Rozdział pięćdziesiąty: Żądania i Harry, który sobie z nimi nie radzi

Harry śnił.

Tym razem znalazł się w miejscu, którego nie rozpoznawał, o ile to nie było po prostu inne pomieszczenie tego samego, starego domu, w którym był Voldemort, kiedy Harry go widział ostatnim razem. Momentalnie przypadł nisko do podłogi i nastawił uszu, nasłuchując i wyglądając jakichś śladów po Nagini.

Nic. Wyglądało na to, że zginęła.

Harry nie miał zamiaru brać dłużej swojej niewidzialności w tych wizjach za coś niepodważalnego. Podczołgał się na brzuchu przed siebie, wąsiki mu drżały, kiedy wąchał powietrze w nadziei dowiedzenia się czegoś użytecznego. Wyczuł ogień i jakiś słodki, pikantny zapach, któremu nie chciał poświęcać więcej myśli, żeby mu nie przytłoczył innych zmysłów.

– Evanie.

Harry poczuł, jak mu futerko jeży się na grzbiecie. Ten głos znał. Jeśli kiedykolwiek spotka się osobiście z Voldemortem, to nie będzie musiał go widzieć, żeby go rozpoznać – co się dobrze składało, bo, jak zauważył Regulus, wciąż nie miał okazji do zobaczenia go w swoich snach.

Jego oczy wyłapały w półmroku dywan, pofałdowany tuż przed samym kominkiem. W kominku powoli dogasał ogień, rzucający więcej roztańczonych cieni niż światła jako takiego. Podłoga pod łapami Harry'ego była pokryta jakąś wykładziną, która nie miała na sobie żadnego rozpoznawalnego wzoru, mimo, że oczy Harry'ego w tej formie były znacznie lepsze od jego ludzkiej wersji. Voldemort musiał siedzieć na ułożonym w półkrąg, pofalowanym dywanie, a Rosier stał przed nim z pochyloną głową, jakby starał się nadać sobie pozory pokory, ale nie był pewny, czy w ogóle warto tego próbować.

– Tak, mój panie? – Rosier brzmiał na znudzonego. Zupełnie, jak pisał w liście, pomyślał Harry, po czym przypomniał sobie, że przecież Snape powiedział mu, że nie powinien ufać niczemu, co Rosier mu napisał. Został na miejscu, nasłuchując rozmowy i od czasu do czasu wciąż wąchając powietrze, szukając w nim jakichś śladów po Nagini. Nie wyczuł nic.

– Mam dla ciebie nowe zadanie. – Głos Voldemorta niemal głaskał powietrze. – Moi lojalni śmierciożercy już raz trafili za mnie do więzienia. Nie chcę, żeby pozostali w nim dłużej, niż jest to konieczne. Skontaktuj się z Greybackiem. Razem z nim uwolnicie Waldena i Rabastana z ich celi w więzieniu ministerstwa.

Rosier poderwał głowę, w jego oczach pojawił się ogień zainteresowania.

– Dziękuję, mój panie – powiedział miękko. – To naprawdę jest zadanie godne naszej dwójki. Zawsze dbałeś o to, żeby mnie zacnie wynagrodzić. – Harry miał wrażenie, że niewymówione słowa po tym zdaniu brzmiały "jeśli tylko ci się w ogóle chciało mnie wynagradzać". Rosier zamilkł, po czym dodał: – Bella do nas nie dołączy?

– Nie – powiedział Voldemort. – Jest już wystarczająco zajęta przygotowaniami odpowiednich inkantacji. Wiesz, co chce zrobić?

– Wiem – powiedział po prostu Rosier. Harry machnął szybko ogonem tuż przy ziemi. Co takiego ona chce zrobić?

– Uważam ten plan za dość odpowiedni – powiedział Voldemort. – A ty, Evanie? – Jego głos był bezpośredni, zimny i okrutny, ale Rosier po prostu się roześmiał, jakby nie był w stanie wyobrazić sobie lepszej zabawy jak odpowiadanie na pytania Mrocznego Pana.

– Oczywiście, mój panie – powiedział uprzejmie. – Bella zdaje się przy tym dobrze bawić, a Merlin jeden wie, że naprawdę przyda jej się trochę rozrywki.

Zimny głos zmienił ton.

– Nie mam zamiaru dłużej ignorować twojego naigrywania się z innych, Evanie. Nie jesteśmy jeszcze dostatecznie liczni, żebyśmy mogli sobie pozwolić na to, żeby kogoś stracić, na misji, czy przy dowolnej innej okazji. Rozumiesz mnie? Nie wolno ci dłużej ćwiczyć zaklęć torturujących na innych śmierciożercach.

– Oczywiście – powiedział Rosier. Harry wbił pazury w podłogę. Nawet ja słyszę kpinę w jego głosie. Jakim cudem Voldemort tego nie słyszy? – Tym razem nasza misja jest inna. Pańskie wykwintne i skomplikowane plany postępują zgodnie z planem, więc musimy adaptować do nich nasze pozostałe misje. Tym razem planuje pan wygrać tę wojnę i zabić gnoja Potterów, który wcześniej stanął panu na drodze.

Być może Voldemorta ukoiło wysłuchanie jego własnych planów powtórzonych mu prosto w twarz, bo odezwał się dopiero po chwili.

– Tak, dokładnie. Tak. Idź, Evanie, a kiedy już skończysz, wróć tu od razu z Waldenem i Rabastanem. Muszę porozmawiać z nimi o naszych kolejnych atakach. Są pewne książki, które chcę mieć, a które znajdują się obecnie w posiadaniu tych, którzy nie zechcą mi ich podarować z własnej woli. – Harry usłyszał w tych słowach gniew zdolny do kruszenia kamieni.

– A Greyback? – zapytał Rosier.

– Następna pełnia księżyca nastąpi dopiero za kilka dni – powiedział Voldemort. – To powinno dać mu dość czasu na zajęcie odpowiedniej pozycji. Na północ, Evanie. Czas, żeby nasi wrogowie nauczyli się, jak wiele będzie ich kosztować ukrywanie mojego powrotu w tajemnicy.

– Oczywiście – powiedział Rosier z głęboką rozkoszą w głosie. Odwrócił się, żeby wyminąć dywan.

Harry uznał, że rozmowa pewnie dobiegła końca, więc przygotował się do wycofania. W mózgu wirowało mu od świeżo poznanych informacji. Zamarł jednak, kiedy zorientował się, że Rosier faktycznie obszedł dywan... i patrzył się wprost na niego.

Harry siedział nieruchomo, serce tętniło mu w uszach.

Rosier go widział. Jego oczy otworzyły się szerzej, a potem przymrużyły, a on sam otworzył usta. Harry przygotował się do wyrwania się z tej płaszczyzny snu siłą.

