a Jamesem.

Snape wydał z siebie niski dźwięk.

– Oczywiście, że jesteś, Harry.

– Ale to naprawdę tak nie wygląda. – Harry zrobił krok przed siebie i poczuł, jak Draco w pełni się o niego opiera, kładąc mu ręce na biodrach. Stłamsił w sobie chęć wywinięcia się z tego uchwytu. – Proszę, profesorze Snape. Niech pan mi obieca, że nie będzie się pan próbował na nich zemścić.

Snape przyklęknął na jedno kolano.

– Zasługują na to, żeby spotkała ich sprawiedliwość za to, co ci zrobili, Harry – powiedział cicho. – Boję się, że nigdy nie zaczniesz się leczyć jak należy, póki do tego nie dojdzie.

– Ja już się leczę – zaprotestował Harry. – Draco nie pozwala mi na cokolwiek poza szczerością w tej chwili. Jeśli będę miał dwie osoby, przy których mogę być szczery, to ten proces minie jeszcze szybciej, ale nie mogę sobie na to przy panu pozwolić, póki nie będę wiedział, że nie zrobi pan potem czegoś, czego naprawdę, naprawdę od pana nie chcę.

Snape westchnął, co zdawało się wyciągnąć z niego większość jego żalu, który zawisł w powietrzu między nimi.

– To naprawdę tak wiele dla ciebie znaczy, Harry?

– Tak. – Harry bał się tego, co Scrimgeour zrobi, jeśli odkryje prawdę o jego rodzicach, ale jeszcze bardziej obawiał się tego jak i kiedy Snape uderzy i gdzie go zaprowadzi jego ścieżka zemsty. Scrimgeour przynajmniej trzymałby się skrupulatnie prawa. Przy nim przynajmniej skończy się na rozprawie. Ze Snape'em pewnie w najlepszym przypadku to będą tortury. Harry widział już, jak blisko powierzchni umysłu jego opiekuna unosi się jego śmierciożercza część. Nie chciał jej zachęcać do działania – zarówno dla dobra Snape'a, jak i dla własnego, czy dla jego rodziców.

– Obiecuję.

Harry zamrugał. Był tak pochłonięty własnymi myślami, że niemal nie usłyszał tego szeptu.

– Co?

– Obiecuję – powiedział Snape. – Tak długo, jak faktycznie przede wszystkim potrzebujesz leczenia, bezpieczeństwa i opiekuna, Harry, przysięgam ci, że zrobię co tylko będzie w mojej mocy, żeby cię chronić. W imię Merlina, jesteś ważniejszy dla mnie, niż głupia rywalizacja z czasów szkolnych. – Zamilknął na moment i zdawał się nie wiedzieć, jak następne zdanie dokładnie ułożyć w słowa. – Ciężko mi będzie zachowywać się w cywilizowany sposób przy twoich rodzicach i dyrektorze, ale obiecuję, że ich nie skrzywdzę.

Harry zrobił krok naprzód, łagodnie odsuwając od siebie Dracona i położył rękę na ramieniu Snape'a. Nie chciał go zmuszać do publicznego przytulania.

– Dziękuję. To właśnie miałem nadzieję od pana usłyszeć.

I naprawdę wierzył Snape'owi. Jego własne ramiona wydawały mu się lżejsze, a myśl o tym, że będzie musiał się jeszcze rozprawić z własnym ojcem w skrzydle szpitalnym, już nie wydawała mu się taka okropna.

– Odwiedź mnie niebawem, żebyśmy mogli o tym wszystkim porozmawiać – wymamrotał Snape, zaciskając rękę na dłoni Harry'ego. – Chcę usłyszeć o empatii Draco i... o całej reszcie.

Harry kiwnął głową.

– Oczywiście.

Odwrócił się i ruszył w kierunku skrzydła szpitalnego. W połowie drogi zorientował się, że Draco idzie obok niego. Rzucił mu dziwne spojrzenie.

Draco odpowiedział mu tym samym, jakby uważał, że Harry musi być głupi, myśląc, że ten go puści gdziekolwiek samego.

Harry wywrócił oczami i wrócił do wspinania się po schodach. Miał tylko nadzieję, że Draco nie sprawi, że jego rozmowa z Jamesem będzie jeszcze trudniejsza niż musi być.


