Ten rozdział jest po prostu dziwny, więc tylko to z miejsca powiem i tak go już zostawię.
Rozdział czterdziesty siódmy: Krwawe łoże
22 lutego 1995
Severusie,
Powiedz swojemu młodemu wychowankowi, że powinien lepiej o siebie zadbać. Doprawdy, pozwalasz mu na odbieranie listów od śmierciożerców? Co z ciebie za opiekun? Mimo to, zdołałem napisać do niego już kilka razy w ciągu tego roku i jeszcze nikomu nie udało się mnie przed tym powstrzymać. A potem użyłem na nim klątwy płonącego serca zaraz pod domem Lucjusza Malfoya i gdzie ty wtedy byłeś? W więzieniu, bo dałeś się przyłapać, jak jakiś skończony idiota.
Uważaj na niego, Severusie. Nie tylko ja uważam go za rewelacyjną zabawkę, jest wielu, którzy chętnie go dorwą, żeby się z nim pobawić. Powiedz mu, że ma uważać na księżyc. Na to właśnie czeka mój pan. On powie, że chodzi raczej o słońce i że wspomniałem o słońcu w moim liście do niego, ale nie, tu chodzi o księżyc. Przyglądaj mu się, jak się zmienia z pełni do nowiu, a potem z powrotem wraca do pełni, a ponad wszystko, pilnuj go w chwilach, w których mógłby pozwolić komuś na wejście na teren szkoły.
Ostatecznie, w zeszłym roku w lesie pojawił się wilkołak, czyż nie?
We wspomnieniach naszej byłej kamanderii,
Evan Rosier
Harry podniósł wzrok nad listem Rosiera i westchnął.
– Czyli nie sądzi pan, żeby list do mnie – ani nawet to, jak Voldemort nawiązuje do słońca w moich koszmarach – miało jakiekolwiek znaczenie?
– Sądzę, że szlag nas trafi, nim odkryjemy, jakie znaczenie może się za tym wszystkim kryć – powiedział Snape beznamiętnie, chodząc po pokoju z założonymi na piersi rękami, jego szata powiewała za nim w miarę jego gniewnych kroków. Draco, który siedział na tapczanie obok Harry'ego, szturchnął go, kiedy Snape był od nich odwrócony plecami i Harry podał mu list. Draco go przeczytał, marszcząc brwi.
– No to które w takim razie? – zapytał, zerkając w górę, kiedy skończył. – Księżyc, czy słońce?
– O to mi właśnie chodzi! – wypalił Snape, obracając się gwałtownie. – Może być żadne z nich. Mogą być oba na raz. Może być jedno albo drugie i prędzej padniemy z frustracji, zanim to odkryjemy. To jest Evan. Był szalony jeszcze zanim trafił do Azkabanu. Zawsze był szalony. A jego ulubioną grą od zawsze było torturowanie tych, z którymi chciał się bawić w umysłowe gierki. Uwielbia klątwy, które sprawiają fizyczny ból, ale mimo to woli zobaczyć, jak ktoś wije się z cierpienia, spowodowanego niepewnością i wątpliwościami. Widziałem go, jak wypełniał głowy mugolskich więźniów takimi bzdurami na temat magii, że popełniali samobójstwo, albo poddawali się w milczeniu klątwie zabijającej, bo już sami nie wiedzieli, co jest prawdziwe, a co nie.
Harry zawahał się, po czym uznał, że musi coś powiedzieć.
– Mimo wszystko, jego ostrzeżenie dotyczące Moody'ego było prawdziwe.
– I uważałeś na niego. – Snape praktycznie doskoczył do swojego biurka, szybko przeszukując szuflady. Harry wcale nie był zaskoczony, kiedy wyjął z jednej z nich fiolkę niebieskiego płynu, który wyglądał jak eliksir uspokajający. Snape wypił go duszkiem, stał w bezruchu kilka chwil, czekając aż ten zacznie działać, po czym dokończył myśl. – Nie na wiele ci się to zdało.
Harry westchnął.
– To prawda. W takim razie co pan proponuje? Co powinienem z tym zrobić? Podejrzewam, że nic nam nie przyjdzie z odpisania mu...
– Tylko spróbuj, to ci wlepię szlabany na każdą noc przez następny miesiąc – powiedział Snape monotonnym tonem, który tylko sprawił, że jego groźba odniosła większy efekt.
Draco wymamrotał coś niepochlebnego, ale Harry nie był w stanie zdecydować, czy to miało być niepochlebne względem jego, czy Snape'a i postanowił go o to nie wypytywać.
– W porządku. Czy w takim razie istnieją jakieś zaklęcia, które powstrzymają go przed wysłaniem do mnie sów?
– Tylko takie, które zaczęłyby odrzucać od ciebie całą możliwą pocztę – powiedział zniesmaczony Snape. – A te miałyby wpływ na osłony Hogwartu, co byłoby dla nich w tej chwili zbyt ryzykowne.
Harry kiwnął z rezygnacją głową. Był w stanie wyczuć, jak surowa magia szumi w całej szkole, kiedy osłony układały się na nowo wokół zarówno dyrektora i jak i profesor McGonagall.
– W takim razie co z tym zrobimy?
– Będziemy udawać, że Evan Rosier nie istnieje. – Snape zgarnął oba listy i płynnym ruchem wrzucił je do kominka. – Przez czternaście lat uważałem go za martwego i świetnie sobie radziłem, nie musząc brać go pod uwagę. Myślę, że powinniśmy dalej tak robić, przynajmniej dopóki nie stanie nam przed oczami. – Odwrócił się w kierunku Harry'ego. – Co mnie jednak ciekawi, to jego komentarz o klątwie płonącego serca. Czy to prawda?
– Ee... – Harry wiedział, że jak zdawał Snape'owi relację z tego, co się z nim działo w ciągu dwóch miesięcy, które Snape spędził w więzieniu, to zapomniał o kilku szczegółach, ale przecież tak wiele się wydarzyło; przecież nikt nie oczekiwałby po nim, że będzie o wszystkim pamiętał, prawda? Między innymi nie wspomniał mu jeszcze o nocy, w której razem z Draconem wymknęli się z Hogwartu i teleportowali się do rezydencji Malfoyów. – No, to prawda, że miałem wizję o tym, że Voldemort wysłał Rosiera po pana Malfoya, ponieważ chciał się dowiedzieć, co się stało z pamiętnikiem, który pan Malfoy miał dla niego odzyskać podczas naszego drugiego roku w Hogwarcie. Dotarliśmy tam na czas, ale Rosier wysłał sowę z listem, zaczarowanym, by działał jako świstoklik i wyciągnął pana Malfoya poza osłony. Ruszyłem za nimi i zanim uciekł – Rosier, znaczy – zdążył jeszcze mnie trafić klątwą płonącego serca.
