A ten rozdział udowadnia, że ta historia jednak potrafi być czasami lekka i przyjemna.

Rozdział czterdziesty dziewiąty: Czy ty naprawdę musisz ciągle wszystkim przypominać, że jesteś wężousty?

Harry był bardzo zadowolony z siebie, kiedy trzeciego tygodnia marca zamknął oczy. Był po kolejnej, bardzo ostrożnej rozmowie z Karkarowem, w której, mimo, że niczego nie obiecał, mężczyzna zdawał się coraz bardziej garnąć do tego, by zostać bliskim sojusznikiem Harry'ego. Dobrze się dogadywał ze Snape'em, przynajmniej w oględnym tego słowa znaczeniu, i z Draconem. Listy od Jamesa nie były specjalnie okropne. Dumbledore utrzymywał dystans i tylko mamrotał od czasu do czasu. Ilość zalewających go listów zmalała, prawdopodobnie dlatego, że w ostatnim tygodniu pojawił się tylko jeden artykuł na jego temat w "Proroku Codziennym", a to i tak były jakieś stare fakty, wykopane przez Skeeter. Connorowi układało się dobrze z Parvati, a nawet jeśli Hermiona unikała Zachariasza, to dureń przecież i tak na nic innego nie zasługiwał. Pozostali Ślizgoni wpadli z powrotem swoje dzienne rutyny, w których ignorowali, przynajmniej pozornie, nową pozycję Harry'ego. Jego przyjaciele byli szczęśliwi. Miał wrażenie, że wreszcie może zasnąć snem sprawiedliwego.

To, oczywiście, oznaczało, że ktoś obudzi go w środku nocy i naprawdę, powinien był sam to przewidzieć.

Obudź się.

Harry zamrugał, otwierając oczy i zobaczył jednego z Wielu, uwieszonego na jego ramieniu. Jego przepełnione niepokojem kiwanie łbem rozbudziło Harry'ego skuteczniej niż Milicenta, która kilka tygodni temu obudziła go waleniem pięścią w drzwi. To był wąż, który był zdolny napluć mu trucizną prosto w oczy, jeśli nie obudzi się dostatecznie szybko. Harry pogładził go po grzbiecie, starając się go uspokoić.

– Co się stało? – szepnął cicho, starając się nie rozbudzić reszty chłopców.

Nasze jaja! Wykluwają się! Pomyśleliśmy, że chciałbyś zobaczyć jak rodzi się nowy rój. – Wąż zwinął się w kłębek, zupełnie jakby wydawało mu się, że Harry odmówiłby takiemu zaproszeniu.

Harry zawahał się jednak przed wyrażeniem zgody. Jego instynkty mogą się mylić, ale nawet jeśli, to najgorsze co go spotka, to Draco po prostu wymamrocze sprzeciw bez rozbudzania się do końca.

– Czy mój przyjaciel może przyjść ze mną, żeby zobaczyć narodzenie nowego roju?

O ile nie zniszczy jaj. – Wielu owinęło się wokół lewego nadgarstka Harry'ego. – I o ile się pośpieszy.

Harry kiwnął głową i włożył na siebie swoje szaty, narzucając na nie przy okazji zaklęcie ogrzewające – może i była niemal wiosna, ale nocą w lesie i tak pewnie będzie zimno – po czym podbiegł do łóżka Dracona. Kiedy rozchylił zasłony, Draco leżał z głupawym uśmiechem na twarzy. Harry ponownie się zawahał, ale uznał, że Draco będzie miał jeszcze czas na przyjemne sny, podczas gdy wyklucie się roju Wielu to nie było coś, co często miało miejsce. Złapał go za ramię i potrząsnął.

– Harry – wymamrotał Draco, budząc się. Harry nie był pewien, czy mówił do niego, czy do wersji, która mu się śniła, przynajmniej do chwili, w której Draco nie zamrugał i nie skupił na nim wzroku. – Co się stało?

– Czy zawsze musi się coś dziać, kiedy cię budzę w środku nocy? – zapytał Harry.

– No, tak – powiedział Draco, siadając i otrzepując włosy z czegoś niewidzialnego. – Póki co zawsze było.

Harry pokręcił głową i wskazał, żeby Draco zauważył węża na jego przedramieniu.

– Zostałem zaproszony, żeby zobaczyć jak wykluwają się ich jaja. Chcesz iść ze mną?

Draco gapił się na niego tak długo, że Harry zaczął się niepokoić. Może jednak nie powinienem był go pytać? Co się stało?

– Draco, jeśli nie chcesz, to nie mu...

– Dziękuję – powiedział Draco, niskim i przepełnionym uczuciem głosem, po czym pośpiesznie narzucił na siebie swoje własne szaty. Harry patrzył na niego z zaskoczeniem, które tylko pogłębiło się, kiedy Draco odwrócił się do niego i rzucił mu oszałamiający uśmiech.

Znowu się dziwnie zachowuje.


– Jesteśmy na miejscu.

Draco szedł za nim głównie w ciszy, choć raz czy drugi skomentował to, jak strasznie zimno było i narzekał na potykanie się o własne nogi, póki Harry nie rzucił przytłumionego zaklęcia światła. Teraz jednak zamrugał i zagapił się na dziurę w ziemi.

– Jeśli gniazdo jest pod ziemią, to jak mamy zobaczyć jak się wykluwają?

Harry'emu nawet nie przyszło do głowy wcześniej zapytać o to Wielu. Syknął na nie i kobra zaczęła się wiercić z irytacją. Harry podejrzewał, że większość uwagi roju było skupione wokół tego, co się działo pod nimi i nie podobało im się to, że muszą przerzucić choć jej część na niego, żeby móc mu odpowiedzieć.

Zostanie wam to pokazane.

Harry powtórzył to Draconowi, który nie wyglądał, jakby ta odpowiedź mu w jakikolwiek sposób zaimponowała.

– Co to niby ma znaczyć, pokazane...

Ziemia pod ich stopami nagle pojaśniała złotem i zielenią. Harry wciągnął głośno powietrze, wbijając w nie wzrok. To nie było czyste, lśniące światło, które wylało się z jego skóry tego dnia, kiedy uwolnił jednorożce. Zamiast tego to było złoto i zieleń ciemności, jeśli tylko coś takiego mogło istnieć, kolor łusek Wielu. Kobra zacisnęła się mocniej na nadgarstku Harry'ego i kiedy ten przyjrzał się tej ciemności, był w stanie zobaczyć wijące się ciała roju. Ponad nimi, pod nimi i wokół nich leżały jaja, ciemnozielone, niczym najczystsze szmaragdy.

