Uwaga: Lekki cliffhanger na końcu tego rozdziału. Do tego całe mnóstwo różnych emocji.
Rozdział pięćdziesiąty drugi: Chodzenie po skorupkach jaj
Harry przeciągnął się, wyciągając ręce ponad głową i starając się zignorować wzrok Dracona, którym ten chyba starał się wypalić mu dziurę w policzku.
– Kiedy miałeś zamiar mi o tym powiedzieć? – przycisnął go głos Dracona, żądając poświęcenia mu uwagi. Harry zamiast tego wbił wzrok w swój tost i zaczął go jeść, jakby to był najciekawszy posiłek, jaki mu przyszło w życiu spożyć. W pewnym sensie naprawdę tak było. Nie sądził, żeby kiedyś jeszcze zdarzyła się okazja do zjedzenia czegoś, jak Draco patrzy na niego tak surowo.
– Trochę później – powiedział Harry i rzucił dłonią zaklęcie Tempus, zadowolony z tego, że jego bezróżdżkowa magia tak bezproblemowo się go słucha. Znacznie wygodniej używa się jej za pomocą palców, niż wtedy, kiedy strzelała niespodziewanie z moich ramion, oczu, stóp, czy gdziekolwiek, gdzie tylko jej się podobało. – Za mniej więcej dwie godziny.
Draco zawahał się przez moment, zbity z tropu słowami Harry'ego. Harry jadł dalej. Nie pozwolił sobie czuć się źle z powodu reakcji Dracona. To nie była jego wina, że Blaise zauważył rano, kiedy Draco był w toalecie, że Harry się pakuje, i zagadał go o to akurat wtedy, kiedy Draco otworzył drzwi. Wtedy Draco zapytał go, gdzie Harry planuje się wybrać na wiosenną przerwę, a Harry zgodnie z prawdą odpowiedział, że do Lux Aeterny. Draco nie zapytał go nawet o powody, od razu wyskoczył z serią agresywnych pytań, więc teraz równie dobrze może sobie znosić nieprzyjemność, jaką był Harry, który mu odpowiadał ze spokojem, zamiast dać się wciągnąć w kłótnię.
Draco złapał go za nadgarstek. Harry odwrócił się i spojrzał na niego. Oczy Dracona płonęły. To się nieczęsto zdarza, pomyślał Harry, odchylając się na tyle, żeby uścisk na jego nadgarstku nie bolał aż tak bardzo. Zwykle nie okazuje w ten sposób emocji, raczej przez rumieniec i to, jak siedzi na krześle.
– Chcę się dowiedzieć, czemu to robisz, Harry – powiedział Draco.
– Dowiesz się za dwie godziny. – Harry pociągnął lekko za swoją rękę, ale Draco nie chciał go puścić. Harry wzruszył ramionami i powrócił do jedzenia. – Chciałem powiedzieć o tym jednocześnie tobie i Snape'owi i nie widzę najmniejszego powodu, żeby zmieniać ten plan.
Draco siedział przez dłuższą chwilę w milczeniu. Wreszcie odezwał się, głosem tak niskim, że Harry musiał nastawiać uszu, mimo, że Draco się pochylił w jego kierunku.
– Wydawało mi się, że chciałeś wrócić ze mną do rezydencji.
– Nie zapytałeś – powiedział cicho Harry, mimo, że tost w jego żołądku zaczął się zmieniać w lepką, ciężką breję. – Gdybyś mnie zapytał, to powiedziałbym ci prawdę, Draco, choć i tak wolałbym zaczekać z wyjaśnieniem swoich powodów. Po prostu wyszedłeś z założenia, że jadę z tobą i teraz jesteś zły, bo ci zawaliłem plany, jakie miałeś na przerwę świąteczną.
– Tu nie tylko o to chodzi. – Draco pogładził policzek Harry'ego wierzchem dłoni i Harry zadrżał, bo to był chwyt poniżej pasa, do cholery. – Jak możesz myśleć, że tylko o to może mi chodzić?
Świetnie, pomyślał z niechęcią Harry. Teraz skrzywdził Dracona, a przecież tak długo im o tym nie mówił właśnie dlatego, żeby tego uniknąć. Wybierał się z Connorem do Lux Aeterny na święta i nie mógł przecież tam zabrać ze sobą Dracona czy Snape'a. Chciał poinformować ich obu o tym ostatniego dnia zajęć, tak żeby nie mieli czasu na zmianę emocji i wciąż byli na niego źli, kiedy będzie wyjeżdżał. Gdyby tylko Blaise nie otwierał jadaczki, to nic by się nie stało.
W tym momencie przyleciała kolejna sowa z wyjcem i Harry jeszcze nigdy nie był tak rad z odwrócenia uwagi. Wyciągnął wolną rękę i przyjął list, który zaczął wydzierać się na niego o tym, że to jest po prostu nie do przyjęcia, żeby czternastolatek był w posiadaniu takiej władzy.
Determinacja Harry'ego rosła w miarę słuchania. Tak jak napisał Jamesowi, jego głównym powodem było pragnienie spokoju. Był atakowany tak wieloma wyzwiskami i figlami, że te zaczynały mu się w jego pamięci zlewać w jedno, co się zwykle nigdy nie zdarzało. Chciał miejsca, w którym mógłby wreszcie odetchnąć bez trudu, a z listów Jamesa wywnioskował, że Lux Aeterna była dokładnie takim miejscem: cichym i spokojnym, surowym i ascetycznym, z osłonami, które nie przepuszczą żadnych wyjców.
Drugi powód jednak zakiełkował w jego umyśle dwa dni po wydaniu przez Skeeter artykułu, kiedy otrzymywał coraz więcej dowodów na to, że tak odważne posunięcia były błędem, ponieważ wprawiały zbyt wielu ludzi w niepokój. Musiał zmienić taktykę. Wiedział, jak to zrobić, znał sposób, który podziała na niego i na kilku ludzi, którzy zdecydują się mu pomóc, ale na nikim innym. Składał się z kilku kroków i pierwszy z nich mógł osiągnąć wyłącznie w Lux Aeternie.
