Rozdział, w którym Harry przekonuje się, że szturchnął kijem gniazdo szerszeni.
Rozdział pięćdziesiąty pierwszy: Zaniepokojony świt
Milicenta czekała, cierpliwie, z rękami złożonymi na podołku. Uważała, że jej rodzice byliby z niej dumni. Matka powiedziałaby, że jej córka okazuje spokojną determinację, która powinna być zaletą każdej dobrej, czystokrwistej czarownicy, a ojciec wyczułby jak szybko pracuje jej umysł i pochwaliłby kiwnięciem głowy to, jak dobrze się z tym kryje.
Ciało Milicenty było cierpliwe, ale w jej umyśle faktycznie wrzało, kiedy przechwytywała nowe pomysły i wyciągała je na siłę naprzód.
Wiedziałam, że Harry może mieć jakieś sojusze pośród magicznych stworzeń. Oczywiście, że tak. To nie jest takie znowu zaskakujące.
Ale wydawało mi się, że chciał uwolnić tylko... centaury, jednorożce i inne, które może i są śliczne, ale tak naprawdę się do niczego nie nadają. Nie miałam pojęcia, że okaże się na tyle szalony, żeby rozważać uwolnienie skrzatów domowych.
Drzwi, których nasłuchiwała, wreszcie się otworzyły. Milicenta wyprostowała się lekko i spojrzała w kierunku schodów. Draco zszedł pierwszy, oczywiście, z głową odwróconą do tyłu, bo mówił do Harry'ego, który szedł za nim. Harry był nieco bardziej ostrożny niż wczoraj. Najwyraźniej powoli zaczynało do niego docierać, że nie wszyscy powitają jego obwieszczenie z szerokimi uśmiechami i poddańczymi gestami.
– Potter – powiedziała Milicenta, nie sugerując niczego swoim tonem. Po prostu zwróciła się do niego po nazwisku, żeby Harry wiedział, że jest na niego zła. – Chcę z tobą porozmawiać.
Draco odwrócił się, stając między nią a Harrym niczym jakiś cholerny smok. Milicenta wywróciła oczami. Przecież jemu nie trzeba ochrony przed innymi Ślizgonami. A ja chcę mu zadać tylko kilka prostych pytań.
– Oczywiście, Milicento – powiedział Harry, wychodząc zza Dracona. Jego mina była pozbawiona wyrazu, bardziej neutralna niż zwykle, ale jego głos był absolutnie uprzejmy. – O czym chciałaś ze mną porozmawiać?
– Och, doskonale wiesz. – Milicenta założyła ręce na piersi.
– Obawiam się, że nie. – Harry wyglądał, jak kiedyś, jeszcze podczas drugiego roku, a kompletny brak jakichkolwiek emocji w jego głosie tylko pogłębił to wrażenie. – To ty zaczęłaś tę rozmowę, więc dobry zwyczaj nakazuje, żebyś to ty przedstawiła jej meritum.
Milicenta wzięła głęboki oddech. Rozmowa w tak bezpośredni sposób była sprzeczna z jej wszystkimi, ślizgońskimi instynktami, ale niewielu ludzi miało okazję teraz usłyszeć tę rozmowę, bo większość już była na śniadaniu. Doprawdy, chłopcy zawsze się na nie koszmarnie spóźniają.
– O twojej małej deklaracji wojny, którą ogłosiłeś wczoraj w gazetach – powiedziała. – Chcę się dowiedzieć, czy naprawdę masz zamiar uwolnić skrzaty domowe.
Harry przechylił głowę.
– Zamierzam zrobić wszystko, o czym mówiłem w tym artykule, Milicento.
Nie działa. Milicenta przymrużyła oczy.
– Chcę poznać twój harmonogram, Potter. Kiedy masz zamiar uwolnić skrzaty domowe?
– Nie wiem – powiedział Harry. – To zależy od indywidualnych życzeń czarodziejów, na których to bezpośrednio wpłynie. – Jego twarz ożywiła się lekko, a Draco, który do tej pory wyglądał, jakby był gotów przekląć Milicentę, rozluźnił się nieco. – Chcę przekonać wszystkich do wypuszczenia ich na wolność, albo zdobyć ich zgodę na przecięcie ich sieci.
– A nie potrzebujesz do tego zgody samych skrzatów? – Milicenta zmusiła się do rozbawionego tonu. – Chyba ci się przyda, skoro tak strasznie ci zależy na ich zdaniu.
– Mają na sobie sieć, która sprawia, że wydaje im się, że lubią służbę, a także inną, która zmusza ich do niej. – Wzrok Harry'ego miał w sobie głęboką klarowność, której jeszcze nie widziała w jego oczach, nawet tamtego dnia, kiedy wybrali się do lasu i zahaczyli po drodze o to niewielkie gniazdo węży. – Kiedy ich spod nich uwolnię to, tak, chcą być wolne. Jeden ze skrzatów pana Malfoya miał naruszoną sieć, dzięki której miał więcej wolnej woli od innych. Błagał mnie, żebym go uwolnił. Tak zrobiłem.
Milicenta poczuła, jak zgroza płynie jej żyłami. Jeśli Harry miał rację, to skrzaty domowe prawdopodobnie ogłoszą wojnę przeciw czarodziejom i czarownicom, jak tylko zostaną uwolnieni spod swojej sieci, w zemście za ich długą niewolę.
– Ale to... zbyt wiele zmieni. – Milicenta machnęła ręką wokoło, pokazując otaczających ich pokój wspólny Slytherinu. – Czy ty w ogóle masz pojęcie, jak wiele w Hogwarcie wykonują skrzaty domowe, Potter?