Powiedz swojemu przyjacielowi, żeby cię złapał.

Harry sięgnął za siebie prawą ręką, a Draco podszedł bliżej i złapał go za nią bez pytania. Wyglądało na to, że jest w stanie zobaczyć światło i gniazdo. Harry poczuł, jak Draco przechodzi bliżej nieokreślony dreszcz, po czym zamiera w bezruchu.

Harry z drugiej strony nie odrywał wzroku od wijących się węży. Syczały – nie w wężomowie, ponieważ był w stanie je wyraźnie usłyszeć i to nie były słowa. To był raczej zaniepokojony dźwięk, którego użyły, żeby przerazić Tybalta i Johna tego dnia, kiedy Harry spotkał ich w lesie. Śpiewały jednym głosem, żeby powitać swoje dzieci na tym świecie i, cóż, nawet jeśli pieśń była bez melodii, rytmu i w dodatku sykliwa, to przynajmniej była imponującą fanfarą dla narodzin.

Nagle odpowiedział jej dźwięk, przypominający bębny. Harry podskoczył, po czym zorientował się, że tętnienie dobiega z ciemnozielonych jaj. Maleńkie węże wiły się w odpowiedzi na zew swoich rodziców, a może w odpowiedzi na śpiew, albo syczenie, i uderzały ciałkami albo łebkami w skorupy, które ich więziły.

Śpiewając i dudniąc, rój poniósł swoją osobliwą muzykę w głąb Zakazanego Lasu, razem z nim witając nadejście wiosny. Harry czuł cichszy podziw niż tego dnia, kiedy uwolnił jednorożce, ale i tak to był podziw. Dłoń Dracona zacisnęła się na jego. Harry zacisnął palce nawet się na niego nie oglądając. Miał wrażenie, że nie byłby w stanie oderwać wzroku od Wielu nawet, gdyby spróbował.

Dudnienie stało się tak intensywne, że Harry był zaskoczony, że jaja wciąż nawet nie pękły. Jakby wyczuwając jego niepewność, wąż na jego ramieniu przemówił sykiem, który bez trudu wmieszał się w syk wszystkich innych.

Rój Wielu rozpoczyna swoje życie jako jedno. Te jaja były składane w różnych odstępach czasu, ale to będzie ostatnia chwila, w której kiedykolwiek będą same.

Ledwie wąż skończył to mówić, wszystkie jaja pękły jednocześnie, kłębki szmaragdowych skorup wystrzeliły w powietrze i rozleciały się na boki, wbijając się w otaczającą je ziemię, o której istnieniu Harry niemal zapomniał. Maleńkie węże, niemal trzykrotnie mniejsze od swoich rodziców, pomknęły do siebie nawzajem, tworząc wielką kulę. Harry był w stanie usłyszeć, jak się witają nawzajem, głosami, które pewnie nie były specjalnie wyższe w tonacji od dorosłych Wielu, ale i tak dawały takie wrażenie.

Uśmiechał się, przyglądając się im, dlatego też zobaczył, kiedy sieć wyskoczyła z ziemi, próbując je złapać.

Harry wyciągnął rękę i pochwycił sieć podmuchem własnej magii. Jasnopomarańczowe nitki spróbowały go ukąsić, rozdzielając się niczym szczęki i pazury, a potem zbiegając się z powrotem. Harry zignorował je i przyjrzał się konstrukcji tego cholerstwa. Wielu przyjęło na siebie sieć w chwili, w której znalazło się w lesie i nastąpiło to tak szybko, że nawet nie miał okazji się jej przyjrzeć. Teraz jednak nie miał zamiaru stracić tej okazji, skoro kolejna była tuż pod jego nosem.

Była zaskakująco prosta. Oczywiście, większość czarodziejów nie chciałaby zbyt wiele od Wielu, tylko tyle, żeby trzymało się od nich z daleka i zostawiło ich w spokoju. Harry był w stanie zobaczyć, tak jak Wielu mu o tym kiedyś powiedziało, że sieć nie pozwalała im na używanie własnej magii i jadu, żeby mogło się samo siebie bronić poza lasem, o ile nie broniło przy okazji czarodzieja.

Pomarańczowa sieć atakowała dalej, bezmyślnie, pomimo swoich ograniczeń, pragnąc osaczyć nowy rój. Harry zmarszczył brwi, podejmując decyzję. Urodziły się wolne. Powinny takie pozostać.

Klasnął rękami i ścisnął. Sieć zamknęła się w sobie, tworząc kulę, i zaskrzeczała ze złości. Teraz, kiedy bezróżdżkowa magia Harry'ego była bliżej związana z jego ciałem, łatwiej przychodziło mu wydawanie jej rozkazów, więc teraz ściskał dłonie coraz mocniej, napierając na nie magią, aż sieć nie skupiła się w sobie, tworząc skoncentrowaną kulkę pomarańczowego światła, która zamigotało i zniknęło.

Dziękujemy.

Harry kiwnął bez namysłu głową w kierunku węża na swoim nadgarstku. Draco potrząsnął nim, przywracając go do świadomości, więc Harry obejrzał się na niego.

– Coś ty właśnie zrobił? – szepnął Draco. Miał szeroko otwarte oczy, a ręce mu się trzęsły, jakby nie mógł się zdecydować, czy to powinno było być pytanie, czy nie.

Harry wyszczerzył się do niego.

– Zniszczyłem sieć. – Delikatnie uwolnił swój nadgarstek z uchwytu Dracona i zrobił krok przed siebie. Sykliwa muzyka wciąż go otaczała, spokojniejsza niż wcześniej, ale w dalszym ciągu nie dająca o sobie zapomnieć. Harry był w stanie wyczuć pomarańczową sieć, owiniętą wokół Wielu. Ona też nie była szczególnie skomplikowana, choć dawała takie wrażenie, ponieważ spętane nią węże bez przerwy się ruszały.

– Co byście zrobiły, gdybyście były wolne? – Przemówił do węża na swoim ramieniu z pewnością siebie kogoś, kto wiedział dobrze, że wspólny umysł roju słuchał go poprzez niego.