Był jednak niemal pewien, że Draco i Snape nie pozwolą mu przejść przez tę zmianę taktyki, ponieważ uznają, że znowu pakuje się w niebezpieczeństwo. Na to było dość proste rozwiązanie. Po prostu im o tym nie powie. Ta decyzja wydawała mu się tak prosta, kiedy ją podjął nocą, leżąc w łóżku, skupiając się na większym obrazie i obchodząc tylko kilka przeszkód po drodze.
Teraz jednak życie przypomniało mu, że Draco nie był przeszkodą, był człowiekiem, który, Merlin jeden raczył wiedzieć czemu, kochał go i który teraz słuchał wyjca z miną, która naprawdę przerażała Harry'ego.
Harry odwrócił głowę i kiedy Draco go o to zapytał, udawał, że zrobiło mu się przykro przez wyzwiska w liście.
Draco zaciągnął Harry'ego do Snape'a zaraz po eliksirach – co było w połowie dnia – i posadził go na jednym z transmutowanych krzeseł z groźną, zakazującą wstawania miną. Harry kiwnął głową i spojrzał na swojego opiekuna, który już od ich wejścia wyglądał ponuro.
– To oczywiste, że masz mi coś do powiedzenia, Harry – powiedział. – To, jak się wierciłeś w czasie lekcji tylko to potwierdziło. Mów.
Harry ponownie kiwnął głową.
– Draco już o tym wie – powiedział. Doszedł do wniosku, że najlepiej będzie temu stawić czoła z miną i tonem lekkiego żalu. Ostatecznie to była prawda, było mu przykro, że ich skrzywdził. Prawdą jednak też było to, że ten fakt w żaden sposób nie powstrzyma go od spędzenia świąt z Jamesem. – Wybieram się na święta do Lux Aeterny.
Nozdrza Snape'a drgnęły, niczym Ponuraka, który wywęszył ofiarę, ale ten tylko pochylił głowę, jakby te nowiny nie były tak do końca zaskakujące. Jego głos był oschły, cierpki.
– Dlaczego?
– Potrzebuję trochę spokoju – powiedział Harry i zrobił ogólny gest, mający zobrazować w umysłach Dracona i Snape'a wyjce i psikusy i całą resztę. – Przyznaję, że nie wiedziałem do końca, co na siebie ściągnę tym artykułem.
Snape przechylił lekko głowę na bok.
– Wiedziałem, że wzywasz burzę – mruknął. – Nie przewidziałem wszystkich wiatrów.
Harry odpowiedział kiwnięciem głowy. Snape słuchał go, kiedy narzekał na sytuację, i zaoferował lekcje pojedynków, żeby odwrócić jego uwagę chociaż na chwilę od kłopotów, ale w przeciwieństwie do Dracona nie wyraził pragnienia spopielenia wszystkich ludzi, którzy wysłali wyjce i łajnobomby. Snape chciał przede wszystkim, żeby Harry uczył się na własnych błędach.
– A w Lux Aeternie jest spokojnie. Jeśli mój ojciec nie chce tam jakichś konkretnych listów, to one nie przejdą przez osłony, więc wiem, że nie dopuści do mnie żadnych wyjców. W dodatku to będzie bardzo odmienne środowisko od szkolnego. Tego właśnie najbardziej mi potrzeba.
– Nie było aż tak spokojne tego lata – powiedział cicho Snape – kiedy uratowałem cię od klątwy płonącej krwi.
Harry westchnął i pochylił głowę.
– Wiem. Ale już dostałem nauczkę, proszę pana. Tym razem nie mam najmniejszego zamiaru wychodzić poza osłony.
– W ich obrębie też nie było spokojnie – ciągnął dalej Snape, z łagodnością, która zaczynała przerażać Harry'ego bardziej niż ostry ton – kiedy twój ojciec i brat doprowadzali cię do szału.
Harry wzruszył ramionami.
– Tym razem James zna mnie trochę lepiej. Pisujemy do siebie. Wydaje mi się, że wreszcie się zmienił. To ja wyszedłem z propozycją powrotu do domu na święta. On w żaden sposób nawet o tym nie wspomniał, bo obiecał mi, że tego nie zrobi. Na zamkniętej przestrzeni będzie nam trochę niezręcznie, ale niezręczność i tak jest lepsza od bliskości, którą w ostatnie wakacje wydawało mi się, że powinienem udawać.
– Człowiek może się wydawać jednym w swoich listach – wymamrotał Snape – a okazać kimś zupełnie innym podczas spotkania.
Harry odetchnął.
– Zdaję sobie z tego sprawę, proszę pana. Ale naprawdę mi się wydaje, że się zmienił. Connor jest wciąż na niego wściekły...
– Wydawało mi się, że potrzebowałeś spokoju – przerwał mu Draco. – Jeśli twój brat będzie się ciągle wydzierał na twojego ojca, to raczej żadnego spokoju tam nie zaznasz. – Znowu złapał Harry'ego za nadgarstek i głaskał go kciukiem w kojących kółkach.
– Rozmawiałem wczoraj z Connorem. – Harry wciąż widział, jak orzechowe oczy jego brata otwierają się szerzej z zaskoczenia, kiedy Connor zorientował się, że Harry naprawdę ma zamiar wrócić do domu i dlaczego. – Powiedział, że upewni się, że nie będzie krzyczał na Jamesa, jeśli ja będę w pobliżu. Ale tak naprawdę, to oni po prostu potrzebują oczyszczenia atmosfery. Wielka awantura i wreszcie ich rany zaczną się goić, nawet jeśli wciąż nie będą gotowi sobie wybaczyć. Pisują do siebie w listach, ale nie rozmawiali ze sobą, jak James pojawił się w skrzydle szpitalnym po drugim zadaniu, bo Connor wciąż był osłabiony i oszołomiony przez swoją ranę. Jak się zobaczą i pogadają, może nawet krzycząc na siebie, to powinni...
– Harry.
Harry podskoczył. Kompletnie zapomniał o tym, że Snape był tu z nimi, tak bardzo zajęty był wspomnieniami o tym, co usłyszał od Connora i tym, jak Draco dotykał jego nadgarstka. Zerknął w górę i zobaczył, że jego opiekun pochyla się do przodu, przyglądając mu się w sposób, który sprawił, że Harry momentalnie spuścił wzrok na podłogę. Snape był po prostu za dobrym legilimentą. Może wejść do umysłu Harry'ego i znaleźć jego ukryty motyw zanim się w ogóle zorientuje co robi, a wtedy na pewno nie pozwoli Harry'emu wyjechać.