James poderwał się nerwowo zza łóżka Connora, kiedy Harry wszedł do sali. Zrobił krok przed siebie, po czym zatrzymał się, kiedy Draco ruszył za nim i znowu złapał go zaborczo za biodra. Harry nie był w stanie tym razem powstrzymać nerwowego wiercenia się, ponieważ to było zbyt przyjemne i nie podobała mu się pokusa oparcia się o Dracona. Ręce jednak pozostały na miejscu.

– Będę grzeczny, obiecuję – szepnął uspokajająco Draco i Harry się poddał. Potencjalny dyskomfort był wart zobaczenia Dracona, który się dobrze zachowuje. Podniósł wzrok i pochwycił nim spojrzenie swojego ojca.

– Widziałem drugie zadanie – szepnął James. – Ja... uznałem, że powinienem się pojawić, ponieważ moi synowie brali w nim udział. Nie byłem jednak w stanie zobaczyć, kiedy Connor został ranny, a potem nie byłem w stanie się przedrzeć, żeby cokolwiek zobaczyć, aż do chwili, w której nie wróciłeś do Wielkiej Sali. – Odetchnął gwałtownie i obejrzał się przez ramię na łóżko szpitalne. – Lestrange mógł go zabić.

– Prawie mu się udało – powiedział Harry. – Zapytam cię o to tylko raz. Czy wiedziałeś cokolwiek o planach, jakie Lily i Dumbledore mieli na noc Bożego Narodzenia?

James pokręcił głową.

– Nie. Ja... Lily wysłała mi po wszystkim list, w którym opisała szczegółowo wszystko, co się wydarzyło. Ale przysięgam ci, Harry, w imię wschodzącego słońca, z którego wyszli nasi przodkowie, nie miałem o niczym pojęcia. – Jego oczy, wielkie i zbyt ciemne na jego bladej twarzy, spojrzały na Harry'ego błagalnie.

Harry kiwnął powoli głową.

– I wciąż masz zamiar być dupkiem pod względem profesora Snape'a jako mojego opiekuna, czy nie?

James przez dłuższą chwilę niczego nie mówił. Draco wymamrotał coś bezgłośnie, ale Harry go szturchnął, więc się zamknął. Harry nie sądził, żeby jego ojciec starał się zaprzeczyć. Myślał, a to czasami zajmowało mu trochę czasu.

James obrócił się, żeby spojrzeć znowu na łóżko, a potem na Harry'ego.

– Widziałem, co dzisiaj zrobiłeś – powiedział. – I nie... nie sądzę, żebym już dłużej miał prawo do obiekcji, Harry. Próby odbudowania więzi, jaka była między nami jak byłeś dzieckiem, nie mają już sensu. – Draco wymamrotał coś innego, ale James nie zwrócił na to uwagi, a Harry zmusił się do tego samego. – Jesteś już młodym człowiekiem, nie dzieckiem i choć wciąż chcę być częścią twojego życia, to nie jestem w stanie zastąpić ci tego, kim teraz jest dla ciebie Snape.

– A co z Connorem? – zapytał Harry.

– On będzie musiał sam za siebie zdecydować. – James zamilkł, po czym dodał: – Miałem zamiar zaproponować w moim następnym liście, żebyście rozważyli przyjazd do Lux Aeterny na Wielkanoc, ale nie wiem, jak na to zareaguje. Powiedział mi... we wczorajszym liście napisał, że... – James urwał, kręcąc głową.

– On będzie musiał zadecydować o tym sam – powiedział Harry, niepewien, czy decyzja Connora o porzuceniu ich rodziców nie zachwieje się w posadach na widok tego pokornego, cichego Jamesa. – I ja też, skoro już o tym mowa.

James kiwnął głową.

– Czego teraz ode mnie chcesz, Harry?

Harry musiał przyjrzeć się Jamesowi z namysłem, zanim cokolwiek powiedział. James wyglądał w tym momencie szczerze, ale już wcześniej tak wyglądał, na przykład pod koniec ostatniego roku szkolnego, a to okazało się potem nie mieć znaczenia. Harry nie miał żadnego obowiązku podarowania mu drugiej szansy. Po tym wszystkim, co zrobił, wniesieniu oskarżeń przeciw Snape'owi, a potem reagowanie wyłącznie ciszą na wszystko, co się później zmieniło w surowe, pełne ostrych słów listy, Harry wiedział, że większość ludzi w pełni by zrozumiało, gdyby w tej chwili posłał swojego ojca do diabła.

Ale ufał, kiedy Snape powiedział mu, że się zmieni, a nie był w stanie pomyśleć, że James mógłby być wart mniejszej ilości zaufania od Snape'a, tak już mimo wszystko. Harry z pewnością mu w tej chwili specjalnie nie ufał, ale z drugiej strony, ostatnio nikomu nie ufał poza Draconem.

