Kolejny potworny rozdział. Bardziej przenoszący nas między jednym wątkiem a drugim, ale i tak poruszonych jest w nim kilka wątków, które wymagały uwagi.
Rozdział czterdziesty ósmy: Zmieniony nie do poznania
– Twoja magia jest jakaś słabsza – było pierwszym, co Draco ogłosił następnego ranka.
Harry upuścił łyżkę do swojej owsianki i syknął na Dracona ustami pełnymi jedzenia. Kilku Ślizgonów obejrzało się w ich kierunku: Blaise z tą rozbawioną miną, którą zdawał się zawsze mieć, odkąd Harry dowiedział się, że Draco jest w nim zakochany, Milicenta z pełną zadowolenia z siebie satysfakcją, Pansy z lekkim uśmiechem, ciągnącym końcówki jej ust i Montague z posępnością, którą okazywał każdemu, kto nie był Pansy.
– Wcale nie! – syknął Harry, kiedy wreszcie udało mu się przełknąć. – Poddałem tylko część magii, którą zabrałem od dyrektora. Nic więcej. – Wrócił do jedzenia, żeby pokazać, jak lekce sobie waży niedorzeczne przypuszczenia Dracona.
– Ale ma się wrażenie, że jest mniej potężna – upierał się Draco, z tym szczególnym naciskiem, który dawał zwykle w osądach w jakiś sposób związanych z jego empatią.
Harry spojrzał na niego ponuro.
– Wiem, że twój dar nie pozwala ci wyczuć czegoś takiego – szepnął.
Draco wzruszył na niego ramionami.
– Odkąd zabrałeś magię Dumbledore'owi, to czułem się przy tobie niemal pijany – powiedział. – Teraz mogę myśleć trzeźwo i konkretnie. Tylko o to mi chodzi.
– No i dzięki Merlinowi za to – mruknęła Milicenta. – Czy to znaczy, że będziemy świadkami nieco mniejszej ilości maślanych spojrzeń i mamrotania o "twoim ukochanym Harrym"?
Twarz Dracona stała się barwy pięknie dojrzałego jabłka.
– Nigdy w ten sposób nie mówiłem o Harrym – powiedział.
– Właśnie że tak – podpowiedział usłużnie Blaise. – Jasne, zazwyczaj mówiłeś to przez sen, a nie na jawie, ale mówiłeś tak. Ty przynajmniej nie musisz dzielić z nimi pokoju – dodał, zwracając się do Milicenty. – Słodkie do obrzydliwości, mówię ci.
– Właśnie że nie! – zawył Draco.
Harry puścił oczko Milicencie, dziękując jej za odwrócenie uwagi Dracona od tego, o czym ten starał się porozmawiać. Niestety, Draco zauważył ten gest i wbił w Harry'ego mordercze spojrzenie.
– Jesteś pewien, że poddałeś tylko magię, którą wziąłeś od Dumbledore'a? – zapytał.
Harry wywrócił oczami.
– Jestem pewien. Poza tym, nie rozumiem, czemu wszyscy uważają, że to takie wielkie poświęcenie. Ta magia przysłuży się matce Milicenty znacznie bardziej niż przydałaby się mnie, kiedy większość mojej mocy po prostu siedzi i nic nie robi. Poza tym, jeśli kiedyś będę potrzebował więcej, to zawsze mogę znowu zjeść trochę magii Dumbledore'a. – Powoli zaczynało do niego docierać, że głównie dlatego Dumbledore tak się go bał. Harry był w stanie odebrać magię komuś innemu i w jego ofiary zostałyby osłabione na dobre. Harry naprawdę byłby w stanie osuszyć Dumbledore'a do punktu, w którym ten byłby charłakiem albo jeszcze gorzej, gdyby tylko tego chciał.
Zupełnie jak Lily mnie ostrzegała, że mogę, zaraz przed tym jak znowu spróbowała na mnie narzucić sieć feniksa.
Harry pokręcił głową i odsunął te wspomnienia od siebie. W żaden sposób mu się teraz nie przydadzą, a przecież nie miał zamiaru tak po prostu chodzić po szkole, osuszając ludzi. Poza tym, Draco wrócił do przesłuchania.
– Matka Milicenty?
Milicenta uśmiechnęła się szeroko.
– Harry zeszłej nocy uratował mojej matce życie – ogłosiła. – Moja młodsza siostra, Marian, jest magiczną dziedziczką mojej matki, ale sami wiecie, co to oznacza, kiedy noworodek jest magicznym dziedzicem: sympatia między dzieckiem a rodzicem nie utrzymuje się długo i niemal nie ma szans, żeby wróciła w późniejszym życiu. – Głowy pokiwały wokół stołu Slytherinu. – Matka przekazała Marian swoją magię, a Harry przekazał część swojej magii mojej matce, tak żeby ta mogła dalej żyć. – Wgryzła się w swój tost i nie poderwała wzroku, kiedy nad stołem poniosły się szepty.
Harry wywrócił oczami, kiedy w jego kierunku zaczęto patrzeć z podziwem, szokiem i niedowierzaniem. Czemu wszyscy robią wokół tego tak koszmarne zamieszanie? Przecież każdy spróbowałby uratować komuś życie, gdyby tylko miał ku temu możliwość. Ja po prostu mam to szczęście, że akurat mam więcej mocy niż mi potrzeba, więc mogłem coś wtedy zrobić.
– Czemu poddałeś akurat magię Dumbledore'a? – szepnął do niego Draco.
Harry wzruszył ramionami.
– Była najbliżej powierzchni i do tego świetlista, więc wiedziałem, że nie skrzywdzi pani Bulstrode i Marian.
Draco kiwnął głową i przyłączył się do gapiących. Harry wzruszył po raz kolejny ramionami i wrócił do jedzenia swojej owsianki. Od czasu drugiego zadania zaczął sobie lepiej radzić z wbitymi w siebie spojrzeniami, ponieważ było dość niepokojąco jasne, że te się nie skończą lada dzień. Harry uważał jednak, że prędzej czy później będą musiały dobiec końca. "Prorok Codzienny" w końcu przerzuci się na inne historie, które ludzie uznają za bardziej interesujące. Ludzie w końcu zorientują się, że nie powinni szanować kogoś za morderstwo.
Może w tej chwili otaczający mnie świat zwariował, ale w końcu się uspokoi.
– Panie Potter. Czy mogę prosić pana na słowo?
Harry nie był zaskoczony, że tym razem Draco został razem z nim. Ostatecznie jak do tej pory niewiele dobrego go spotkało ze strony nauczycieli od obrony przed mroczną magią, z wyjątkiem Remusa.
Karkarow, który stopniowo w ciągu ostatniego tygodnia przejmował kolejne zajęcia obrony, stał, przyglądając mu się wyczekująco przez moment, zupełnie jakby spodziewał się, że Harry będzie wiedział, o czym ten chce z nim porozmawiać. Jego palce bawiły się jego lewym mankietem. Harry nie musiał widzieć jego przedramienia, żeby wiedzieć, co tam znajdzie: Mroczny Znak. Karkarow był kiedyś śmierciożercą.
Mam wrażenie, że jestem nimi otoczony.
– Chciałem tylko pana zapewnić – wypalił nagle Karkarow – że nie mam zamiaru zrobić tego samego co Mulciber.
Harry nie był w stanie powstrzymać prychnięcia, kiedy podniósł wzrok na twarz profesora.
– Mam nadzieję, proszę pana – powiedział. – Jeden śmierciożerca rzucający klątwy na profesorów i otwierający dziury w osłonach naprawdę nam wystarczy.
Karkarow wzdrygnął się, ale ochoczo pokiwał głową.
– Tak, tak, dokładnie to – szepnął. – Ja... nigdy bym nie zrobił czegoś takiego. Po mojej deklaracji od razu zacząłem żałować, że zostałem śmierciożercą, właśnie dlatego po wojnie zostałem dyrektorem Durmstrangu, a nie trafiłem do Azkabanu, czy Obscuratio, niemieckiego więzienia. Wiem, że nie ma pan żadnych powodów, żeby mi wierzyć, ale...
– Wierzę panu, ponieważ jest pan wolny – przerwał mu Harry. – Po takim czasie raczej nie odważy się już pan wrócić z podkulonym ogonem do Voldemorta.
Karkarow znowu się wzdrygnął, ale Harry uznał, że tym razem to musiało być dlatego, że wymówił imię Mrocznego Pana.