– Naprawdę nie obchodzi mnie twój brat – powiedział Snape. – Wciąż bardziej martwi mnie to, jaki efekt ta wizyta wywrze na tobie, bez względu na twoje argumenty za tym, żeby pojechać. Jeśli potrzebujesz spokoju, to mogę ci go dać. Podarowałem ci go w te wakacje. – Podniósł lekko podbródek, jakby starał się wyzwać Harry'ego do zaprzeczenia.
Harry przełknął ślinę. To naprawdę brzmi wspaniale. Ostatni sierpień, pomimo tego, że na samym jego początku Rosier spróbował go zabić, a pod koniec został porwany, siedział w jego umyśle jako jedna z najlepszych chwil w jego życiu. Wiedział, że będzie w stanie się tutaj odprężyć, że będzie spał głębiej niż zazwyczaj, że może nawet zapomni o tym artykule i okropnym chaosie, jaki po nim powstał...
Potem jednak przypomniał sobie o wyjcach i westchnął.
– Wciąż dostawałbym całe mnóstwo poczty każdego dnia – zauważył, podnosząc wzrok na Snape'a. – Powiedział mi pan, że nie jest pan w stanie odgrodzić mnie od listów, które wysyła do mnie Rosier, nie odgradzając mnie od całej możliwej poczty. To oznacza, że nie ochroni mnie pan również przed wyjcami, prawda?
Snape powoli pokręcił głową.
– Rezydencja Malfoyów ma odpowiednie zabezpieczenia, Harry – powiedział Draco. Opierał się o Harry'ego i Harry zaczął się zastanawiać, co to znaczyło, że nawet nie zauważył, że twarz Dracona znalazła się tak blisko jego. – Wciąż docierałaby do ciebie zwykła poczta, ale żadnych wyjców. I wiesz, że osłony cię przepuszczą. – Dotknął nasady karku Harry'ego. – No i moglibyśmy być tam razem.
– Z twoimi rodzicami – zauważył Harry, przytłaczając cichy jęk straty, który chciał mu się wyrwać. – Przy twoim ojcu jestem znacznie bardziej spięty, niż przy swoim własnym.
– Trzymałby się od ciebie z daleka, gdybyś tylko go o to poprosił – obiecał mu Draco. – Jest już twoim formalnym sojusznikiem, Harry, a to przecież niewielka prośba. Poza tym, jest zajęty jakimś prywatnym projektem, pojawia się w domu tylko na chwilę i zaraz wychodzi gdzieś z powrotem. A wiem, że moja matka ci nie przeszkadza.
Harry poczuł, jak jego postanowienie zaczyna się chwiać w posadach. Święta z Draco i Narcyzą, kiedy nie szaleję z bólu. Merlinie, to naprawdę brzmi cudownie. Chcę.
Ale chociaż to zaoferowałoby mu odpoczynek, którego potrzebował, w żaden sposób nie popchnęłoby go do jego ostatecznego projektu, co było ważniejszym celem – zmiany taktyki na taką, która pozwoli mu uwolnić magiczne stworzenia bez tłamszenia wolnej woli tak wielu czarodziejów.
To jest głupie, warknął Regulus w jego głowie. Harry, na litość Merlina, nikt nie oczekuje od ciebie, że już jutro będziesz gotów wyzwolić wszystkie magiczne stworzenia. Były uwięzione już od stuleci. Idź do rezydencji Malfoyów i odpocznij. Jeśli James naprawdę się zmienił, to nie będzie mu przeszkadzało, jeśli zmienisz zdanie.
Harry zgrzytnął zębami.
Jesteś gotów porozmawiać ze mną o dzienniku?
Regulus znowu warknął, tym razem bez słów.
Harry kiwnął głową.
Ty nie chcesz rozmawiać ze mną o nim, a ja nie chcę rozmawiać z tobą o tym. Więc bądź cicho. Zerknął znowu na Snape'a i Dracona. Twarz Dracona była pełna nadziei. Twarz Snape'a była zamknięta, a jego oczy niczego nie wyrażały.
– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, Harry – powiedział.
– Ja tak. – Harry upilnował, żeby jego głos był tak stanowczy, a zarazem łagodny, jak to było możliwe. Odwrócił się do Dracona, który mrugał, orientując się, że jednak nie będzie w stanie przekonać Harry'ego do wybrania się z nim do rezydencji. – Obiecuję, tu nie chodzi o was. O żadnego z was. Po prostu chcę się od wszystkiego odsunąć, znaleźć się w innym otoczeniu i pomyśleć o nowych sprawach. Po wszystkim wrócę do was silniejszy.
– Z mężczyzną, który cię dręczył – powiedział Draco. – Nie powiedziałbym, że to będzie inne miejsce, Harry, czy też takie, dzięki któremu możesz się stać silniejszy.
Harry poczuł, jak panika budzi się w nim niczym strzał z bicza.
– Draco, powiedziałeś...
– Obiecałem to względem twojej matki, Harry – powiedział Draco. – Nie mówiłem nic o Jamesie. I bądźmy szczerzy, w sposób, w jaki zawsze chcesz, żebyśmy ze sobą byli. – Spojrzał Harry'emu prosto w oczy. – Myślę, że wrócisz stamtąd z kolejnym załamaniem nerwowym.
– Jestem gotów zaufać Harry'emu, jeśli on uważa, że tak nie będzie.
Harry rzucił Snape'owi szybkie, pełne wdzięczności spojrzenie, ale twarz jego opiekuna nie uległa zmianie. Jego opinia też nie, co się potwierdziło, kiedy dokończył tę myśl.
– Jeśli wróci załamany przez coś, co zrobił James, to po prostu już nigdy więcej nie zobaczy się z Jamesem Potterem.
Harry otworzył usta, po czym pochylił głowę. Nie mogę go winić o to, że powiedział coś takiego. Poza tym, jeśli będę się zanadto wykłócał, to może mu przyjść do głowy, że chcę się tam znaleźć nie tylko przez wzgląd na Jamesa.
– Dziękuję za zaufanie – powiedział, po czym zerknął na Dracona.