– Mam na ten temat pewne pojęcie, tak – powiedział Harry. Milicenta często uważała co za nieznośnego gnoja, ale teraz myślała tak jeszcze bardziej, bo on po prostu nie dawał jej się rozzłościć. – Przeprowadziłem własne badania, kiedy szukałem sposobów na uwolnienie Zgredka. Gotują nam posiłki, robią nasze pranie, czyszczą nasze sypialnie i wszystkie inne pomieszczenia, pilnują, żeby kominki płonęły, zajmują się kurzem, zabierają wszelkie przedmioty, których już nie potrzebujemy, zapalają pochodnie, zwracają zgubione przedmioty ich prawowitym właścicielom, dbają o nasze...
– No to widzisz chyba – przerwała mu Milicenta – jak wielkie zmiany masz zamiar tutaj wprowadzić. – Dreszcz ją przeszedł na myśl, co by się stało w nocy, kiedy urodziła się Marian, gdyby nie mieli skrzatów domowych, które by przebrały jej matkę i zmieniły pościel. Matka mogłaby umrzeć zanim ktokolwiek miałby czas ją uratować. – Nie możesz chcieć czegoś takiego, Potter. Przecież też czerpiesz korzyści z ich pracy.
– Wiem – powiedział Harry. – Jestem równie winny co wszyscy. I jedyne, co mogę w tej chwili zrobić, to przekonywać czarownice i czarodziejów, że wszystko będzie lepsze, jeśli tylko uwolnią swoje skrzaty.
– Ale nikt się przecież na to nie zgodzi – powiedziała Milicenta. – W dodatku, Potter, gdybyś naprawdę tego chciał, to mógłbyś uznać uwalnianie skrzatów jako cenę, którą trzeba by zapłacić, żeby przyłączyć się do twojego sojuszu. Albo mógłbyś użyć swojej magii, żeby zmusić innych do uwolnienia ich. – Domyślała się, że popycha tę rozmowę w głupim kierunku, ale chciała zrobić cokolwiek, żeby przebudzić Harry'ego z tej spokojnej kontemplacji. Nie mógł zdawać sobie ze wszystkich powikłań, jakie nastaną po tej zmianie. Po prostu nie mógł.
Harry zamarł na moment. Wreszcie coś zapłonęło w jego oczach, ale nie była to emocja, którą Milicenta chciała tam zobaczyć. Zamiast tego, w jego oczach pojawiła się złość i coś w rodzaju pogardy, jakby się zbierał w sobie do udzielenia jej reprymendy, mimo że dobrze rozumiał motywację, która ją popchnęła do zrobienia tego, co zrobiła. Milicenta czasem widziała to spojrzenie w oczach swojej matki, kiedy była dzieckiem. Zawsze go nienawidziła.
– Nigdy bym nie zrobił czegoś takiego, Milicento – powiedział cierpkim tonem Harry. – Przecież o to właśnie w tym wszystkim chodzi, żeby nie tłamsić niczyjej wolnej woli. Jeśli jakaś rodzina zgłosi się do mnie z własnej woli, żebym uwolnił ich skrzaty domowe, to z przyjemnością się tego podejmę. W każdym innym przypadku będę się najwyżej uciekał do perswazji.
– Ale w ten sposób nie wygrasz. – Milicenta wbiła gwóźdź swojego ostatecznego argumentu, naciskając ostro na ostatnie słowo. Nie mogła ścierpieć myśli, że Harry będzie przelewał połowę swojej mocy i czasu na tak beznadziejną sprawę. Przecież przed nim było tak wiele bitew jeszcze do stoczenia, walk, które będą wymagały całej jego koncentracji i uwagi.
Harry prychnął na nią.
– Tego nie wiesz – powiedział. – Może wygram. – Wyminął ją i ruszył do drzwi. Kiedy wychodzili z pokoju wspólnego, Draco zaczął rozmawiać z nim o Karkarowie.
Milicenta gapiła się za nim. Wciąż wydawało jej się, że ta sprawa była beznadziejna, że Harry z pewnością w niej polegnie. Skrzaty domowe nie były towarem luksusowym, były niezbędne do utrzymania w ładzie takich miejsc jak Hogwart czy domy czystokrwistych. Była pewna, że przegra.
Z drugiej jednak strony, wydawało jej się też, że uzna swoje więzi z rodziną Bulstrode za ważniejsze, niż do tej pory to okazywał, albo że ponad wszystko zawsze będzie wybierał przede wszystkim stronę swoich mrocznych, czystokrwistych sojuszników, a dopiero potem kogokolwiek innego. Przecież póki co to oni zaoferowali mu najwięcej. Przecież musi się czuć w jakiś sposób winny, musi czuć, że powinien im to w jakiś sposób wynagrodzić. Ale w tym wypadku też się myliła.
Przez chwilę wyobrażała sobie przyszłość, w której Harry wygrał i zmienił jej rodzinę wraz z resztą świata, sprawiając przy okazji, że im się spodobała ta zmiana. I nie osiągnie tego przymuszając kogokolwiek, czy używając swojej magii w jakikolwiek inny sposób do zmuszenia kogoś do czegoś. Po prostu osiągnie to wszystko z ich pełną kooperacją.
Milicenta zadrżała i przełknęła ślinę. Następnie ruszyła w kierunku sowiarni. Przegapi śniadanie, ale musiała wysłać list do ojca. Naprawdę potrzebowała w tym momencie kilku słów pocieszenia od niego. Pod tak wieloma względami myliła się co do Harry'ego. Może on widział te sprawy w innym świetle.