Rosier zamknął usta, puścił oczko do Harry'ego i ruszył dalej przed siebie. Harry skulił się, żeby uniknąć muśnięcia jego szat, po czym obejrzał się za nim, gapiąc się przez chwilę.

W co on sobie pogrywa? Przecież z przyjemnością wykonuje rozkazy swojego pana. Naprawdę chce zobaczyć, co wyniknie z mojego nadużywania mojego połączenia z Voldemortem, tylko dlatego, że wydaje mu się, że efekt może być zabawny?

Harry postanowił przestać o tym myśleć. Rosier i Greyback zaatakują ministerstwo, pomyślał, odwracając się i odbiegając od dywanu w kierunku zaciemnionego kąta pokoju, ciągnąc za więź, która łączyła go z Voldemortem i starając się obudzić. Nie wiem, czy zdążę ich w porę fiuknąć. Na pewno wysłanie sowy w żaden sposób tutaj nie pomoże. No i nie wiem, gdzie jest ich obecne więzienie.

Najlepiej będzie, jeśli złapię któregoś ze strzegących szkołę aurorów. Oni będą wiedzieli, co zrobić.

Wreszcie więź przerwała się niczym pękająca, stara lina, a wizja rozpadła się wokół niego, pozwalając mu obudzić się we własnym łóżku.


Harry po prostu przez chwilę tylko mrugał głupio. Na szczęście nie trwało to długo. Poderwał się z łóżka i rzucił ku drzwiom. Nie wybierał się do Zakazanego Lasu, więc nie kłopotał się narzucaniem na siebie szat czy zaklęć ogrzewających. Zajęłyby tylko drogocenne momenty, których nie miał teraz czasu poświęcać.

– Co do cholery... – burknął ktoś za nim, ale Harry zignorował to i zatrzasnął drzwi za sobą, po czym zbiegł po schodach tak szybko jak mógł, żeby dostać się do pokoju wspólnego. Krew lała mu się z blizny, zalewając oczy, do tego towarzyszył mu zwykły ból głowy, na który już prawie nie zwracał uwagi. Nie wiedział, czemu Draco nie pojawił się z nim w tym śnie, ale może po prostu nie obudził się na czas. Potem o tym porozmawiają. Wszystko będzie musiało poczekać do potem, a przynajmniej do chwili, w której ostrzeże ministerstwo.

Zdał sobie sprawę z lekkiego brzęczenia, unoszącego się w pobliżu jego ucha, i zmarszczył brwi.

Claudo inimicum – szepnął, otwierając drzwi pokoju wspólnego i wychodząc na korytarz za nimi. To nie było bardzo potężne zaklęcie, ale wyglądało na to, że ktoś nasłał na niego zaklęcie naprowadzające. To powinno wystarczyć, żeby je złapać w pułapkę.

Słoik pojawił się obok niego w powietrzu i zamknął mocno wokół tego czegoś, co brzęczało mu koło ucha. Harry obrócił się i złapał go, po czym zagapił się na pełzającego po szkle żuka.

Nie ma czasu. Harry pokręcił głową, wcisnął słoik do kieszeni szaty i w głowie wyciągnął mapę szkoły. Tonks patroluje dzisiaj hol wejściowy. Do niej mam najbliżej.

Wbiegał po prowadzących do lochów schodach po dwa schodki na raz i wbiegł do holu, rozglądając się z paniką. Skrzywił się, kiedy się zorientował, że nigdzie nie widzi Tonks. Znowu się gdzieś potknęła i przywaliła o coś głową?, zastanowił się. Zaledwie w ostatnim tygodniu wydarzyło się to przynajmniej trzykrotnie.

Przymrużył oczy, myśląc nad tym wszystkim. Feverfew będzie na drugim piętrze. Ruszył znowu, ale nagle ktoś złapał go za ramię, niemal popełniając przy tym samobójstwo.

Harry obrócił się z ostrym syknięciem i zobaczył za sobą Snape'a, patrzącego na niego surowo i krzyżującego ręce na piersi.

Nie powiedział nic, być może dlatego, że jego wzrok przeskoczył do źródła krwi na twarzy Harry'ego.

– Co musimy zrobić? – zapytał. – Jakie są wymagania twojej wizji?

– Voldemort wysyła Rosiera i Greybacka do więzienia ministerstwa – powiedział Harry. – Muszę znaleźć aurora, który powiadomi ministerstwo, ale nie mogę nikogo znaleźć. – Rozejrzał się, na wypadek, gdyby Tonks akurat miała się wyłonić gdzieś zza zakrętu, ale po chwili pokręcił głową. – Idę znaleźć Feverfew. No chodź.

Snape w żaden sposób nie próbował się z nim sprzeczać, po prostu ruszył szybko za nim, z gracją dotrzymując mu kroku tuż za jego prawym ramieniem. Harry zorientował się, z pewnym niepokojem, że szkoła była cichsza tej nocy niż kiedykolwiek. Jasne, zazwyczaj kiedy był na nogach o tej porze, to spędzał ten czas poza jej murami, ale mimo wszystko to i tak było dziwne.

Schody, dla odmiany, poszły im na rękę i zdołali dostać się na drugie piętro bez konieczności kilkukrotnego wracania się. Umysł Harry'ego ciągle starał się wycenić czasy i odległości, ale ciągle odbijał się od niewiadomych. Nie miał pojęcia, gdzie znajduje się obecne więzienie ministerstwa i jak ciężkimi osłonami jest otoczone, nie miał pojęcia kiedy Rosier i Greyback mogą się tam dostać ani którędy spróbują się włamać.

Harry zaryzykował krzyk w dół korytarza, ponieważ na tym piętrze nie mieszkało wielu ludzi.

– Feverfew!

Bez odpowiedzi. Harry obejrzał się na Snape'a, który przymrużył oczy i rzucił nieznane Harry'emu zaklęcie, od którego końcówka jego różdżki rozpaliła się na czerwono. Chwilę potem Snape zaklął szpetnie.

– Co się stało? – zażądał Harry, myśląc o patrolach tej nocy. Na trzecim piętrze powinien się znajdować Haverbull, jeśli naprawdę będą musieli się udać tak wysoko.

– Feverfew jest nieosiągalny, gdziekolwiek jest – powiedział krótko Snape. – Śpi, albo jest ranny do tego stopnia, że nie jest w stanie nam odpowiedzieć.

Harry zamarł.

– Wydaje się panu, że Tonks jest...

– Prawdopodobnie w tym samym stanie, tak. – Snape przyglądał się rzucanym przez pochodnie cieniom, jakby niczego innego w tej chwili nie pragnął jak tego, żeby zburzyć otaczające ich ściany. – Podejrzewam, że na nic nam się nie przyda szykanie pana Haverbulla i pozostałych. Ktokolwiek to zrobił na pewno nie był na tyle głupi, żeby przegapić kogokolwiek z naszej wesołej gromadki aurorów. – Jego głos był gęsty od pogardy.