– W jaki sposób się z niej wyleczyłeś? – zapytał cicho Snape.
– Przecież mój ojciec nie pozwoliłby mu cierpieć. – Draco spojrzał surowo na Snape'a i przysunął się do Harry'ego, póki nie zetknęli się ramionami.
– Pan Malfoy mnie uratował – zgodził się Harry.
Snape stał w milczeniu, myśląc. Harry zastanawiał się, czy znowu nie spróbuje zakwestionować dobrych intencji Lucjusza, ale ten powiedział tylko:
– Czy Rosier zapytał go o pamiętnik?
– Hę? – Harry wiedział, że to nie była specjalnie elokwentna odpowiedź, ale z drugiej strony sam też się wcześniej nad tym nie zastanawiał.
– Czy Rosier zapytał go o pamiętnik? – powtórzył cierpliwie Snape. – W ogóle?
Harry przełknął ślinę.
– Nie wiem – powiedział. – Wydaje mi się, że mógł to zrobić w chwili, którą spędzili sami, zanim do nich dołączyłem. Albo pan Malfoy mógł po prostu odmówić wszelkich wyjaśnień i zacząć rzucać klątwy. Czy to ma jakieś znaczenie?
Snape machnął ręką.
– Może mieć – powiedział. – Ale z Evanem Rosierem, jak już powiedziałem, to równie dobrze mogła być kolejna pułapka, zaprojektowana tak, żeby nas wciągnąć w labirynt pytań i zgadywanek, czyli kompletnej straty czasu. – Przechylił głowę i wbił w Dracona zamyślone spojrzenie. – Obawiam się, że powinieneś nas opuścić, Draco. Będziemy z Harrym ćwiczyć zaklęcia pojedynkowe i...
– Chcę zostać. – Draco skrzyżował ręce na piersi.
– Jesteś pewien? – Snape wyciągnął swoją różdżkę i zniknął stolik, który stał przed kanapą, zostawiając kanapę tylko do chwili, w której Draco z niej nie wstał. Rzucając zaklęcia ochronne na regały z książkami, dodał: – Będziesz czuł taki sam ból jak Harry, kiedy trafi go jakaś klątwa.
– I tak bym je czuł – powiedział Draco, rzucając Harry'emu hardy uśmiech. – W ten sposób przynajmniej sam trochę potrenuję i zobaczę więcej z jego życia.
Harry wywrócił oczami. Nie było sensu zakazywać Draconowi tego, czego on naprawdę chciał. Harry nigdy nie wyczuł od niego chęci zdrady i wątpił, żeby kiedykolwiek miało do tego dojść. To jednak oznaczało, że skoro już pozwolił Draconowi zobaczyć jedną ze swoich słabości, to równie dobrze mógł przestać go wyrzucać z sytuacji, w których mógłby poznać kolejne. Będzie ufał Draconowi póki nie napotka czegoś, co by świadczyło przeciw temu.
Kiedy stawali ze Snape'em po przeciwnych stronach pokoju, Harry zastanawiał się, czy wiara w to, że Draco nigdy nie zwróci się przeciw niemu, nie jest oznaką naiwności.
Nie wydaje mi się. To raczej realistyczne podejście do sprawy.
– Tą klątwą prawdopodobnie rzuciłby w ciebie Dołohow, gdyby wciąż żył – powiedział Snape i pokręcił głową. – Gdyby Rosier nie sfingował własnej śmierci, udając go przez cały ten czas. – Podniósł różdżkę. – Ale inni śmierciożercy też jej używają. Zaklęcie tarczy i większość innych osłon i blokad nie jest w stanie jej powstrzymać. De Profundis!
Przez chwilę Harry nie czuł niczego szczególnego i zastanawiał się, czy Snape'owi czasem nie wypaliło zaklęcie, a może po prostu zanadto osłabił jego działanie.
Potem nagle usłyszał jak wiatr uderza w pokój i zobaczył, jak zaklęcia, chroniące regały z książkami Snape'a, dygoczą z wysiłku. W tej samej chwili dzika, wyjąca, Mroczna furia wezbrała w jego umyśle, tego samego rodzaju, którą spotkał jak zobaczył się z Lily i usłyszał, jak wokół niego zaczyna krążyć muzyka. Harry zamknął oczy, walcząc ciężko z tym wszystkim, żeby przywrócić nad sobą kontrolę.
Gdzieś za furią, Snape wyjaśniał spokojnym głosem.
– Ta klątwa wyciąga twoje najsilniejsze emocje, bez względu na to jak głęboko by one się w tobie nie kryły i zmusza cię do zmierzenia się z nimi. Wróg zaczyna szaleć, albo ucieka, albo poświęca uwagę wszystkiemu, tylko nie człowiekowi, który rzucił w niego tą klątwą. Trzeba się jej postawić i z nią zmierzyć. Kiedy choć raz ją pokonasz, nikt więcej nie będzie w stanie jej użyć przeciw tobie.
W tym momencie świadomość Harry'ego dotycząca wszystkiego, tylko jego emocji, zniknęła. Wydawało mu się, że słyszy jak Draco wydziera się na Snape'a, ale nie był w stanie zrozumieć słów. Chwilę potem i oni zniknęli, a Harry pozostał sam na sam z Mrokiem.
Pragnienie rozwalenia czegoś, zniszczenia, latania, zrobienia czegokolwiek, co dałoby wyraz jego nienawiści i dzikości...
To była część jego i Harry wiedział, że im dłużej i ciężej będzie się starał ją od siebie odepchnąć, tym gorzej będzie, jeśli ta kiedykolwiek wyrwie mu się spod kontroli.
Jak do tej pory tylko raz przyszło mu się zmierzyć z tym rodzajem mocy, w noc Komnaty, kiedy śmierć Sylarany zniszczyła bariery w jego umyśle i wypuściła na wolność jego cichą osobowość i zimną osobowość. Dlatego też Harry uznał, że najpierw powinien spróbować poradzić sobie z tą furią w ten sam sposób, w jaki poradził sobie z nimi.
Zaczął budować w swoim umyśle nowe miejsce, w którym furia mogła zamieszkać. Sprawił, że była piękna, ale pełna ostrych końców, lśniąca klatka ostrzy. Mroczna muzyka szturchnęła soplami lodu, które zwisały u sufitu niczym dzwoneczki i, zadowolona z efektu, owinęła się wokół nich i poruszyła nimi znowu, słuchając jak dzwonią. Harry zrobił tę klatkę tak atrakcyjną jak tylko mógł, po czym wszedł do jej środka i rzucił iluzję bezgranicznej przestrzeni.