Odpowiedź nadeszła dopiero po dłuższej chwili. Harry zastanawiał się, czy naprawdę musiały się nad nią tak długo zastanawiać, czy też może nie były pewne, czego on chciał usłyszeć. Miał nadzieję, że to będzie to pierwsze, a nie drugie. Zasługiwały na to, żeby działać i myśleć za siebie. Każdy czarodziej i magiczne stworzenie na to zasługiwało.

Zostaniemy tu, w lesie. Będziemy polować. Nie zaatakujemy czarodziejów, o ile ci nie przyjdą i nie spróbują nas upolować. Las jest dla nas wystarczająco szeroki, a teraz, kiedy wykluł się tu nowy rój, stał się domem, którym nie był wcześniej. Posmak sieci na naszych językach nam przeszkadza, ale możemy z nim żyć jeszcze przez jakiś czas. Nie chcemy już wrócić do miejsca, w którym się urodziliśmy. Zostaniemy tutaj, powstrzymamy się przed rozpełźnięciem się po całym lesie i kąszeniem czarodziejów.

Harry kiwnął głową. Nawet w Afryce Wielu zwykle trzymało się jednego miejsca i unikało atakowania ludzi; wolały swoje nory, które tworzyły w mało uczęszczanych miejscach, żywiły się gryzoniami, a za towarzystwo wystarczały im ich własne myśli.

– W takim razie was uwolnię.

Przyklęknął i położył dłonie na ziemi, wciąż lśniącej od przytłumionego złota i zieleni, które pozwoliły im zobaczyć podziemne gniazdo. Większość dorosłych węży przestało już tańczyć i leżało w bezruchu, patrząc na niego. Harry czuł rozwagę, z jaką przyglądało mu się tuziny złotych oczu.

Ich bezruch sprawił, że wszystko stało się łatwiejsze. Sięgnął w dół swoją wolą i zebrał nią rogi sieci. Ta pozwoliła mu na to, ponieważ na dobrą sprawę nie przeszkadzał jej w wykonywaniu obowiązków.

Harry sprawdził ułożenie swoich palców, po czym wziął głęboki oddech i szarpnął rękami w górę.

Od razu wyczuł opór, zupełnie jakby sieć związała jego ręce i wcale nie była gdzieś w dole, oplątana wokół dorosłych węży. Samo powietrze wyło i walczyło z nim. Wąż na jego nadgarstku zasyczał i zaczął się wić. Sieć spięła się i z wyraźnym wysiłkiem starała się utrzymać swoje nici, które były częścią zaklęcia tak starego i potężnego, że Harry nie wiedział, kto je mógł narzucić, jakaś Lady, Lord, czy może wielu czarodziejów współpracujących ze sobą. Harry czuł jej lepkie, obślizgłe kosmyki, kiedy te musnęły mu usta i nos. Podejrzewał, że takie to właśnie było uczucie, kiedy przebywało się uwięzionym pod tą siecią.

Starczy już tego. Chcę, żeby ona pękła. To już nie jest niezbędna prohibicja. Dały swoje słowo i każdy, kto wejdzie do lasu, żeby na nie zapolować, będzie podejmował to ryzyko z własnej, nieprzymuszonej woli.

Sieć się zbuntowała. Może i była prosta, ale Harry wiedział, że była również bardzo głęboko zakorzeniona, skoro nowa jej część pojawiała się za każdym razem, kiedy nowe, niebezpieczne stworzenie pojawiało się w lesie. Walczył w tej chwili z korzeniami góry, usiłując wyrwać gołymi rękami drzewo z korzeniami, oddzielić chmurę od nieba.

Chcę, żeby to pękło. Chcę, żeby to się roztrzaskało.

Ręce mu drżały i trzęsły się, ale powoli zbliżały się jedna do drugiej za jego plecami. Harry wiedział, że jeśli tylko zdoła przycisnąć je do siebie, to zniszczy ten kawałek tej sieci. I kiedy przelewał swoją wolę i magię do tego zadania, jego wiara sprawiła, że tak właśnie się stanie, więc jego dłonie zbliżały się do siebie z coraz większą pewnością siebie.

Sieć skrzeczała teraz i Harry czuł, jak wiatr porusza gałęziami lasu. To musiały być kolejne powiązane z siecią zaklęcia, których zadaniem było powiadomienie dyrektora szkoły, że ktoś narusza sieci. Harry miał jednak nadzieję, że Dumbledore pomyśli dwa razy, zanim spróbuje się wtrącić w jego sprawy.

Chcę, żeby to pękło. Chcę, żeby to się roztrzaskało.

Jego opuszki palców musnęły o siebie.

Teraz.

Sieć rozerwała się z oszałamiającą symfonią syknięć. Dłonie Harry'ego zderzyły się ze sobą z takim impetem, że ramiona go zabolały. Sieć wokół niego wyła i wyła, po czym rozpadła się na drobne strzępy, które rozwiały się w nicość.

Cisza, która nastąpiła potem, była nie do końca ciszą, ponieważ Wielu wciąż syczało, ale i tak była ogłuszająca. Harry dyszał, bardziej wykończony, niż mu się zdawało, że będzie. Jeszcze żadna sieć nie wymagała od niego tak wiele uporu i siły woli. Poczuł, jak Draco kładzie mu dłoń na ramieniu i chętnie się o nią oparł, wciąż nie będąc w stanie poruszyć rękami, czy podźwignąć się na nogi. Serce mocno waliło mu w piersi i na tym się skupił, póki nie poczuł, jak wąż na jego nadgarstku nie zsuwa się delikatnie na ziemię.

Dziękujemy – powiedział wymieszany głos.

Harry otworzył oczy i skupił wzrok na wężu.

– Żaden problem – wymamrotał i odprowadził go wzrokiem, kiedy ten wślizgnął się z powrotem do jamy w ziemi i ruszył w kierunku swojego roju. Zielono–złota ciemność podświetliła ziemię po raz ostatni, pokazując mu przez moment stare Wielu otaczające nowe Wielu i witające je na świecie, po czym zgasło na dobre. Harry i Draco klęczeli na czymś, co wyglądało pozornie jak zwykły kawałek ziemi, może poza wielką dziurą w samym jej środku.

– Chodź – szepnął wreszcie Draco, kiedy Harry poczuł, że oczy mu się znowu zamykają. – Nie możemy spać w lesie. Jestem pewien, że to niezdrowe.

Harry zaśmiał się na to słabo i nawet dla jego własnych uszu jego głos był ochrypły i zmęczony, choć był niemal pewien, że wcale nie krzyczał. Wstał.