Przez twarz Dracona przewinęło się szybko kilka min, po czym ten odwrócił wzrok. Harry zacisnął rękę na jego ramieniu.
– Draco, obiecuję ci, że wrócę. Ufasz mi?
– Ufam – szepnął Draco. – Ale czasami mam wrażenie, że ty sam ufasz sobie trochę za bardzo. Możesz spróbować udźwignąć więcej niż jesteś w stanie.
– Connor tam będzie, bo chce nakrzyczeć na Jamesa – zauważył Harry. – On mnie obroni.
I ja też tam będę, odezwał się Regulus z głębin jego umysłu. Nie mogę cię przekonać do zrezygnowania z tego pomysłu, więc przynajmniej pójdę z tobą i upewnię się, że nie spotka cię nic zbyt tragicznego.
Draco wymamrotał pod nosem coś o tym, że Connor nie byłby w stanie obronić nawet muchy przez pająkiem, po czym westchnął.
– Rozumiem – powiedział. – Wróć bezpieczny.
Przytulił Harry'ego szybko i mocno, po czym odsunął się, zanim Harry nawet zdążył podnieść ręce, żeby odwzajemnić uścisk, po czym podbiegł do drzwi. Harry zrozumiał. Jego empatia, podobnie jak jego własne emocje, podpowiedziały mu już pewnie, że Harry absolutnie nie zmieni zdania, więc będzie potrzebował uporać się ze swoim rozczarowaniem w samotności.
– Czasami się zastanawiam – powiedział Snape bezbarwnym tonem obserwacji – czy Draco nie ma racji i czy ty się czasem nie podejmujesz udźwignięcia większej ilości spraw niż jesteś w stanie.
Harry spojrzał na niego. Nie poddam się teraz, nie kiedy jestem tak bliski wygranej.
– Czy to znaczy, że jednak nie pozwoli mi pan pojechać?
Snape podniósł brwi.
– Oczywiście, że nie, Harry. Jak już powiedziałem, ufam ci. Po prostu powtarzam jego interesującą uwagę. – Wbił na moment wzrok w oczy Harry'ego. – Nie sądzę, żeby Draco zdawał sobie sprawę, jak bardzo interesującą.
Harry odwrócił wzrok. Snape znacznie lepiej sobie radził ostatnimi czasy – pojedynkował się z nim, w ogóle nie wspominał o jego rodzinie, bez słowa podawał mu eliksiry przeciwbólowe, kiedy Harry budził się po kolejnych wizjach. Były jednak też takie momenty jak ten, kiedy robił się zbyt cichy i zamyślony, a potem mówił rzeczy, przez które Harry miał wrażenie, że Snape jest w stanie zobaczyć go na wskroś.
– Dziękuję panu – powiedział, postanawiając odpowiedzieć na jedną część deklaracji Snape'a i zignorować drugą, po czym wymknął się z pokoju.
To musi być właściwa rzecz do zrobienia, pomyślał, zmierzając do pokoju wspólnego Slytherinu, żeby zabrać stamtąd swój kufer. Dołączy do Connora w skrzydle szpitalnym i stamtąd fiukną się do Lux Aeterny. Popełniłem błąd. Teraz to widzę. Mam zamiar go naprawić.
Twoje priorytety mnie przerażają, poinformował go Regulus, ale ponownie się nadąsał, kiedy Harry przywołał w swoim umyśle obraz dziennika. Jak do tej pory absolutnie nie chciał w żaden sposób o nim rozmawiać, za każdym razem uciekając w upartą ciszę z nutą wstydu. Harry uznał, że równie dobrze może zaczekać, aż Regulus nie będzie gotów, żeby o tym porozmawiać. Póki co był bezpieczny, a Harry nie widział powodów, żeby mu nie ufać, kiedy ten powiedział mu, że wciąż nie wie, gdzie jest jego ciało, a także, że dziennik w żaden sposób nie może zawierać pod tym względem jakichś wskazówek.
Snape oparł się o swoje biurko i w milczeniu odprowadził wzrokiem Harry'ego, kiedy ten opuszczał jego gabinet. Harry się z czymś krył, był tego niemal pewien, ale za dobrze wytrenował chłopca. Harry wznosił tarcze oklumencyjne niemal bez namysłu, a te trzymały pieczę nad niemal wszystkimi jego emocjami i większością jego motywów. Snape musiałby się wedrzeć siłą, a to Harry by wyczuł, co mogłoby znowu naruszyć zaufanie między nimi.
Snape był gotów zaczekać. Naprawdę ufał Harry'emu, ale nie ufał do końca zdolnościom swojego wychowanka do pozbierania się z powrotem po druzgoczących wydarzeniach. Harry zdawał się uważać, że dlatego, że zdołał to wszystko przeżyć, to nic się przecież nie stało. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że ropiejące rany nie są, zazwyczaj, oznaką zdrowia.
A jeśli Harry się martwił i zastanawiał nad efektami tego artykułu, a Snape wiedział, że tak było, to niemal na pewno wymyślił coś, co mogłoby mu pomóc się po tym podnieść, czy też, jak Harry to pewnie postrzegał, naprawić i wynagrodzić wszystkim za to potknięcie. Skoro nie chciał się podzielić z nimi tym planem, to prawdopodobnie był on ryzykowny, albo niebezpieczny, albo oba na raz.
Snape zacisnął pięści. Obiecałem. Zaczekam. Powstrzymam się. On potrzebuje dorosłego, któremu może absolutnie ufać.
Ale jeśli wróci stamtąd z jakimikolwiek objawami maltretowania czy zaniedbania, to naprawdę zrobię to, co powiedziałem. Nigdy więcej nie będzie musiał się przejmować Jamesem Potterem. Nie zabiję go, chociaż Harry pewnie się obawia, że to właśnie miałem na myśli.
Wzrok Snape'a przeskoczył na niewinnie wyglądające biurko, ustawione w głębi jego gabinetu. W jednej szufladzie spoczywał eliksir myślodsiewny. Druga była pełna gęsto zapisanych zwojów. Kolejna zawierała książki.
Mam swoją broń. Nie muszę się do niej uciekać, jeśli nie będzie potrzeby, ale w razie czego będzie w pogotowiu.