Harry odetchnął głęboko.

– W takim razie druga opcja – powiedział, odwracając się w kierunku Snape'a. – Czy myśli pan, że mógłbym fiuknąć Scrimgeoura z pańskiego pokoju?

– Może pan to zrobić z mojego, panie Potter.

Harry podskoczył i obrócił się. Profesor McGonagall stała za nim, trzymając w ręku świeczkę i przyglądając mu się z przymrużonymi oczami. Wokół jej kostek owinęła się błękitna linia osłony, która zamruczała jak kot, kiedy Harry na nią zerknął.

– Chodźcie ze mną, szybko – dodała, kiedy Harry i Snape tak po prostu stali, gapiąc się na nią. – Już wcześniej tego wieczoru wyczułam, że coś jest nie tak, kiedy osłony zaczęły jęczeć. Niestety, nie były w stanie podać mi natury zagrożenia. – Zmarszczyła brwi. – A może wciąż nie jestem dość do nich dostrojona, żeby je zrozumieć.

– A Dumbledore? – zapytał Harry, mijając ją i kierując się w stronę drzwi do jej prywatnych komnat.

– Nie wiem – powiedziała McGonagall. – Kiedy zbliżyłam się do gabinetu dyrektora, zobaczyłam jak korytarzem biegnie jakaś ciemna postać. Ruszyłam w pościg, ale zgubiłam ją gdzieś na trzecim piętrze. Nie widziałam też na nim nigdzie aurora Haverbulla.

Harry kiwnął krótko głową i wszedł do jej pokoi. Były jasno oświetlone, ciepłe i wesołe, co zobaczył kątem oka, bo jedyne, co go w nich w tej chwili obchodziło, to kominek. Wziął szczyptę proszku fiuu z naczynia na podeście i cisnął nim w płomienie.

– Gabinet ministra magii! – zawołał.

Przez chwilę płomienie zatańczyły, zmieniając kolor na jasnozielony, po czym nagle wyrzuciły proszek fiuu z kominka. Harry zakaszlał i zasłonił opryskaną proszkiem twarz. Obrócił się, nie przejmując się tym, że właśnie narobił bałaganu na dywanie McGonagall.

– Co się stało? – zażądał. – Czy tak się dzieje, kiedy gabinet ministra ma wyłączoną sieć fiuu? – Podejrzewał, że powinien był to przewidzieć. Ostatecznie, przecież był środek nocy.

– Nie – powiedziała McGonagall, blada jak ściana. – Tak się dzieje, kiedy ktoś zablokował kominkowi dostęp do sieci fiuu jako takiej. – Podeszła bliżej i zajrzała do swojego kominka, jakby miała nadzieję, że znajdzie w nim jakiś problem i go naprawi.

Harry zaklął i olał to, jak obaj profesorowie krzyknęli jednocześnie z oburzeniem "Potter!".

– Czyli ktoś zablokował sieć fiuu i załatwił aurorów – powiedział. – To zostawia nam aportowanie się do ministerstwa, może...

Dłoń Snape'a opadła na jego ramię i zacisnęła się na nim mocno.

– Nigdzie się nie wybierasz, Harry – powiedział, głosem, który bardziej brzmiał jak rozkaz niż stwierdzenie faktu. – W ministerstwie znajduje się tylko kilka miejsc, które nie mają osłon przeciw aportacji, a nie sądzę, żebyś był w stanie dowolne z nich wyobrazić sobie wystarczająco wyraźnie. Nie pozwolę na to, żebyś mi się tu rozszczepił.

– Ale przecież muszę jakoś ostrzec Scrimgeoura – sprzeciwił się Harry, przechylając głowę na bok i patrząc gniewnie na Snape'a. Zobaczył, że jego opiekun się wzdrygnął i zastanowił się, dlaczego. Może nie lubi widzieć jak moja twarz krwawi. Nie rozumiem, czemu. Przecież to się zdarza bez przerwy.

– Wyślij mu sowę – powiedział Snape.

– Ale to za długo...

– Harry. – McGonagall stanęła przed nim. – Skąd masz tę informację?

Harry westchnął. Powinienem był wiedzieć, że prędzej czy później zażąda wyjaśnień.

– Czasami mam wizje związane z Voldemortem – powiedział. – W tej słyszałem, jak rozkazuje Rosierowi i Greybackowi zaatakowanie nowego więzienia, które wybudowało ministerstwo.

– W takim razie ostrzeżenie ministerstwa i tak nie zdałoby się na wiele – powiedziała mu cicho McGonagall. – Trochę by im zeszło poinformowanie więzienia o sytuacji, bo z tego, co słyszałam, celowo zbudowano je w pewnej odległości od ministerstwa, oddzielnie je obwarowano zaklęciami i stworzono go tak, żeby prawie nie dało się go znaleźć. Rosier i Greyback – skrzywiła się, jakby przełknęła coś paskudnego, kiedy wymawiała to nazwisko – mogą nawet nie być w stanie go znaleźć. Wiem, że minister Scrimgeour nie podał lokacji więzienia nikomu, kto nie musiał absolutnie o nim wiedzieć.

– Jeśli ktoś ma znaleźć jakiś na to sposób, to Rosier na pewno znajdzie – powiedział Harry i zawahał się, zastanawiając się, czy naprawdę powinien powiedzieć profesor McGonagall o swoich pojedynkach z Rosierem.

Snape przyklęknął przy nim i zmusił Harry'ego do spojrzenia na niego, wbijając w niego przeciągłe, przeszywające spojrzenie.

– Harry – powiedział. – Nie możesz pozwolić, żeby twoi wrogowie przekonali cię o swojej wszechwiedzy. Dla Rosiera to wszystko to tylko gra. On zawsze taki był. Podejrzewam, że Minerwa ma rację i odbiją się obaj od osłon, którymi otoczone jest więzienie, i zawiodą w swojej misji. Co powinno nas w tej chwili obchodzić najbardziej to bezpieczeństwo szkoły. Czyżby umknęło ci jakimś cudem, że ktoś, może nawet kilka osób, zdołało powalić wytrenowanych aurorów, patrolujących szkołę, a potem zblokować naszą sieć fiuu?

Harry westchnął cicho i zamarł, kiedy Regulus odezwał się w jego głowie, tonem zaspanego niedowierzania.

Pokaż im tego żuka, którego złapałeś wcześniej.