Pojawił się obraz otwartego nieba, bezgranicznych łąk, bezkresnego morza, wszystkiego, co nie miało granic i co kiedykolwiek widział na własne oczy. Furia wyczuła to i radośnie wleciała do środka, chętnie się przeciągając w miejscu, w którym nic jej nie ograniczało.
Harry zamknął za nią klatkę i otworzył oczy. Snape i Draco znajdowali się po przeciwnej stronie pokoju, schowani za silną tarczą. Regały opierały się o siebie, kilka książek z nich wypadło i teraz leżało otwartych na ziemi, z kartkami nieszczęśliwie przygniecionymi okładkami. Harry wziął głęboki oddech i podźwignął się na nogi, zastanawiając się, kiedy upadł. Potarł twarz, ścierając z niej miksturę lodu, łez od wiatru i śliny z ust.
– Podejrzewam, że to miało jakiś sens? – wymamrotał.
Snape opuścił osłonę i podszedł do niego.
– Naprawdę chcę się zabrać za trenowanie ciebie w pełni, Harry – powiedział. – Pokażę ci różne klątwy, które śmierciożercy mogą na tobie użyć i jak się przed nimi bronić. Pokażę ci też, jak stosować zaklęcia Światła na sposoby, których nie będą się spodziewali. – W oczach zalśniło mu coś surowego. – Jak sam powiedziałeś, wojna zaczęła się już na dobre i nasi wrogowie to nie są już tylko twoi krewniacy i Dumbledore. Zgadzasz się na to?
Harry kiwnął głową.
– Szkoda, że nikt o tym nie uprzedził mnie – mruknął Draco, masując sobie skronie. – Zawsze, kiedy emocje Harry'ego zaczynają tak szaleć, to dostaję przedawkowania bólu.
Harry ruszył w jego kierunku z niepokojem, ale Snape dotarł do niego pierwszy i spojrzał na niego groźnie z góry.
– Panie Malfoy. – Jego głos zrobił się lodowaty. – Teraz, kiedy już wiem, że ma pan empatię, mogę nauczyć pana ataków, które zwiększą pańską skuteczność z walce i obrony, które ochronią pana, kiedy empatia będzie działała na pańską niekorzyść. W czasie tych zajęć jednak nie ma miejsca na jęki i narzekania. Przyzwyczai się pan do przyjmowania bólu, który trafia pana przez ten dar–klątwę, którą sam pan sobie ściągnął na głowę, albo nie pozwolę panu więcej pozostać w czasie treningów Harry'ego. Rozumiemy się?
– Którą pan mi pomógł na siebie ściągnąć – powiedział cicho Draco, a Harry zobaczył po błysku w jego oczach, że ten chce zrobić komuś krzywdę.
– Co to znaczy? – zapytał Harry.
Snape obrócił się w jego kierunku z cichym szelestem szat i przyjrzał mu się uważnie.
– To ja pożyczyłem Draco książkę, w której znalazł eliksir, dzięki któremu, najwyraźniej, udało mu się przywołać Julię Malfoy. – Rzucił Draconowi ponure spojrzenie. – Oczywiście, gdyby tylko się bardziej przyłożył, to znalazłby kogoś innego, kto miałby dar bardziej kompatybilny z jego charakterem – przodka, któremu łatwiej byłoby go uczynić swoim magicznym dziedzicem.
Harry przymrużył oczy.
– Czy to znaczy, że to pan narzucił na niego przymuszenie?
Snape zagapił się na niego.
– Że co proszę?
– Draco miał na sobie sieć przymuszenia, kiedy pomagałem mu z jego eliksirem – powiedział Harry, robiąc krok naprzód. – Napędzała go ona do ukończenia eliksiru, skłaniając do zignorowania praktycznie wszystkiego innego. Czy wiedział pan, że do tego dojdzie? – Czuł, jak wzbiera w nim furia całkiem podobna do tej zamkniętej w klatce. Snape wiedział przecież, jak strasznie Harry nie znosi przymuszenia. Żeby jej użył i to na Draconie...
Miło byłoby myśleć, że byłbym równie zły, gdyby rzucił ją na kogokolwiek innego. A wówczas znowu bym się okłamywał, a muszę wreszcie z tym skończyć. Jestem bardziej zły o to, że tu chodzi o Draco, niż bym był, gdyby to zrobił komuś innemu.
Snape powoli pokręcił głową.
– Wiedziałem, że książka skieruje go na ścieżkę, której szukał – powiedział. – Nie wiedziałem nic o przymuszeniu.
– Nie użył pan jej nigdy sam? – zażądał Harry.
Snape kiwnął głową.
– Raz, żeby uwarzyć eliksir, który pozwoli mi zobaczyć własną duszę – powiedział cicho. – Ta książka podarowała mi ten eliksir. Ja jednak pozwoliłem sobie nie śpieszyć się z jej przygotowaniem. Nie napędzała mnie wbrew mojej woli w ten sam sposób, w jaki najwyraźniej zrobiła to Draco.
– Czyli to był przypadek – szepnął Harry, pragnąc wierzyć, potrzebując wierzyć, że jego opiekun naprawdę nie zrobiłby czegoś aż tak głupiego.
– Musiał być – powiedział Snape. – Mogę tylko podejrzewać, że zdesperowane pragnienie Dracona do zostania magicznym dziedzicem weszło w interakcję z książką i to spowodowało przymuszenie. – Zamilkł na dłuższą chwilę i dodał delikatnie: – Musimy też, oczywiście, wziąć pod uwagę, że przymuszenie, jakie twój brat rzucił w niego w zeszłym roku, żeby cię chronił za wszelką cenę, wsiąknęło w głębsze podstawy jego umysłu i owinęło się wokół jego fundamentów.
Harry zadrżał. Ale to by znaczyło, że...
– Czasami, proszę pana, nie rozumiem, skąd w panu taki brak wyczucia – powiedział Draco i minął go pośpiesznie, żeby stanąć przed Harrym. – Harry, obiecuję ci, tamto przymuszenie nie ma nic wspólnego z tym, jak cię teraz kocham. Przecież jestem w stanie zostawić cię w spokoju, kiedy tego ode mnie chcesz, prawda? I w żaden sposób cię nie chroniłem, kiedy zmusiłem cię do wyjścia do Zakazanego Lasu na spotkanie z jednorożcami.
– Jednorożcami – powtórzył Snape beznamiętnie.
Harry przełknął i zdołał się uśmiechnąć.