– Tak – wyszeptał. – Ja... ale to coś więcej niż tylko to. Chcę, żeby tu chodziło o coś więcej. – Zamilkł, wyraźnie zbierając się w sobie. Harry przyjrzał mu się i zastanawiał, czemu wcześniej nie zwrócił uwagi na jego strach. Mężczyzna zawsze wydawał się wielki, głośny, kompetentny w tym, za co się zabierał, nawet jeśli monotonny, a jako nauczyciel niewiele zdradzał ze swoich emocji. Oczywiście, Harry nie miał do tej pory powodów, żeby zwracać na niego większą uwagę. – Chcę, żeby pan wiedział, że może mi pan zaufać jako komuś, kto nie uciekł po prostu dlatego, że się bał.
– Kłamca – powiedział Draco tak cicho, że Harry miał wrażenie, że Karkarow nie miał szans tego usłyszeć. Obejrzał się na Dracona, ale ten tylko pokręcił głową, więc Harry z rezygnacją postanowił poczekać na wyjaśnienia.
– Ja chcę... chcę się stać czymś więcej niż tylko tym – powiedział Karkarow i westchnął ciężko. Harry zmarszczył nos. Czy on pił? Palił? Strasznie śmierdzi mu z ust. – Chcę wziąć udział w walce przeciw mojemu panu, jeśli... jeśli tylko powróci. – Przełknął ślinę. Głos zaczął mu się łamać. – Rozumie pan? – W dość oczywisty sposób starał się zaapelować teraz do Harry'ego, patrząc na niego szeroko otwartymi oczyma. – Jako prawdziwy wojownik, nie ktoś neutralny. Chcę, żeby pan wiedział, że nie musi pan mi nie ufać tylko dlatego, że noszę Mroczny Znak.
Harry przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu. Był w stanie zrozumieć, o co chodziło Karkarowowi, choć jego roztrzęsiona nerwowość sprawiała, że Harry zastanawiał się, jak wiele z tego postanowienia utrzymałoby się w walce. Peter, który był znany jako śmierciożerca z reputacją tchórza, przynajmniej udowodnił, że znacznie silniejszy, niż Harry kiedykolwiek byłby skłonny podejrzewać.
Bardziej jednak zastanawiało go coś innego.
– Czemu nie rozmawia pan o tym z dyrektorem Dumbledore'em? – zapytał. – Albo profesor McGonagall? To oni są odpowiedzialni za strategię i planowanie wojny. To oni walczyli z Voldemortem w czasie pierwszej wojny. To ich musi pan do siebie przekonać.
Karkarow roześmiał się krótko i histerycznie.
– To nie oni zabili jednego z moich byłych towarzyszy – powiedział. Jego akcent coraz bardziej się nasilał. – I oni nie są jednym z dwójki czarodziejów, którzy stawiają w ogniu mroczną magię w Europie.
Harry przełknął powoli ślinę. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że śpiew Mroku, który słyszał pod jeziorem, może wyłapać więcej ludzi.
Czyli Voldemort jest jednym z nich... a drugim jestem ja.
– Wydaje się panu, że musi pan przekonać mnie – powiedział i Karkarow momentalnie pokiwał głową.
– Jestem tchórzem – powiedział, odrobinę spokojniejszym głosem. – Przyznaję. Starałem się przehandlować imiona innych... imiona śmierciożerców w zamian za swoją wolność. Przyznaję. Ale chcę coś zmienić i teraz już wiem, że mój pan powraca, że to nie są tylko koszmary. Chcę walczyć u pańskiego boku. Ale żeby to zrobić, wiem, że najpierw musimy przejść przez okres, kiedy pan nie będzie mi ufał, a ja będę się starał załagodzić tę nieufność.
Harry westchnął. Nie sądził, żeby cokolwiek było w stanie poddać Karkarowa testowi tak, jak zrobi to sam ogień bitwy, ale nie miał pojęcia, jak dużo jeszcze czasu minie, nim nie zderzy się z Voldemortem w otwartej wojnie.
– Będę o tym pamiętał – powiedział, niepewny, czy w ogóle powinien poświęcać Karkarowowi choć chwilę swoich myśli, skoro mężczyzna do tej pory nie wywarł na Harrym najmniejszego wrażenia. – Dziękuję, że mi pan o tym powiedział.
Karkarow skinął mu głową, po czym odwrócił się i rzucił na tablicę zaklęcie, które oczyściło ją przed jego następnymi zajęciami. Harry wyszedł z sali, marszcząc brwi i zastanawiając się, co było dziwniejsze: to, że Karkarow w ogóle do niego podszedł z czymś takim, czy też fakt, że poza Brytanią mogą znajdować się ludzie, którzy obserwują każde jego posunięcie. Już samo to, że był testowany przez wszystkich w Hogwarcie, czy w ogóle w Brytanii, wystarczająco go przerażało.
– To kłamca – szepnął Draco.
– Już to powiedziałeś – mruknął Harry, przypominając sobie o tym. – O czym skłamał?
– On uciekł dokładnie dlatego, że się przestraszył – powiedział Draco. – Uciekł z wielu walk, włącznie z tą, która nastąpiła krótko przed tym jak załatwiłeś... Sam Wiesz, Kogo. – Harry syknął na niego, żeby ten był cicho na ten temat, ale Draco tylko wywrócił na niego oczami. – Wiesz, ludzie pewnego dnia się zorientują, że to ty jesteś Chłopcem, Który Przeżył. Moi rodzice już wiedzą – dodał, jakby to miało w jakiś sposób pomóc.
– Twoi rodzice to specjalne przypadki. A teraz powiedz mi więcej o Karkarowie.
– Złapano go, jak się kulił w ciemnej jamie, trzęsąc się ze strachu – powiedział Draco. – Podobno też zrobił pod siebie na widok aurorów. I to nie był pierwszy taki przypadek. Złapano go już wcześniej, przed rozprawą, ale aurorzy go wypuścili na wolność, bo nie byli w stanie uwierzyć, że ktoś tak żałosny może się w czymś przydać Mrocznemu Panu. To mokra szmata, może się przydać do niektórych spraw, ale jak się go przyciśnie, to dostaniesz głównie wodę.
Harry wzruszył ramionami i podszedł do ściany, żeby przepuścić parę sześciorocznych Krukonów. Ci uśmiechnęli się do niego z wyższością, ale w ich oczach błyszczał strach. Bez większego zaskoczenia, Harry rozpoznał w nich Gorgona i Jonesa, dwóch dręczycieli, którzy kiedyś męczyli regularnie Lunę.
– Nie wiem, czy w ogóle mi się do czegokolwiek przyda, ale dzięki. Zapamiętam to sobie.
– Hej, Potter!
Harry obejrzał się powoli przez ramię. Gorgon stał w lekkim oddaleniu od Jonesa, z wyciągniętą w pogotowiu różdżką. Harry przypomniał sobie o pojedynku, który mieli wcześniej tego roku przez członka Sfory o nazwisku Gorgon i stanął dla równowagi w lekkim rozkroku.
Gorgon jednak go nie zaatakował. Uśmiechnął się tylko z kpiną.
– Pewnie wydaje ci się, że jesteś teraz lepszy od nas wszystkich, bo dręczyłeś dyrektora.
Harry skrzywił się. Artykuły Skeeter zagrały pod tym kątem, ale inne też mogły go podjąć.
– Wcale nie dręczyłem dyrektora – powiedział. – On przymuszał ludzi. Chciałem tylko, żeby przestał, ale zrobił to dopiero wtedy, kiedy pokazałem mu, że nie żartuję.
Gorgon zrobił krok przed siebie.
– I co teraz? Co zrobisz na wiwat? Osuszysz więcej ludzi? – Pomachał ręką przed sobą i Jones roześmiał się. – Tu masz moją magię. No chodź, weź ją sobie, jeśli ci się wydaje, że dasz mi radę.
Harry spojrzał ponad kpiną w jego słowach i przyjrzał się twarzy Gorgona. Trzęsła się ze śmiechu, ale jego śmiech miał w sobie nutkę desperacji.
On się boi. Nic dziwnego. Skoro jestem w stanie żywić się magią, to czemu mieliby pomyśleć, że ograniczę się tylko do Dumbledore'a?
Ta myśl sprawiła, że Harry poczuł się naprawdę zmęczony. Pokręcił głową.
– Nie mam do tego najmniejszego powodu, Gorgon – powiedział.
– Ty właśnie dajesz mu ku temu powód, durniu.
Harry podskoczył lekko, po czym rozpoznał Cho, która stała za Gorgonem z rękami położonymi na biodrach. Jones gapił się na nią z zaskoczeniem. Gorgon odwrócił się i tym razem uśmiechnął się krzywo do niej.
– A co ty tam wiesz? Przecież czytałaś te artykuły. Skąd wiesz, że nie będziemy jego następnymi...
