Rozdział pięćdziesiąty trzeci: Niech ten labirynt nigdy się nie kończy
Wchodząc do pokoju, w którym przebywał Labirynt, Harry czuł promienie słońca na twarzy, promienie odbijające się od jego skóry, promienie lśniąca wszędzie wokół niego. Już wcześniej widział ten artefakt, oczywiście, więc wiedział, jak on wygląda, ale umknęło mu jakoś, a może po prostu wypadło mu z głowy, że jego blask był aż tak intensywny.
A może światło faktycznie nabrało na sile od ostatniego razu, pomyślał Harry, unosząc dłoń, żeby ochronić oczy. Stał przed wejściem do Labiryntu, którego lśnienie zdawało się wić po ścianach. Światło sprawiało, że ciężko było zauważyć, w którym miejscu jedna ściana przechodziła w inną i Harry nie uważał już, że wygląda jak jakaś bluza, którą ktoś rzucił w kąt. Miał raczej wygląd niespokojnego morza, zupełnie jakby był z powrotem na northumberlandzkiej plaży i patrzył na nacierające na niego fale. Słońce go w jakiś sposób oszołomiło, przez co nie był w stanie rozróżnić, co było pianą a co kawałkiem drewna, co srebrne a co złote.
Siedzący na jego ramieniu Fawkes zaczął miękko śpiewać.
Labirynt zabłysnął krótko, jakby przyjmując odpowiedź, choć Harry nawet nie wiedział, że jakąś mu podał. Nieco srebrnego światła przygasło. Harry odkrył, że może podejść bliżej niż poprzednio, ale wciąż nie był w stanie niczego zbyt wyraźnie zobaczyć. Zdjął okulary i spróbował spojrzeć bez nich, ale to w żaden sposób nie pomogło, chyba, że nagłe łzawienie można uznać za jakąkolwiek pomoc.
Zatrzymał się i zaczekał, zastanawiając się, czy nie musi dać Labiryntowi jakiegoś specjalnego sygnału, po którym ten pozwoliłby mu na podejście bliżej. James wspomniał coś o użyciu lustra i upuszczeniu sobie trzech kropel krwi, ale mówił bardzo ogólnikowo; nie chciał za bardzo rozmawiać z nimi o czasie, który spędził w Labiryncie, co Harry potrafił bez problemu zrozumieć. Harry był w stanie wypełnić te warunki bez problemu dzięki swojej magii, jeśli tego będzie oczekiwał od niego Labirynt.
Muzyka Fawkesa zalała go i Harry zrozumiał, że Fawkes wierzył, że Labirynt już przyjął i zaaprobował cel jego wizyty. Wciąż potrzebował się upewnić, że pochodzi z linii Potterów, ale zalewał Harry'ego takimi falami świadomego zainteresowania, że Harry przyjął ten warunek bez wahania.
Podniósł rękę, niemal nie zdając sobie sprawy z tego, co właściwie robi. Czuł się, jakby stał na szczycie jakiejś strasznie wysokiej góry o samym wschodzie słońca, spoglądając na wschód, a światło wypełniało jego umysł złotawą mgiełką. Poczuł, jak jeden z pazurów Fawkesa nacina mu nadgarstek, a płytka rana szybko wypełniła się krwią; nie zdawał sobie sprawy z bólu, ani nawet kiedy właściwie zaczął krwawić. Przechylił dłoń i krew polała się na podłogę.
Harry, co ty wyprawiasz? szepnął Regulus.
– Nie wiem – przyznał szczerze Harry i podniósł głowę, kiedy zobaczył, że więcej srebrzystych barier, do tej pory niewidzialnych, opadło niczym płachty miękkiego materiału, pozostawiając Labirynt w całej jego odsłoniętej krasie.
Jego kroki były miękkie, kiedy po raz kolejny podszedł bliżej. Rozważał konsekwencje, bez końca, zanim jeszcze wszedł do tego pokoju. Zdawał sobie sprawę z tego, że może zniknąć na długie miesiące, zupełnie jak James, ale nie sądził, żeby to było możliwe. Według jego ojca, to, nad czym ten spędził najwięcej czasu, była jego niechęć do spojrzenia w twarz pewnym błędom. Harry miał zamiar wejść, żeby się z nimi wszystkimi zmierzyć, tak bezboleśnie, jak to możliwe, ponieważ był gotów się z nimi pogodzić i przyjąć do wiadomości, że je popełnił. Poza tym, nie żył na tym świecie tak długo jak James, więc przejrzenie jego życia powinno zająć mniej czasu.