– Tak naprawdę, to nie wierzę, żeby to wszystko było wyłącznie rezultatem tamtego przymuszenia – wymamrotał. – Już kiedyś byłem na tej ścieżce i wtedy też się myliłem. Dziękuję, Draco, dzięki tobie przejrzałem na oczy.
Draco złapał go za rękę i trzymał ją, kiedy obaj obrócili się, żeby spojrzeć na Snape'a.
– Wydaje mi się, że więcej zyskamy, jeśli będziemy ze sobą szczerzy – powiedział Harry. – Kompletnie. Tak długo, jak obieca mi pan, że nie miał pan pojęcia, że ta książka przymusiłaby Draco, to będziemy mogli dalej ciągnąć tę rozmowę. My powiemy panu o jednorożcach, a pan będzie mógł powiedzieć nam o innych rzeczach, które przytrafiły się panu, kiedy przebywał pan w więzieniu.
Snape spojrzał uważnie na Harry'ego, na zaufanie, które lśniło w oczach chłopca – z kryjącą się teraz za nim nutą wahania.
Jeśli powiem mu, że wiedziałem o przymuszeniu, to nie wiem, czy mi kiedyś jeszcze zaufa. Nie jest w stanie podchodzić racjonalnie do kwestii przymuszenia, jakiegokolwiek. Właśnie dlatego zjadł magię Dumbledore'a, ponieważ ten przymuszał innych.
Potrzebuje w tej chwili chociaż jednego dorosłego, któremu może ufać. Absolutnie. Bezwzględnie. Jeśli teraz powiem prawdę, to zniszczę to zaufanie bardziej dogłębnie, niż dowolne kłamstwo kiedykolwiek będzie w stanie. Zamknie się przede mną i zacznie mnie traktować tak, jak traktuje Dumbledore'a. Jeśli go okłamię, a on się o tym dowie, to będzie na mnie wściekły i rozżalony. Ale mam wrażenie, że dowolny moment, w którym się o tym dowie, będzie mniej niebezpieczny od obecnego. Zbyt wiele wycierpiał w ostatnim tygodniu. Potrzebuje mojego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek. Kiedy już podrośnie i minie ten okres swojego życia, to mogę zacząć myśleć o powiedzeniu mu prawdy.
Snape podjął decyzję.
– Nie wiedziałem, że coś takiego się stanie Draconowi, nie – powiedział cicho. – Jak już powiedziałem, mnie to nie spotkało, kiedy warzyłem eliksir, który książka dla mnie wybrała.
Ten eliksir pozostawił mnie bez żadnych złudzeń. Wiem, czym jestem. I w żadnym wypadku nie jestem miły, ciepły i bez własnych sprzeczności.
Ale ponad wszystko jestem lojalny temu, w co wierzę, pomyślał, patrząc jak oczy Harry'ego stają się jaśniejsze od lśniącego w nich zaufania. Dam mu to, czego w tej chwili najbardziej potrzebuje – wsparcie – a prawdę później. W ten sam sposób, mimo, że wiem, że będzie mnie to kosztowało jego zaufanie i miłość, jeśli uznam, że jego rodzice zaszkodzą mu, kryjąc przed wszystkimi jego przeszłość, wyciągnę ją na wierzch. Bardziej martwię się o jego życie niż o jego dobrą opinię. Prędzej złamię dane mu słowo, niż zobaczę, jak on cierpi tylko dlatego, że coś mu obiecałem. Szpiegowałem dla Światła, kiedy pozostali uważali mnie za zdrajcę i śmierciożercę, a Harry ma większe dla mnie znaczenie niż to i cokolwiek, czego się kiedykolwiek dopuszczę.
– Wiedziałem, że by pan czegoś takiego nie zrobił – powiedział Harry. – Wiedziałem, że pan nie jest taki.
Jak ty mało o mnie wiesz, pomyślał Snape, ale na głos tylko powtórzył:
– Jednorożce?
– Uwolniłem jednorożce – zaczął Harry.
– Dlatego, że go zmusiłem do wyjścia do Zakazanego Lasu i wzięcia się do roboty – wtrącił się wesoło Draco.
Harry posłał mu zdegustowane spojrzenie, ale odwrócił się z powrotem i zaczął opowiadać od samego początku jak to było. Snape słuchał i patrzył, jak oczy Harry'ego lśnią coraz jaśniej i jak na twarzy Dracona pojawia się zadowolona z siebie, zaborcza mina.
Czyli to naprawdę jest miłość. Ach. Cóż. To wiele wyjaśnia.
Podejrzewam, że w takim razie muszę też objąć moją ochroną młodego pana Malfoya, ponieważ jest w tej chwili niezbędnym elementem do utrzymania Harry'ego szczęśliwym. Pierwszy opiekun i ostatnia linia obrony, a wszystko to pewnie ostatecznie zwróci ich obu przeciwko mnie. Jestem na to przygotowany.
Ktoś zaczął tak mocno walić do drzwi ich pokoju, że Harry usiadł prosto na łóżku, wciągając głośno powietrze. Rozejrzał się po pokoju i zauważył, jak między kurtynami łóżka Blaise'a lśni światło rzuconego przez niego Lumos. Chwilę potem rozległ się głos Vince'a.
– Co do cholery?
– Harry ma w tej chwili wyjść – powiedziała Milicenta zza drzwi. Brzmiała, jakby w ogóle tej nocy jeszcze nie spała. – Ma być ubrany i gotowy na długą podróż.
– Co jej znowu odbiło? – zapytał Draco, brzmiąc wyjątkowo kapryśnie, jak zwykle, kiedy ktoś go budził w środku nocy. – Długą podróż? Co... – Wyglądało na to, że zrezygnował z tego zdania, a może zgubił wątek, jeśli szelest jego pościeli, sugerujący, że się właśnie przewraca na bok, mógł cokolwiek w tej kwestii podpowiedzieć. – Czy to nie może zaczekać do rana? – jęknął.
– Chyba nie – powiedział Harry, któremu pamięć wreszcie zaskoczyła, przeganiając resztki tego, co mogło być wizją Voldemorta, gdyby ta tylko miała czas się uformować jak należy. Wytoczył się z łóżka i podbiegł do swojego kufra, szukając jakichś szat, które mógłby na siebie narzucić. – Wydaje mi się, że pani Bulstrode rodzi. Poprosiła mnie, żebym był przy tych narodzinach, a chyba minęło już dziewięć miesięcy od chwili, w której zaszła w ciążę.
– Niektórzy z nas próbują tu spać, Potter – powiedział Blaise, gasząc zaklęcie Lumos, jakby samą siłą woli był w stanie zignorować to, co Harry przed chwilą powiedział.