Mogę przynajmniej ustalić limity.

– Chcę, żebyś wrócił do domu – powiedział Harry. – Chcę, żebyś pisał do mnie listy, w których mówisz o sobie, o tym, co ty robisz ze swoim życiem, zamiast próbować mnie do przekonania zmiany mojego. Nie chcę, żebyś mnie odwiedził, póki sam cię nie zaproszę. Nie chcę, żebyś więcej wspominał o Wielkanocy, ani żebyś starał się wyciągnąć ze mnie informacje względem tego, gdzie się w ich czasie podzieję, a już na pewno nie życzę sobie, żebyś kiedykolwiek wspominał o Snape'ie.

James kiwnął głową.

– Mogę to zrobić.

Nie poprosił o więcej, nie naciskał i Harry odznaczył to, ostrożnie, jako możliwą różnicę między nim a starym Jamesem.

– Connor będzie musiał podjąć własne decyzje pod tym względem – powiedział. – Ale jeśli się dowiem, że starasz się go wykorzystać, albo naciskasz go w jakikolwiek sposób, to będzie po wszystkim. Zerwę wszelkie kontakty z tobą.

– Rozumiem – powiedział James.

Nie poruszył się, niczego więcej nie powiedział, tylko dalej przyglądał się Harry'emu, jakby miał nadzieję coś w nim zobaczyć. Harry zastanawiał się, czego po nim oczekuje. Przecież cokolwiek, co ma szansę między nimi powstać, nie może być w żaden sposób normalne.

Harry sam by też nie chciał, żeby było. Nie miał niczego więcej do powiedzenia temu człowiekowi, z którym łączyły go tylko więzy krwi.

Odwrócił się i spokojnie wyszedł z pomieszczenia, krocząc na tyle szybko, że Draco musiał poluźnić swój uchwyt na jego biodrach. Usłyszał za sobą, jak James zajmuje z powrotem swoje miejsce u boku Connora.

Harry myślał o tym, żeby zostać, ale nie chciał siedzieć w niezręcznej ciszy z Jamesem, a Madam Pomfrey zapewniła go, że Connor i tak nie obudzi się do rana; rzuciła na niego silne zaklęcia usypiające, żeby magia lecznicza miała czas zadziałać. Ponad wszystko chciał teraz po prostu wrócić do swojego pokoju i w samotności przemyśleć wszystko to, co się wydarzyło tego dnia.


Szybko się zorientował, że jego plan nie wypali przez Dracona.

Och, Draco łypnął ostrzegawczo na Blaise'a i Vince'a, i samą mimiką wygonił ich z pokoju, dając im do zrozumienia, że to naprawdę nie był najlepszy czas, żeby zacząć wypytywać Harry'ego o szczegóły jego ekscytujących przygód. Potem jednak Harry usiadł na swoim łóżku.

– Nic mi nie jest, możesz już iść – powiedział, co powinno być sugestią dla Dracona, że ten też powinien się zmyć, ale ten zamiast tego usiadł obok niego.

Harry zagapił się na niego.

– Powiedziałem, że nic mi nie jest i że możesz już iść – powtórzył.

– Za pierwszym razem powiedziałeś to bez "że" – powiedział Draco. – Widzisz? Słucham cię. I mam to gdzieś, Harry. Nie powinieneś być teraz sam.

– Powinienem – powiedział Harry. Czuł, jak emocje, które do tej pory odpychał od siebie, czają się na niego, gotowe go zalać. Prawdopodobnie się załamie, co odnotowała spokojna część jego umysłu. Nie chciał, żeby ktokolwiek go widział w takim stanie. Chciał się zwinąć w kłębek i lizać swoje rany, a najlepiej mu to wychodziło, kiedy był sam. – Chcę to wszystko przemyśleć.

– Przetrawić znaczy.

Harry wzruszył ramionami.

– To pewnie też, owszem – powiedział i zamknął oczy. Mulciber umierał, woda wypełniała się krwią, kiedy Connor oberwał tnącą klątwą, która przecięła go aż do boku, z którego lśniły wnętrzności, a żółte oczy Scrimgeoura lśniły z namysłem, kiedy śledziły kawałki układanki, która prowadziła go do jedynego, logicznego końca.