Jeśli natrafi na coś, co sprawi, że nie będzie chciał iść dalej, to Labirynt go zabije, ale to było proste. Po prostu będzie brnął naprzód bez względu na wszystko.
Teraz jednak, myśli o konsekwencjach odtoczyły się od niego. Labirynt był wspaniałą i żyjącą rzeczą, niczym niebo, niczym morze. Harry dostał dziwnych zawrotów głowy, jak wtedy, kiedy się zamierza rzucić ze szczytu klifu, prosto w otchłań.
Obok niego, Fawkes śpiewał dalej cicho. Zdawał się uważać, że wejście do środka dobrze mu zrobi.
W tym kokonie muzyki i światła, Harry wszedł do Labiryntu.
Harry zorientował się, że to było dokładnie to, czego się spodziewał, jak i coś zupełnie nieoczekiwanego. Wiedział, że znajdzie się w tunelu zwierciadeł i dokładnie tam się znalazł. Spodziewał się podłogi pod swoimi stopami i zakrzywionych ścian po obu stronach i właśnie tak ukształtowany był Labirynt. Wydawało mu się, że obrazy zaczną pojawiać się na ścianach i dokładnie to się stało.
Zaskoczyło go delikatne ciepło podłogi pod jego stopami, zupełnie jakby szedł po jedwabiu, a nie metalu, i pulsujące światełka, które biegły obok niego i odlatywały gdzieś w dal, niczym niekończące się maleńkie, wschodzące słońca, czy też to, jak pieśń Fawkesa zdawała się załagodzić i uspokoić najbardziej ekstremalne krawędzie Labiryntu, błyszczące diamenty, które pocięłyby Harry'ego, gdyby ten spróbował uciec górą.
Szedł przed siebie, a pulsujące światełka tworzyły przed nim obrazy.
Harry zobaczył siebie w wieku mniej więcej czterech lat, z trudem starającego się podnieść ciężką książkę. Upuścił ją i huk sprawił, że Lily przybiegła szybko, żeby sprawdzić co się stało. Harry westchnął, widząc, jak jego matka klęka obok niego i uśmiecha się w sposób, którego wiedział, że już nigdy więcej nie zobaczy.
– Harry, co ja ci mówiłam o oszczędzaniu energii? – zapytała.
– Że powinienem to robić. – Jego młodsza wersja spojrzała na matkę i Harry drgnął, zaskoczony. Nie spodziewał się takiego wyrazu na własnej twarzy. Wiedział, że będzie zacięta i skupiona, ale w jego minie było również niesłychane napięcie, które nadawało mu wygląd, jakby miał zaraz się postawić i wszystkiemu zbuntować. No cóż, nie byłem wtedy jeszcze zbyt długo pod siecią feniksa, wytłumaczył to sobie Harry. Pewnie wciąż miałem jakieś własne myśli, zaraz pod powierzchnią umysłu.
– Tak, i co jeszcze? – zachęciła go Lily.
– Że powinienem zdecydować, co jest konieczne, a co nie – powiedział młodszy Harry. Spojrzał na leżącą na podłodze, wielką książę. – I znaleźć jak najlepszy sposób zrobienia czegoś – dodał z nagłą inspiracją. – I zawsze używać tego, co jest wokół mnie.
Wyciągnął rękę przed siebie i, przez chwilę, strasznie się wysilał. Jego magia nie była już tak potężna jak wtedy, gdy był młodszy, uznał Harry, obserwując scenę, ponieważ tak wiele z niej zostało wciągnięte pod sieć. Ale wciąż było jej dość, żeby wznieść książkę w powietrze, chwiejnie, po czym wsunąć ją z powrotem na miejsce.
Lily uśmiechnęła się do niego i pogłaskała go po włosach.
– Dobrze – szepnęła. – Bardzo dobrze, Harry. A kiedy podlewitujesz jakiś obiekt ponad głowę wroga i wtedy go upuścisz, to przysłuży się to twojemu bratu. A ty kochasz swojego brata, prawda?
Młodsza wersja Harry'ego odwróciła głowę, żeby przycisnąć twarz do szaty swojej matki i przytaknęła.
Obraz rozwiał się. Harry zamrugał, niepewny, czemu Labirynt uznał, że powinien to zobaczyć. Popełniłem błąd, starając się odłożyć książkę własnymi rękami. To o to tu chodzi? Wydawało mi się, że już dawno sobie za to wybaczyłem.
Labirynt roziskrzył się wokół niego. Pieśń Fawkesa wzrosła, a potem zanurkowała, a w głowie Harry'ego uformowała się odpowiedź.