– Harry? – Draco wystawił głowę za zasłonkę akurat kiedy Harry skończył zakładać szaty, nie przejmując się już wiązaniem ślizgońskiego krawata. – Chcesz, żeby ktoś poszedł tam z tobą?
Harry pokręcił głową szybko i przeczesał dłonią włosy, mając nadzieję, że nie będzie wyglądał jak z gardła wyciągnięty.
– Bez urazy, Draco, ale nie zostałeś zaproszony – powiedział. – Nie sądzę, żeby Bulstrode'owie cię tam chcieli.
Draco westchnął.
– Skoro tak uważasz...
– Potter – powiedziała Milicenta zza drzwi. Harry wiedział, że nazywała go po nazwisku tylko wtedy, kiedy była na niego zła.
– Uważam – powiedział Harry, uśmiechnął się do niego i wymknął z pokoju. Milicenta momentalnie złapała go za rękę i zaciągnęła w dół po schodach. Harry zmarszczył brwi. Zauważył, że ściskała coś niewielkiego w dłoni, ale nie był pewien, co to jest.
– Będziemy podróżować za pomocą świstoklika? – zapytał. – Czy sieci fiuu?
– Żadnego z nich. Obsydian otaczają osłony, które nie wpuszczają kogokolwiek, kto spróbuje się dostać do środka świstoklikiem – powiedziała Milicenta, po czym obróciła się i pozwoliła mu zobaczyć przedmiot. To był mały kamyk, pełen szarych, niemal czarnych żyłek, który wyglądał na podobny do tego, którego użyła, żeby ich transportować w pobliże ogniska nocy Walpurgii w zeszłym roku. Harry zamrugał.
– W takim razie co to jest?
– Coś, co działa jak świstoklik ale nim nie jest – powiedziała Milicenta. Nie wyjaśniła nic więcej, tylko złapała za czubek kamienia i okręciła go, przez co ten nagle zaczął wirować. Powietrze przed Harrym nagle otworzyło się niczym drzwi, po czym zatrzasnęło z powrotem. Harry spojrzał w głąb ciemnego korytarza, do którego trafili.
– Idź! – Milicenta popchnęła go mocno. Harry zdołał jakoś utrzymać równowagę i nie potknąć się w przejściu, więc ruszył pośpiesznie korytarzem. Mijał zamknięte drzwi, ciche i złowróżbne, na których znajdowały się herby, skłaniające do zastanowienia się, czy nie prowadzą one do domostw innych czystokrwistych rodzin. Nigdy jeszcze nie słyszał o takiej magii.
Odwrócił się do Milicenty z pytaniem w oczach, ale ona tylko popchnęła go znowu, uderzając go mocno ręką w bark. Harry zauważył, że drzwi za nimi się zamknęły i pokazywały teraz wyłącznie przejście w niekończący się korytarz pełen drzwi, zupełnie jak ten przed nimi.
– Idź, Harry – powiedziała Milicenta. Harry zamrugał, po raz pierwszy zauważając, że jej oczy są przeszklone od łez. – Matka chce, żebyś przy tym był. Ale to nie ona mnie wezwała. To był ojciec i powiedział... – Milicenta zamknęła oczy i pokręciła głową. – Jest źle. Powiedział, że jest źle.
Harry przyśpieszył, chociaż zastanawiał się, w jaki sposób miałby być w stanie pomóc Elfridzie, kiedy już się znajdzie na miejscu. Niczego nie wiedział o porodach, ani o tym, jak pomóc dzieciom przeżyć zaraz po nim.
Czy "źle" oznacza coś złego dla Elfridy? Czy Marian? A może dla obu?
Biegli z Milicentą mrocznym, cichym korytarzem, w którym nawet ich kroki nie odbijały się specjalnym echem, póki Milicenta nie złapała go za ramię i nie zatrzymała go przed wielkimi, czarnymi drzwiami. Ten herb nie miał formalnego wzoru, był tylko ciemną sylwetką zamku. Milicenta złapała za zamek, a ten zaiskrzył i stopił się pod jej dłonią. Drzwi otworzyły się na oścież i tym razem Harry potknął się, zahaczając nogą o futrynę, kiedy weszli do jasno oświetlonego pokoju, pełnego dźwięków i zapachu krwi.
– Milicenta – rozległ się głos Adalrico, pełen napięcia i zmęczenia. – I Potter. Cieszę się, że zdążyliście przed odejściem Elfridy.
Harry strącił rękę Milicenty – co nie było specjalnie trudne, bo ta i tak już zmierzała w kierunku swojego ojca, żeby stanąć u jego boku – po czym zmusił się do skupienia na roztaczającym się przed nim widoku. Elfrida leżała na łóżku kompletnie przesiąkniętym krwią. Koc dyskretnie zakrywał jej nogi, ale tylko od pasa do kolan, więc Harry był w stanie zorientować się, że większość tej krwi musiało pochodzić z niej. Jasne włosy Elfridy były rozrzucone po poduszce i przyklejały się do potu na jej twarzy. Dyszała ciężko, patrząc przed siebie szeroko otwartymi oczami. Powietrze wokół niej drżało niepewnie od magii tak potężnej, że Harry poczuł, jak włoski podnoszą mu się na rękach. Przełknął ślinę. To był rezultat treningu puellaris Elfridy; na co dzień nie używała za dużo magii, magazynowała swoją moc do chwili, w której mogła jej użyć z korzyścią dla swoich dzieci.
Ale ta magia jest na tyle potężna, że powinna być w stanie uratować jej życie, pomyślał zdezorientowany Harry, odwracając się w kierunku Adalrico. Przecież nie umiera. A może z dzieckiem jest tak źle, że będzie musiała nakarmić ją tą magią, nie pozostawiając nic dla siebie?
Leżący w ramionach Adalrico noworodek wyglądał na cokolwiek zdrowego, nawet jeśli wciąż był okryty śluzem i krwią. Jej pępowina została odcięta i płakała, więc jej twarzyczka była cała pomarszczona, a jej nowo narodzona magia skakała wokół niej, pulsując i niezgrabnie starając się ją uspokoić. Harry zmusił się do uspokojenia, spojrzenia poza wyrazy kamiennego żalu na twarzach Adalrico i Milicenty i zdobycia jakichś odpowiedzi.
– Czemu pani Bulstrode umrze? – zażądał.
– Ponieważ – powiedział cicho Adalrico – wyczuła, że Marian jest w stanie zostać dziedziczką jej magii. Jej podejrzenia narastały w miarę, jak ciąża dobiegała końca. Niestety, sympatia między nią a Marian zdarza się rzadko i jest wyjątkowo ulotnego rodzaju, jak to zwykle bywa z dziećmi. Większość magicznych dziedziców objawia się znacznie później w swoim życiu. – Marian zawyła i Adalrico delikatnie poprawił swoją pozycję i zaczął ją łagodnie kołysać. – Elfrida musi przekazać Marian swoją magię już teraz, jeśli chce uczynić ją swoją dziedziczką. A to oznacza, że nie zostanie jej dość, żeby utrzymać się przy życiu.