– Masz rację. Wracajmy do pokoju. – Zerknął z ukosa na Dracona, którego minę był w stanie całkiem nieźle zobaczyć w świetle Lumos, mimo niekiedy dziwnych cieni w kącikach jego ust i szczęki. – Warto było wyjść ze mną, żeby to zobaczyć?

– Och tak. – Draco uśmiechnął się do niego. – Nawet, jeśli nie byłem w stanie zobaczyć nawet połowy tego, co zrobiłeś. Samo ich wyklucie się było... – Pokręcił głową, urywając. – Dziękuję – powiedział wreszcie, tym samym tonem, którego użył w sypialni.

– Przecież tego nie zaaranżowałem – powiedział Harry z lekkim rozbawieniem.

Draco patrzył na niego przez moment, choć szedł dalej, więc Harry nie musiał zwalniać – był za to wdzięczny, bo nie był pewien, czy byłby w stanie przekonać swoje zmęczone nogi do ponownego podjęcia tej wędrówki, gdyby choć raz się zatrzymał.

– Nie za to – powiedział. – Za to, że mnie zaprosiłeś, żebym poszedł z tobą.

Harry uśmiechnął się.

– Pomyślałem, że może ci się to spodobać. Poza tym, chciałem, żebyś przy mnie tutaj był.


Powinien mieć węża. To niewłaściwe, że go nie ma.

Harry zasnął niemal od razu, jak tylko wpełznął z powrotem do łóżka. Dracona wcale to nie dziwiło. Polana wypełniła się oszałamiającym zapachem róż, kiedy Harry korzystał ze swojej magii, żeby pracować nad niewidocznymi – dla Dracona – sieciami, a potem wielokrotnie potknął się po drodze, kiedy wychodzili z lasu. Spał teraz głęboko, jego pierś podnosiła się i opadała miarowo i rytmicznie.

Draco został jeszcze chwilę, przyglądając mu się, ponieważ wszyscy w pokoju spali i nikt nie mógł go zwyzywać od podglądaczy i posłać w diabły.

Tak strasznie dobrze się czuje w towarzystwie węży. Powinien mieć jakiegoś. Ale jakiego? Nie locustę. Nie sądzę, żeby był w stanie znieść posiadania kolejnego, poza tym, hodowla ich jest nielegalna i mogą mówić mu wprost do głowy. Nie chcę, żeby wąż był mu bliższy ode mnie.

Widłowęże też są nielegalne. Czy popiełki też? Będę musiał sprawdzić. Ale słyszałem, że je trudno z kolei utrzymać przy życiu. To jednak musi być magiczny wąż. Bardziej takiego doceni.

Draco wyszczerzył się, po czym wlazł na własne łóżko. Nieczęsto miał pomysł na prezent urodzinowy na tyle miesięcy naprzód.

Ale chcę, żeby to dostał, więc to właśnie dostanie. W dodatku dobrze mu to zrobi.

Draco był pewny, że tej nocy spał snem sprawiedliwego.


Harry upuścił widelec, kiedy ktoś szturchnął go w żebra.

– Au! – jęknął, masując się po obolałym boku. – Trzymaj swoje łokcie przy sobie, Milicento. – Ta dziewczyna miała tyle pary w łapach, że takie przyłożenie z samego rana pewnie sprawi, że do końca dnia będzie miał problemy z nabraniem pełnego oddechu w płuca.

– Popatrz na to – powiedziała z naciskiem, po czym podsunęła mu "Proroka Codziennego" pod nos.

Harry westchnął i zerknął na nią, zastanawiając się, co tym razem mogły o nim napisać Skeeter, czy Melinda Honeywhistle, jej główna rywalka w raportowaniu. Pewnie będzie coś o turnieju, czy śmierciożercach, skoro nic innego ostatnio się nie wydarzyło, co mogłyby zaraportować.

Zagapił się, kiedy zorientował się, że na pierwszej stronie pojawiła się rozmazana fotografia jego samego, klęczącego na ziemi w Zakazanym Lesie, z rękami zaciśniętymi za jego plecami, a Draconem stojącym tuż obok niego, nachylającym się lekko. Wąż Wielu w bardzo wyraźny sposób był widoczny na jego przedramieniu, a nagłówek ponad fotografią głosił:

HARRY POTTER RATUJE HOGWART PRZED FURIĄ WĘŻY

To był typowy dla Skeeter nagłówek, oczywiście. Harry pokręcił głową, mrużąc lekko oczy. Zaczynał podejrzewać, że ona musi go śledzić w jakiś magiczny sposób, skąd inaczej byłaby w stanie raportować takie sytuacje, kiedy Harry nie widział jej nigdzie wokół? Czas najwyższy, żeby odkrył, w jaki sposób to robi.

Zdał sobie sprawę z tego, jak nerwowo uczniowie się na niego oglądają – tak bardzo zmuszał się do ignorowania tak wielu spojrzeń, że kompletnie umknęła mu nowa emocja, która animowała większość z tych dzisiejszych – i wywrócił na nich oczami. Większość z nich odwróciła się pośpiesznie, jakby wydawało im się, że rzekomy, wężousty wybawiciel poszczuje ich wężami, jeśli nie będą ostrożni. Inni dalej mu się przyglądali, zwłaszcza uczniowie z Durmstrangu.

– To prawda co tu jest napisane? – zapytała Milicenta.

– Oczywiście, że nie. – Harry oddał jej gazetę. – Uwolniłem Wielu z ich sieci. Nie chroniłem przed nimi szkoły. Wręcz przeciwnie – dodał mruknięciem, po czym zabrał się za własne jedzenie.

Przełknął jakieś trzy gryzy, zanim zorientował się, że teraz gapi się na niego już większość ślizgońskiego stołu. Odłożył gwałtownie widelec. Zdawał sobie sprawę, że zachowuje się jak nadąsane dziecko, ale na Merlina, przecież nie zrobił niczego nadzwyczajnego, a większość z nich zdawała sobie sprawę z tego, że nie znosi, kiedy ktoś się na niego gapi.

– No co?