– Chwila – powiedział Harry z roztargnieniem, poklepując się po swoich szatach nocnych. Wyciągnął słoik, stworzony przez zaklęcie Claudo inimicum, po czym podniósł go do światła. Żuk wspinał się po ściankach z determinacją, jakby był przekonany, że znajdzie w szkle jakąś szczelinę, przez którą zdoła się wyrwać na wolność. Owad sam w sobie nie wyglądał na nic szczególnego, może poza delikatnym obramowaniem wokół jego antenek, które wyglądało jak okulary, ale Harry pamiętał inne okazje, kiedy słyszał brzęczenie owada tuż przy swojej głowie i był przekonany, że to musi mieć z tym coś wspólnego. – Profesor McGonagall. Złapałem tego żuka, kiedy wychodziłem z pokoju wspólnego Slytherinu. Wie pani może coś na jego temat? Może to jakiś niezarejestrowany animag?

Profesorka transmutacji niemal porwała słoik z jego ręki. Przyjrzała mu się uważnie, po czym jej usta nagle zwęziły się do cienkiej kreski.

– W rzeczy samej, panie Potter – powiedziała, po czym postawiła słoik na podłodze i machnięciem różdżki sprawiła, że szkło zniknęło. Żuk momentalnie rzucił się do ucieczki.

McGonagall wypaliła skomplikowaną inkantację, z której Harry nie zrozumiał nawet połowy. Żuka otoczyło ostre światło i chwilę potem Rita Skeeter opadła ciężko na podłogę. Jej ubrania były w nieładzie, a okulary zsuwały jej się z nosa.

Harry przymrużył oczy. Cholera jasna, powinienem był się domyślić. Była w pokoju przesłuchań, kiedy Knot i Umbridge mnie przepytywali. Nic dziwnego, że wiedziała co wtedy zaszło.

McGonagall stanęła nad Skeeter, celując w nią różdżką.

– Jesteś nam winna kilka wyjaśnień – powiedziała, najwyraźniej nie potrzebując żadnej pomocy w rozpoznaniu tej kobiety. – Jak udało ci się dostać na teren szkoły?

Skeeter rzuciła Harry'emu błagalne spojrzenie. Harry tylko na nią łypnął. Ich umowa nie obejmowała czegoś takiego. Skeeter przykleiła sobie chorobliwy uśmiech na twarz i obróciła się, żeby spojrzeć znowu na McGonagall.

– Czy wiedziała pani, że niezarejestrowany animag może przeniknąć przez osłony Hogwartu, jeśli tylko trzyma się blisko skóry jakiegoś ucznia? – zapytała. – To naprawdę niezłe odkrycie, niech pani przyzna szczerze. Zwykle jechałam na karku pana Pottera. – Jej głos nabrał wesołego, trajkotliwego tonu, kiedy zaczęła się rozglądać po pokoju. – Mieszka pani w innych warunkach niż to sobie wyobrażałam, wie pani? Wydawało mi się, że tu będą tylko gryfońskie kolory i takie tam. Naprawdę niezła robota z...

– Czy to ty uśpiłaś aurorów i zamknęłaś szkolną sieć fiuu? – zapytała beznamiętnie McGonagall. – Odpowiedz mi, zanim transmutuję cię w jajko i zdepczę.

Harry musiał pochylić głowę, żeby ukryć uśmiech.

– Nie! – zaskrzeczała Skeeter. – Oczywiście, że nie! Nie wiedziałam nawet, że coś jest nie tak, póki nie usłyszałam, jak o tym rozmawiacie! – Skuliła się, wyglądając jak kupka nieszczęścia, patrzyła na nich szeroko otwartymi oczami, ręce jej się trzęsły. Harry zastanawiał się, czy drżą dlatego, że brakowało jej notatnika i pióra. Instynkty reporterskie Skeeter wciąż były w pełni sił. Napisze o tym, jeśli tylko będzie miała szansę.

To poprowadziło do kolejnego pomysłu.

– Czy widziałaś może kto to zrobił? – zapytał.

Skeeter westchnęła i obróciła się w jego kierunku, kręcąc z żalem głową. Harry może i przejąłby się jej smutną miną, gdyby jej w ogóle nie znał.

– Nie. Przez cały wieczór byłam z tobą. Zwykle jesteś w centrum zainteresowania – dodała.

Harry wywrócił oczami.

– Domyślasz się chyba, że to oznacza, że musimy zmienić nasz układ? – zapytał.

– Układ? – zapytała McGonagall.

– Rita i ja mieliśmy układ – powiedział Harry, którego gniew rósł statecznie, jak przypominał sobie wszystkie okazje, kiedy absolutnie nie chciał, żeby go ktokolwiek zobaczył. – Prawda, Rito? Powiedziałem ci, że będę ci dawał historie, a ty w zamian będziesz ze mną konsultować te, które napisałaś. Nie było w naszej umowie niczego o tym, że możesz mnie szpiegować i w ten sposób zdobywać nowy materiał do swoich artykułów. Z pewnością nie wspomniałaś, że jesteś niezarejestrowaną animaginią. Wydaje mi się, że zasługuję na nowy układ i tym razem możesz być pewna, że wszelkie negocjacje będą przechylały szalę na moją stronę.

Skeeter zmarszczyła na niego brwi, ale pochyliła głowę. Wiedziała, kiedy nie ma podstaw do wykłócania się, ale Harry zdawał sobie sprawę z tego, że i tak spróbuje tak ustawić omawianie negocjacji, żeby zostawić sobie jak największe pole do popisu.

– Panie Potter – powiedziała McGonagall ze zmęczeniem. – Czy ja w ogóle chcę wiedzieć, czemu układa się pan z panną Skeeter, zamiast od razu zaraportować ją do ministerstwa?

– Ponieważ jest użyteczna – powiedział Harry prosto z mostu. – Chociaż – dodał, kiedy jego pamięć dogoniła obecne wydarzenia i Regulus znowu go szturchnął – naprawdę najpierw powinienem powiadomić o wszystkim ministra Scrimgeoura, chociażby sową, skoro nie mam innego wyjścia. Ufam, że jak wrócę, to wciąż cię tu znajdę, Rito? Jeśli mi stąd znikniesz, to obawiam się, że jednak będę zmuszony do napisania do biura niewłaściwego wykorzystania magii.

Skeeter kiwnęła głową.

– Panie Potter – powiedziała McGonagall, kiedy Harry złapał za klamkę – można wiedzieć, gdzie pan się wybiera?

Ona jest głucha, czy co? Harry nawet się nie odwrócił.

– Wysłać sowę do ministra. Przecież właśnie to powiedziałem.