Harry zamrugał raz i drugi.
– Wy... wam naprawdę wydaje się, że magiczni dziedzice są aż tacy ważni?
– Oczywiście, Potter. – Milicenta wypaliła te słowa nawet nie podnosząc na niego wzroku. Cała jej uwaga skupiała się na jej maleńkiej siostrze. – Krew jest ważna, ale magia nawet bardziej. Niezwykle rzadko zdarza się, żeby w rodzinie pojawiła się aż dwójka magicznych dziedziców, jedno powiązane z matką a drugie z ojcem. Mam szczęście. – Harry miał na końcu języka, że wcale mu to nie wygląda na szczęście, ale nie ośmielił się w tej chwili odezwać. – Żadna czystokrwista rodzina – no, żadna mroczna, czystokrwista rodzina, ponieważ świetliste uważają przywiązanie do magicznych dziedziców za akt barbarzyństwa i wolą dziedziców krwi – nie poddałaby się przy takiej szansie. Moja matka poświęci swoje życie, żeby Marian mogła zostać potężniejszą czarownicą. – Milicenta odetchnęła z roztrzęsieniem. – Wiedziałam, że może do tego dojść od chwili, w której matka po raz pierwszy powiedziała mi, że wyczuwa sympatię między swoją magią a Marian, kiedy ta jeszcze była w macicy. To się rzadko zdarza. Tak strasznie rzadko.
Harry odwrócił głowę i spojrzał Elfridzie w oczy.
– Czy tego właśnie sobie acani życzy? – zapytał. Ten tytuł był stary i praktycznie już nie używany pośród współczesnych czarodziejów, ale nie sądził, żeby był w stanie inaczej nazwać leżącą w łóżku kobietę, w dalszym ciągu tak bardzo żywą, wokół której unosiła się magia tak potężna, że poderwałaby smoki do lotu.
– Żałuję, że nie będzie mnie, żebym mogła pocieszyć własne dzieci – powiedziała Elfrida, głosem znacznie mocniejszym niż Harry się po niej spodziewał, biorąc pod uwagę bladość jej twarzy. – Marian będzie wyjątkowo ciężko, bo nigdy nie będzie miała okazji poznać własnej matki. Ale magia jest ważniejsza. To, co czyni nasz czarodziejami i czarownicami to nasza magia. W porównaniu do niej, pocieszenie utworzone z więzów krwi jest blade i nic nie znaczące. – Brzmiała, jakby recytowała jakąś modlitwę, choć Harry jeszcze nigdy się z taką nie spotkał.
– Ale chce acani żyć – sprecyzował Harry.
Elfrida skinęła powoli głową, co przyszło jej z wyraźnym trudem, po czym wbiła wzrok w ramiona Adalrico.
– Przynieś ją bliżej – wymamrotała. – Musi być tuż obok mnie, jeśli mam jej przekazać moją magię.
– Zaczekaj – powiedział Harry i Adalrico odwrócił głowę, by na niego spojrzeć, ale też pośpiesznie przyniósł Marian bliżej łóżka. – Jeśli Elfrida chce żyć, to powinna żyć.
– Nie możesz tego powstrzymać, Potter – powiedział Adalrico. – Możesz tego nie rozumieć, ale złożyłeś przysięgę, że będziesz świadkiem narodzin Marian i jesteś sojusznikiem naszej rodziny. Nie wolno ci wtrącać się w wolny wybór poczyniony przez jedną z kobiet z tej rodziny.
Harry wywrócił oczami.
– Szanuję jej wybór – warknął. – Upewnię się tylko, że będzie w stanie przekazać swoją magię Marian i mimo wszystko przeżyć. – Podszedł do łóżka od lewej strony i sięgnął w dół, łapiąc Elfridę za ramię. Obróciła głowę, żeby na niego spojrzeć. Biała poduszka pod jej włosami była ciemna od potu.
– Jak niby miałby pan tego dokonać? – szepnęła. – Może i zdoła pan utrzymać życie w moim ciele, ale zostałabym charłakiem, a może i mugolką. Jestem czarownicą, panie Potter. Wolę zginąć, niż żyć bez mojej magii.
– Nie zamierzam upewnić się tylko, że pani to przeżyje – powiedział Harry. – Przede wszystkim muszę się upewnić, że to połączenie zadziała. Panie Bulstrode, powinienem być równie mocno powiązany z pańską żoną co z panem, prawda? Nie powinienem musieć dotykać pańskiej blizny, żeby móc nad nią pracować? – Był gotów wprowadzić Adalrico do tego równania, jeśli będzie musiał, ale wolałby w miarę możliwości uniknąć czwartej osoby. Więź, na której miał zamiar to bazować, wykorzystała tylko trzy.
– Tak, powinien pan być w stanie – powiedział Adalrico, brzmiąc, jakby nie wierzył własnym uszom. – Panie Potter, co pan...
– Nie ma czasu! – szepnęła nagle Elfrida. – Podaj mi ją, Adalrico, już. – Jej magia sprawiła, że ostatnie słowo niemal zakrawało na przymuszenie. Jej mąż pośpiesznie ułożył Marian na jej ramieniu i odstąpił od łóżka.
Elfrida zdawała się kompletnie zapomnieć o Harrym. Uśmiechnęła się w kierunku twarzy swojej córeczki i wymamrotała inkantację, której Harry nie rozpoznał, w języku, który chyba nie był nawet łaciną; był na to zbyt śpiewny. Między ich czołami pojawiła się więź. Dziecko zawyło głośniej. Magia wokół Elfridy zaczęła się zlewać w pobliżu więzi, gotowa do przelania się do noworodka.
Harry wziął głęboki oddech, zacisnął uchwyt na ramieniu Elfridy i czekał. Jego ciało było w zakrwawionym pokoju, czując na sobie spięte, zaniepokojone spojrzenia Milicenty i Adalrico, ale jego umysł był znowu z powrotem w Komnacie Tajemnic, przypominając sobie pułapkę, którą Tom Riddle na niego zastawił, używając powiązania pomiędzy Harrym, Connorem i sobą, żeby wrócić do życia. Skrzywdził Connora, co krzywdziło Harry'ego przez wzgląd na ich więc między bliźniętami, ale też wyciągała magię Harry'ego przez blizny, którymi przeklęła ich jego starsza wersja.