James wytarł dłonie o swoje szaty. Zrobił to już czwarty raz w przeciągu ostatnich pięciu minut. Były tak spocone, że gdyby w tym momencie w przedsionku Lux Aeterny pojawił się troll i zaszarżował na niego, wymachując wkoło swoją maczugą, James nie byłby nawet w stanie wyciągnąć różdżki na czas.
Jego synowie lada minuta wyjdą z kominka. Harry i Connor wracali do domu.
Chciał wyjść im na spotkanie do Hogwartu, ale Connor wysłał mu list, w którym bardzo wyraźnie mu zakazał nawet myślenia o tym, a James był zbyt nerwowy, żeby naciskać. Pisanie listów w ciągu ostatniego półtora miesiąca było dobrym ćwiczeniem dla niego w powstrzymaniem się przed różnymi sprawami, jak wspominaniem o Snape'ie, czy Lily, czy przeszłości, czy czymkolwiek, co mogłoby rozzłościć albo skrzywdzić Harry'ego albo Connora. Teraz, kiedy wreszcie będzie mógł się zobaczyć ze swoimi chłopcami, będzie mógł poddać tą cierpliwość prawdziwej próbie.
To było cięższe niż się spodziewał. James podejrzewał, że listy i całe to pisanie, któremu się poddał, zbliżyły go do Harry'ego i Connora w sposób, którego żaden z nich nie potrafiłby w tej chwili docenić, ponieważ wszystko to się odbywało w jego własnej głowie. Będzie musiał o tym pamiętać. Będzie tego przez cały czas świadomy. Zbyt wiele bólu pojawiło się w przeszłości w wyniku tego, że ignorował sprawy, które naprawdę wymagały jego uwagi. Tym razem zaczeka, aż jeden z jego synów wykona pierwszy krok, a kiedy już to zrobią, pozwoli, żeby jego ruchy były dyktowane ich posunięciami.
Kominek zamigotał i płomienie w nim zalśniły zielenią. James nabrał głębokiego oddechu, zarówno po to, żeby się upewnić, że się nie hiperwentyluje, jak i po to, żeby być gotowym, żeby powiedzieć coś, kiedy Harry i Connor wyjdą z kominka.
Harry przeszedł pierwszy, zgrabnie wyskakując z paleniska i robiąc lekki krok naprzód w chwili, w której zaczął tracić równowagę. Odesłał swój kufer na bok, jedną dłonią otrzepując szaty z popiołów, a drugą oferując Connorowi, kiedy jego brat wypadł z kominka, kaszląc i krztusząc się.
James przełknął ślinę. Odkrył właśnie, że jednak wcale nie był na to przygotowany. W czasie później zimy i wczesnej wiosny wyobrażał sobie swoich synów w różnym wieku, ale to w żaden sposób nie przypominało tego, co miał przed oczami, kiedy się odwrócili w jego kierunku, prostując się jak nastolatkowie, którymi już byli.
No, oczy Harry'ego w żaden sposób nie przypominają nastoletnich, poprawił się James, zauważając wykończone przeszklenie w oczach Harry'ego i ciemne kręgi pod nimi. Nigdy tak naprawdę nie przypominały.
Wyciągnął rękę, samemu jeszcze nie będąc gotowym na zaryzykowanie przytulenia, a Harry ją uścisnął.
– Witaj w Lux Aeternie – powiedział James, nie ośmielając się nazwać tego miejsca "domem". – Czy chcesz zająć ten sam pokój, w którym spałeś tego lata?
Harry uśmiechnął się do niego, co było znacznie przyjemniejszą miną od wielu tych, które James sobie wyobrażał w tym momencie rozmowy.
– Z przyjemnością, dziękuję – powiedział. – Jestem strasznie zmęczony, chciałbym się tam od razu udać i położyć spać, jeśli ci to nie przeszkadza.
James kiwnął głową. Jego samoświadomość czuła się cokolwiek niezręcznie, ale póki co i tak to było znacznie lepsze od tego, jak traktował Harry'ego tego lata.
– Oczywiście. Mam wrażenie, że znajdziesz tam gościa.
Harry zamarł, tak spłoszony, że James poczuł się nieco źle, że chciał zrobić z tego niespodziankę. Stara się domyślić, kto to może być i z czym będzie musiał się zmierzyć.
– Kogo? – zapytał wreszcie Harry.
– Fawkesa – powiedział James. – Pojawił się tu wczoraj i większość czasu spędził latając wokół terenu i śpiewając. Na noc jednak zwinął się na twoim łóżku w kłębek i mam wrażenie, że z radością cię tam powita.
Harry zamrugał, oczarowany.
– Ja... tak, z chęcią się z nim zobaczę. – Uśmiechnął się do Jamesa. – Dziękuję. – Pociągnął swój kufer za sobą i wyszedł z przedsionka, nie czekając na nic więcej. James odprowadzał go chwilę wzrokiem, po czym odwrócił się w kierunku Connora.
Jak tylko zobaczył twarz swojego młodszego syna, zrozumiał, czemu Harry nie chciał zaczekać i zobaczyć rozwoju sytuacji. James przełknął ślinę. Connor patrzył na niego groźnie. Pod wieloma względami, Connor był znacznie bardziej do niego podobny niż Harry, a kolor oczu był zaledwie drobnym szczegółem w tym wszystkim. James bardzo dobrze znał ten wyraz gniewnego uporu. Dokładnie ten sam patrzył na niego za każdym razem, kiedy w czasie wojny wybierali się na pole bitwy. Connor nie miał zamiaru się wycofać przed tą walką, to było pewne.
James kiwnął mu głową.
– Witaj, Connor – powiedział.
– Och, no rewelacyjny początek – powiedział Connor. James się wzdrygnął. Tylko kilka razy do tej pory słyszał, jak Connor ucieka się do sarkazmu. Zazwyczaj go nie potrzebował. Był rozpieszczonym dzieckiem, zwykle odwoływał się do wrzasków i miotania – co było szczerym, oczywistym wyrazem złości. To Harry miał tendencje do maczania swojego języka w jadzie, a przynajmniej tak się Jamesowi wydawało, ilekroć pozwalał sobie na zauważenie czegokolwiek dziwnego w zachowaniu swojego starszego syna. – Rozumiem, że przynajmniej ze mną nie będziesz udawał, że jestem jakimś pionkiem, którego możesz sobie ustawiać, gdzie tylko ci się podoba. Co, rączka się zmęczyła i wolisz już tylko jednego z nas ustawiać po kątach? – Connor zerknął na moment w kierunku, w którym zniknął Harry.