– Czyli byłeś wczoraj w Zakazanym Lesie i zrobiłeś coś związanego z wężami – podsumowała Pansy. Pokręciła głową. – Nie ma znaczenia, co tak naprawdę wtedy zrobiłeś, Harry. To wciąż było warte zaraportowania. – Założyła ręce na piersi i przez chwilę wyglądała szokująco podobnie do Hawthorn. – Naprawdę mi się wydaje, że powinieneś jakoś wykorzystać to, że gazety cię lubią, a nie się temu ciągle opierać. Tak wiele mógłbyś w ten sposób zdziałać. Przekonałbyś ludzi, że nie wszyscy Ślizgoni są źli. Albo przynajmniej do tego, że ty sam nie jesteś zły. – Jej wzrok przemknął na moment do stołu prezydialnego. Zniżyła głos. – Mógłbyś się pozbyć Dumbledore'a, a przynajmniej ograniczyć jego wpływy.

– To fałszywa władza – powiedział ze zniecierpliwieniem Harry. – Sami widzieliście, jak zmienni są ludzie, którzy czytają te artykuły. Odwrócą się ode mnie jak tylko pojawi się ciekawsza historia. Wolę polegać na własnej magii, sojusznikach i dobrej opinii ludzi, którym mogę zaufać.

– Fałszywa czy nie, wciąż jest twoja. – Tym razem to Pansy go szturchnęła i Harry zaczął się zastanawiać, kiedy ona się zrobiła taka władcza. – Jedno, czego się nauczyłam od swojego ojca, to żeby nigdy nie ignorować przewagi, którą się zdobyło własnymi siłami, nawet jeśli się nie wiedziało, że się ją zdobędzie.

Harry pomyślał, że pewnie Dragonsbane akurat wiedział, o czym mówił. Nekromancja wymagała tak wielu poświęceń, że tylko napędzająca pasja mogła zaprowadzić dowolnego czarodzieja do głębokiego poziomu, a ojciec Pansy pewnie widział już wiele zaklęć i rytuałów, które nie zadziałały tak, jak powinny, dzięki braku powszechnej wiedzy dostępnej na temat tej dyscypliny. Niektóre z nich musiały dobrze mu wyjść, nawet jeśli nie tak, jak sobie tego zażyczył, inaczej by już nie żył.

– Pomyślę o tym – powiedział, co powoli stawało się jego ulubioną frazą na opędzanie się od niepotrzebnej uwagi.

Pansy zmarszczyła na niego brwi i zaczęła mówić coś innego, ale przerwały jej wrzaski z przodu sali.

Harry zamrugał i obejrzał się w tamtym kierunku ze zmarszczonymi brwiami. Zobaczył wielką, złoto–zieloną kulę wytaczającą się spod stołu Hufflepuffu, która powoli toczyła się w jego kierunku. Harry był w stanie ocenić, że to był nowy rój Wielu zanim ten jeszcze do niego dotarł.

– Czego sobie życzycie? – zapytał je, nieco zaskoczony ich wizytą. Nawet kilku Ślizgonów podskoczyło i wciągnęło głośno powietrze na dźwięk wężomowy. Harry wywrócił oczami, wstał i obszedł stół. Potem będzie się martwił o szkody, jakie to wyrządzi jego reputacji. Póki co wolał się upewnić, że rój opuści salę nie gryząc przy okazji nikogo i że nikt przez przypadek nie nadepnie na jedną z maleńkich kobr.

Chcemy ci podziękować za to, że się upewniłeś, że będziemy wolne. – Nie, to zdecydowanie mu się nie wydawało; te syknięcia brzmiały w jego uszach na wyższe w tonacji, niemal piskliwe. – Nasi rodzice ci podziękowali, ale my nie.

Harry zamrugał. Nie spodziewał się, że rój kobr może mieć tak wysoko rozwinięte wyczucie manier.

– No, to skoro już to powiedzieliście, to i ja chciałbym wam podziękować – wymamrotał. – Ale teraz chyba już powinniście wracać do lasu, co? Musicie zacząć polować.

Ale to nie wszystko – powiedział rój. – Chcemy ci coś podarować w zamian za uwolnienie nas.

– To naprawdę nie jest potrzebne – powiedział Harry, czując pierwsze struny drżące na alarm. – Wasze podziękowania w całości mi wystarczą.

Wielu kompletnie go zignorowało. Harry podejrzewał, że każdy rój prawdopodobnie ma własny temperament; ten tutaj już zdawał się inny, bardziej samodzielny i skłonny do robienia tego, co akurat przychodziło jego wspólnemu umysłowi akurat do głowy.

Wyczuwamy wrogość od tego potężnego, który siedzi na wysokiej grzędzie. Możemy mu odgryźć głowę i ci ją przynieść.

Harry zamrugał, po czym obejrzał się na Dumbledore'a. Dumbledore marszczył brwi, wyglądając niczym chmura burzowa i spojrzał na Harry'ego tak, że ten wiedział, że jeśli nie zabierze Wielu z sali już, teraz, to potem będą czekały go konsekwencje.

– To, ee, naprawdę nie będzie konieczne – powiedział. – Ja nie jadam głów.

Ach! – powiedziało Wielu tonem kogoś bardzo uradowanego ze swojego odkrycia, a ponad kłębem ciał wysunęło się wiele małych główek. – W takim razie przyniesiemy ci jego serce. – Kula zaczęła się toczyć w kierunku stołu prezydialnego.

– Nie! – zawył Harry i ruszył za nimi, potykając się lekko. Rój zatrzymał się i zaczekał na niego cierpliwie, chociaż rozległo się kilka syknięć, coś o głupich, wężomówiących ludziach, którzy sami nie wiedzieli, czego chcą. – Naprawdę, niczego od niego nie chcę. On, ee, podarował mi już część swojej magii.

Hm. W takim razie wskaż nam kogoś głupiego, to go dla ciebie ukąsimy.

Harry nie był tak do końca w stanie się powstrzymać przed obejrzeniem się w kierunku stołu Ravenclawu, na którego końcu siedzieli zmartwieli ze strachu Gorgon i Jones. Rój niemal podskoczył z radości, po czym zaczął się toczyć w ich kierunku, gadając teraz ze sobą wesoło o oczyszczaniu świata z idiotów.

– Nie, ich też nie – powiedział Harry ze zmęczeniem.

Rój zatrzymał się i teraz ich wspólny głos brzmiał buntowniczo.

Naprawdę chcemy ci się jakoś odwdzięczyć, ale jesteś pod tym względem wyjątkowo niewdzięczny.

Harry rozejrzał się po sali. Większość spojrzeń była teraz wbita w niego, chociaż ich właściciele przynajmniej przestali już wrzeszczeć ze strachu i tylko siedzieli w cichej zgrozie.