– Podczas gdy nieznane zagrożenie biega po szkole, unieruchamiając aurorów i sieć fiuu. – Głos McGonagall nie zrobił z tego nawet pytania. – Naprawdę mi się nie wydaje, panie Potter. Zostanie pan tutaj, gdzie jest pan bezpieczny. – Harry odwrócił się akurat w porę, żeby zobaczyć jak wplecione w kamienie osłony zaczynają się żarzyć na czerwono i żółto. – Poza gabinetem dyrektora, mój pokój jest w tej chwili najbezpieczniejszym miejscem w Hogwarcie.

Harry zwalczył w sobie pragnienie warknięcia. Do tej pory współpraca McGonagall była niezbędna, ale teraz naprawdę żałował, że ich znalazła. Odwrócił się i spojrzał na Snape'a.

Twarz Snape'a była bez wyrazu.

– Harry – powiedział cicho – nie sądzisz, że minister będzie chciał się dowiedzieć, w jaki sposób to odkryłeś? Wciąż nie wymyśliliśmy przekonującego kłamstwa, które by to wyjaśniało. O ile nie chcesz wyjawić istnienia swoich wizji... – Zamilkł na moment. Harry zmarszczył na niego brwi. – Tak mi się wydawało. Albo atak Rosiera i Greybacka zawiedzie, co mi się wydaje najbardziej prawdopodobną opcją, a minister potem i tak się dowie o ich próbie, albo się powiedzie, a twoje ostrzeżenie sprawi, że będziesz wyglądał, jakbyś był z nimi w kontakcie. Gdyby nie to, że sam Hogwart został w tej chwili zaatakowany, to zostałbym z tobą i pomógł wymyślić jakąś wymówkę, ale w tej sytuacji naprawdę wydaje mi się, że najlepiej dla ciebie będzie, jeśli po prostu tutaj zostaniesz. Nie stracę cię. – W miarę jak mówił, jego głos robił się coraz głębszy, a twarz coraz bardziej zacięta.

Harry zamknął oczy i przecisnął słowa między zębami i gulą w gardle.

– Niech będzie. Powiadomię ministra o moich wizjach. Czy możemy już iść do sowiarni?

– To nie rozwiązuje problemu potencjalnego wroga w Hogwarcie – powiedział Snape.

– Niech was wszystkich... – Harry odwrócił się w kierunku drzwi i Snape rzucił na nie zaklęcie zamykające. Chwilę później oblazły je ciężkie, szkolne osłony. Harry obejrzał się przez ramię i zobaczył, że McGonagall płonie czerwonym i żółtym światłem. Opuściła rękę i rzuciła mu surowe spojrzenie.

– Jest pan najbardziej prawdopodobnym celem, panie Potter – powiedziała. – Może poza pańskim bratem, ale upewniłam się, że wokół jego pokoju w wieży Gryffindoru znajdują się równie mocne osłony. Ta wycieczka do sowiarni nie jest tak ważna jak upewnienie się, że nic się panu nie stanie.

– Ale przecież dzisiaj ktoś może zginąć przeze mnie! – Harry nie rozumiał, jak oni nie mogą tego zrozumieć. Zacisnął pięści i poczuł, jak jego furia się w nim przeciąga, choć to, na szczęście, był tylko zwykły gniew, a nie mroczna wściekłość, którą zamknął w lodowej klatce. – Rosier i Greyback mogą znaleźć drogę do więzienia i zabić tam strażników. A jak to im się nie uda, to pewnie zabiją z frustracji kogoś w ministerstwie. Czy do was nie dociera, że...

Harry.

Harry zamknął usta ze szczęknięciem, ponieważ to był Regulus, który może podda mu jakieś porządne argumenty.

Rozumiesz, że mam rację, prawda, Regulusie? Muszę iść. Zaczął zbierać w sobie siły, żeby przedrzeć się przez osłony Hogwartu. Jeszcze nigdy nie próbował robić tego w pokoju, w którym tak wiele z nich było rozbudzonych, ale był gotów spróbować. Tu chodziło o czyjeś życie, życie, które mógł uratować.

Nie, naprawdę mi się wydaje, że to oni mają rację, powiedział Regulus. Unieruchomienie sieci fiuu i aurorów wydaje się być atakiem takim wycelowanym prosto w ciebie. Czy to nie dziwny zbieg okoliczności, że stało się to akurat w noc, kiedy Voldemort planuje swój pierwszy rajd? Nie, naprawdę nie sądzę. Zostań tutaj, Harry.

– Jeśli ktoś na mnie poluje – powiedział na głos Harry – to pewnie najpierw ruszą w kierunku pokojów Slytherinu...

– Które również już zdążyłam otoczyć odpowiednimi osłonami – powiedziała McGonagall z nutą rozbawienia w głosie. – Aktywowałam je, kiedy jeszcze wydawało mi się, że jest pan bezpieczny w swoim pokoju wspólnym. Wygląda na to, że już musiał pan wtedy wyjść. Zapewniam pana jednak, jeśli cokolwiek grozi panu Malfoyowi i wszystkim pozostałym, to od razu się o tym dowiem.

Harry znowu się spiął. Odcinali wszelkie rozsądne, przekonujące argumenty, których mógłby przeciw nim użyć. To pozostawiało mu tylko walkę z osłonami i skok do sowiarni. Wolałby skoczyć do samego ministerstwa, ale Snape miał rację: kilka pokojów, które był w stanie sobie wyraźnie przypomnieć, na pewno było osłonięte przeciw aportacji, a próba skoku na tak potężny dystans, ze Szkocji do Londynu, kiedy się nie znało konkretnych, nieosłoniętych miejsc, było pewnym samobójstwem.

– Panie Potter – powiedziała McGonagall, której głos zrobił się nagle chłodny. – Proszę w tej chwili przestać. Osłony i tak są już osłabione, zarówno przez wyczyny Mulcibera, jak i podzielenie ich między mną a dyrektorem. Jak panu się wydaje, co się stanie, kiedy pan wyrwie w nich teraz dziurę?

Harry zaklął i obrócił się, tworząc gestem ręki drewnianą figurę i podpalając ją. Poczuł, jak McGonagall podskakuje, kiedy osłony drgnęły razem z nią, ale popioły i ogień nie sięgnęły jej ścian czy dywanu. Harry stworzył i spopielił jeszcze kilka figur, żeby ulżyć swojemu temperamentowi, po czym odwrócił się do nich z powrotem.

– Dobra – powiedział. – Zostanę tutaj. Zadowoleni? – On nie był, czuł jak serce mu wali na myśl o tych wszystkich ludziach, których mógł ostrzec, a którzy bez tego zginą, ale miał też swoje zobowiązania wobec innych. Pośród nich znajdowało się utrzymywanie samego siebie przy życiu, jak i nie rozrywanie na strzępy osłon, które ochraniały ich przed śmierciożercami.