– Ponieważ on to robi tylko wtedy, kiedy jest zły – powiedziała Cho. – Naprawdę zły. – Spojrzała na Harry'ego. – Prawda, Harry?
Harry skinął powoli głową, zastanawiając się, czemu mu w tej chwili pomaga.
– Widzisz? – powiedziała Cho do Gorgona. – Ufam Harry'emu. Nie mam żadnych powodów, żeby mu nie ufać. Uratował mi życie. – Poruszyła głową, zarzucając swoje długie, ciemne włosy ponad ramieniem. – I póki nie zobaczę, jak osusza z magii kogoś, na kogo nie jest zły, to nie mam zamiaru go uważać za potencjalne zagrożenie. – Uśmiechnęła się do Harry'ego. – Czy prowadzone przez ciebie dodatkowe zajęcia odbędą się dzisiaj po obiedzie, zgodnie z planem, Harry?
– Ee, tak – powiedział Harry i usłyszał jak Draco wydaje z siebie ciche, zaborcze warknięcie, wywołane prawdopodobnie uśmiechem Cho.
– Świetnie – powiedziała Cho. – Pojawimy się na nich z Cedrikiem, mam też zamiar odciągnąć Mariettę od jej książek, siłą, jeśli będzie trzeba. Przecież nie nauczy się w ten sposób zaklęć. Teoria i tak już jej praktycznie wypływa uszami. – Uśmiechnęła się znowu do Harry'ego, po czym odwróciła się i ruszyła w dół korytarza. Gorgon i Jones stali jak kołki i po jej wybuchu wyglądali jak para idiotów.
Harry pociągnął Dracona za ramię, skłaniając go do ruszenia dalej. Wciąż wyglądał, jakby chciał kogoś zamordować.
– Ona ma chłopaka – szepnął Harry. – Jest z Cedrikiem Diggorym, z Hufflepuffu, poszli razem na bal bożonarodzeniowy i od tego czasu są razem. Wyluzuj.
– Po prostu patrzy się na ciebie zbyt intensywnie – odszepnął Draco. – Oni wszyscy zawsze się patrzą na ciebie zbyt intensywnie, Harry.
Harry nie był w stanie powstrzymać chichotu, choć ten, który mu się wyrwał, był ostry i gorzki.
– Witam cię w tym momencie w całym moim życiu, Draco.
Draco pociągnął go za ramię, zatrzymując go w miejscu. Harry obrócił się i czekał cierpliwie, kiedy Draco mu się przyglądał. Harry czuł się, jakby mu coś pełzało pod skóra, kiedy to robił, ale przecież uczył się powoli jak sobie z tym radzić. Draco widział już rzeczy, których nie widział nikt inny, rzeczy, które Harry pozwolił mu zobaczyć, więc to naprawdę byłoby głupie, nie pozwolić mu się teraz badawczo sobie przyjrzeć.
– To naprawdę ci przeszkadza, co? – powiedział wreszcie Draco. – Nie tylko wtedy, kiedy ktoś rzuca w ciebie bezpodstawnymi oskarżeniami, jak Gorgon i Jones, ale kiedy ktoś w ogóle ściąga w jakiś sposób na ciebie uwagę.
– Tak – powiedział Harry. – A teraz chodź. Jak się nie pośpieszymy, to przegapimy obiad.
Pociągnął Dracona za dłoń, ale ten nawet nie drgnął.
– W takim razie spróbuję tego więcej nie robić – szepnął. – Zwłaszcza, kiedy już naprawdę wiem. – Przytulił szybko Harry'ego i odsunął się od niego. – Przepraszam za rano.
Harry'emu chwilę zajęło zorientowanie się, że Draco nawiązywał do faktu, że zwrócił uwagę innych Ślizgonów na to, że jego magia jest teraz mniej potężna.
– Nie musisz przepraszać – powiedział. – Bez przesady, Draco.
– Cicho, chcę – odpowiedział Draco i ruszył, ciągnąc go za sobą. Harry zerknął na niego z ukosa, po czym pokręcił głową.
Czasami, Draconie Malfoyu, jesteś po prostu przedziwny.
Obiady już od jakiegoś czasu nie mijały Harry'emu w spokoju, a to przez wzgląd na sowy pocztowe.
Po artykule Skeeter pojawił się ciąg rozwrzeszczanych wyjców i innych listów, w których ludzie wyrażali swoje niezadowolenie względem Turnieju Trójmagicznego: niektórzy oskarżali go o zbieranie wszystkich pochwał dla siebie, podczas gdy cała chwała przecież powinna w tym czasie należeć do reprezentantów, wierząc, że naprawdę jest przepełnionym zazdrością, młodszym bratem Connora, ale większość z nich była wściekła przede wszystkim o to, że Harry ośmielił się zaatakować dyrektora. Harry słuchał ich wszystkich i nawet się nie wzdrygnął. Dokładnie tego się spodziewał. Reputacja Dumbledore'a wciąż pozostawała bez skazy i jaśniała nad większością czarodziejskiego świata, więc Harry nie byłby w stanie go ruszyć bez oczerniania się.
Chyba, że oskarżysz go o maltretowanie dzieci...
Harry przełknął ślinę i odsunął od siebie tę myśl. Jeśli tylko zdoła wszystko załatwić po swojemu, to o tym wszystkim nie dowie się nikt poza ludźmi, którzy już wiedzieli. Nigdy.
Pojawiły się również listy, w których mu gratulowano pokonania śmierciożerców i uratowania Moody'ego, albo tego, że postawił się za to, w co wierzył, chwalono go pod niebiosa, używając słodkich snów, które Harry odsuwał od siebie i chował twarz w dłoniach ilekroć Milicenta albo Pansy zdecydowały się odczytać któryś z nich na głos, wysokimi, dziewczęcymi głosikami. Harry nie był w stanie pojąć, czemu ludzie w ogóle pisali takie rzeczy. Wyjce przynajmniej potrafił zrozumieć, nawet jeśli zawstydzały go niepomiernie. Ale to... ci ludzie przecież nawet go nie znali, a mimo to czasem prosili go o niezrozumiałe dla niego rzeczy, jak o odpisanie im, czy wyjaśnienie w jaki sposób stał się tak mądry w tak młodym wieku. Harry póki co nie odpisał na żaden z tych listów. Sama myśl o zrobieniu czegoś takiego przyprawiała go o rumieńce wstydu, ponieważ przecież nie byłby w stanie dać tym ludziom tego, czego od niego chcieli. To, czego chcieli, było niemożliwe. Stworzyli jakąś iluzję kogoś, kto nie istniał.
Draco ostrożnie zbierał te wszystkie listy i odkładał je na bok. Harry z premedytacją nigdy nie zapytał, co z nimi potem robił.
Tym razem jednak było inaczej, bo zdarzyło się coś użytecznego – Harry otrzymał trzy listy, których oczekiwał. Pierwszy przybył na nodze puszczyka mszarnego, którego Harry nauczył się już rozpoznawać jako jednego z preferowanych przez szpital świętego Mungo gatunków. Podsunął miskę po budyniu sowie w podziękowaniu, po czym otworzył list.
1 marca 1995
Drogi panie Potter,
Zgodnie z pańską prośbą rozpoczęliśmy testy na pacjentach, których uznaliśmy za doprowadzonych do szaleństwa przez klątwę Cruciatusa czy innych, podobnych do tej klątw, tak często używanych w czasie pierwszej wojny z Sam Wiesz, Kim. W umysłach kilku z nich dostrzegliśmy anomalie. Mulciber był specjalistą klątwy Imperiusa, więc wierzymy, że prawdopodobnie zaadoptował i zmodyfikował klątwę tak, żeby ta przetrwała nie tylko jego śmierć, ale i upływ czasu i większość wysiłków, włożonych w zdjęcie zaklęcia za pomocą Finite Incantatem.
Zdołaliśmy jednakże wyleczyć dwie czarownice, które były ofiarami ostatniego zarejestrowanego ataku Mulcibera, zanim nie został złapany przez aurorów pod koniec 1981 roku. Wierzymy, że do naszego sukcesu przyczynił się fakt, że spędziły one mniej czasu pod wpływem klątwy, ale mamy nadzieję, że uda nam się zaaplikować tę technikę do umysłów pozostałych pacjentów. Finite Incantatem, rzucone wspólnie dzięki świetlistemu rytuałowi, przyniosło efekty, których od tak dawna szukaliśmy.
Jestem bezgranicznie wdzięczna za pańską sugestię, żebyśmy zajrzeli do umysłów ofiar Mulcibera. O ile niektórzy z nich faktycznie byli szaleni, fakt, że możemy przywrócić do zmysłów przynajmniej kilku z nich, jest bezcennym darem.