– Większość ludzi tutaj się mnie boi – powiedział. – Czy możecie zrobić coś, co ich uspokoi?

Po co? – Wielu zdecydowanie się zdążyło nadąsać. – Niech się boją. To nie nasza wina, że są głupi i umrą, jeśli ich ukąsimy.

– Coś pięknego – powiedział Harry tak przekonująco jak tylko mógł. – Coś, co pokaże im wasze piękno. Niech zaczną was doceniać tak, jak na to zasługujecie.

Rój zamarł wtedy tylko na moment. Po chwili wielka kula rozpadła się i węże śmignęły we wszystkich kierunkach, po czym zaczęły wspinać się po kamiennych ścianach. Inne podpełzły do Harry'ego i wspięły się po jego nogach i ciele, tak samo jak to kiedyś zrobili ich rodzice w alei Śmiertelnego Nokturnu. Dwa z nich owinęło się leniwie wokół jego głowy i syczało na ludzi, którzy zaczęli krzyczeć.

Harry, któremu serce podskoczyło do gardła, miał nadzieję, że węże nie mają zamiaru stać się ostatnim, pięknym widokiem, jaki ci ludzie kiedykolwiek zobaczą. Z wysokości, na jaką większość z nich wpełzło na ściany, byłyby w stanie strzyknąć jadem i trafić wielu ludzi.

Nie zrobiły tego jednak. Zamiast tego zamarły i zaczęły lśnić pięknymi wzorami zieleni i złota, tego samego, mrocznego lśnienia, które poprzedniej nocy oświetliło ich gniazdo.

Harry'emu dech zaparło z podziwu. Słyszał, jak ludzie wokół niego reagują podobnie. Nawet zapewnienia Harry'ego po angielsku nie uspokoiłyby ich tak, jak widok Wielu wyglądających jak masa lśniących kamieni szlachetnych. Harry już jakiś czas temu odkrył, że piękno miało swoje sposoby przemawiania do ludzi.

Światło zaczęło zmieniać swoje natężenie, wzory zaczęły falować wokół sali, przechodząc w gradient błyszczącego złota, unoszącego się nad stołem prezydialnym, po najgłębszą z zieleni zaraz nad stołem Slytherinu. Węże, które były owinięte wokół głowy Harry'ego, żarzyły się na przemian to na żółto, to na zielono, każdy innego koloru, i pełzały mu po głowie w miarę jak nad nimi zmieniały się kolory. Te na jego ciele mieniły się wszystkimi odcieniami, każdy z nich zdawał się mieć inny pomysł co do tego jaki teraz wszystkie powinny mieć, więc był to istny chaos.

Harry słyszał pełne podziwu westchnięcia, kiedy węże zdecydowały się wreszcie zejść ze ścian i z niego, zebrały się z powrotem w kulę i wytoczyły z powrotem przez drzwi. Zawołał za nimi ciche pożegnanie i w zamian otrzymał syk, że miał szczęście, że zobaczył jak lśnią i że powinien je kiedyś odwiedzić w lesie.

Cisza, jaką pozostawiło po sobie Wielu, nie zmieniła się momentalnie we wrzaski i protesty. Zamiast tego uczniowie zaczęli między sobą rozmawiać, kilku z nich odetchnęło nerwowo z ulgą, wielu z nich odprowadzało Harry'ego wzrokiem, kiedy ten wracał na swoje miejsce przy stole Slytherinu, żeby wrócić do jedzenia, i mamrotali między sobą.

Harry wiedział, że może to wszystko ich przeraziło, ale fakt, pozostawał, że udało mu się pozbyć węży z sali, nie dopuszczając do żadnych ukąszeń. Przynajmniej kilku ludzi pewnie myślało, że to musiało oznaczać coś więcej, jak na przykład zapowiedź większego ataku, albo popisywanie się swoją mocą.

Przynajmniej niektórzy z nich.

Nie oderwał jednak wzroku od swojego talerza aż do końca posiłku, więc nie wiedział tak naprawdę, jak wiele spojrzeń było przerażonych, ile złych, ile pogardzających, a ile pełnych nadziei.


Harry wziął głęboki oddech czystego, chłodnego powietrza i objął się rękami, stojąc przy oknie wychodzącym z sowiarni. Hedwiga zleciała do niego, usiadła mu na ramieniu i zaczęła skubać go w ucho.

Harry spojrzał w dół, na Zakazany Las, po czym zamknął oczy. Nacisk spojrzeń w końcu stał się tak przytłaczający, że w końcu wszedł tu, żeby mógł być przez chwilę sam. Poprosił nawet Dracona, żeby ten zostawił go na chwilę w spokoju. Draco wyglądał na zdruzgotanego, jakby był przekonany, że jak tylko chociaż na chwilę się odwróci, to przynajmniej dziesięciu ludzi owinie się wokół Harry'ego i mu się oświadczy, ale posłuchał go i dał mu pójść samemu.

Harry miał kolejny powód, żeby tu przyjść. Dokładnie rok temu, pierwszego dnia wiosny, spotkał się tutaj z Connorem. Ten użył na nim przymuszenia i przez przypadek rozerwał tym resztki jego sieci feniksa.

Hedwiga zażądała, żeby ją pogłaskać. Harry z przyjemnością jej posłuchał, obracając w głowie to, co się tu wydarzyło zeszłego roku i zastanawiając się, czy to było warte tego wszystkiego, co przeszedł od tamtego czasu. Tak mu się wydawało.

Nie dotrzymałem do końca obietnic, które sobie wtedy złożyłem, pomyślał, podczas gdy Hedwiga złapała go za palec i przyciągnęła mu dłoń do miejsca, które chciała, żeby podrapał. Miałem nie kłamać, pilnować tych kłamstw, które popełnię i rozglądać się za wszystkimi okazjami, które mogą się przyczynić do popełnienia przeze mnie błędu. Miałem wyciągnąć z mojego umysłu wszystko, co mroczne i wyciągnąć to na światło dzienne. Muszę to zrobić, żeby być dobrym vatesem i przywódcą – którym najwyraźniej zostanę, czy mi się to podoba, czy nie.

Podsumowując, muszę lepiej się do tego wszystkiego przyłożyć, pomyślał, obserwując zachód słońca.

A masz, ty draniu!

Harry podskoczył. Ta ostatnia myśl nie miała żadnego prawa pojawić się w jego głowie. Obejrzał się ostrożnie, przyglądając się wszystkiemu i zastanawiając się, czy Dumbledore w jakiś sposób nie zakradł się do sowiarni, żeby jakoś na niego wpłynąć.