– Bardziej niż sobie wyobrażasz – powiedziała McGonagall. Jej głos zrobił się cieplejszy. – Harry, czasami musisz najpierw wziąć pod uwagę swoje własne bezpieczeństwo i pozostawić innych ludzi ich własnym obowiązkom. Rozumiesz mnie?

Harry rozumiał. Po prostu tego nienawidził, tak strasznie, koszmarnie i z pasją.

Musiał się jednak w międzyczasie zająć czymś użytecznym, poza wydeptywaniem dziury w dywanie, albo spopielaniem kolejnych drewnianych figur. Odwrócił się do Skeeter, która wyglądała, jakby jej ulżyło, że uniknęła reszty przesłuchania. Skuliła się z powrotem, kiedy zobaczyła jego minę.

– Panno Skeeter – powiedział Harry, w którego głosie pojawił się każdy możliwy rodzaj fałszywej uprzejmości. – Skoro już jesteśmy na siebie skazani, to proponuję, żebyśmy ponownie omówili nasz układ.


Snape wydłużył krok jak tylko znalazł się daleko od Harry'ego. Opuścili gabinet McGonagall dopiero nad ranem, kiedy auror Feverfew zapukał do drzwi i zapytał skołowanym tonem, czy nic się nikomu nie stało i czy ktoś wie może, czemu ma wielkiego guza na głowie i nie pamięta niczego z ostatnich kilku godzin. Snape eskortował Harry'ego z powrotem do lochów, nie spuszczając go nawet na chwilę z oka, po czym powiedział, że idzie złapać choć chwilę snu przed rozpoczęciem zajęć. Harry kiwnął sennie głową, najwyraźniej mając w planach to samo.

Pokrwawiona twarz Harry'ego prześladowała go przez cały czas, kiedy czekał aż drzwi do pokoju wspólnego Slytherinu się zamkną do końca. Harry przez większość czasu nie zdawał sobie nawet sprawy z jej istnienia, poza mamrotaniem od czasu do czasu, że naprawdę wolałby, żeby Snape i McGonagall przestali się na niego z jej powodu gapić. Snape podejrzewał, że chłopiec powoli przyzwyczaja się do swoich wizji.

Wolałbym, żeby się nie przyzwyczajał.

Snape wiedział już, kogo sam podejrzewa o to całe zamieszanie z aurorami i siecią fiuu, i nie miał zamiaru pozwolić, żeby uszło mu to na sucho.

Zaczął rzucanie zaklęć jak tylko zatrzymał się przed drzwiami gabinetu profesora do obrony przed mroczną magią i zapukał uprzejmie do drzwi. Nie znalazł na aurorach śladu zaklęć, których się spodziewał, ale to nic nie oznaczało. Karkarow był dyrektorem Durmstrangu. Z pewnością znał i nauczał mrocznych sztuk, o których nawet nie słyszano w Hogwarcie.

Karkarow otworzył drzwi, przesłaniając dłonią ziewnięcie. Zamarł, kiedy zobaczył Snape'a, co dało Snape'owi czas na pochwycenie wzrokiem spojrzenia swojego starego towarzysza broni i wdarcie się do jego umysłu legilimencją.

Stanął pośród tego, co reprezentowało umysł Karkarowa: głęboki, sosnowy las, w którym powietrze było gęste od powoli sunącej mgły. Wspomnienia mijały go, w żaden sposób niestrzeżone, więc Snape pochwycił jedno z nich.

Koszmar, sen o Voldemorcie przyzywającym swoich śmierciożerców. Snape z niemałym trudem rozpoznał w scenerii jeden z opuszczonych domów, których używali jako kwater głównych przed upadkiem Mrocznego Pana. Karkarow pamiętał, jak dygotał na podłodze, czując konwulsje po wielu cruciatusach i zastanawiając się co on właściwie tutaj robi.

Snape wycofał się z koszmaru z warknięciem i chwycił za kolejny.

Bardziej normalny sen, bezsensowny ciąg żołnierzy maszerujących po mozaice.

Snape wyrwał się z niego i ruszył w głąb lasu z zamiarem znalezienia czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że Karkarow miał cokolwiek wspólnego z obezwładnieniem aurorów i wyłączeniem kominków. Wtedy jednak umysł Karkarowa zaczął mu stawiać opór, naciskając na niego, a zimna mgła owinęła się wokół jego nóg, starając się go wypchnąć na zewnątrz. Snape wiedział, że mógłby zostać na miejscu, ale nie bez uszkadzania pamięci krótkotrwałej swojej ofiary.

Otrząsnął się z transu i skupił wzrok na zaskoczonej i oburzonej twarzy drugiego mężczyzny.

– Można wiedzieć, co ty wyprawiasz, Severusie? – syknął Karkarow. Skrzyżował ręce na piersi, jakby miało to w jakiś sposób ochronić go przed kolejnymi atakami na jego umysł. – Mówiłem ci przecież, nie służę już Mrocznemu Panu. Nie służyłem mu od ostatniej wojny. Co to miało być?

Snape przymrużył oczy. To prawda, Karkarow pamiętał tylko sny, które pozostały mu na powierzchni umysłu i w dodatku nigdy nie był za dobrym aktorem. Miałby problemy z ukrywaniem swoich prawdziwych intencji, gdyby naprawdę zamierzał zdradzić szkołę. Wspomnienia ataków na aurorów z pewnością znajdowałyby się gdzieś pośród tych, które Snape przeglądał.

– Zeszłej nocy ktoś przypuścił atak na aurorów, którzy patrolują naszą szkołę – powiedział chłodno. – Aurorów, którzy są tutaj, by strzec Harry'ego Pottera, który jest, jak wiesz, moim wychowankiem. Pamiętam stare rajdy, Igorze, i pamiętam, że zwykle twoim właśnie zadaniem było pozbywanie się strażników i innych rodzajów ochrony, których nie chciało się zabijać Mrocznemu Panu. – Ponieważ do niczego innego się nie nadawałeś, dodała jego pamięć w cichej złośliwości.

Karkarow zarumienił się, jakby usłyszał te przepełnione kpiną słowa.

– Ale się zmieniłem – wypalił. – Zapytaj swojego wychowanka, w końcu odbył ze mną już kilka rozmów na ten temat. – Wyprostował się dumnie, co było niedorzeczne w tej sytuacji, ponieważ był niższy od Snape'a. – Miałem czternaście lat na tą decyzję i tak, doszedłem do wniosku, że nie podoba mi się życie kogoś naznaczonego – czy Naznaczonego – i wiecznie gotowego do ucieczki. Jeśli... jeśli Mroczny Pan naprawdę wraca, to chcę pomóc w walce z nim. – Zakończył z dreszczem, ale oczy płonęły mu z determinacji, którą Snape musiał uszanować, nawet jeśli jeszcze nigdy jej w nim nie widział.