Z uszanowaniem,
Miriam Strout
Główny medyk
Oddział Janusza Thickeya
Harry nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, kiedy po raz kolejny pogłaskał sowę i pożyczył od Pansy kawałek pergaminu, żeby odpisać z entuzjazmem do medyczki Strout. Sowa wzbiła się w powietrze jak tylko skończył przywiązywać list do jej nogi, zupełnie jakby już nie mogła się doczekać opuszczenia tego miejsca. Oczywiście, Harry miał wrażenie, że to mogło mieć coś wspólnego z krążącym nad ich głowami potężnym, czarnym ptakiem.
Ta sowa wylądowała i nie chciała przyjąć żadnego jedzenia, patrząc na Harry'ego z wyższością, kiedy wyciągnęła nogę w jego kierunku. Harry wiedział, że nie powinien nawet próbować jej głaskać. To była nowa sowa Narcyzy, Regina, która tolerowała wyłącznie przynoszenie przesyłek do Hogwartu. Nie lubiła jedzenia, towarzystwa innych sów, ludzi, którzy próbowali ją dotykać, ludzi, którzy robili o niej głośne uwagi, ani ludzi, którzy pytali ją, czy oczekiwana jest odpowiedź. Zaczeka na odpowiedź, jeśli ma taką dostarczyć z powrotem i spędzi większość czasu, obracając głowę dokoła i łypiąc groźnie na innych Ślizgonów swoimi wielkimi, pomarańczowymi oczyma. Nie spojrzała na samego Harry'ego, zupełnie jakby to było poniżej jej godności.
Harry z zaciekawieniem otworzył list; miał pewne podejrzenia względem tego, czemu Narcyza miałaby do niego napisać, ale naprawdę nie spodziewał się usłyszeć w tej sprawie żadnych nowin.
Drogi Harry,
Chciałabym się dowiedzieć, czy będziesz miał wolną chwilę w ten weekend. Mam w tej chwili wolny dostęp do większości z posiadłości Blacków, a osłony wpuszczają mnie bez problemu do wszystkich. Wierzę, że Regulus może być gdzieś w pobliżu, na tyle świadomy otaczającego go świata, że rozpoznał mnie i z własnej woli pozwolił osłonom na zaakceptowanie mnie. Wierzę, że największą szansę na znalezienie jego ciała będziemy mieli w Dracznym Dworze, niewielkiej posiadłości, wykorzystywanej przez mojego kuzyna, Arcturusa Blacka na początku tego wieku jako domek letniskowy. Znalazłam tam ślady obecności Regulusa, choć nie byłam w stanie znaleźć śladu ludzkiego ciała albo krwi.
Odpisz, proszę. Arras w Grimmauld Place zapewnia mnie, że Regulus wciąż żyje, ale może potrzebować naszej pomocy.
Twoja w chwale,
Narcyza Malfoy
Harry nie musiał długo myśleć i nad tą odpowiedzią, po prostu ujął w oficjalne słowa swoją zgodę i już po chwili Regina podskoczyła i zaczęła wznosić się w powietrze. Urażone machnięcie jej ogona pokazało, że czytanie listu i pisanie odpowiedzi zajęło mu zdecydowanie zbyt długo jak na jej delikatne gusta.
Trzeci list został przyniesiony nie przez sowę, a białozora. Wylądowała tuż przy talerzu Harry'ego i pożarła połowę jego budyniu, zanim Harry w ogóle zdołał odwiązać list od jej nogi. Zawahał się przez chwilę, kiedy rozpoznał herb na kopercie: wznoszące się słońce otoczone gwiazdami.
Wyrazy uszanowania, panie Potter,
Podejrzewam, że uważa pan, iż strasznie długo zajęło nawiązanie z panem kontaktu, zwłaszcza, że jeszcze przed Bożym Narodzeniem wspominałem o moich planach napisania do pańskich mrocznych sojuszników. Nie chciałem jednak się odzywać, póki nie będę miał jakiegoś zwycięstwa do zaraportowania, więc oto i ono: Dolores Umbridge jest na skraju utracenia swojej pozycji jako dyrektorki departamentu do spraw regulacji i kontroli magicznych stworzeń.
Nie użyłem do tego żadnych mrocznych zaklęć. Nie były potrzebne. Zwyczajnie wyciągnąłem na światło dzienne niedociągnięcia Madam Umbridge, podsunąłem je pod właściwe oczy we właściwym czasie i obecnie nawet jej sojusznicy zaczęli się od niej odwracać z odrazą. Podejrzewam, że pozbędziemy się jej z ministerstwa nie dalej jak za dwa miesiące. Mogą początkowo przerzucić ją na inną pozycję, ale nie będzie miała więcej nad kimkolwiek władzy.
A teraz pozwoli pan, że przejdę do meritum tego listu, zgodnie z moją obietnicą, którą złożyłem panu w trakcie naszego pierwszego spotkania w Zakazanym Lesie. Ja, Tybalt Starrise, starszy syn Alby Starrise i Tyberiusza Griffinsnesta, wiązany partner Johna Smythe–Blytona, składam panu przysięgę lojalności i wiary, w imię Merlina, pod Światłem i poprzez niekończące się Światło.
Muszę jednak ostrzec pana, że nie powinien pan oczekiwać, że cała reszta mojej rodziny przyłączy się wraz ze mną do tego sojuszu. Mój brat, Pharos, jest dziedzicem naszego wuja i wzdraga się przed robieniem czegokolwiek, czego ten sobie nie życzy. W tej chwili zawiązanie sojuszu z kimś, kto może potencjalnie zostać mrocznym czarodziejem, z pewnością by go rozsierdziło.
Mój wuj... Augustus Starrise nienawidzi wszystkiego, czego nie może kontrolować. Podpadam pod tę kategorię, właśnie dlatego przyjął Pharosa jako swojego dziedzica. Aż do października nie może brać udziału w polityce. Obawiam się, że jak tylko wróci na tę arenę, od razu spróbuje narobić panu kłopotów, jeśli nie zdołam go do tego czasu nakłonić do zmiany zdania. Postaram się, ale nie jestem pewien, czy mi się to powiedzie. Większość naszych tak zwanych dyskusji kończy się wydzieraniem na siebie nawzajem.
Chcę od pana, Lordzie, Który Nie Życzy Sobie Być Tak Tytułowanym, zapewnienia, że asysta świetlistych czarodziejów pana nie odraża i że nie będzie pan od nas oczekiwał poddania swoich priorytetów, abyśmy mogli walczyć u pańskiego boku. Nie jestem i nigdy nie będę mroczny.
Może się panu wydawać, że tamtego dnia w lesie zdołał mnie pan kompletnie zbałamucić, ale tak nie było. To głównie moja własna ciekawość skłoniła mnie do wysłuchania pana, panie Potter, a potem moja moralność weszła w akord z pańską odrazą wobec ludzi takich jak Dolores Umbridge. Teraz z przyjemnością śledzę pańskie dalsze losy. Moje i mojego Johna spojrzenie na świat jest klarowne i nie możemy się już doczekać tego, czego dokona pan w następnej kolejności.
Pański pod Światłem,
Tybalt Starrise
Harry podniósł brwi, kiedy skończył, i tym razem napisał nieco dłuższą odpowiedź, choć musiał odsunąć na bok łeb chciwego białozora, żeby móc to zrobić.
Drogi panie Starrise,
Nie będę oczekiwał od pana rezygnacji z pańskich priorytetów tylko po to, by pan mógł walczyć u mojego boku. Świetliści czarodzieje mnie nie odrażają, choć pomiędzy dyrektorem Dumbledore'em a czarodziejem takim jak były minister, niewiele zaznałem od nich dobrego. Jeśli przysięga mi pan swoją lojalność i chce pan wejść ze mną w sojusz, to ja z przyjemnością zrobię to samo.
Przykro mi z powodu pańskiego wuja. Nie chcę być powodem rodzinnych kłótni. Czy kompletnie zniszczy to pana wizerunek w jego oczach, gdyby dowiedział się on o tym, że pan do mnie pisał, walczył u mojego boku, obiecał mi swoją pomoc? Jeśli odpowiedź na którekolwiek z tych brzmi tak, to zrozumiem, jeśli zechce pan teraz zerwać ten sojusz.
Cieszę się, że nie dał się pan podejść mojej manipulacji. Zawsze dobrze wiedzieć, którzy z moich sojuszników są inteligentni.
Pozostaję do pańskiej dyspozycji, gdyby miał pan jeszcze jakieś pytania.