Nie, zorientował się nagle, a w jego środku zaczęła narastać fala diamentowej zgrozy. Nie. Błędem było myślenie, że była to demonstracja miłości, jaką moja matka czuła wobec mnie, podczas gdy był to tylko... trening. Wiedział, jak Snape, Draco i wszyscy inni by to nazwali, ale Labirynt nie będzie w stanie go zmusić do użycia tego słowa.
Mógł jednak wbić mu się w serce i zmusić do zrozumienia, że emocja, którą wyrażała jego matka w tej scenie, nie była duma z niego jako dziecka, ale ten rodzaj dumy, którą ktoś okazuje dobrze wytrenowanemu psu.
Nie kochała mnie.
Harry od razu pokręcił głową. Ja... to niemożliwe. Jasne, jej miłość nie przyniosła mi nic dobrego, ale wiem, że ona wierzy w to, że mnie kocha. Czemu Labirynt próbuje mi powiedzieć, że tak nie jest?
Cisza, a potem światło i pieśń, a być może jego własne zrozumienie, które nigdy nie było ciche, kiedy tego od niego pragnął, wbiły w niego odpowiedź.
Ponieważ to jest prawda. A Labirynt jest absolutną prawdę, Światłem, szczerością.
Nie kochała mnie.
Harry poczuł łzy, zbierające się w kącikach jego oczu, niczym gorący pył. Przełknął, raz, drugi, i nie dziwił się już, że jego ojciec wspomniał ogólnikowo o tym, że wiele razy opadał na kolana, rzygając i płacząc, będąc tak bliski poddania się i odmówienia pójścia dalej.
Harry odetchnął głęboko, raz i drugi, po czym zmusił się do zrobienia kolejnego kroku na swojej drodze. Musiał się z tym zmierzyć, a nie mógł już dłużej kwestionować pod tym względem Labiryntu, skoro nie miał prawa kwestionować rytuału sprawiedliwości, który odebrał jego matce magię, czy jednorożców.
Czy... Czyli to prawda, w takim razie. Nigdy mnie nie kochała. Może jej się wydawało, że tak, może nawet mnie kochała, ale to był inny rodzaj miłości. Może kochała mnie jako ofiarę poświęcenia. Może kochała mnie jako swoje zwierzątko, czy jako coś użytecznego. Ale nie jako dziecko. Nie jako człowieka.
A Vera powiedziała mu, że on sam nie postrzega siebie jako człowieka. To już dłużej nie dziwiło Harry'ego.
Zadrżał i otworzył oczy, nie pozwalając opaść kolejnym łzom. To po prostu oznaczało, że zna już prawdę i może się z nią pogodzić. W jego przeszłości wydarzyły się już inne rzeczy, które przygotowały go na tą ewentualność. Ta rewelacja i to, co mogła z nim zrobić, nie znaczyły wiele w porównaniu do pomysłów, które może otrzymać później od Labiryntu.
– Dziękuję – wyszeptał i ruszył, szurając nogami, dalej w drogę. Światełka biegły wokół niego, przed niego, wokół jego głowy, a Fawkes śpiewał.
Harry skrzywił się, kiedy zobaczył, jak jego siedmioletnia wersja stacza się z wielkiego głazu, który stał w pobliżu domu w Dolinie Godryka. Obejrzał już kilka innych scen ze swojej przeszłości, w których zauważył pomniejsze błędy dotyczące jego, czy świata wokół niego, czy okazji, w których tracił cierpliwość do Connora czy Jamesa, ale żadne z nich nie odcisnęło się na nim w tak dewastujący sposób, co tamten pierwszy obraz. Powinien był jednak przewidzieć, że to pewnie nastąpi, gdy jego umysł ożył od wspomnień o słowach, które wtedy usłyszał od Lily, lekcjach, które zaczynała bez uprzedzenia.
Młodszy Harry nie płakał; w tym wieku już nauczył się rzucać na siebie łagodne klątwy, żeby przyzwyczaić się do pewnego progu bólu, a ten znajdował się zdecydowanie poniżej jego wytrzymałości. Zamrugał tylko i wstał, po czym spojrzał w dół, na wielką szramę na swoim kolanie, która zaczęła wypełniać się krwią. Nie znał jeszcze żadnych zaklęć leczniczych, więc poleciał znaleźć Lily, gdy tylko upewnił się, że Connor i James są zajęci puszczaniem latawca i go nie widzą.