Powiedział przecież, że nie możemy go stracić, choćby nie wiem co. Wydawało mi się, że chodziło mu, że nie możemy pozwolić sobie na to, żeby Harry zginął w jakiejś bitwie, albo przeszedł na stronę świetlistych rodzin, ale może chodziło mu o to, że nie możemy go stracić przez wzgląd na to, co może dla nas zrobić, a nie tylko przez to, co może zrobić dla kogokolwiek innego. W dodatku zrobiłby to dla nas z naszym pełnym wsparciem i współpracą.
Milicenta przyśpieszyła kroku. Zapyta się.
Pansy gardziła taktyką Milicenty. Nie pojmowała, czemu tamtej się wydawało, że pokój wspólny to dobre miejsce do porozmawiania z Harrym. Przecież to kompletnie niewłaściwe otoczenie. Oczywiście, że Harry urwie rozmowę w połowie, przecież nie będzie chciał się spóźnić na zajęcia. No i oczywiście, że powie takie rzeczy, cokolwiek jej wtedy nagadał, że twarz Milicenty nabrała niezdrowo bladego koloru.
W dodatku rozmawiali w towarzystwie Dracona. To był największy błąd. Harry zawsze odzywał się z większą pewnością siebie, kiedy był przy nim Draco. Pansy uważała, że przy nim był gotów mówić rzeczy, których może nawet nie miał na myśli. Jakby go odrobinę przycisnąć, to z niewielką pomocą szczęścia i lekkim podstępem może zdołają z niego wyciągnąć wszelkie wątpliwości, które może w sobie tłamsić.
Przyciśnięcie będzie musiało pochodzić od samej Pansy, ale szczęście przyszło, kiedy profesor Karkarow wypuścił ich wcześniej z zajęć obrony przed mroczną magią, więc nie musieli się specjalnie śpieszyć na następne zajęcia. Podstęp udał się z pomocą Blaise'a, który wciąż przez większość czasu wywracał oczami, kiedy musiał przebywać w towarzystwie Harry'ego i Dracona jednocześnie. Pansy nakłoniła go do pozostania nieco z tyłu i zadania Draconowi serii schlebiających mu pytań. Draco, zaskoczony nowiną, jakim był Blaise, który najwyraźniej chciał wysłuchać tego, co ten miał do powiedzenia, dał się na to nabrać równie szybko co charłaczna dzierlatka zauroczona w czystokrwistym czarodzieju.
To zostawiło Harry'ego samego, nasłuchującego ich jednym uchem z rozbawieniem. Pansy zrównała z nim krok, niby przypadkiem.
– Harry.
Harry poderwał głowę, przerzucając na nią wzrok, po czym, ku jej zaskoczeniu, zamknął oczy i jęknął.
– No nie, ty też – mruknął.
Pansy przymrużyła oczy. Czy ktoś już go złapał w ten sposób samego?
– O czym ty mówisz?
– Ty też chcesz ze mną porozmawiać o tym cholernym artykule – powiedział Harry. – Nawet nie mów, że nie. Wszyscy chcą ze mną dzisiaj rozmawiać wyłącznie o tym, poza Draco. – Zmarszczył na nią brwi. – No, powiedz, co ci chodzi po głowie. Jestem pewien, że uważasz, że chcesz się ze mną podzielić kilkoma światłymi uwagami, nawet jeśli one się w niczym nie różnią od wszystkich innych, jakie już dzisiaj usłyszałem.
Pansy potrząsnęła głową. Nie miała zamiaru się wycofywać tylko dlatego, że została przyłapana na gorącym uczynku.
– Chciałam się tylko zapytać po co się tym w ogóle przejmujesz, Harry. Potrafię zrozumieć sojusz z niektórymi magicznymi stworzeniami, na przykład tymi, które przydadzą ci się w wojnie, no i oczywiście, że nie będę kwestionować twojej pracy nad wilkołakami. Przecież to dzięki niej moja matka może znaleźć jakiś sposób na ucieczkę od swojej klątwy. – Ostatnie zdanie wymówiła cichym tonem; kondycja Hawthorn Parkinson wciąż nie należała do wiedzy powszechnej, inaczej już dawno ministerstwo wysłałoby do niej pismo, zmuszające ją do stawienia się i rejestracji. – Ale żeby wszystkie? Serio? Czemu? Nie rozumiem. – Och, rozumiem, ale całe to gadanie o wolnej woli to romantyczne bzdury, których się po prostu po nim nie spodziewałam. Nigdy przecież nie okazał żadnej chęci zaoferowania "wolnej woli" świetlistym rodzinom, no i przecież nie wybiegnie zaraz ze szkoły, rwać sieci na prawo i lewo. Tu musi chodzić o coś innego. Rozumiem, że ujął wszystko w słowa w artykule tak, żeby dobrze w nim wypaść, ale jego prawdziwy motyw naprawdę musi leżeć gdzie indziej.
Gniew Harry'ego się rozmył. Pansy zastanawiała się, co takiego powiedziała i czy przypadkiem nie powinna spróbować się do tego odwołać w przyszłości. To prawda, oczywiście, że Draco powiedział Harry'emu o tym, że go kocha i że obaj to jakoś przetrwali, ale Pansy nie była w stanie imitować jego sztuczek, którymi Draco go uspokajał – nawet jeśli czasami Harry'emu nudziło się przebywanie wyłącznie w obecności Dracona i nie zaczynał szukać towarzystwa kogokolwiek innego.
Głos Harry'ego wyrwał ją z rozmyślań.