Z uszanowaniem,
Harry Potter
Harry podpisał się zamaszyście, przywiązał list do nogi białozora, po czym siłą odepchnął ją od swojego talerza. Posłała mu pokrzywdzone spojrzenie, po czym wzbiła się w powietrze. Kilka osób odprowadziło ją wzrokiem, po czym odwróciło się, żeby spojrzeć na Harry'ego.
Harry był rad, że może już wstać, odchrząknąć i ruszyć na lekcję, którą obiecał dać uczniom wszystkich domów po obiedzie.
– Harry!
Harry skupiał się na ignorowaniu spojrzeń, kiedy szedł razem z Draconem do opuszczonej klasy, którą przeznaczył na lekcję tego wieczoru, ale odwrócił się na dźwięk tego głosu.
– Connor! – powiedział i poczuł, że na jego twarzy pojawia się uśmiech tego rodzaju, którego nie było tam od chwili, w której jego brat oberwał klątwą tnącą. – Wreszcie cię wypuścili ze skrzydła szpitalnego?
– Tak. – Connor krzywił się lekko, kiedy szedł w kierunku Harry'ego, ale znowu chodził, a jego spojrzenie nie było już zamglone od delirium, w którym przebywał przez niemal tydzień po tym, jak klątwa tnąca, klątwa Imperiusa i zaklęcia medyczne, które rzuciła na niego Madam Pomfrey, się wymieszały i weszły ze sobą w reakcję. – I gotów na dzisiejszą lekcję. – Przechylił głowę na bok, patrząc na Harry'ego wyzywająco.
– Nie będziemy dzisiaj ćwiczyć żadnych zaklęć – powiedział Harry. Nie chciał robić czegoś aktywnego, w czym Connor nie byłby w stanie brać udziału przez wzgląd na swoją ranę. – Tylko historia czystokrwistych.
Connor westchnął z dobrze udawaną udręka.
– No skoro już musimy.
– Masz cholerne szczęście, że w ogóle będziesz miał okazję tego posłuchać, Potter – powiedział Draco, głosem niskim i zawistnym. – Większość ludzi, będących w posiadaniu takich ilości wiedzy co Harry, nie rzuca nią na prawo i lewo.
Harry wywrócił oczami na Dracona, zwłaszcza, kiedy zauważył, że Connor z trudem zachowuje, a potem utrzymuje, spokój.
– Nie przejmuj się nim, proszę – powiedział Connorowi. – Ciska się po prostu o to, że poświęcam choć odrobinę uwagi komuś, kto nie jest nim.
– Właśnie że nie – zaczął Draco.
– A tak – powiedział Connor, odprężając się znowu i uśmiechając się w sposób, który niebezpiecznie przypominał kpinę. – Harry powiedział mi, że wyznałeś mu swoją miłość. Gratulacje. Powiedziałem mu, że musiałoby cię nieźle pojebać, żebyś się w nim jeszcze nie zakochał. – Przerwał na moment. – Oczywiście, tak czy inaczej powinieneś zacząć na siebie uważać, Malfoy. Przez to całe tupanie nogami i ciągłe wypieki na twarzy ktoś może uznać, że jesteś dziewczyną.
Draco wyciągnął różdżkę. Connor wyszczerzył się i sięgnął po swoją.
– Przestańcie, proszę was – powiedział Harry, któremu nie uśmiechało się przebywanie z tą dwójką w zamkniętym pomieszczeniu przez następnych kilka godzin. – Connor, przestań się droczyć z Draco. Draco, przestań się zachowywać, jakby Connor miał lada moment mnie jakoś skrzywdzić. To mój brat, oczywiście, że będzie sobie robił jaja z tej całej sytuacji. – Wywrócił oczami i ruszył w dół korytarza, czując się jak rodzic, który właśnie oburzył się na dwójkę swoich niegrzecznych dzieci.
– Harry – powiedział cicho Draco, doganiając go – w zeszłym roku naprawdę bardzo cię skrzywdził.
– A ja już mu za to wybaczyłem – powiedział Harry. – Tak jak innym ludziom wybaczyłem gorsze przewinienia. – Nie wymówił imienia Lucjusza, ale wiedział, że Draco zdaje sobie sprawę z tego, że zawisło ono w powietrzu między nimi. – Więc odpuść już sobie, dobra?
Draco kiwnął głową, przygaszony, po czym wszedł razem z nim do sali. Harry zauważył, że zebrała się już w niej spora liczba uczniów, łącznie z tymi, którzy nie pojawiali się wcześniej. Milicenta siedziała w jednej z ławek z samego przodu, machając nogami, patrząc na niego spokojnie i badawczo. Blaise odchylał się na krześle w drugim rzędzie, obejmując ramieniem Ginny Weasley, która zdawała się złapana między przyjemnością z tego, co robi, a irytacją na to, jak Blaise patrzył na Rona – a może o to, w jaki sposób Ron ich obserwował, Harry nie miał pewności. Obok Blaise'a siedziało kilkoro uczniów z Durmstrangu, rozglądając się ostrożnie. Hermiona i Zachariasz siedzieli w trzecim rzędzie, tak jak zwykle, ale teraz kłócili się cicho, ale zawzięcie. Cho wyszczerzyła się i pomachała mu z tyłu pokoju, gdzie Cedrik masował jej ramiona.
– Dzisiaj będziemy mieli lekcję historii – ogłosił Harry i zignorował chór jęków, jaki rozległ się w rezultacie. – Jeśli się to komuś nie podoba, to może po prostu wyjść.
Nikt się nie ruszył z miejsca. Luna odezwała się z tyłu sali, głosem słodkim i miękkim.
– Czy opowiesz nam historię Roweny i Salazara?
Harry uśmiechnął się do niej i zignorował zirytowany dźwięk, który wydał z siebie Draco. Do niektórych spraw Draco po prostu będzie musiał się przyzwyczaić. Harry nie znał innego sposobu na ukojenie jego zazdrości jak pozwolenie mu się dotykać tam, gdzie nikomu innemu nie wolno było. Słowa z pewnością do niego nie trafiały.
– Obawiam się, że nie znam tej historii na tyle, żeby móc ją opowiadać, Luno.
– Szkoda – powiedziała Luna z rozmarzeniem. – To naprawdę śliczna historia. Pokłócili się o mugolaków, ale Rowena otuliła Salazara kocem pewnej nocy, kiedy zasnął nad książkami po zbyt długiej sesji badań, a on potem zrobił to samo dla niej. Fotele pamiętają.
Po tych słowach w sali zapadła cokolwiek niezręczna cisza, więc Harry postanowił wypełnić ją słowami.
– Opowiem wam za to historię, którą znam, choć prawdopodobnie można ją nazwać legendą, a nie historią jako taką. Jak wielu z was wie o wydarzeniach, które w czasach Merlina podzieliły magię Światła i Mroku?
Kilka czół się zmarszczyło, jedna czy dwie ręce się podniosły niepewnie, po czym opadły. Harry kiwnął głową. Podejrzewał, że większość ludzi zna historię znacznie bliższą ich czasów – skąd się wzięło nieporozumienie między Gryffindorem a Slytherinem, na przykład, albo kto był pierwszym, historycznie odnotowanym Mrocznym Panem, który się zadeklarował niedługo przed założeniem Hogwartu.
– Przeczytałem o tym w książce, którą mój ojciec chrzestny znalazł dla mnie w swojej prywatnej kolekcji. – Nie wymówił imienia Syriusza. Wciąż mu to ciężko przychodziło, a chciał zachować swój ton opowieści, nie łamiąc nadmiarem emocji. – Merlin był potęgą, która zjednoczyła wszystkie magiczne istoty, najpotężniejszym Lordem, którego świat kiedykolwiek widział – i którego kiedykolwiek zobaczy, tak naprawdę. Znał i używał zarówno magii Światła jak i Mroku i to prawdopodobnie on ustalił jedne z pierwszych dotyczących ich definicji, których używamy po dziś dzień. Był za to niezmiernie szanowany pośród czarodziejów i czarownic. Miał on dwójkę dzieci – choć legenda nie mówi, czy to były jego krewne, przygarnięte dziewczynki z ulicy, faktycznie jego córki, czy też może po prostu dwie czarownice, które kochał niczym swoje dzieci. Chciał przekazać im całą swoją wiedzę, tak żeby mogły przewodzić magicznym światem po jego śmierci. Jednak mimo, że robił to całym sercem, dwie siostry były przekonane, że wcale się do tego nie przykładał. Była to po części wina Merlina, który był wieszczem przyszłości i nie mógł się z nimi dzielić swoimi wizjami, przez co zawsze wydawało im się, że się z czymś przed nimi kryje. Po części jednak to była też wina sióstr, które pozwoliły, żeby obiecane pozycje przywódców czarodziejów uderzyły im do głów i stale chciały więcej i więcej, pożądały wiedzy o zaklęciach, które nie istniały, darów, których Merlin nie posiadał i kontroli nad magicznymi stworzeniami, których pętanie nie leżało w niczyim interesie. – Harry poczuł, że mimo jego największych starań, głos i tak mu lekko zadrżał pod koniec. Był wściekły, kiedy przeczytał o tym po raz pierwszy.