James spiął się. To nie fair.
– Znacznie lepiej się ostatnio zaczęliśmy dogadywać – powiedział. – Właśnie dlatego zgodził się tu przyjechać. Do tego...
– Ale widzisz – wciął się Connor – ja ci nie ufam.
James ponownie się wzdrygnął, tym razem mocniej. Nie spodziewał się, że Connor wypowie te słowa, ani że będą one tak bardzo bolały.
– Bo już wcześniej najwyraźniej zmieniałeś zdanie. – Oczy Connora były przymrużone i pełne czegoś, co James uznał za niechęć. – Miałeś się zmienić, kiedy Harry był w skrzydle szpitalnym podczas drugiego roku, a potem nagle tego nie zrobiłeś. Zmieniłeś zdanie pod koniec ostatniego roku, a potem znowu wpadłeś w nawyk krzywdzenia Harry'ego i obrażania Snape'a. Och, jasna, część z tego nie robiłeś celowo, ale sporo z tego było, jak najbardziej, celowe. A potem całe miesiące nie odzywałeś się do Harry'ego, po prostu dlatego, że byłeś na tyle dziecinny, że wydawało ci się, że to on powinien napisać do ciebie pierwszy. A potem chciałeś zacząć od nowa. Ale skąd ja mam wiedzieć, że tym razem naprawdę masz to na myśli? Może znowu się załamiesz i uciekniesz od nas, zupełnie jak wtedy, kiedy... kiedy Harry odebrał mamie magię. – Connor nabrał głęboko tchu, a w jego oczach pojawiła się głęboko zakorzeniona zgroza, która odcięła kolejny kawałek serca Jamesa. – Czy ty w ogóle masz pojęcie, co się tam wtedy działo? – szepnął Connor. – Nie masz. Po prostu zwiałeś. Harry miał powód, żeby stamtąd uciec, ale ty nie. Powinieneś był zostać i mi pomóc.
– Connor... – zaczął James.
– Ale tu nawet nie chodzi o mnie – powiedział Connor, zbierając się w sobie w mgnieniu oka. James poczuł kolejne ukłucie bólu, że obaj jego synowie musieli się tego nauczyć. – Tu chodzi o Harry'ego. – Jego oczy płonęły, kiedy zrobił krok naprzód. – Lepiej, żebyś tym razem podszedł do tego poważnie i się zmienił. Lepiej, żebyś chciał dla niego jak najlepiej. Lepiej, żeby nic mu się nie stało przez twoje zaniedbanie. Szczerze, mam wrażenie, że tego powinienem się bardziej obawiać niż tego, że skrzywdzisz go z premedytacją, ale po tym, jak pozwałeś Snape'a do sądu, to już sam nie wiem.
James pochylił głowę.
– Nie spodziewałem się... nie miałem pojęcia, że tak głęboko cię to zabolało – szepnął.
– Harry nigdy o tym ze mną nie rozmawiał – powiedział Connor. – Wie, że się ze Snape'em nie dogadujemy. Ale oczywiście, że to mnie zabolało. Przecież to mój brat. Popełniłem tak strasznie wiele błędów jak byłem mały, ale zmieniłem już mój sposób myślenia i nie jestem już jakąś pluszową zabawką, której musi stale chronić. Teraz to ja mogę chronić jego. – Zamilkł na moment, oddychając ciężko, po czym dodał: – I to właśnie będę robił. Chronił go, znaczy. Harry jest czasami zbyt ślizgoński dla własnego dobra i zdecydowanie zbyt łatwo wybacza. Będzie się powstrzymywał, kiedy ktoś go krzywdzi i spróbuje się dogadać, żeby zobaczyć, czy nie da rady czegoś jeszcze wyciągnąć z całej sytuacji. Dlatego to dobrze, że jestem Gryfonem. Jak trzeba będzie, to po prostu cisnę w kogoś porządną, ciężką klątwą.
James odetchnął nerwowo, mając wrażenie, że powietrze zatrzymało się kilkakrotnie w jego gardle, jakby o coś zahaczając. Potem kiwnął głową. Był smutniejszy i bardziej dumny z Connora, niż był w stanie to przyznać.
– Wiem – powiedział. – Przepraszam.
Connor przyglądał mu się przez chwilę, po czym sam też przytaknął.
– Mam nadzieję, że to tym razem wystarczy – powiedział cicho. – To jest kolejna rzecz, w której nie jestem tak dobry jak Harry. On po prostu daje ludziom jedną szansę za drugą, wiesz? Ale ja nie mam na to cierpliwości. Czasami trzeba po prostu przestać wybaczać.
James uśmiechnął się do niego.
– Naprawdę się cieszę, że w ten sposób wyrosłeś, Connor – powiedział, nie będąc w stanie się powstrzymać.
Connor zamrugał dwukrotnie, po czym odprężył się, biorąc głęboki oddech i wyrzucając go z siebie szybko.
– I dobrze – powiedział i po raz pierwszy w jego słowach pojawiło się wahanie. – Ja... naprawdę chcę, żebyśmy znowu byli rodziną, tato. Byłoby fajnie. Ty i ja, znaczy. Bo nie wiem, czy ty i Harry będziecie w stanie. Ale sam też nie będę w stanie, jak dalej będziesz go krzywdził.
– Nie będę – powiedział James. – Przysięgam ci w imię Godryka.
Connor przyjrzał mu się bardzo uważnie. James patrzył mu w oczy i zastanawiał się, czy Harry naprawdę był, przez cały ten czas, bardziej skomplikowanym z jego synów.
– Dobrze – powiedział Connor, po czym nagle podszedł do niego i się przytulił. – Naprawdę za tobą tęskniłem – szepnął w szaty Jamesa.
James powoli i ostrożnie objął Connora, wciąż przed oczami mając go takim, jakim go widział ostatnim razem, leżącego w łóżku szpitalny z bandażami owiniętymi wokół jego klatki piersiowej i brzucha.
– Ja za tobą też.