Snape stłamsił w sobie warknięcie. Harry nawet mi nie wspomniał, że z nim rozmawiał. To wyjaśnia przynajmniej, czemu Harry nie wspomniał ani razu, że go podejrzewa. Pewnie w ogóle znalazł się poza jego kręgiem podejrzeń.

Ale niby czemu? Przecież to były śmierciożerca o koszmarnej reputacji...

Czyli ktoś taki jak ty, Severusie?

Snape syknął i odsunął się od drzwi. Pragnął znaleźć coś niewłaściwego w historii Karkarowa, ale jego własna legilimencja podpowiedziałaby mu, gdyby mężczyzna kłamał i naprawdę mu się wydawało, że tak nie było.

Ludzie naprawdę mogą się zmienić, jak im dać ponad dekadę.

Snape wyrzucił tę myśl z głowy, bo znajdowała się zaledwie o krok od tego rodzaju sentymentalnego bezsensu, który czuł, kiedy czekał na osąd Wizengamotu, i skupił się na czymś ważniejszym. To znaczy, że w szkole znajduje się ktoś jeszcze, kto chce skrzywdzić Harry'ego.

– Jeśli odkryję, że w jakiś sposób skrzywdziłeś Harry'ego, Igorze... – szepnął.

– Znajdziesz mnie i zabijesz. Wiem. – Karkarow wyglądał na znudzonego, kiedy zamykał drzwi.

Snape powrócił do swoich pokojów, mimo, że wciąż był zanadto spięty na to, żeby zasnąć. Wciąż miał do ocenienia wyjątkowo koszmarny zbiór esejów z eliksirów, napisany głównie przez trzeciorocznych Puchonów, niewątpliwie najdurniejszą klasę w tej szkole. Ci na czwartym roczniku i powyżej mieli już jakieś pojęcie o eliksirach, ci na pierwszym i drugim byli pod zbyt wielkim wrażeniem, żeby robić coś wybitnie głupiego, ale Puchoni z trzeciego roku zdawali się być bandą szaleńców, zapisujących w swoich esejach każdą bzdurę, jaka im akurat przyszła do głowy.

Ocenianie ich go uspokoi bardziej niż cokolwiek innego będzie w stanie, do tego wprowadzi go w odpowiedni nastrój przed rozpoczęciem zajęć.


Tego ranka Harry spodziewał się spojrzeń. Przed wypuszczeniem Skeeter, podyktował jej artykuł, który chciał zobaczyć tego dnia w gazecie. Pomaszerował rezolutnie do stołu Slytherinu, pozornie wszystkich ignorując, ale tym razem nasłuchując uważnie mamrotania, które się rozlegało wokół niego.

Zajął swoje miejsce z lekkim uśmiechem. Większość szeptów było jakąś wersją "On na serio chce to zrobić?". Większość uczniów jednak widziała też pokaz Wielu sprzed dwóch tygodni i zdawało sobie sprawę z tego, że tak, podchodzi do tego zupełnie serio. Harry nalał sobie szklanki soku z dyni, zauważając z zadowoleniem, że ręce mu się nawet nie trzęsą. Rozgłos nie był taką złą rzeczą, kiedy był w stanie go kontrolować.

A muszę zacząć to robić. Voldemort rozkłada skrzydła i szykuje się do lotu. Muszę zrobić to samo.

– Nie mów, że naprawdę miałeś to na myśli – powiedziała Milicenta, uderzając gazetą w stół przed nim.

Harry zerknął spokojnie na nagłówek, który znajdował się na drugiej stronie.

HARRY POTTER CHCE WYZWOLIĆ MAGICZNE STWORZENIA

Autorka: Rita Skeeter

W ekskluzywnym wywiadzie, przeprowadzonym zeszłej nocy z Prorokiem, pan Harry Potter, sławny już ze swoich bohaterskich dokonań w trakcie tegorocznego Turnieju Trójmagicznego, wyznał, że strasznie współczuje magicznym stworzeniom zamieszkującym nasz czarodziejski świat.

Większość z nich jest spętana sieciami – wyjaśnił. – Sieci sprawiają, że robią się potulne, każą im nam służyć, powstrzymują je przed krzywdzeniem nas. Niektóre co prostsze sieci zmuszają je do zatrzymania się w miejscu po prostu po to, żebyśmy mogli na nie popatrzeć. Niemal wszystkie magiczne stworzenia, które do tej pory spotkałem, mają takie sieci: skrzaty domowe, jednorożce, centaury, widłowęże, morskie stworzenia... można praktycznie wymieniać bez końca.

Zapytany, kto narzucił sieci na te stworzenia, Potter wyjaśnił, że są one jeszcze z czasów antycznych.

Nie sądzę, żeby ważne było to, kto je narzucił – rzucanie na kogoś winy nie ma większego sensu – powiedział. – Najważniejsze teraz to pozbycie się tych sieci. Większość magicznych stworzeń i tak nie ma większego kontaktu z czarodziejskim światem, albo są chętne do podjęcia negocjacji pod tym względem.

Potter z pewnością coś wie na ten temat. Zeszłego maja uwolnił dementorów, odsyłając ich z powrotem do koszmarów, przez co ministerstwo musiało znaleźć nowych strażników do Azkabanu. Wyznał też, że uwolnił jednorożce, które zamieszkiwały Zakazany Las, znajdujący się na terenach Hogwartu i dodał, że planuje używać swojej potężnej mocy do niszczenia sieci, ponieważ uważa to za najważniejsze zadanie swojego życia...

– Pokaż mu lepiej artykuł na pierwszej stronie – jęknęła Pansy, dźgając Milicentę łokciem.

Milicenta przewróciła z powrotem stronę i Harry skrzywił się na widok tego nagłówka, który został napisany przez Melindę Honeywhistle.

WIĘZIENIE POD MINISTERSTWEM ZAATAKOWANE, UCIEKŁO DWÓCH ŚMIERCIOŻERCÓW

Harry przejrzał pobieżnie artykuł, klnąc pod nosem. Jedyna dobra rzecz, to że nikt nie zginął. Co prawda na to, że nikt też nie rozpoznał Rosiera i Greybacka jako atakujących, ale wszyscy zdawali się dość pewni tego, że ci włamali się z powodzeniem do więzienia i uwolnili Waldena Macnaira i Rabastana Lestrange'a.

Tak czy inaczej powinienem wysłać o tym list do Scrimgeoura, pomyślał, pocierając oczy. Teraz muszę tylko o tym pamiętać.

– To też ma coś z tobą wspólnego, co? – szepnął Draco, który dopiero co dołączył do niego przy stole.

– Oczywiście – powiedział Harry, wzdychając ciężko. Zerknął na Dracona z ukosa. – Wybacz, że nie zabrałem cię ze sobą, ale cóż, wszystko zaszło raczej niespodziewanie.