Przerwał na moment, żeby przyjrzeć się twarzom swojej widowni. Głos Hermiony nabierał stopniowo na sile, ale poza tą dwójką wszyscy zdawali się być zaabsorbowani opowieścią. Ktoś mruknął, że to jest znacznie lepsze od lekcji profesora Binnsa i wokół niego rozniósł się pomruk tłumionego śmiechu.
Harry uśmiechnął się i ciągnął dalej.
– Kiedy Merlin umarł, siostry były u jego boku, a jemu samemu wydawało się, że zaraz po jego śmierci wstaną od jego łoża śmierci i ruszą w świat, żeby przewodzić ludziom. Niestety, zamiast tego te wstały i na oczach wszystkich zebranych, którzy pragnęli dotrzymać Merlinowi towarzystwa w jego ostatnich chwilach, ogłosiły między sobą wojnę. Wykorzystały w niej całą znaną im magię. Obie były tak potężnymi Lady, że niemal od razu zniszczyły się nawzajem. Każda z nich jednak, w chwili, w której zorientowała się, że umiera, splotły potężne uroki, zaklęcia, o których pamięć już zanikła dawno temu, ponieważ były zbyt niebezpieczne, by kiedykolwiek znowu z nich skorzystać. To zaklęcie związało ich nienawiść, przekonania i magię z obserwującymi wszystko czarodziejami, czyniąc ich wszystkich poniekąd ich magicznymi dziedzicami. Jednakże, ponieważ obie siostry były sobie równe w sile, a w zaklęcie złożyła się suma mocy ich obu, to zaklęcie pękło i rozerwało się na dwie równe części, przez co połowa obecnych wtedy czarodziejów została obmyta magią i prawidłami Światła, a reszta magią i prawidłami Mroku.
– Pierwszy raz słyszę o czymś takim – powiedziała Padma Patil, pochylając się do przodu z lekko zmarszczonymi brwiami. – To by znaczyło, że... to by znaczyło, że większość tego, co nas dzieli, to po prostu rezultat zazdrości i nienawiści, że po prostu ciągniemy dalej kłótnię, która wydarzyła się wiele stuleci temu. – Brzmiała niepewnie, jej głos był lekko zniesmaczony, ale powoli nabierał na sile. – Różnice między mrocznymi a świetlistymi czarodziejami muszą mieć jakieś większe znaczenie, niż tylko to.
– Och, tak, teraz – zgodził się Harry, podnosząc lekko głos, żeby można go było usłyszeć ponad syknięciami, które Hermiona kierowała w stronę Zachariasza. – Ta historia po prostu opisuje od czego to wszystko się zaczęło. Nie udaje też, że jest w stanie wyjaśnić wszystko, w sposób, w jaki tłumaczą się po każdej większej wojnie świetliste i mroczne rodziny. Tłumaczy jednak, czemu nie powiodło się już tak wiele prób pogodzenia obu stron. Siostry nie były w stanie sobie wybaczyć i przelały swoją nienawiść w zaklęcia. Nawet, kiedy ktoś czegoś próbuje, z jednej czy drugiej strony, żeby wybaczyć stare przewinienia, albo wyjść za kogoś z przeciwnej, magicznej linii, to nie ma większego znaczenia. Nienawiść tylko zostaje zachwiana zaledwie na moment, po czym dalej wpływa na ludzi w znacznie subtelniejsze sposoby, na przykład sprawiając, że zaczynają uważać, że wybaczenie komuś oznacza słabość charakteru, albo odwracają się plecami od nowożeńców.
Widział po twarzach ludzi, że strasznie nie zadowoliła ich ta opowieść. Harry wzruszył ramionami.
– Nie wiem, czy sam do końca wierzę w tę historię – zaoferował. – Podoba mi się ona, ponieważ sugeruje, że wszyscy czarodzieje są, tak naprawdę, u swoich podstaw tacy sami, a dzielące nas różnice nie są tak strasznie nie do przekroczenia jak się wielu z nas wydaje. Gdyby wszyscy jednocześnie porzucili swoje uprzedzenia, to być może udałoby nam się przełamać to zaklęcie.
Osobiście, Harry uważał, że ta historia prawdopodobnie nie jest prawdziwa. Z pewnością nie mógł sobie za bardzo pozwolić na wiarę w nią. Mogłaby mu dać zbyt wiele nadziei.
– A co z tobą? – To był Neville, który zalał się rumieńcem, kiedy ludzie się na niego obejrzeli, ale odważnie ciągnął dalej, patrząc Harry'emu w oczy. – Może ty byłbyś w stanie przełamać to zaklęcie? Chyba jesteś na to wystarczająco silny?
Harry zamrugał i przestąpił lekko z nogi na nogę, kiedy ludzie znowu wbili w niego spojrzenia.
– Nie wiem – powiedział. – Nie sądzę. Jeśli ta historia jest prawdziwa, to te siostry były najpotężniejszymi Lady w historii, dziedziczkami Merlina. Znam swoje miejsce. Daleko mi do nich.
– Nie wiem, czy moc ma tak wielkie znaczenie jak determinacja – powiedziała Milicenta. – A ty, jak jesteś zdeterminowany, Harry, jesteś w stanie zrobić niemal wszystko. – Odwróciła się w kierunku reszty klasy. – Harry zeszłej nocy uratował mojej matce życie. Kiedy przekazała swoją magię mojej nowo narodzonej siostrze, Harry oddał jej część swojej magii.
Głowa Hermiony obróciła się gwałtownie i to ona jako pierwsza zadała pytanie.
– Co to oznacza, Harry? Czy to znaczy, że ona już nie jest czarownicą? A może jest tak potężna jak ty?
Harry miał wrażenie, że widzi, jak nowy płomień pojawia się w oczach otaczających go ludzi. Większość z nich przerażała myśl, że jest w stanie absorbować magię. Nie przyszło im nawet do głów, że jest w stanie też ją przekazać komuś innemu.
– Dałem jej dość, żeby mogła wrócić na swój przeciętny poziom – powiedział stanowczo Harry. – Wykorzystałem trochę... trochę magii, którą wcześniej wziąłem od dyrektora. – Przełknął ślinę, kiedy wbite w niego spojrzenia nabrały ostrości. – Wciąż jest czarownicą, ale nie jest ze mną w żaden sposób powiązana. Oddałem jej tę magię, nie pożyczyłem. Sprawiłem, że stała się częścią jej.
Milicenta wyszczerzyła się do niego. Harry zaś zorientował się, zdecydowanie za późno, kiedy pomruki poniosły się po sali, że pewnie zrobiła to celowo, żeby ludzie wiedzieli o tym i zorientowali się, co wtedy zrobił.
Zastanawiał się przez chwilę, czy jego pozycja między uczniami zmieni się nie do poznania i bez względu na to, czego by już z tym nie próbował zrobić, już nigdy nie zdoła się ukryć przed wszystkimi.
– Nie, Zachariaszu!
Harry drgnął i obrócił głową. Hermiona poderwała się na nogi i oparła ręce na biodrach, czerwona ze złości.
– Nie, nie umawiałam się z Krumem, nie, nie wiem, czemu wybrał akurat mnie na swoją zakładniczkę, i nie, nie chcę słuchać, jak po raz kolejny mi tłumaczysz, czemu to miałoby oznaczać, że przecież coś musi być między mną a Krumem! W ogóle nie podchodzisz do tego inteligentnie czy racjonalnie, ty durniu! – Jej dłoń plasnęła głośno, kiedy dźwięcznie zderzyła się z policzkiem Zachariasza, a ona sama wymaszerowała z sali, zatrzaskując za sobą drzwi.
Harry siedział w ciszy, kiedy wokół niego zaczęły rozlegać się chichoty. Współczuł Hermionie i Zachariaszowi, ale naprawdę mu ulżyło, że nikt się już na niego nie gapi. Może jednak nie zmieni się aż tak bardzo. Ludzie zawsze znajdą sobie coś ciekawszego, czemu mogą poświęcić uwagę.
– Jest mniejszy niż go sobie wyobrażałem – szepnął Harry, rozglądając się po Dracznym Dworze.