Czy naprawdę minęło aż tak wiele czasu, powiedział głos z urazą, że zapomniałeś, kim jestem, jak brzmię? Zapomniałeś głosu swojego starego towarzysza?

Harry przełknął ślinę i, choć nie miał żadnego powodu, żeby odezwać się na głos, to czuł, że powinien.

– Regulus? – wyszeptał.

Tak. Merlinie, ależ Regulus brzmiał na zadowolonego z siebie. Trochę mi to zajęło, ale udało mi się wyrwać Voldemortowi. Wydawało mu się, że jest taki sprytny, bo wrzucił mnie z powrotem do tego ciemnego miejsca. Ale dzięki niemu, już zdążyłem się przyzwyczaić do małych, ciemnych miejsc. Wiłem się i kląłem jak szewc i znowu się wyrywałem i znowu trochę poprzeklinałem, aż wreszcie nie byłem wolny.

Harry roześmiał się wbrew sobie, czując jak mu serce rośnie.

– Kiedy zniknąłeś z mojego umysłu, słyszałem jak wrzeszczysz. Wydawało mi się, że Voldemort cię skrzywdził, może nawet zniszczył.

Aż tak nie byłby w stanie mnie skrzywdzić, nie w tej pokracznej formie, jaką teraz zajmuje. Widziałeś go już w swoich snach? Harry poczuł, jak na skraju jego świadomości pojawia się coś w rodzaju przekartkowania wszystkich jego wspomnień, kiedy Regulus najwyraźniej przeglądał pobieżnie jego wspomnienia z ostatnich sześciu miesięcy. Nie, najwyraźniej nie. Dobrze. Wygląda jak zdeformowane niemowlę.

– Nie widziałem jak wygląda, więc postanowiłeś mi powiedzieć? – zaprotestował Harry, opierając się o okno. Hedwiga najwyraźniej zrozumiała, że nie będzie już więcej głaskania, bo wróciła na swoją żerdź. Harry nie był w stanie przestać się szczerzyć. – Nie chcę wiedzieć, jak on wygląda.

Powinieneś, powiedział Regulus, niespodziewanie łagodnym głosem. W pewnej chwili przecież będziesz musiał z nim walczyć... święty Merlinie, nie mów, że znowu się ściąłeś z Rosierem.

– To i wiele innych – powiedział sucho Harry, masując sobie kark. Naprawdę cieszył się z powrotu Regulusa, ale znowu będzie musiało nastąpić trochę dopasowywania się do siebie, zanim ten nie przyzwyczai się do niektórych podstawowych faktów z życia Harry'ego. – Ty... tak jakby trochę cię minęło. Tęskniłem za tobą.

Widzę przecież, dlatego się odezwałem. Więcej przetrząsania wspomnieć, a potem Regulus zamarł, choć Harry nie był pewien, jakiemu wspomnieniu się przygląda, póki nie szepnął: Gdybym tylko miał ciało, to bym zabił twoją matkę.

No nie, ty też? powiedział Harry, przerzucając się na rozmowę w myślach, kiedy pierwszoroczna Puchonka weszła po schodach i podeszła do siedzącej na żerdzi płomykówki. Co chwila posyłała mu pełne podziwu spojrzenia. Harry wyglądał przez okno i ze wszystkich sił starał się wyglądać jak przeciętny, ponury, pogrążony w myślach bohater, póki sobie nie poszła. Wszyscy chcą ukarać moją matkę z jakiegoś powodu.

Jakiegoś powodu? Istnieje tak wiele powodów. Jak ona śmiała powiedzieć, że...

– Nie chcę tego więcej słuchać – szepnął Harry. – Proszę cię, Regulusie, nie każ mi znowu przez to przechodzić. Została ukarana. Wystarczy już. Wszyscy zgodzili się zostawić ją w spokoju. – No, poza Scrimgeourem. I Lucjuszem. I Narcyzą. I Hawthorn. I Adalrico. Ale poza nimi, wszyscy.

Regulus westchnął ciężko, ale odpuścił temat. Harry uśmiechnął się lekko, kiedy ten mamrotał, przeglądając wspomnienia Harry'ego i nagle się roześmiał. Wygląda na to, że ta twoja mała, malfoyowska nemezis wreszcie wzięła się na odwagę, żeby ci powiedzieć, że cię kocha.

– On nie jest moją nemezis – zaprotestował Harry. – Naprawdę da się z nim wytrzymać, kiedy się mu niczego nie zabrania. I jakie "wreszcie"?

Uprzykrza za to życie innym ludziom, powiedział Regulus stanowczo. A ja wiedziałem, że cię kocha, zanim jeszcze z ciebie wypadłem. Czekałem po prostu, poniekąd ze zniecierpliwieniem, żeby wreszcie znalazł odpowiedni moment i chociaż na chwilę przestał myśleć wyłącznie o sobie.

– Wierz mi, zdaję sobie sprawę z tego, ile mam szczęścia – mruknął Harry.

Obaj jesteście szczęściarze, powiedział Regulus bezmyślnie, po czym wrócił do przeglądania pozostałych wspomnień Harry'ego. Harry tymczasem wyglądał przez okno, szczerząc się szeroko i uznał, że, jeśli pominąć chybiony dar od Wielu, to znacznie przyjemniej spędził ten dzień niż zrobił to rok temu.


Kiedy Harry wszedł na górę, Draco zmusił się do skupienia na pracy domowej z obrony przed mroczną magią. Styl nauczania Karkarowa różnił się od Mulcibera na przykład tym, że ten pierwszy wierzył, że uczniowie powinni czytać przede wszystkim swoje podręczniki, a potem przepisywać z nich całe ustępy. Draco czasami udawało się przeczytać nawet pięć zdań bez zerknięcia na drzwi ich sypialni.

Kiedy drzwi się wreszcie otworzyły, powiedział sobie, że naprawdę zasłużył na odłożenie książki na bok, w nagrodę za to, że był taki grzeczny.

Harry wszedł z pochyloną z jakiegoś powodu głową, ale szybko ją poderwał i Draconowi dech zaparło, kiedy zobaczył jak mu lśnią oczy. Harry przez większość dnia wyglądał na zadręczonego, ale teraz wyglądał zupełnie jak wczorajszej nocy, jakby radość miała zaraz z niego zacząć tryskać.