– Tak mi się wydawało – powiedział Draco, przechylając głowę i przyglądając się uważnie Harry'emu. – Gdybyś miał dość czasu na to, żeby mnie obudzić i wyjaśnić wszystko, ale tego mimo to nie zrobił, to byłbym zły.

Harry kiwnął głową, pojmując wiadomość i wagę, jaką do niej przykładał Draco. Usatysfakcjonowany, Draco odwrócił się i zabrał się za śniadanie.

Regulus zarechotał w jego głowie i powiedział coś koszmarnie nieokrzesanego, na co Harry nawet nie spróbował odpowiedzieć.

Sięgnął po talerz pełen wędzonych śledzi i odetchnął powoli. Nie tylko rzucane na niego spojrzenia tak go wytrącały z równowagi. Wydarzenia złapały go zeszłej nocy za kołnierz i pociągnęły za sobą, a teraz czuł się, jakby brał udział w wyścigach z Voldemortem, żeby zobaczyć, któremu z nich uda się zebrać więcej sojuszników w krótszym czasie.

I kto zdoła swoich utrzymać przy sobie, pomyślał Harry, przypominając sobie oczko, które Rosier mu puścił w wizji.

Przestań o nim myśleć. Przecież i tak jest szalony. Chce tylko sprawić, żebyś zaczął go uważać za kogoś istotnego. Co nie odpowiada na pytanie jak mu się właściwie udało cię zauważyć, ale z drugiej strony, to tylko jedno z wielu pytań względem jego, na które pewnie nigdy nie otrzymasz odpowiedzi.

Potter.

Harry podskoczył. Milicenta najwyraźniej już od kilku chwil starała się zwrócić na siebie jego uwagę, ponieważ pochylała się coraz niżej w jego kierunku, marszcząc brwi.

– Zapytałam, czy naprawdę masz to na myśli – powiedziała. – Czy naprawdę chcesz wyzwolić wszystkie magiczne stworzenia.

Harry z premedytacją zjadł śledzia zanim jej odpowiedział.

– Ewentualnie – powiedział. – Chyba wystarczająco szczegółowo wyjaśniłem w tym artykule, jak bardzo jest to skomplikowane. – Powiedział Skeeter, że naprawdę musi to zawrzeć w swoim artykule, bo nie chciał, żeby ktokolwiek uznał, że ma zamiar nastąpić na czyjąkolwiek wolną wolę podczas rozwiązywania sieci. – Wiem, na przykład, że nie mogę tak po prostu biegać i uwalniać wszędzie skrzatów domowych. Ich sytuacja pewnie będzie najcięższa do rozwiązania i najdłużej mi zajmie. Może poza wilkołakami – dodał, marszcząc brwi i przypominając sobie wilka Remusa, który warczał na niego z nienawiścią. – Możliwe, że umrę, zanim uda mi się osiągnąć wszystkiego, czego chcę. Ale to dobry początek i oznacza, że...

– Czyli to jest twój ostateczny cel. – Głos Milicenty był bezbarwny.

Harry zamrugał.

– No nie, nie ostateczny. Ale jeden z moich celów, tak. Chcę wyzwolić magiczne stworzenia. Wiedziałaś o tym. Czy wydawało ci się, że w imię tego porzucę twoją rodzinę? Nie mam takiego zamiaru. Jeśli potrzebujesz o tym powiedzieć...

– Wydawało nam się, że w ostatecznym rozrachunku staniesz po stronie Mroku – szepnęła Pansy, pochylając się w jego kierunku. – Albo przynajmniej po jednej z mrocznych, czystokrwistych rodzin. To są przecież twoi najbardziej znakomici i najbliżsi ci sojusznicy, w dodatku odebrałeś magię przywódcy Światła, Dumbledore'owi. Prędzej czy później zadeklarujesz się Mrokowi, nie?

Harry przymrużył oczy.

– Wygląda na to, że mamy mały problem – powiedział.

– Byłam na tym spotkaniu, Potter – powiedziała Milicenta niemal bezgłośnie, upewniając się, że te słowa nie dotrą go nikogo poza nią, Harrym, Pansy i Draconem. – Wiem, że obiecałeś Arabelli Zabini, że nigdy nie staniesz się Świetlistym Panem.

– Owszem – powiedział Harry. – I mam zamiar dotrzymać tej obietnicy.

– No ale w takim razie – powiedziała Pansy – czy to nie znaczy, że musisz zostać...

– Nie, tak naprawdę to nie – powiedział Harry, wracając do swojego śniadania.

Nie przestali się na niego gapić. Tym razem Harry celowo nie podnosił wzroku, bo był nimi zirytowany. Byłem pewien, że zrozumieją. Milicenta przecież powinna, słyszała jak mówiłem, że ludzie są dla mnie ważniejsi od magii. A może rozumieją, ale i tak im się wydaje, że wiedzą lepiej. Podejrzewam, że głupotą było przypuszczanie, że czaszki niektórych mrocznych czarodziejów okażą się cieńsze od niektórych świetlistych.

Skończył śniadanie i pośpiesznie udał się na eliksiry. Po drodze układał w głowie list do Scrimgeoura. Nie tylko wspomni w nim imiona Rosiera i Greybacka, jak i ostrzeże go przed potencjalnymi rajdami, jakie Greyback może przypuścić na północy, czy instrukcji, jaką Macnair i Rabastan otrzymali względem udania się na poszukiwania książek – już wymyślił, w jaki sposób ukryć swoje źródło informacji, przecież Scrimgeour już wiedział, że Harry ma przyjaciela, który nazywa siebie Dziecięciem Gwiazd i który czasem wysyłał mu ostrzeżenia – ale chciał też ostrzec Scrimgeoura przed czymś jeszcze. Chciał być wobec niego sprawiedliwy i poinformować go, że naprawdę życzy sobie zniesienia praw anty–wilkołaczych. Artykuł, który napisała Rita, był deklaracją wojny, ale takie formalne ogłoszenie było wciąż uprzejme.

Spojrzenia go odprowadzały, podobnie jak przeciągłe, pośpieszne szepty. Harry zadarł głowę do góry, odsuwając od siebie swoją zgrozę związaną ze ściąganiem na siebie uwagi.

Właściwie to już nie mogę się tego doczekać, pomyślał. Pansy, a poprzez nią i Dragonsbane, mieli na swój sposób rację. Skoro ci wszyscy ludzie chcą mi podarować tę moc, to nawet, jeśli jest ona zmienna i nie warta polegania na niej, to robią to z własnej woli i z własnej woli w każdej chwili mogą mi ją odebrać. Powinienem skorzystać z mojej sławy, żeby w jak najlepszy sposób przysłużyć się moim sojusznikom.