– Chcę zaoferować wolność tak wielu ludziom jak tylko będę w stanie, Pansy. To włącza świetliste rodziny i świetliste magiczne stworzenia, czy takie, które chcą być wolne, ale nie chcą walczyć u naszego boku – tak długo, jak ich wizja wolności nie następuje na wolność kogoś innego, oczywiście. Jeśli to zrobią, albo jeśli przyłączą się do Voldemorta i będą walczyć u jego boku, to też uznam ich za wrogów. Ale przecież nie będę wiedział, póki ich nie zapytam, prawda? – Zamilknął i po chwili dodał: – Właśnie dlatego postanowiłem wydać ten artykuł. Wszyscy zasługują na to, żeby dowiedzieć się o tym, co nadciąga. Nie chcę się zakradać pod tym względem do ludzi, nie w tej sprawie. Chcę, żeby wiedzieli, o czym mówię, o co ich proszę i jakie są moje poglądy. – Uśmiechnął się. – Do niczego nie podchodzę tak poważnie jak do oferowania jak najwyższej ilości możliwości tak wielu ludziom jak to tylko możliwe.
Pansy przygryzła wargę. Chciała zapytać Harry'ego, czemu tak nagle postanowił wyjść z tym wszystkim na światło dzienne, po tym jak tyle czasu się z tym krył. Ale to nie był jej główny problem.
– Czyli nie chcesz tego zrobić, bo to ci się może w jakiś sposób potem przydać – powiedziała.
Harry pokręcił głowa.
– Chcesz to po prostu zrobić dlatego, że to słuszne? – Pansy nie była pewna, jak się czuje pod tym względem. Jasne, wiedziała, że Harry nie był jakimś durnym Gryfonem, ale wydawało jej się, że od czasu, kiedy ukradł staremu durniowi kawałek jego magii, to zachowywał się bardziej ślizgońsko niż kiedykolwiek. A jeśli nie był, jeśli naprawdę chciał zrobić to, co większość ludzi postrzegała jako słuszne, to zastanawiała się, czy docierało do niego, jaki kreuje sobie wizerunek w oczach czarodziejskiego świata. Światło często było synonimem "dobra" w większości umysłów czarodziejów, nawet jeśli tego nie oznaczało. Mroczne rodziny i czarodzieje były w mniejszości w politycznym świecie już od bardzo dawna. Jeśli Harry w jakikolwiek sposób podda się Światłu, to wkroczy do świata ograniczeń i niewoli, które nie wypuszczą go tak łatwo.
Harry pokręcił głową.
– Nie ma odpowiedniego słowa na to, co chcę zrobić. Mam wrażenie, że vates jest temu najbliższy. Czy istnieje vates, który zajmuje się czarownicami i czarodziejami równie chętnie co magicznymi stworzeniami? – Wzruszył ramionami.
– Ale vates to ktoś, to wyzwala magiczne stworzenia. – Pansy nadrobiła trochę lektur w czasie lata, ponieważ jej matka nalegała, żeby ponownie i w nowym świetle przyswoiła sobie kilka kluczowych konceptów. Wyciągnęła z tego więcej wniosków pod względem historii tego, w jaki sposób mroczne rodziny stopniowo na przestrzeni wieków traciły władzę polityczną, ustępując świetlistym rodzinom i to okazało się ciekawsze od historii Mrocznych Panów i Pań. – Tyle jeszcze wiem.
Harry wzruszył po raz kolejny ramionami.
– Powiedziałem ci, na to w sumie nie ma nazwy. Wolność i możliwości, chcę te zaoferować nawet tym, którzy staną przeciwko mnie. Przynajmniej będą wiedzieli, co robią. A jeśli postanowią ze mną walczyć, to odpowiem im tym samym i przynajmniej będę miał czyste sumienie.
Pansy powoli pokręciła głową. Nie była pewna, czy to było lepsze, czy gorsze od tego, co podejrzewała, że Harry robi: zachowuje się jak Ślizgon i ktoś po stronie Mroku.
– Pamiętaj, jeśli zrobisz coś, co się gazetom nie spodoba, to równie chętnie cię obedrą żywcem ze skóry co będą bić ci brawo, a w tej chwili rozwścieczyłeś naprawdę strasznie wielką ilość ludzi – wymamrotała.
– Wiem – powiedział Harry. – Właśnie dlatego nie mam zamiaru polegać wyłącznie na gazetach. – Odwrócił się i płynnie zwolnił kroku, pozwalając Draconowi się dogonić. Draco rzucił Pansy podejrzliwe spojrzenie.
Pansy powiedziała już to, co chciała powiedzieć. Ruszyła dalej korytarzem, zastanawiając się nad tym wszystkim. Być może powinna wysłać sowę do matki i poprosić ją o opinię, ale miała wrażenie, że wie, co Hawthorn jej powie, ponieważ wiedziała, co powiedziałby jej Dragonsbane. Pod tym względem i zawsze wychodząc z założenia, że Harry był szczery i wbrew pozorom wiedział, w jaki sposób funkcjonuje świat, jej rodzice mówili to samo.
Zostaw go w spokoju. Nikt na świecie nie jest w stanie zrozumieć magii, którą operuje czarodziej, poza nim samym. W dodatku, czy naprawdę ci się wydaje, że byłabyś w stanie go powstrzymać?