Był... zdecydowanie mniejszy od Grimmauld Place. Nadrabiał to za to znacznie większą ilością magii. Harry czuł, jak schody tętnią od wplecionych w nie zaklęć, zarówno mrocznych jak i świetlistych. Ściany, zrobione z gładkiego, wypolerowanego, srebrzystego drewna, którego nie rozpoznawał i które nie miało w sobie najmniejszego rozdarcia czy sęku, co zauważył dopiero, kiedy przejechał po niej dłonią, śpiewały basem, co było spokojniejsze od większości dzikiego śpiewu, który coraz częściej słyszał ostatnimi czasy. Sufit wisiał tak nisko, że wyprostowana Narcyza niemal muskała go swoimi włosami. Kąty w pokojach były zaokrąglone, co dawało wrażenie, że wszystkie były wydrążone w pniu wielkich drzew. Wszędzie się coś walało, od zwyczajnych przedmiotów, po niedbale rzucone magiczne artefakty.
– Jak tu pięknie – powiedział Harry Narcyzie, kiedy weszli do pokoju, na środku którego stał wielki, zasypany książkami stół. Nie było w nim żadnych innych mebli, więc Harry nie wiedział, czy to miała być czytelnia, czy też może ktoś przyniósł tu stosy książek i tak je już zostawił. – Odwiedzała pani to miejsce kiedyś, jako dziecko?
Narcyza uśmiechnęła się lekko i przyłożyła dłoń do ściany. Harry zamrugał, kiedy koniuszek jej palca, cały pierwszy paliczek, zniknął. Chwilę później ściana wypluła go z powrotem.
– Spędziliśmy tu kilka wakacji, czasem tylko części tych wakacji. Zwykle musieliśmy wcześniej wyjeżdżać, niż planowaliśmy. Draczny Dwór ma... unikalne poczucie humoru. Zupełnie jak kuzyn Arcturus – dodała sucho, jakby przypomniała sobie o czymś. – Gdyby naprawdę nas tu nie chciał, to wola Regulusa nie miałaby większego znaczenia. Mógłby opuścić wszystkie osłony, a i tak nie bylibyśmy w stanie wejść do środka.
Harry kiwnął głową i poświęcił swoją uwagę książkom, podczas gdy Narcyza rzucała kolejne zaklęcia wykrywające, starając się znaleźć jakąś podpowiedź względem tego, gdzie może się znajdować ciało Regulusa. Dech mu zaparło, kiedy zobaczył jedną z leżących na wierzchu książek. Sięgnął po nią, drżącą ręką i delikatnie pogładził jej okładkę. Już rozumiał, czemu Narcyza chciała, żeby sam to zobaczył.
Książka wyglądała jak dziennik, a na okładce znajdował się srebrny szkic lwa, podświetlony gdzieniegdzie skrzącymi się punktami. Harry miał wrażenie, że miały one reprezentować gwiazdy. Samo w sobie nie miałoby to większego znaczenia, ale Harry wiedział, skąd się wzięło imię Regulusa – lwie serce, gwiazda lśniąca w konstelacji Lwa.
– Jak pani się wydaje, czemu nikt tego przed nami nie znalazł? – szepnął do Narcyzy.
– Nie wiem – przyznała Narcyza, zerkając na niego ponad kolejnym zaklęciem, które, jeśli sądzić z wyrazu jej twarzy, również nie wyszło. – Był ukryty w niewielkim schowku z dołu schodów, ale Bella... Bellatrix wie o jego istnieniu. Znalazłam ślady jej pobytu tutaj, kilka lat temu, ale wyraźnie musiała stąd uciekać w pośpiechu. Być może nie miała czasu na poszukiwania.
Harry kiwnął głową i otworzył książkę.
Zobaczył mnóstwo poszarpanych kawałków papieru, jakby Regulus, albo ktoś inny, wyrwał niedbale wiele stron. Pozostało jednak kilka stron, zapisanych gęsto roztrzęsionym pismem. Harry pochylił się i przymrużył oczy, starając się rozczytać.
1 maja 1981
Och Merlinie, czy ja naprawdę mam zamiar to zrobić? Mam wrażenie, że mam, inaczej po co byłyby te wszystkie przygotowania? Ale V. wciąż nie wie, że wiem o m. To się nie utrzyma długo.
M. Czemu wybrałem akurat to? Ponieważ nie wiem, gdzie znajdują się pozostałe, oczywiście. Głupie pytanie.
Podróż do j. nie powinna zająć więcej jak trzy dni. Muszę zabrać ze sobą kogoś. Nikomu nie mogę ufać. Chyba wezmę ze sobą R. Przecież nikt nie będzie za nim tęsknił.
S. znowu wpakował się wczoraj w kłopoty. P. mu pomógł – nie wiem jednak, czy pomógł mu się w nie wpakować, czy może z nich wykaraskać. Szkoda że nie mam odwagi im zaufać. Pośród nas są najbardziej kompetentni. Żałuję, że nie mogę im powiedzieć czegokolwiek, czego wysłuchanie nie będzie groziło im śmiercią.
5 maja 1981
Zeszłej nocy miałem się wybrać do j. Miałem ku temu idealną okazję. Upiłem R. i w ogóle.
Ale nie dałem rady. Spojrzałem na R., a potem S. wszedł i powiedział, że V. czegoś ode mnie chce i opuściły mnie resztki odwagi. To zawsze był mój problem, brak odwagi. Szkoda, że nie jestem bardziej podobny do Syr. On miał odwagę, żeby posłać naszych rodziców w diabły, łącznie ze wszystkim, co się wiązało z pierdolonym Najbardziej Antycznym I Najszlachetniejszym Ze Wszystkich Domów. Szkoda, że nie zrobiłem tego samego.
21 czerwca 1981
Wciąż nie wybrałem się do j. Muszę tam wreszcie pójść. V. wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego, że wiem o m., ale to przecież nie może trwać w nieskończoność. A teraz wszyscy mówią o jakiejś przepowiedni. P. podobno zasugerował, że Potterowie mają z nią coś wspólnego, albo Longbottomowie. Wiem, że powinienem nim gardzić, nienawidzić go. Zdradza Syr. i jego przyjaciół. Dlaczego więc nie mogę się pozbyć wrażenia, że jest pośród nas wszystkich najlepszy? Może poza S.
Z pewnością jest lepszy ode mnie.
17 lipca 1981
Zrobiłem to. Zrobiłem.
Ostatecznie nie zabrałem ze sobą R. Nie starczyło mi na to odwagi. Wziąłem jakiegoś m. i razem z nim wszedłem do j. Merlinie, jakie to było okropne. Gdybym wcześniej znał cenę, jaką przyjdzie za to zapłacić, to bym się tego nie podjął. Ale zrobiłem to i teraz mam m.
Nie zostało mi już wiele czasu. Pewnie pożyję tylko kilka dni. Muszę odkryć, jak zniszczyć m. zanim V. zorientuje się, że go nie ma.
Niech mi Merlin pomoże.
19 lipca 1981
Nie ma czasu. Nie ma czasu. V. się dowiedział. Idą po mnie. Muszę zabrać m. gdzieś, gdzie wiem, że będzie bezpieczny.
Idą po mnie.
Są już przy drzwiach. Mam tylko tyle czasu, żeby go ukryć.
Jeśli ktoś to znajdzie i będzie wiedział, o co mi w ogóle chodzi, to niech szuka pozostałych światłem, które pada z czwartego najjaśniejszego spośród nas.
Harry odetchnął nerwowo i odsunął się od dziennika. Narcyza spojrzała mu w oczy.
– Powinieneś zabrać ten dziennik ze sobą – powiedziała cicho. – Teraz, kiedy osłony zostały opuszczone, Bellatrix może tu wejść kiedy tylko będzie chciała, a zrobi to, jeśli tylko o nim sobie przypomni.
Harry kiwnął głową i schował dziennik do kieszeni.
– Czyli to tutaj dopadli go śmierciożercy.
Narcyza również kiwnęła głową.
– Tak mi się wydaje. Nie mam jednak pojęcia, o co mogło mu chodzić. A ty?
Harry zastanowił się nad tym, ale po chwili musiał pokręcić głową. Wydawało mu się, że wie, do kogo odnoszą się przynajmniej niektóre ze skrótów w pamiętniku – P. to musiał być Peter – ale R. mogło oznaczać kilka innych osób, a wyrwane strony zabrały ze sobą tajemnicę tego, czym były j. i m.
– Nie mogę znaleźć po nim tutaj nawet śladu – ciągnęła dalej Narcyza. Frustracja przebiła się przez jej głos niczym ostry kamień przecinający taflę strumienia. – Być może nie ukryli jego ciała w Dracznym Dworze. Na pewno znajdą się jeszcze miejsca w Grimmauld, których jeszcze nie sprawdziliśmy, a jak nie tam, to jeszcze pozostaje Srebrne Lustro i Nadmorski Basztaniec. – Zamknęła oczy na chwilę w zamyśleniu. – Ale skoro już tu jesteśmy, to równie dobrze możemy poszukać.