– Zapominasz o czymś, Harry – szepnął Draco, po raz kolejny obejmując Harry'ego w pasie. – Jestem empatą. Czułem twoje wcześniejsze emocje. Nienawidzisz siebie za to, co zrobiłeś. Nienawidzisz tego wszystkiego i to z pasją – bycia przywódcą, ustawiania się w świetle reflektorów i uwagi, która za tym podąża. A mnie się naprawdę nie wydaje, że powinieneś teraz zacząć to wszystko zakopywać w ciszy. Nie zadziałało to już wcześniej, z twoją matką.

Harry wzdrygnął się.

– Nie dotykaj mnie, proszę – powiedział.

Draco momentalnie go puścił, ale Harry potrafił wyczuć jego spojrzenie, wbite z boku w jego twarz. Nie chciał otworzyć oczu. Nie tylko spojrzenie w tej chwili na Dracona tylko wszystko pogorszy, ale nie pozwoli też Harry'emu na wyraźne zobaczenie wizji wszystkiego, co się tego dnia wydarzyło. Musiał się im przyjrzeć, żeby ustalić, jakie emocje towarzyszyły każdemu z nich i uznać, co o nich myśli, tak żeby mógł je zaszufladkować i odłożyć na bok.

– Dlaczego nie? – zapytał Draco.

Harry'emu zajęło chwilę powiązanie tego pytania z jego prośbą. Zawahał się, ale Draco stał się przerażająco dobry w wykrywaniu, kiedy go okłamywał, a w tym wypadku i tak nie istniało zbyt wiele zwodniczych słów, którymi mógłby go nakarmić.

– Bo to jest zbyt przyjemne – powiedział. – I się... nie wiem, wtulę w ciebie i zacznę płakać, czy coś, a naprawdę tego nie chcę.

– Dlaczego nie?

– Bo nie chcę być słaby – wypalił Harry z irytacją. Tyle Draco przecież sam powinien zrozumieć. Mulciber zginął mu pod powiekami i Harry zastanawiał się, czy ten człowiek nie mógłby powiedzieć mu więcej na temat planów Voldemorta. To był jeden z powodów, przez które żałował zabicia go, ale nie najsilniejszy z nich. To przecież wciąż był żyjący czarodziej, zdolny do zmian. Harry wciąż nie wiedział, co innego mógłby zrobić w tamtej sytuacji, ale był zdeterminowany do myślenia o tym ze zgrozą, tak żeby nigdy więcej nie używał swojej mocy w tak bezmyślny sposób, jak to stale robi Dumbledore i Voldemort.

– Dlaczego nie?

– Czy możesz zapytać o cokolwiek innego?

– W porządku – powiedział spokojnie Draco. – Dlaczego uważasz, że będziesz słaby, jeśli wtulisz się we mnie i zaczniesz płakać? Już widziałem jak płaczesz. Nie uważam, żebyś był słaby, Harry.

Harry odetchnął chrapliwie. Ciężko będzie na to odpowiedzieć, ale jeśli to sprawi, że Draco zostawi mnie w spokoju, to będzie tego warte.

– Ponieważ to dopiero początek wojny – powiedział. – Sytuacje takie jak ta będą się zdarzać coraz częściej – ludzie będą cierpieć wokół mnie, ginąć wokół mnie, ja będę zabijał, a ludzie będą się na mnie gapili. – Ludzie będą mnie widzieć. Nienawidzę tego. – Nie mogę się zacząć przyzwyczajać do płaczu, inaczej nigdy nie będę w stanie przestać. Wydawało mi się, że będzie mi łatwiej, bo mój trening mnie do tego przygotowywał. Ale nie jest, a to oznacza, że nie jestem jeszcze tak silny jak powinienem. Dlatego też staram się dokończyć ten proces.

Jebać to – powiedział Draco stanowczo, po czym złapał Harry'ego i przyciągnął go do siebie.

Harry miotał się przed moment, ale po chwili, tak jak się tego obawiał, ciepło zaczęło go ogarniać i odkrył, że wcale nie ma ochoty się ruszać. I, och Merlinie, zaraz się rozklei. Przecież nie mógł sobie na to pozwolić. Musiał zacząć podejmować świadome decyzje, analizować to, co zrobił i znać przyczyny wszystkich swoich reakcji. Uspokoił oddech i nie pozwolił opaść łzom, które czaiły się pod jego powiekami.

Czemu ja właściwie płaczę? Śmierć Mulcibera nauczyła się czegoś naprawdę wartościowego. Connor przeżyje. Aurorzy zabrali stąd Lestrange'a. Uratowaliśmy Moody'ego. Snape, Dumbledore i James wiedzą już, co mają zrobić. Nie ma powodów do płaczu.