Pansy pokręciła ponuro głową. No dobra. Więc ten projekt jest znacznie większy, a Harry bardziej skomplikowany, niż mi się kiedykolwiek wydawało. Miałam wrażenie, że naprawdę stawał się bardziej ślizgoński, czerpiąc korzyści z własnej sławy i pożerając magię Dumbledore'a, ale może to były po prostu kroki na znacznie dłuższej drodze. A wygląda na to, że nawet go nie obchodzi, czy nie umrze, zanim nie dotrze do jej końca.
Lepiej go zostawić własnym planom.
Dodała jednak jeszcze jedno zdanie pod koniec tych rozmyślań, choć miała wrażenie, że z tym akurat jej rodzice by się nie zgodzili. I robić co tylko w mojej mocy, żeby mu w tym pomóc.
Harry westchnął i wyciągnął swój talerz spod popiołów, które pozostawił po sobie już ósmy wyjec, który otrzymał tego wieczora. Jadł dalej z determinacją, podczas gdy czyjś głos wydzierał się na niego, latając mu wokół głowy i żądając wyjaśnień na temat tego, co on sobie wyobrażał, oczekując, że czarodzieje tak po prostu poddadzą swoje skrzaty domowe.
Przez cały ten czas Regulus komentował wszystko sarkastycznie w jego głowie. Oczekując raczej, że nie wszyscy będą takimi nadętymi dupkami i po prostu nauczą się prostych zaklęć czyszczących.
Harry zdołał się uśmiechnąć krzywo, ale był znacznie mniej rozbawiony niż to okazywał. Przynajmniej Draco i Regulus byli w stanie to wyczuć. Regulus wydał z siebie dźwięk przepełniony sympatią, a Draco pochylił się w jego kierunku.
– Coś się stało? – szepnął.
– Nie spodziewałem się, że wszyscy zwrócą na mnie aż tyle uwagi – odszepnął Harry.
Wciąż był przekonany, że ten artykuł był najlepszą rzeczą, jaką mógł zrobić poprzedniego dnia i że jego możliwi przeciwnicy zasługiwali na to, żeby wiedzieć co planuje, zanim przystąpi do działania, tak żeby byli w stanie na to odpowiednio zareagować. Polityczne machinacje mogą się dziać w ukryciu, tak samo jak zwykłe sojusze. Ale to, co Harry chciał osiągnąć, było znacznie ponad to, dlatego nie miał najmniejszych intencji krycia się z tym, że pragnął wolności dla magicznych stworzeń.
Wyglądało jednak na to, że nie docenił tego, jak wielu czarodziejów nie chciało uwolnienia magicznych stworzeń.
Zastanowił się przez moment, z niesmakiem, jak wiele wyjców już otrzymał tego dnia.
Trzydzieści dwa, odpowiedział szybko Regulus. Do tego odbyłeś siedemnaście rozmów, w których musiałeś się tłumaczyć z tego, o co ci chodziło i otrzymałeś jakieś siedemset dziwnych spojrzeń.
Harry kiwnął głową. Następnie westchnął, kiedy kolejna sowa pocztowa podleciała do ich stołu, zastanawiając się, kto tym razem mógł do niego napisać. Przynajmniej ta koperta nie była czerwona.
Wylądowała obok niego i Harry'emu na chwilę dech zaparło, kiedy rozpoznał oficjalny herb ministerstwa na lakowej pieczęci. Oczywiście, że Scrimgeour odpisze mu w ten sposób, zamiast jako szef biura aurorów. Harry wciąż zapominał o jego nowej pozycji, mimo, że sam, na swój sposób, pomógł mu ją osiągnąć. Scrimgeour był zajęty sprzątaniem ministerstwa na wszystkich szczeblach, zwalniał i zatrudniał ludzi jak szalony i nie miał jeszcze czasu na poświęcenie uwagi zewnętrznemu światowi czarodziejów, może poza najważniejszymi sytuacjami, jak te wypadki, które miały miejsce po drugim zadaniu.
Otwierając list, Harry zastanawiał się, czy jego wiadomość o możliwych atakach śmierciożerców tego jakoś nie zmieni i nie skłoni ministra do poświęcenia uwagi gdzie indziej.
Drogi panie Potter,
Chciałbym podziękować za pańskie bezcenne ostrzeżenia. Wspomniał pan, że pański niebezpieczny przyjaciel ryzykował życiem, żeby zdobyć te informacje i jestem gotów w to uwierzyć. Teraz, kiedy wiemy już, że jednym z atakujących był Fenrir Greyback, możemy się domyślić, w jaki sposób udało im się spenetrować osłony otaczające więzienie. Nie zostały one przygotowane na nos wilkołaka. To zostało już naprawione. Jeśli chodzi o ataki na północy, ostrzeżemy mieszkające na północy rodziny, ale nie możemy zrobić nic więcej, póki nie dostaniemy szczegółów. Proszę, niech pan mi da znać, jeśli dowie się pan czegoś więcej.
Muszę przyznać, że byłem raczej zaskoczony pańskich artykułem we wczorajszej gazecie. Nie powinienem był być, ponieważ wyrobił pan już sobie renomę wyskakiwania z nagłymi i szokującymi wieściami, ale przyznam, że ta konkretna nadeszła z tak nieoczekiwanej strony, że byłem zdumiony. Chce pan wyzwolić wszystkie magiczne stworzenia, panie Potter? Wydaje mi się, że zna pan ogólną opinię dotyczącą nieludzi w Brytanii, pod którą wpadają nawet niefortunne jednostki, które urodziły się ludźmi, ale potem zostały zarażone klątwą likantropii.