– Zgadnij co – powiedział.

– Nie zgadnę – powiedział Draco, podbijając rękę na kolanie. Nie podejdzie teraz do Harry'ego, nie, kiedy zbliżenie się może zmienić jego wyraz twarzy, ale potrzebował się ruszać w jakikolwiek sposób. – Jestem koszmarny w zgadywankach. Powiedz mi.

Harry wskoczył na łóżko Dracona i położył się na plecach. Wyszczerzył się do niego pod tym kątem, do góry nogami, i Draco poczuł, jak kilka nitek jego samokontroli szlag trafia.

– Regulus powrócił! – powiedział Harry tryumfalnie. – I nic mu nie jest! I kilku Krukonów mnie zaczepiło w korytarzu, jak tu wracałem... – Draco zastanawiał się, czy Chang była pośród nich, ale nie był w stanie się zmusić do zapytania o to, nie w chwili, w której Harry uśmiechał się tak pięknie – ...i przeprosiło, że byli wcześniej takimi idiotami! Więc teraz wiem, że nie cała szkoła mnie nienawidzi! Co za wspaniały dzień. – Harry położył głowę z powrotem i roześmiał się miękko, zamykając przy tym oczy.

Niespodziewanie, zanim Draco w ogóle zdążył zrobić uwagę, że Harry brzmi, jakby pod koniec każdego wypowiedzianego przed chwilą zdania miał zamiar postawić wykrzyknik, może poza ostatnim, Harry otworzył jedno oko i obejrzał się znowu na niego z ciepłym uśmiechem.

– A Regulus powiedział mi, że już od września wiedział, że byłeś we mnie zakochany – powiedział. – Więc byłeś cierpliwy i czekałeś znacznie dłużej z powiedzeniem mi o tym, niż mi się wydawało, nawet jeśli to po części było spowodowane przymuszeniem. Więc chciałem ci za to podziękować, Draco. – Jego uśmiech zrobił się jeszcze szerszy.

On się uśmiechał, na litość Merlina. Oczy mu lśniły radośnie i podskakiwał. Jego emocje praktycznie mruczały.

Draco pochylił się i go pocałował.

Wybuchnąłby momentalnie paniką, gdyby tylko sobie na to pozwolił. Nie chciał jednak przyjąć do wiadomości, że to, co zrobił, mogło być złe czy niewłaściwe. Pocałował go nieśpiesznie, ani za długo, ani za krótko, po czym podniósł głowę i spojrzał na Harry'ego pogodnie.

To nie było złe. Zostało spowodowane radością. Nie może być złe.

Harry zamrugał, raz i drugi, po czym na jego twarzy pojawił się zaskoczony wyraz, jakby nie był do końca pewien tego, co się właśnie wydarzyło. Draco przełknął ślinę. No, zawsze może to zignorować. Jeśli tego będzie chciał, to nie będę go do niczego zmuszał.

Harry wziął głęboki oddech i Draco rozpoznał płomień odwagi, jaki zapłonął w jego oczach, tego rodzaju, który był widoczny tylko tuż przed tą chwilą, kiedy wskoczył na Błyskawicę, żeby zająć się smokami. Następnie podniósł się do niewygodnej pozycji, po części na nodze i po części na łokciu, i pocałował Dracona.

Draco czuł się, jakby spadał w dół niekończącego się, złotego wiru, tak wielkie było jego zaskoczenie i radość, że ciężko było mu czuć zakłopotanie, którego się spodziewał. Pozwolił Harry'emu przerwać pocałunek, po czym odsunął się od niego, przyglądając mu się uważnie.

Harry przechylił głowę na bok i też zaczął mu się przyglądać. Wreszcie znowu się wyszczerzył.

– Podobało mi się to – powiedział.

Draco przełknął ślinę, starając się wymyślić coś znakomitego, co mógłby powiedzieć w tym momencie i zorientował się, że kompletnie nic mu nie przychodzi do głowy. Przeprosiny mijałyby się w tym momencie z celem, w dodatku nie miałby ich tak naprawdę na myśli. Pytanie, czy Harry'emu się to podobało, też było bez sensu. Wyjaśnienia brzmiały głupio.

Dlatego też Harry powiedział te słowa, łapiąc go za rękę i ściskając ją tak mocno, że aż bolało. Draco czuł, jak na jego empatię naciska w tym momencie przedziwna mieszanka emocji: zimny wiatr strachu, za którym wiał ciepły. Osądzając z wyrazu twarzy Harry'ego, ciepły wiatr musiał oznaczać podziw.

– Przez większość czasu mnie to wszystko przeraża. Ale to niczego nie znaczy, Draco, i z pewnością nie powinno cię skłaniać do niańczenia mnie. – Harry podniósł głowę, oczy mu błysnęły. – I nie robię tego dlatego, że uważam, że jestem ci to winien, bo się we mnie zakochałeś, więc jeśli tak myślisz, to wybij to sobie z głowy. Zawsze myślałem, że miłość jak słońce nie może się opierać na tym, że ludzie będą sobie nawzajem czegoś winni. To tak nie działa. Po prostu nigdy nie sądziłem, że będę miał szansę na to, że mnie ktoś w taki sposób pokocha.

Przełknął ślinę, po czym ciągnął dalej.

– I jeśli to naprawdę jest w moim zasięgu, to chcę się o to starać. To... łatwo to powiedzieć, teraz, kiedy jestem w stanie utrzymać strach na wodzy. Jestem pewien, że będą takie chwile, kiedy się potknę i będę próbował przed tym schować. Już widziałeś mnie w takich chwilach. A to pewnie w ogóle zajmie mi dużo czasu. Ale obiecuję, że będę się starał. Obiecuję ci. – Jego oddech przyśpieszył, zimny wiatr się wzmógł, zupełnie jakby zaraz Harry miał powiedzieć coś, co go przerażało bardziej niż wszystko inne. – Naprawdę tego chcę.

Draco miał dość zdrowego rozsądku, żeby pozwolić Harry'emu na rzucenie sobie szybkiego, nerwowego uśmiechu, przejście na swoje własne łóżko i szczelne zasunięcie za sobą zasłon. Najlepiej było w tym momencie niczego nie mówić. Wciąż nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby powiedzieć, a co nie brzmiałoby głupio albo bezsensownie.

Zamknął oczy i uśmiechnął się.

Naprawdę nic innego mu w tym momencie nie było potrzebne.