Ledwie Harry postawił swój kufer na podłodze swojego pokoju, a nad jego łóżkiem pojawił się wirujący kłąb płomieni, który szybko przeistoczył się w Fawkesa. Harry wyciągnął rękę, uśmiechając się, a feniks podleciał do niego i wylądował mu na ramieniu, ciepły, kojący ciężar, szturchający go, aż Harry nie zaczął go głaskać po karku. Fawkes zamknął oczy i zanucił.
Co on wyprawia? powiedział nagle Regulus. Wynoś się stąd, ptaszysko ty! Ja tu byłem pierwszy!
Harry zamrugał.
O czym ty mówisz? zapytał, ale chwilę potem sam to poczuł. O ile obecność Regulusa ograniczona była w jego głowie do głosu i okazjonalnych dotknięć jego wspomnień, teraz był w stanie wyczuć obecność światła i gorąca. Zamknął oczy i zobaczył pod powiekami piękne, pomarańczowe lśnienie.
Spanikował na chwilę, myśląc o sieci feniksa. Ale ten pomarańczowy blask różnił się od złotego, a Fawkes zanucił mu kojąco do ucha. Harry odprężył się. Ciepło rozciągało się po jego brwiach, kojąc czające się tam napięcie, z którego istnienia niemal nie zdawał sobie sprawy, tak stałą część jego życia ono teraz stanowiło. Harry odetchnął głęboko i powoli usiadł na swoim łóżku.
On chyba tworzy z tobą więź, powiedział z podziwem Regulus.
Harry zamrugał i spróbował się ruszyć, ale ciepło spętało mu kończyny, niczym kokon pościeli oplątujący go w leniwy, letni poranek. Potem nagle go puściło, a Harry zauważył, że kładzie właśnie głowę na poduszce. Fawkes siedział mu na ramieniu, ćwierkając i kiedy Harry się wsłuchał, był w stanie zobaczyć wizje, niczym obrazy, które mogłyby się pojawić przed oczami podczas słuchania wyjątkowej muzyki.
Był w stanie zobaczyć Fawkesa, szybującego nad nieznanym morzem, usianym pięknymi wyspami. Fawkes zanurkował i przeleciał nad powierzchnią jednej z nich. Harry'emu dech zaparło, kiedy w zasięgu wzroku pojawiła się nagle głowa kobiety, oplecionej wężami w miejscu włosów. Fawkes zaśpiewał do niej i choć Harry nie był w stanie wyłapać słów w tej melodii, wiedział, że feniks mówi jej, że na świecie, daleko stąd, pojawił się vates. Kobieta przechyliła głowę, słuchając, a jej węże przestały syczeć i sięgać ku sobie nawzajem z kłapnięciami paszcz, tylko ułożyły się spokojnie.
Fawkes przeleciał ponad ogromnymi połaciami piasku i w zasięgu wzroku pojawiło się ogromne stworzenie. Harry'emu dech zaparło. To był jednorożec, zdawał sobie z tego sprawę, ale jego ogon wyglądał bardziej na lwi, niż koński, jego nogi kończyły się wieloma kopytami zamiast jednym, a jego róg był czarny. Zaszarżował wyzywająco na Fawkesa, wrzeszcząc i starając się nabić go na swój róg, ale Fawkes zaśpiewał i podarował jednorożcowi wizję wolności, która pozostała z nim, kiedy ten opuścił głowę i wrócił do swobodnego kłusu. Fawkes przeleciał ponad jego grzbietem, rzucając cień, który zmieszał się z jego i wokół rozległ się chór pochwalny o surowej, przepełnionej dumą potędze.
Fawkes przysiadł w milczeniu na gałęzi, póki potężny lampart nie zakradł się pod nim. Jego łapy trzęsły ziemią z cichym grzmieniem. Harry westchnął, rozpoznając nundu, które mogło zniszczyć całe wioski, jeśli tylko tego chciało. Żeby go zabić, ponad tuzin potężnych, magicznych łowców musiałoby się zebrać, a i tak byłby to nielichy wysiłek. Fawkes, co było zrozumiałe, zaśpiewał mu inną pieśń, pełną wysokich, wesołych nut, które sprawiły, że nundu zawróciło w miejscu, ścigając cienie, które w pewnym momencie przybrały postać vatesa. Tym razem Fawkes zniknął w kuli płomieni. Nundu było na tyle niebezpieczne, że mógł tylko poddać mu pomysł i mieć nadzieję, że idea się pewnym momencie sama zagnieździ.
Coraz więcej i więcej obrazów. Harry zobaczył, że Fawkes okrążył wiele razy świat, żeby przekazać wiadomość jak największej ilości stworzeń. Pojawił się vates i choć może nigdy nie zdoła do nich dotrzeć, czy ich uwolnić, to wszyscy zasługiwali na wiedzę o jego istnieniu. To może dodać im otuchy i nadziei. Sprawi, że czekanie w niewoli stanie się nieco łatwiejsze.
Harry otworzył oczy i westchnął głęboko.
Jest ich tak wiele, powiedział cicho Regulus. Jak ty sobie z tym poradzisz?
Harry pokręcił głową.
– Nie wiem jeszcze – szepnął na głos. – Myślę, że po prostu robiąc krok za krokiem na tej drodze. – Pomyślał o liście, który wysłał do Scrimgeoura, proponując, żeby spotkali się trochę po przerwie świątecznej i omówili dzielące ich różnice. To nie było idealne wyjście, ale to już był krok w kierunku rozwiązania. – Krok po kroku. – Sięgnął w górę i delikatnie pogłaskał pióra Fawkesa. – Jestem zaszczycony, że postanowiłeś się ze mną związać – powiedział feniksowi.
Fawkes zanucił na niego, jakby chcąc mu powiedzieć, że ma przestać się wygłupiać, po czym zaczął cichą pieśń, która już wcześniej często usypiała Harry'ego. Harry uśmiechnął się, przewrócił na bok, wtulając twarz w poduszkę i z przyjemnością dał się porwać, biorąc ze sobą nasionko nadziei, które Fawkes chciał mu podarować, zamiast ideę obowiązku.