Muszę wiedzieć, czego konkretnie pan ode mnie oczekuje w sprawie ustaw anty–wilkołaczych. Już odkładając na bok piękne słowa o wolnej woli, wie pan przecież, że bez większego problemu jest pan w stanie interweniować w sprawy departamentu do spraw regulacji i kontroli magicznych stworzeń. Przecież i tak już pan to zrobił, używając chłopca Starrise'ów jako swojego posłańca. To stało się oczywiste w chwili, w której Umbridge została pozbawiona wszelkiej kontroli na swoim stanowisku.
Dolores Umbridge jest okropną kobietą, zawsze była i zawsze nią będzie, ale to nie zmienia faktu, że mącił pan w moim ministerstwie. Ostrzegałem pana przed tym. (Wydaje mi się też, że powinien pan sobie znaleźć lepsze narzędzie od Tybalta Starrise'a, ten chłopak jest kompletnie dziki i bez względu na wszystko nie zgadza się na przestrzeganie konkretnych reguł, ale to już pańska sprawa).
Rozumiem pańskie motywy i emocje, które panem powodowały. Żałuję, że tak dobrze je rozumiem, ponieważ przez to ciężej mi wykonywać moje obowiązki.
Jeśli zrobi pan to jeszcze jeden raz, panie Potter, to uznam pana za swojego wroga. Ministerstwo powinno pozostać miejscem dla zwykłych czarodziejów. Nie będę tolerował tutaj wpływów żadnego z Lordów. Niech pan mi pozostawi łagodzenie ustaw anty–wilkołaczych. Mam zamiar je obniżyć z powrotem do poziomu, na którym były zanim Korneliusz w swojej panice nie przepchnął ich na paranoidalny poziom, ale pozwoli pan, że sam się tym zajmę. Pańskie pośpieszanie tylko mnie drażni.
Rufus Scrimgeour,
Minister magii
Harry już do reszty stracił apetyt. Wstał, odsuwając swoje krzesło od stołu, po czym ruszył do wrót Wielkiej Sali.
Draco dogonił go, zanim zdążył wyjść, oczywiście.
– Problem? – zagaił łagodnie.
Harry bez słowa podał mu list od ministra i pochylił głowę. W gardle tętniła mu gula żalu. Do głowy mu nawet nie przyszło, że wysłanie Tybalta Starrise'a i Johna Smythe–Blytona za Umbridge zostałoby uznane za mieszanie się w sprawy ministerstwa. Po prostu to zrobił, zdeterminowany by powstrzymać łowy na Wielu i w rezultacie rozsierdził Scrimgeoura. Nie mógł powiedzieć, że nie został ostrzeżony, że tak to się właśnie skończy, nie w chwili, w której już od pierwszego spotkania ze Scrimgeourem przekonał się, co ten myśli o Lordach w ministerstwie.
To głupie, odezwał się Regulus w jego głowie. Reaguje na coś, co się wydarzyło zanim jeszcze w ogóle został ministrem. No i sam przecież ciągle się mieszał, nie? To o co on się teraz tak ciska?
Bo to był on, odpowiedział mu w myślach Harry nieszczęśliwym tonem. Człowiek z ministerstwa, ktoś gotów oddać za nie życie – a przynajmniej za to, czym mu się wydaje, że może się stać, jeśli tylko odpowiednio nim pokierować. Wydaje mi się też, że starał się to ignorować tak długo jak tylko mógł; można to wywnioskować z tego, że w liście napisał, że mój podstęp stał się oczywisty w chwili, w której Umbridge została odsunięta od władzy.
Podstęp? A żałujesz tego, co zrobiłeś?
Harry westchnął.
Nie. Ale żałuję, że go tym rozzłościłem i żałuję tego, co to może nas kosztować w przyszłości.
Regulus wydał zdegustowany dźwięk.
Jesteś za młody, żeby myśleć o takich rzeczach, Harry. Polityka, kompromisy i to przeklęte ministerstwo. Powinieneś zamiast tego myśleć o quidditchu i zajęciach.
W tym roku nie mamy quidditcha, a podczas zajęć mógłbym równie dobrze spać, wiesz przecież. Moja matka tego dopilnowała. Nie była w stanie nauczyć mnie wszystkiego, ale chciała, żebym był tak bardzo przygotowany, jak tylko będę w stanie, tak żebym mógł poświęcić więcej czasu Connorowi, nie musząc przy tym zaniedbywać pracy domowej.
– Jak mu na to odpowiesz? – zapytał cicho Draco, oddając Harry'emu list. Ten wcisnął go do kieszeni swojej szaty.
– Nie wiem – odpowiedział równie cicho. – Jeszcze nie. Będę musiał o tym pomyśleć. Ostatecznie przecież nie mam zamiaru wycofać mojego poparcia względem zniszczenia dyskryminacji przeciw wilkołakom. Nie chcę się odciąć od Scrimgeoura – Merlin jeden wie, że łatwiej przyjdzie nam walczyć, jeśli będzie po naszej stronie – ale wydaje mi się, że prędzej czy później nie będę miał innego wyjścia.
Draco przymknął oczy i pokręcił głową.
– Czasami wydaje mi się, że powinieneś się zachowywać bardziej jak Ślizgon, Harry – mruknął. – Nie możesz mu po prostu obiecać, że póki co zaprzestaniesz nacisków i wrócić do tego potem? Albo zaoferować mu kompromis, układ, wymianę czegoś w zamian za jego przychylność względem załagodzenia praw anty–wilkołaczych?