Lily zauważyła go i od razu do niego podeszła, po czym przyklęknęła i wyciągnęła swoją różdżkę.
– Integro – szepnęła i rana się zagoiła. Harry patrzył na nią z podziwem i cichą radością. Kiedy matka go w ten sposób leczyła, wyobrażał sobie, że istnieje między nimi więź, zupełnie jak wtedy, kiedy wyjaśniała mu jego przysięgi, które składał Connorowi, czy kiedy przypominała mu z naciskiem, raz za razem, o tym jak ważne jest trzymanie tego wszystkiego w tajemnicy i opanowanie tak wielkiej ilości materiału, jak to tylko było możliwe, nawet, kiedy już był pewien, że nie jest w stanie się więcej nauczyć.
– Czy ja też kiedyś nauczę się jak rzucać zaklęcia lecznicze? – zapytał.
Lily usiadła na ziemi i spojrzała na niego swoimi wielkimi, zielonymi oczami.
– Oczywiście, Harry – powiedziała łagodnie. – Zaklęcia lecznicze przydadzą się na polu bitwy. Zdobędziesz wielką przewagę nad wrogiem, jeśli nauczysz się jak się pośpiesznie wyleczyć. Ale to jest potężniejsza magia od tej, której się teraz uczysz. Nie opanujesz tego jeszcze.
Harry przytaknął. Następnie coś innego przyszło mu do głowy.
– A czy kiedyś będę mógł je rzucać na moje własne dzieci?
Twarz Lily zmieniła się tak gwałtownie, że starszy Harry wzdrygnął się w tej samej chwili co młodszy. Wiedział, co nadchodzi i podejrzewał, że wie, czemu Labirynt chciał mu to pokazać. Przepełnił go przytłaczający, oszałamiający żal i nie był nawet pewny, czy czuje go wobec siebie samego, czy wobec chłopca na obrazie, czy też wobec kobiety, która wstała, położyła mu rękę na ramieniu i szepnęła to, co powiedziała mu wtedy.
– Harry, ty nigdy nie będziesz miał dzieci.
Młodszy Harry zamrugał na nią.
– Dlaczego nie, mamo? – Zawsze mu się wydawało, że naprawdę chciałby mieć własne dzieci, żeby nauczyć kogoś tego wszystkiego, co sam wiedział. W tej chwili nie miał kogo uczyć, ponieważ musiał utrzymywać swoje zdolności w tajemnicy, a Lily znała już wszystkie jego sztuczki.
Lily delikatnie pogładziła go po włosach.
– Ponieważ dzieci zajmują czas – powiedziała. – Zajmują praktycznie cały twój czas, kiedy są małe, a są małe przez kilka lat. Czy pamiętasz, jak byłeś mały przez ostatnie kilka lat?
– No trochę pamiętam – powiedział Harry.
Lily kiwnęła głową.
– I musiałbyś poświęcić im cały swój czas, a także swojej wybrance, albo partnerowi. – Zamilkła, czekając, aż on sam wyciągnie z tego wniosek.
Harry był w stanie to zrobić, oczywiście. Jego przysięgi odezwały się w jego głowie, a on sam wciągnął ze strachem powietrze.
– Nie miałbym w ogóle czasu dla Connora!
– Oczywiście, że nie – szepnęła Lily. – A to nie byłoby sprawiedliwe wobec twojej wybranki albo partnera, prawda? Tak samo jak nie byłoby to sprawiedliwe wobec twojego taty, gdybym musiała służyć komuś, w taki sposób, w jaki ty służysz Connorowi.
Harry kiwnął głową stanowczo, już rozumiejąc .
– Connor zawsze ma pierwszeństwo – powiedział. – Żeby być jego bratem, jego przyjacielem i jego stróżem. Nigdy nie dać nikomu do zrozumienia, jak bardzo jestem mu bliski. – Czasami wolno mu było powtórzyć na głos część jego przysiąg, jeśli chciał czegoś dowieść, ponieważ znał je tak dobrze w ich pełnej wersji.
– Dokładnie – szepnęła Lily. – Więc nie byłoby to sprawiedliwe wobec kogokolwiek. Nie mógłbyś spędzać czasu z dala od Connora, a mąż czy żona chcieliby wiedzieć, czemu jesteś mu tak bliski, więc musiałbyś złamać przysięgę, żeby im to wyjaśnić.
Harry kiwnął głową.
– Poza tym – powiedział, zastanawiając się, czemu wcześniej mu to nie przyszło do głowy – pewnie zginę w obronie Connora, więc nie będę miał czasu na dzieci, bo umrę za młodo, żeby w ogóle je mieć.