Harry wziął głęboki oddech, z podziwem chłonąc widoki. Z tego, co James mu napisał w listach, wydawało mu się, że Lux Aeterna wciąż będzie złapana w błotnistym momencie pół–wiosny, gdzieś pomiędzy porami roku, że jedyne kwiaty, jakie zobaczy, to będą tylko te najwcześniejsze i najbardziej uparte, jeśli w ogóle jakieś będą.
Zamiast tego, Fawkes zaprowadził go prosto do zakątka trawnika, usianego pąkami i kwiatami o delikatnych, czerwono–złotych płatkach, otaczających niebieski środek. Wystrzeliły z błota, jakby wiedziały o jego istnieniu, ale z wyższością uznały, że nie może ono ich w jakikolwiek sposób powstrzymać przed wykiełkowaniem, a teraz lśniły i świeciły niczym...
Niczym płomienie, zorientował się Harry. Dotknął jednego z płatków i odkrył, że ten jest nieco ciepły. Rzucił Fawkesowi podejrzliwe spojrzenie.
– Miałeś z tym coś wspólnego?
Fawkes wzniósł się w powietrze z okrzykiem i zawisnął nad kwiatami. Te drgnęły i zaczęły falować, jakby od powietrza, rzucanego przez jego skrzydła, a kiedy Fawkes zaczął śpiewać, zaczęły się kręcić wokół własnych łodyżek, wzmagając ich podobieństwo do maleńkich, tańczących płomieni.
Harry nie był do końca pewien, jak Fawkesowi udało się sprawić, że kwiaty wyrosły, ale James wspomniał coś, że feniks latał wokół terenów na dzień przed przyjazdem Connora i Harry'ego. Może miał dość czasu, żeby je nakłonić do wykiełkowania. Może.
Fawkes przerwał swoją pieśń na moment, żeby wydać z siebie pełen zadowolenia trel, który Harry rozpoznał jako pełne pychy zapewnienie, "Jestem feniksem, więc dla mnie niemożliwe jest możliwe."
Harry oparł się o stojący w pobliżu cis i z przyjemnością słuchając pieśni i przyglądając się tańczącym kwiatom, a ulotne wspomnienia wyjców spopieliły się i zostawiły go w spokoju.
...chronili się nawzajem, uczyli się od siebie nawzajem i żyli długo i szczęśliwie.
Harry bardzo łagodnie zamknął książkę i przez chwilę tylko się jej przyglądał. Wiedział, że ma mokre policzki i był bardzo wyraźnie świadomy spiętego, nerwowego Jamesa, który siedział po drugiej stronie pokoju w bezruchu. Nie odmówił, kiedy Harry zapytał go, czy mógłby zobaczyć jego dziennik, w którym co wieczór pisał o Harrym i Connorze, ale się zawahał i wcale nie wydawał się taki znowu odprężony, kiedy Harry powiedział mu, że chce tylko przeczytać jego wersję czarodziejskiej legendy.
Harry znał tę legendę, oczywiście, o czarodziejskich dzieciach, które wyprowadziły jednorożce ze słońca. W oryginalnej wersji dzieci były parą braci, nie bliźniaków, ale całość zdawała się pasować do siebie jeszcze lepiej, kiedy byli. Harry nie był w stanie się przyzwyczaić do tego, że jego imię pojawiało się na każdej stronie, tuż obok Connora. Dotknął okładki, jakby miał pod palcami coś świętego.
A może tu po prostu chodzi o to, że nie jestem przyzwyczajony do świadomości, że Jamesowi zależy na nas na tyle, żeby o nas w ten sposób pisać?
Spojrzał swojemu ojcu w oczy i poczuł, jak coś w nim układa się z satysfakcją, jakby do tej pory latało i wreszcie znalazło sobie miejsce odpoczynku. Uśmiechnął się i choć James nie mógł mieć najmniejszego pojęcia, o co mogło mu chodzić, odpowiedział uśmiechem.
Damy sobie radę, pomyślał z zachwytem Harry. Naprawdę. Może nie wyjdziemy z tego jako ojciec i syn, ale pewnie jako coś innego. Może nawet przyjaciele.
Harry obudził się i przeciągnął leniwie. Poprzedniego dnia poszedł spać o siódmej wieczorem, zmęczony okrutnie i choć teraz była piąta rano, to wciąż oznaczało, że spał pełne dziesięć godzin. Wstał i wyjrzał przelotnie przez okno swojej sypialni, zastanawiając się, co może porabiać Draco.
Pewnie wciąż śpi jak kłoda, przyznał przed samym sobą, sięgając łagodnie w kierunku swojego wyczucia magii Jamesa i Connora. Wciąż przebywali w swoich sypialniach. To, co wcześniej było przytłaczającą, nieustanną obecnością tego lata, teraz zdawało mu się kojące, mimo, że przebywał zaledwie dwa dni w Lux Aeternie. Draco nie lubi wcześnie wstawać.
Na swój sposób dobrze by było mieć teraz przy sobie Dracona. Harry odetchnął gwałtownie i przypomniał sobie, czemu to było niemożliwe. Draco nigdy by mu na to nie pozwolił.
Fawkes wydał z siebie cichy dźwięk i delikatnie przysiadł Harry'emu na ramieniu. Harry podrapał go po karku. Feniks pochylił łepek i potarł go o szyję Harry'ego.
Podejrzewam, że musisz to zrobić, skoro już jesteś gotowy, powiedział niechętnie Regulus.
– Jestem gotowy – szepnął na głos Harry. – Bardziej już nie będę. I naprawdę tego chcę. Naprawdę chcę się dowiedzieć, jaki błąd popełniłem tamtym artykułem i jak go naprawić, ale co więcej, chcę się dowiedzieć więcej o sobie. Snape i Draco pomagają mi jak mogą, ale nie są w stanie mnie zmusić do tego, żebym był szczery sam ze sobą, tylko z nimi.
Regulus nie odezwał się, w dość oczywisty sposób przedstawiając swoją opinię na ten temat, ale Fawkes wydał z siebie trel i wzbił się w powietrze, lecąc przodem.
Harry wyszedł z pokoju, zszedł schodami na dół, skręcił w kilka odpowiednich korytarzy i otworzył właściwe drzwi.
W rozciągającym się przed nim, lśniącym pokoju o srebrnych krańcach, poczuł, jak obca obecność Labiryntu otwiera jedno oko.