– Dowolna z tych opcji sprawi ostatecznie, że jeszcze bardziej się ode mnie odsunie i nie będzie mi ufał – zauważył Harry. – No i nie sądzę, żeby i tak mi w tej chwili uwierzył. Zna mnie i jest uczciwym politykiem. Wreszcie mamy dobrego ministra, Draco, kogoś, kto naprawdę chce, żeby ministerstwo robiło to, do czego zostało stworzone. – Po prostu nigdy nie sądziłem, że to będzie jedną z tych rzeczy.
– No tak, tylko ty byłbyś w stanie znaleźć jedynego uczciwego polityka w całej Brytanii, Harry. – Draco pokręcił głową, z rozbawieniem udając politowanie. Następnie podniósł rękę i zacisnął dłoń na ramieniu Harry'ego. – Pomogę ci.
To, że nie powiedział, czego konkretnie ta pomoc mogłaby dotyczyć, sprawiła, że ta oferta stała się tym cenniejsza dla Harry'ego. Odpowiedział kładąc dłoń na ramieniu Dracona i ciesząc się przyjemnym zaskoczeniem, jakie się pojawiło w jego oczach. Harry wciąż nieczęsto odpowiadał dotykiem na dotyk.
– Dziękuję, Draco.
Przeszli do ich pokoju i Harry czuł się ukontentowany przez pół minuty, a potem zorientował się, że czuje smród łajnobomb. Właściwie to chyba nawet kilku. Przesłonił sobie nos dłonią i zagapił się na swoje łóżko, które było przesiąknięte odorem i pozostałościami bomb. Nad zasyfioną pościelą unosiła się pełna kpiny wiadomość, napisana zielonymi literami, które nasunęły Harry'emu skojarzenia ze światłem Mrocznego Znaku i Avada Kedavry.
Witaj w świecie bez skrzatów domowych, Potter!
Harry westchnął i zakaszlał, kiedy smród wypełnił mu płuca. Chyba to też powinien był przewidzieć. Rozmowy i krzywe spojrzenia nie wystarczały niektórym uczniom na wyrażenie ich antypatii w jego kierunku, a jak do tej pory wszystkie wyjce nadeszły spoza murów szkoły. Rzucił kilka zaklęć, by usunąć odór i wyczyścić swoją pościel, po czym zamarł i przyjrzał się swojemu łóżku z namysłem. Kpiąca wiadomość zniknęła razem ze wszystkim innym, kiedy rozważał pomysł, który właśnie przyszedł mu do głowy, myśląc jednocześnie po raz kolejny nad rozmową, jaką tego ranka odbył z Milicentą.
Tak. Czemu nie? Przecież jestem czarodziejem.
Harry... jęknął Regulus w jego głowie.
Harry pokręcił na niego głową.
Sam powiedziałeś, że ludzie, którzy nie chcą się nauczyć prostych zaklęć czyszczących to banda nadętych dupków.
Usiadł na swoim łóżku i dopiero wtedy odwrócił się w kierunku Dracona. Ku jego zaskoczeniu, Draco się trząsł, a jego dłonie były zaciśnięte w pięści.
– Jak tylko się dowiem, kto to zrobił, to pozabijam – szepnął.
Harry wywrócił oczami i odchylił się, wąchając ostrożnie. Tak, po smrodzie nie zostało nawet śladu. To zaklęcie mu się przyda.
– To była tylko łajnobomba, Draco. Albo łajnobomby. I wiadomość. To wszystko.
– Ale to musiał być jeden ze starszych Ślizgonów – upierał się Draco, siadając na własnym łóżku z gniewną miną. – Tylko oni mieliby szansę na dostanie się do naszych sypialni.
Harry wywrócił oczami.
– Nie sądzę, nie wiemy przecież niczego na pewno – powiedział, myśląc raczej o bliźniakach Weasley. – Słuchaj, Draco, naprawdę nic się nie stało...
– Właśnie że stało. – Draco pochylił się do przodu, patrząc na niego wściekle. – Nie powinieneś znosić takiego traktowania!
Harry podniósł brwi.
– Ale przecież sam się o nie prosiłem, prawda, z tym artykułem? Jak zacznę na to narzekać, to inni ludzie dowiedzą się, że to mi przeszkadza. Poza tym, dzięki nim przyszło mi coś do głowy. Chcesz się dowiedzieć co?
Draco zamarł na dłuższą chwilę, wyraźnie rozdarty między tym, a potrzebą nakłaniania Harry'ego do zemsty, ale ostatecznie odchylił się z powrotem.
– Tak – burknął, nadąsany.
– Nałożę na moje łóżko osłonę, tak żeby żaden skrzat domowy nie miał dostępu do moich rzeczy – powiedział stanowczo Harry. – A potem zacznę regularnie czyścić moją pościel i szaty zaklęciami i sam się zajmę tą częścią pokoju. – Skupił się, przypominając sobie błękitną klatkę światła, którą użył na Zgredku podczas ich pierwszego spotkania, i kolejna taka pojawiła się, rozciągając się wokół jego łóżka. Harry wyciągnął rękę i ta bez problemu przeszła przez barierę. Uśmiechnął się, widząc zszokowaną minę Dracona. – Ludzie mogą spokojnie przez nią przejść, ale nie skrzaty domowe.
– Ale czemu to w ogóle robisz?
– Ponieważ naprawdę zanadto polegam na tym, żeby skrzaty domowe pomagały mi w wielu sprawach, którymi sam przecież mogę się zająć. – Harry przymrużył z zamyśleniem oczy, przyglądając się zwieńczeniu baldachimu. – Nie jestem pewien, co powinienem zrobić z rzeczami takimi jak pochodnie, czy ogień w kominku, czy posiłki. Nie umiem za dobrze gotować, a stworzone z byle czego nie są specjalnie sycące. No i nie mogę przecież zacząć oczekiwać od wszystkich, że zaczną pilnować płomieni w kominku tylko dlatego, że ja chcę tak żyć.