Najbardziej satysfakcjonującą odpowiedzią okazało się zmęczenie, ale spał mocno pod wpływem zaklęcia usypiającego, bez żadnych problemów, aż do chwili, w której obudził się pod wodą. To nie mogło być to. Jeszcze niczego dzisiaj nie zjadł. Może to było to.

Gdyby Draco tylko mógł przestać go dotykać, to Harry'emu wydawało się, że byłby w stanie się powstrzymać. W tej jednak chwili, Draco zmienił pozycję, żeby się o coś oprzeć, o poduszki, czy kolumnę łóżka i przechylił się, tak, że głowa Harry'ego była teraz pod jego podbródkiem. Obejmował ramię Harry'ego jedną ręką, a drugą głaskał delikatnie Harry'ego po plecach i to było tak strasznie przyjemne, że bezgranicznie przeraziło Harry'ego. Starał się skulić w kłębek, ale w tej pozycji to nie bardzo było możliwe. Poczuł, jak jego oddech przyśpiesza z paniką. W ten sposób nie będzie w stanie się z czymkolwiek ukryć, nawet z tymi kilkoma sprawami, które do tej pory z powodzeniem ukrywał przed Draconem.

Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie zobaczył. To jest głupie. Nie poradzę sobie. Przecież mam być silny, bez względu na to, kim nie będę, vatesem, sojusznikiem, przywódcą czy ratownikiem. Jak tak dalej pójdzie, to nie będę w stanie być silny.

Co przerażało go najbardziej, to że nie mógł tak po prostu wyrzucić z siebie magii i w ten sposób uwolnić się od Dracona. Jego własna niechęć do skrzywdzenia Dracona i wstydliwe pragnienie do pozostania dokładnie tam, gdzie był, wchodziły mu w drogę.

– Proszę – szepnął. – Proszę cię, Draco, puść mnie.

– Nie tym razem – szepnął Draco. – Zazwyczaj bym to zrobił, Harry. Ale czasami po prostu podejmujesz złe decyzje. To jest jedna z tych okazji. – Pomasował ramiona Harry'ego, przez co ten je podniósł, bo miał wrażenie, że skóra go szczypie w miejscu dotknięcia. – Obiecuję ci, będę tutaj, bez względu na to, czy będziesz płakał, czy nie, czy zaśniesz czy nie. Zrobię w tej chwili dla ciebie wszystko, ale na pewno nie zostawię cię samego i nie pozwolę ci się ode mnie odsunąć.

Harry próbował się wewnętrznie skulić i nie mógł. Nie chciał, żeby ktokolwiek go widział, ale podejrzewał, że to niemożliwe.

To jest złe. Nie mogę sobie na to pozwolić. To obusieczny sen, który nas pod koniec obu zrani...

Wtedy zorientował się, że to i tak nie ma znaczenia, bo sfrustrowane, wściekłe łzy już ciekły mu po twarzy, więc przesunął się i objął ramieniem Dracona w morderczym uścisku. Draco nie drgnął nawet, nie pozwolił sobie drgnąć, bez względu na to, jak mocno Harry by się w niego nie wtulał.

– Nienawidzę tego – szepnął Harry. – Nienawidzę tego wszystkiego.

– Wiem – powiedział Draco i niczego więcej nie dodał.

Harry zamknął oczy. Muszę to powiedzieć. On musi wiedzieć.

– Ale ciebie nie nienawidzę – powiedział. – Nie mogę.

Draco niczego nie powiedział. Harry poczuł, jak wzbiera w nim kolejna mikstura wstydu, winy i pogardy do samego siebie. Jak długo ja jeszcze mam tak od niego wszystko brać? Co on niby może z tego mieć? Nie jesteśmy sobie równi. Nie jestem w stanie dać mu tak wiele, jak on daje mi. Kurwa mać. Jak to niby ma przetrwać?

– Przestań – szepnął Draco w jego włosy. – Czuję to wszystko, wiesz? Naprawdę chcę tutaj być, Harry. Dajesz mi w tej chwili wszystko, czego tylko mogę potrzebować.

Harry przełknął ślinę i zmusił się, powoli, do uwierzenia w to. To nie musiało być prawdą jutro, czy przez resztę ich życia. Ale może być prawdą teraz, bo naprawdę nie wierzył w to, że Draco by go okłamał.

Powoli, stopniowo, odprężył się.

Może to jednak nie takie złe, kiedy ktoś cię widzi.