Zabrali się zatem do szukania, ale niczego nie znaleźli. Harry minął pokój wypełniony mapami i książkami, pokój z portretami, które puszczały mu oczko, albo przyglądały mu się groźnie, albo głośno żądały swojej herbaty, pokój poprzeplatany delikatnie zabarwionymi, pajęczymi sieciami, na których srebrne pająki biegały niczym strażnicy, pokój dla dzieci, pełen klocków, lalek, figurek z brązu i ręcznie rzeźbionego drewna, sypialnię przepełnioną maleńkimi żyjątkami, które wyskakiwały z zakamarków, żeby gryźć go po kostkach i natychmiast chowały się z powrotem, i niezliczoną ilość innych, ale w żadnym nie znalazł niczego, co mogłoby go nakierować w stronę obecnego pobytu ciała Regulusa. Narcyza przeszukała znane sobie skrytki i kryjówki, ale też niczego nie znalazła.
Narcyza ścisnęła mu dłoń tuż przez aportowaniem ich z powrotem do Hogwartu.
– Jeszcze go znajdziemy, Harry. Dzisiaj znaleźliśmy się bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Przynajmniej wiemy, że był w Dracznym Dworze w lipcu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego.
Harry kiwnął głową. Złapano go zaledwie kilka dni przed tym jak skończyliśmy z Connorem roczek. Dziwnie się o tym myśli.
– Dziękuję, pani Malfoy – powiedział i, kiedy aportowali się z powrotem, zebrał się w sobie, żeby się przygotować na ochrzan od Dracona za to, że go zostawił w szkole, mimo, że to była wina Dracona, bo ten nie obudził się mimo wielokrotnego trzęsienia nim i zaproszeń, żeby zabrał się z nimi.
Minerwa usiadła, powoli i z roztrzęsieniem, za swoim biurkiem, po czym potarła dłonią powieki. Dostosowywanie do niej osłon przy jednoczesnym pilnowaniu Albusa Dumbledore'a było wykańczające i sama nie była pewna, które z nich było gorsze.
Osłony były ciężkie do oswojenia i przekonania. Wiele z nich tak naprawdę wcale nie było samoświadomych, po prostu oddanych swoim zadaniu ochrony ścian, okien i terenów szkoły – warstwami ułożone jedno zaklęcie ochronne na drugim, póki nie stały się zbiorem ochron, a oddzielnym bytem. Założyciele stworzyli większość z nich, a potem dyrektorzy przez setki lat dodawali coś od siebie, a Dumbledore dodał kolejne. Te stworzone przez niego były wyjątkowo kapryśne i niechętne do zwrócenia na nią uwagi. Gdyby nie ta pierwsza osłona w Wielkiej Sali, która teraz chodziła wszędzie za Minerwą niczym pełzający wąż błękitnego światła, to prawdopodobnie byłaby już tak zniechęcona do tego wszystkiego, że by się poddała.
Z drugiej strony był jeszcze Albus, który nieustannie wspominał przy niej pierwszą wojnę, przypominając jej o tym, jak wiele dobrego zrobiło wtedy dla nich Światło i czy naprawdę miała zamiar się teraz od niego odwrócić, skoro Voldemort lada moment powróci? Wyciągnął na wierzch tak wiele wspomnień, że czasami Minewrze wydawało się, że spędza więcej czasu nad nimi, niż nad osłonami. A najgorsze było to, że miał po części rację. Światło odegrało wielką rolę w ostatniej wojnie i potrzebowało silnego przywódcy, takiego, którego reputacja, nawet jeśli nie krystalicznie czysta, wciąż pozostawała na tyle rozległa, że ludzie byli skłonni obdarzyć go zaufaniem i wypełniać jego rozkazy nie podnosząc wcześniej tuzina obiekcji.
Co zdaje się mu kompletnie umykać, pomyślała Minerwa, kiedy ogrzewała sobie filiżankę herbaty, przygotowując się do wystawienia ocen zaległym wypracowaniom, jest to, że on już nie może być tym przywódcą. Nie wiem, czy był w stanie nim być odkąd narzucił na Harry'ego sieć feniksa.
Pełna prawda tego, co wtedy zaszło, również wyszła na jaw w ostatnich dwóch tygodniach. Minerwa poczuła, że znowu robi jej się niedobrze na samą myśl, więc pochyliła głowę, myśląc o tym po raz kolejny.
Coś delikatnego i ciepłego musnęło jej dłoń. Minerwa zamrugała i spojrzała w dół, gdzie zobaczyła niebieską osłonę. Ta wpełzła jej na kolana, gdzie zwinęła się w kłębek niczym kociak, żądając głaskania kolejnym delikatnym szturchnięciem swojej "głowy" o jej dłoń. Zazwyczaj chroniła stół Gryffindoru, ale teraz zdawała się do niej przywiązać. Minerwa uśmiechnęła się lekko i pogłaskała osłonę. Delikatne iskierki pobiegły wzdłuż jej ręki, łaskocząc lekko jej skórę.
– Staniesz się przywódcą, którego potrzebujemy.
Minerwa poderwała głowę, wciągając powietrze z zaskoczeniem. Ktoś stał w kącie jej gabinetu, postać w płaszczu i kapturze. Minerwa zaczęła podnosić różdżkę ze swojego biurka, póki nie zorientowała się, że osłona wciąż leżała skulona na jej kolanach, mrucząc z zadowoleniem i nie zwracając jakiejkolwiek uwagi na postać.
– Kim jesteś? – syknęła Minerwa, czując w powietrzu zapach dymu i ognia.
– Nazywam się Acies – powiedziała postać głębokim, ochrypłym głosem, przez który Minerwa nie mogła mieć żadnej pewności czy jej rozmówca jest kobietą czy nie, nawet jeśli jej instynkty podpowiadały jej, że tak właśnie jest. – Póki co nie podam ci jeszcze mojego nazwiska. To tylko spowodowałoby problemy. Niech wystarczy ci, że jestem w stanie minąć osłony Hogwartu bez przeszkód i obserwowałam ciebie i Harry'ego i podoba mi się to, co w was zobaczyłam.
Minerwa poderwała swoją różdżkę do góry, niech szlag trafi wszelkie osłony.
– Jeśli tylko spróbujesz kogoś tutaj skrzywdzić... – zaczęła.
– Nie mam na to ochoty – powiedziała Acies. – Przyszłam tylko nawiązać początek więzi między nami, która musi nastać. Tyle jeszcze widzę.
– Czyli jesteś wieszczką? – zapytała Minerwa, czując jak jej irytacja rośnie. Merlin jeden wie, że nie potrzebujemy drugiej Trelawney biegającej nam po zamku. Minerwa gardziła wróżbiarstwem, głównie dlatego, że praktykujący ją ludzie twierdzili, że potrafią więcej niż to było możliwe dla tej sztuki.
– Potrafię wyglądać poza niektóre rogi, jeśli coś dotyczy mnie samej – powiedziała Acies. – Nie wszystkie. Tym razem chciałam cię zobaczyć. Zobaczyłam cię. Wyjdę teraz. – Odwróciła się i przeszła przez ścianę.
Minerwa zagapiła się, po czym potarła oczy, żeby upewnić się, że coś jej się nie przywidziało. Nie, postać naprawdę zniknęła, a osłony w kamieniach, jedne z pierwszych, które się do niej nastroiły, nuciły dalej radośnie. Minerwa podniosła swoją filiżankę herbaty i upiła z niej łyk bez odrywania wzroku od miejsca, w którym Acies zniknęła.
Początek więzi, która musi nastać.
Staniesz się przywódcą, którego potrzebujemy.
Minerwa niemal chciała uwierzyć w te słowa, ponieważ było w nich coś pełnego nadziei.
Każdy jednak, kto był w stanie wejść i wyjść ze szkoły niezauważony przez osłony, oznaczał kłopoty. Minerwa była odpowiedzialna teraz po części za bezpieczeństwo szkoły i wciąż zawstydzała ją myśl, że wcześniej tego roku przyczyniła się do powstawania nowych dziur w osłonach, nawet jeśli robiła to nieumyślnie.
Wróciła do esejów swoich uczniów, zaciskając usta. Cholerni wieszcze i te ich bezsensowne zabobony! Już nie wystarczy, że muszę słuchać bełkotu Trelawney codziennie przy jedzeniu, nie, teraz jeszcze muszę to znosić nawet we własnym gabinecie...