– Ale chyba nie oczekujesz ode mnie, że zrobię to samo?
Harry zmarszczył brwi na Dracona.
– Oczywiście, że nie. Niby czemu miałbym? To moja decyzja, a ty sobie rób co ci się podoba. Zawsze chciałem, żebyś miał wolność wyboru, przecież wiesz o tym, Draco.
Draco wdrapał się na swoje łóżko i zaciągnął za sobą zasłony. Harry zawahał się, myśląc o tym, żeby zawołać za nim, ale ostatecznie pokręcił głową i odpuścił. Do tej pory nawet nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, jak strasznie ten dzień go wymęczył. Znoszenie wyjców, spojrzeń i rozmów, a potem jeszcze ten psikus to naprawdę było dość jak na jeden dzień, nie miał siły się jeszcze męczyć z rozzłoszczonym Draconem, który był zły z któregoś z tych powodów, których Harry po prostu nie pojmował, więc będzie musiał go zostawić w spokoju, by ten sobie to sam odreagował, bo zwykle Draco szybciej wracał do równowagi, niż Harry miał okazję zrozumieć, co zrobił źle.
Zwykle.
Harry pomyślał po raz kolejny o tym, co mu powiedział, po czym westchnął. Powiedziałem, że ma robić co mu się podoba. Pewnie uznał to za lekceważenie go, że nie obchodzi mnie to, co robi.
Rany, to bycie normalnym jest naprawdę ciężkie. Bez przerwy umyka mi to, co normalni ludzie powinni chcieć, myśleć i potrzebować.
Harry zawahał się przez dłuższą chwilę, po czym wstał z własnego łóżka i podszedł do draconowego. Pociągnięcie za zasłonę odsłoniło zaskoczonego i mrugającego Dracona, starającego się na niego skrzywić, ale bez większego efektu.
– Słuchaj – powiedział Harry, opierając się ramieniem o kolumnę łóżka, żeby móc się przyjrzeć Draconowi uważnie. – Nie chodziło mi o to, że nie masz dla mnie znaczenia. Masz. – Zgroza przemknęła mu po kręgosłupie, ale zdołał się zmusić do brnięcia dalej. – Myślałem parę dni temu o tym, co by to dla mnie znaczyło, gdyby Snape jednak rzucił na ciebie to przymuszenie celowo. Strasznie się wściekłem.
– Przecież ty zawsze tak masz, kiedy myślisz o przymuszeniu. – Mimo swoich słów, Draco przysunął się nieco do krawędzi swojego łóżka i przyglądał mu się intensywnie.
– Ale tym razem byłem bardziej zły niż zwykle – powiedział Harry. – Bardziej zły, niż byłbym... – Merlinie, to naprawdę trudne. – Gdyby użył tego na Milicencie, Neville'u czy Lunie – dokończył pośpiesznie. – Wydawało mi się, że zdajesz sobie z tego sprawę. To, co robisz, ma dla mnie znaczenie. – To już przyszło mu łatwiej, bo już wcześniej to powiedział. – Jesteś dla mnie ważniejszy od naprawdę wielu ludzi, Draco. Nie wiem, czy powinno tak być, bo powinienem dać wszystkim równe szanse, ale tak już po prostu jest. – Harry odwrócił wzrok, spięty i nieszczęśliwy. To była prawda, ale często się zastanawiał, co ona oznaczała, czy przypadkiem nie stawiał Dracona w miejscu, w którym kiedyś trzymał Connora. W dodatku wtedy przynajmniej wiedział, że ustawianie jego brata ponad wszystkimi ludźmi było słuszne i właściwe. Teraz miotał się po błotnistej ścieżce i wiedział, że przynajmniej niektórzy z jego sojuszników będą na niego źli o to, że będzie najpierw myślał o Draconie, zanim w ogóle weźmie ich pod uwagę.
Draco sięgnął ku niemu i położył mu rękę na ramieniu. Harry skulił się, zanim był w stanie się powstrzymać. Dotyk po takim wyznaniu był czymś zdecydowanie zbyt intymnym, za bardzo przypominał coś, czego mógłby koszmarnie pragnąć.
Draco zabrał rękę.
– Dziękuję, Harry – powiedział cicho.
Harry nie miał empatii, ale nie miał żadnych wątpliwości co do głębi wdzięczności, jaka przepełniała te dwa słowa. Kiwnął głową i wrócił do swojego łóżka. Wlazł na nie i położył się, odchylając głowę lekko do tyłu. Był jeszcze bardziej wykończony niż wcześniej.
A jutro będzie musiał się obudzić i przeżyć kolejny taki dzień. Z pewnych surowych spojrzeń, jakie dzisiaj otrzymał, Harry domyślał się, że Dumbledore niebawem przerwie swoje długie milczenie i podejdzie do niego ze swoimi pytaniami względem tego artykułu. Zaczynał mieć wątpliwości, czy to jednak była właściwa pora na takie rewelacje. Może jednak powinien był poczekać z wypuszczeniem takiego artykułu.
Harry zamknął oczy. Jestem taki zmęczony.
No to idź spać. Głos Regulusa był łagodny. Tutaj nic cię nie skrzywdzi.
Harry przypomniał sobie o swojej bliźnie, ale był tak wykończony – zarówno myślami o przyszłości, jak i tymi o teraźniejszości – że zwinął się w kłębek i zastosował do rady Regulusa.