Elfrida karmiła Marian swoją magią i Harry uważał, że jego własne powiązania z Bulstrode'ami, matką i nowo narodzonym dzieckiem, tak samo jak i ojcem i starszą siostrą, powinny wystarczyć jako druga strona kręgu. Inaczej zacznie ściągać magię Marian, kiedy już zacznie. Ponieważ jednak miał powiązanie z Marian i Elfridą, bazujące na zaufaniu i sojuszu, a nie bólu i nienawiści i nie chciał wyciągnąć magię z ciała Marian po to, żeby uratować życie jej matki, to to powinno zadziałać dokładnie jak tego chciał.
Taką przynajmniej miał nadzieję.
Elfrida rozluźniła się nieco i Harry wiedział, że powoli kończą się jej zapasy. Magia ją opuści i ona przepadnie, być może zarówno dlatego, że nie chce żyć bez magii, jak i dlatego, że nagle nie będzie w stanie powstrzymać się przed wykrwawieniem na śmierć.
Teraz.
Harry sięgnął w głąb siebie i zaczął wyciągać moc z własnych nieprzebranych zasobów, odwracając proces, który pozwalał mu pożerać magię od takich ludzi jak Dumbledore czy Voldemort.
Tym razem jednak miał wrażenie, że stara się doić węża z jego jadu, zamiast z jego pomocą wchłaniać coraz więcej mocy. Stworzenie zabulgotało leniwie i wypełniło jego zaciśniętą dłoń magią, która wylała się z palców Harry'ego i przelała do ramienia Elfridy. Ta wydała z siebie delikatny, zaskoczony dźwięk, ale nie oderwała wzroku od swojej córki. Połączenie między ich czołami lśniło teraz niczym zrobiona z diamentu linia, oświetlająca wszystko wokół i wewnątrz siebie.
Harry osuszał swoją magię, ostrożnie karmiąc Elfridę wyłącznie życzliwą i neutralną magią; nie chciał zobaczyć, co się stanie, jeśli zostawi nieoswojoną, mroczną magię w pobliżu Marian. To było łatwiejsze, niż mu się wydawało, że będzie. Jego magia rozkładała się warstwa po warstwie, a on był w stanie przebierać między nimi, wybierać co mu się podobało i przelewać w dół połączenia, stworzonego przez ich formalny sojusz. Elfrida zaczęła głębiej oddychać i Harry poczuł, jak jej mięśnie znowu nabierają siły i konsystencji, a jej ciało pulchnieje lekko, napełniając się znowu krwią.
Przez jeden, dziki, piękny moment, czuł się, jakby był nią, patrząc przez jej oczy, oddychając jej płucami, czując jak jej serce bije z bolesną znajomością. Czuł jej miłość do Marian i Milicenty i do Adalrico też – wciąż obecną, choć na szarym końcu, odległe uczucie w porównaniu do tego agresywnego, mocnego i opiekuńczego, jakie czuła wobec własnych dzieci. Harry jeszcze nigdy czegoś takiego nie czuł. Najbliższe, co mógłby do tego przyrównać, było wtedy, kiedy wyczuł emocje smoków, jak patrzył im w oczy.
Przez chwilę bał się, że ciało Elfridy odrzuci jego magię jako nieznaną sobie, ale w chwili, w której ta wniknęła głęboko w jej mięśnie i żyły, te ją zmieniły pod siebie. Harry wiedział, że od teraz będzie ona inną czarownicą niż była do tej pory. Kiedy jednak patrzył, jak lśniące kosmyki białej mocy zmieniają się w łagodną szarość i zaskakują na miejsce, obejmując ją, kojąc i powoli przywracając do życia, to naprawdę nie sądził, żeby ta różnica była aż tak zauważalna.
Nagle ktoś przerwał połączenie, odrywając gwałtownie jego rękę od ramienia Elfridy. Harry zamrugał i spojrzał w górę. Adalrico trzymał go za nadgarstek, gapiąc się na niego, jakby był intruzem, wrogiem...
Albo czymś niewiarygodnie dziwnym.
– Przeżyje – szepnął.
Harry zerknął na Elfridę i serce mu podskoczyło, kiedy zobaczył jej zamknięte oczy. Potem jednak zorientował się, że oddycha regularnie, napinając koc, który ją okrywał głębokimi, zdrowymi oddechami. Maleńka Marian spała na zgięciu ramienia swojej matki, a połączenie między ich czołami zniknęło. Harry zauważył, czując jak mu się zaczyna kręcić w głowie ze zmęczenia, że ma jakiś znaczek na czole. Miał wrażenie, że to była gwiazdka.
– Coś ty zrobił? – szepnął Adalrico. – Czy to naprawdę... naprawdę podarowałeś Elfridzie magię, żeby uratować jej życie?
Harry kiwnął w jego kierunku głową.
– Oczywiście.
– Ale to oznacza, że poświęciłeś własną moc. – Adalrico powiedział to, jakby mówił o gwałcie na dziecku.
Harry uśmiechnął się do niego ze zmęczeniem i posłał swoją bezróżdżkową magię, by ta przemknęła kilka razy pod jego skórą, lśniąc.
– Wciąż mam jej mnóstwo. Nie osłabłem jakoś znacząco. Obiecuję, nie spróbowałbym się zabić, żeby ją uratować. Nie zrobiłbym tego, gdybym nie uważał, że oboje to przeżyjemy.
– Ale że też to w ogóle zrobiłeś... – Adalrico urwał i pokręcił głową. Był przeraźliwie blady.
– Ludzie znaczą dla mnie więcej niż magia – powiedział Harry, zastanawiając się, czemu to tak strasznie zszokowało tego mężczyznę. Przecież musiał już wcześniej o tym wiedzieć, w końcu nawiązał ze mną sojusz? Obszedł łóżko i pochylił się, żeby spojrzeć na twarz Marian. Wyglądała już nieco mniej jak czerwona, pomarszczona małpka, a bardziej jak normalne dziecko. Znak na jej czole był błękitny i, faktycznie, miał lekkie zarysy gwiazdki. Harry pogłaskał delikatnie jej zakrwawioną, nagą główkę. – Witaj, maleńka – szepnął. – Witaj na tym świecie. Mam nadzieję, że twoja blizna przyniesie ci więcej radości niż moja przyniosła mi.
Poczuł, jak Milicenta kładzie mu rękę na ramieniu.
– Pozwól, że ją stąd zabiorę, Harry – powiedziała.
Harry pokiwał głową i odsunął się jej z drogi, żeby mogła wziąć dziecko na ręce. Marian nawet nie obudziła się, kiedy jej siostra zaniosła ją do miednicy pełnej wody, stojącej przez cały ten czas w pogotowiu, żeby ją obmyć z krwi i śluzu.
– Panie Potter.
Harry zamrugał na Adalrico.
– Zrobił pan dzisiaj dla nas coś wielkiego – powiedział Adalrico. – To nie jest dług, którego kiedykolwiek będziemy w stanie spłacić.
– Nie ma żadnego długu – powiedział Harry i ziewnął. Uśmiechnął się z zakłopotaniem. – Przepraszam. Po prostu... – Kolejne ziewnięcie mu przerwało.
– Rozumiemy – powiedział Adalrico i pokierował go do leżącego w kącie pokoju dywanu. – Odpocznij. Milicenta zabierze was jutro rano z powrotem do Hogwartu.
Harry przytaknął, po czym położył się na dywanie i zamknął oczy. Sekundy później delikatny plusk wody i kojące mamrotanie, które Milicenta kierowała do swojej nowej siostry, przepadły w ciemnościach.
Milicenta ostrożnie owinęła Marian w luźny, biały materiał, który mieli już wcześniej przygotowany, po czym zaniosła ją z powrotem do Elfridy i ułożyła delikatnie przy jej piersi. Skrzaty domowe już się pojawiły, oczyściły łóżko, przebrały jej matkę w czystą koszulę nocną – nie budząc jej przy tym i w żaden sposób nie przeszkadzając – i ułożyły nowe, spulchnione poduszki pod jej głową. Milicenta dotknęła policzka swojej matki, a potem siostry, po czym odsunęła się od nich. Jej ojciec podniósł na nią wzrok, przerywając swoją obserwację Harry'ego, którego wcześniej okrył kocem.
– Dlaczego? – zapytał.
Milicenta zrozumiała ukryte w tym pytaniu pytanie. Podeszła do swojego ojca i razem z nim przyglądała się Harry'emu przez kilka chwil, zanim mu odpowiedziała. Twarz Harry'ego była we śnie neutralna, nie do końca zrelaksowana, nie do końca niewinna – po prostu zwykła. Spał, jak ktoś, kto nie zdaje sobie sprawy z tego, co właśnie zrobił.
Milicenta zdawała sobie jednak sprawę, że naprawdę nie wiedział. Nie został wychowany w mrocznej, czystokrwistej rodzinie, w których najsilniejsze były trzy powody do dumy: tradycji, krwi i magii. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co jedna z taki rodzin była gotowa przejść, żeby mieć magicznych dziedziców, nie tylko zwykłych, dziedziczących ich krew, dzieci, które dzieliłyby moc swoich rodziców, a nie tylko ich rodowód, co było dziedzictwem każdego dziecka, zarówno mugolskiego jak i szlamowatego czy czystokrwistego. Milicenta przygotowywała się od nowego roku, kiedy to jej rodzice poinformowali ją, że Marian może być magiczną dziedziczką Elfridy, do tego, że straci matkę. Oczywiście, że poświęci swoją moc, żeby podarować swojej córce szansę na niesienie jej przez świat i zostanie w przyszłości silną czarownicą, i oczywiście, że potem nie będzie chciała żyć. Gdyby transfer magii jej nie zabił, prawdopodobnie popełniłaby samobójstwo.
A tu nagle pojawił się Harry, z tą swoją magią, za którą każdy czystokrwisty mroczny był gotów zabijać i torturować tuziny ludzi, byle tylko znaleźć się w jej posiadaniu choćby przez chwilę, za którą każda mroczna, czystokrwista rodzina była gotów wybić połowę swojego rodu, byle tylko zaimplementować ją w jednym ze swoich dzieci, i podarował jej część Elfridzie, bez trudu, bez wahania, najwyraźniej nie postrzegając tego nawet jako poświęcenie.
A to, co powiedział potem, tak łatwo mogłoby zostać uznane za obrazę, gdyby tylko nie mówił tego szczerze. Naprawdę zależało mu bardziej na ludziach niż na magii. Zobaczył szansę na uratowanie życia jej matki i co więcej, zapewnienie jej dalszego życia jako czarownicy, więc za nią chwycił.
Dla niego to było po prostu coś słusznego, miał zdolność do zrobienia tego, okoliczności sprzyjały, więc po prostu to zrobił. Wyglądało na to, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie powiązał się z Bulstrode'ami więziami mocniejszymi niż stal.
– Milicento.
Milicenta zerknęła w górę. Jej ojciec położył jej rękę na ramieniu i przyciągnął do siebie, jak to zawsze robił, kiedy chciał powiedzieć jej coś bardzo ważnego.
– Nieważne, czy się kiedykolwiek zadeklaruje Mrokowi, czy nie – szepnął jej ojciec. – Nie możemy go stracić. On stanie się kimś więcej niż po prostu kolejnym Lordem, za którym można podążać, czy kimś, kto zwróci świat waszego pokolenia ku Mrokowi. Trwaj przy nim i chroń go z całych sił. Jeśli do tego dojdzie, możesz skorzystać z dowolnego z naszych darów, żeby pomóc mu przeżyć. Daję ci moje oficjalne zezwolenie na to.
Milicenta zamrugała szybko kilka razy, po czym uśmiechnęła się. Bulstrode'owie, jak większość czystokrwistych rodzin, posiadali kilka darów, które miały być dziedziczone od jednego magicznego dziedzica do drugiego, nawet jeśli nie zawsze się uaktywniały. Nie afiszowali się ze swoimi, oczywiście, i żaden z ich wrogów, tak samo jak większość sojuszników, nie miało pojęcia, do czego jest zdolny który z dziedziców.
Milicenta zamanifestowała się jako dziedziczka Adalrico kiedy miała sześć lat i była w stanie zrobić wszystko to, co on mógł. Ufał jej bezgranicznie, ale nigdy wcześniej nie dał jej pozwolenia na wykorzystanie jej darów poza Obsydianem.
– Obiecuję, ojcze – powiedziała.
Adalrico pocałował ją w czoło i poszedł usiąść przy swojej żonie i najnowszym dziecku. Milicenta usiadła na dywanie, żeby dalej obserwować Harry'ego. Wiedziała, że tej nocy i tak nie będzie już w stanie zasnąć, choćby nie wiem jak się starała.
Ty nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, że to, co zrobiłeś, było niezwykłe, pomyślała, z mieszaniną frustracji i ciepła w kierunku śpiącego chłopca. I to jest jeden z powodów, choć zdecydowanie nie jedyny, dla którego od tej chwili będziemy gotowi za ciebie zginąć.
Nieważne nawet, czy tego od nas oczekujesz, czy nie. Zdobyłeś sobie sojuszników, Harry Potterze, i już nie wypuścimy cię z rąk.