Lily przytuliła go szybko.
– Mój dzielny chłopiec – powiedziała. – A teraz leć poćwiczyć zaklęcia z tej drugiej książki, którą ci ostatnio pokazałam. Myślę, że już jesteś na nie gotów.
Harry kiwnął wesoło głową i potruchtał w bok. Obraz rozmył się w białe fragmenty mgły i rozwiał.
Starszy Harry – nie, to był po prostu Harry, po prostu on, bez względu na to, jakby nie był związany ze świadomością dziecka, które pokazał mu Labirynt – pokręcił głową i zamknął oczy.
No dobra, tak, błędem było wierzenie jej na słowo, myślenie, że nie mam przed sobą przyszłości. Właściwie, wydawało mi się, że już przyjąłem to do wiadomości, ponieważ pozwalam sobie na przebywanie w towarzystwie Dracona i nie staram się od niego odsunąć.
Zaakceptowałem to, prawda?
Harry przełknął gęstą ślinę, kiedy zorientował się , że chyba jednak nie. Ilekroć myślał o przyszłości, pierwsze, co przychodziło mu do głowy, to był obowiązek – utrzymywanie swoich relacji z sojusznikami, bycie vatesem, próby pokonania Voldemorta, albo pomoc Connorowi w pokonaniu Voldemorta. Patrz, jak łatwo przyszło mu odsunięcie od siebie Dracona, kiedy chciał przyjechać do Lux Aeterny. To samo w sobie było wielkim błędem na swój własny sposób, tak samo jak zmuszenie Skeeter do napisania artykułu o tym, co myśli o zniewoleniu magicznych stworzeń. Kiedy myślał o przyszłości, myślał tylko o pomaganiu innym. Dlatego przecież właśnie w ogóle wszedł do Labiryntu.
Harry westchnął. Naprawdę po prostu przeniosłem moje pragnienie służenia Connorowi na pragnienie służenia innym ludziom.
Ale nie wiem, jak miałbym to właściwie zmienić. Jeśli spróbuję się skupić na cieszeniu się moimi chwilami z Draco i myśleniu o przyszłości, którą możemy razem dzielić, to istnieje ryzyko, że zmienię tę radość w swój kolejny obowiązek.
Fawkes wydał z siebie trel. Harry uśmiechnął się blado. W jego umyśle pokazał się obraz ścieżki, przez chwilę czystej, niczym rozciągający się przed nim Labirynt i podejrzewał, że nie bez powodu obaj starają się go popchnąć w tym kierunku. Odpowiedzi znajdowały się gdzieś przed nim. Labirynt nie tylko przeciągnie go przez jego własne błędy, ale też upewni się, że otrzyma odpowiedzi, których potrzebuje.
Tak długo, jak będzie w stanie stawiać czoła kolejnym błędom.
Harry zerknął znowu na ścianę, na której pojawiła się wcześniej scena z udziałem jego w wieku siedmiu lat, po czym kiwnął głową. Labirynt nie powiedział mu jeszcze, że jego pragnienie pomocy innym ludziom jest niewłaściwe, wskazał tylko niektóre jego manifestacje. Więc będzie szedł dalej, zmierzy się sam ze sobą, dla dobra innych ludzi.
Odwrócił się i ruszył przed siebie.
Większości późniejszych błędów Harry się spodziewał. Błędy w zaklęciach, w pracach domowych, w wysiłkach, kiedy podczas pierwszego roku starał się oddać całą chwałę Connorowi. Słuchał spokojnie swoich kłamstw, które powiedział Dumbledore'owi, kiedy po raz drugi stawili razem czoła Voldemortowi, a on udawał, że jego magia w żaden sposób w niczym wtedy nie pomogła. Tak, to był błąd. Jasne, prawdopodobnie powiedzenie wtedy prawdy tylko by zaniepokoiło Dumbledore'a i Świetlisty Pan by go zobliviatował, ale Labirynt obchodziło tylko pokazanie mu, co zrobił źle, a nie jak powinien naprawić przeszłość.
Naprawić można było tylko przyszłość.
Kłamstwa, podchody, mające na celu upewnienie się, że ludzie nie będą w stanie go skrzywdzić, przy jednoczesnym krzywdzeniu ich, niedopowiedzenia, celowe odrzucanie od siebie pomocy. Większość z nich, pomyślał Harry, obserwując scenę, w której przedwcześnie opuszcza rezydencję Malfoyów latem przed trzecim rokiem, zaakceptowałem jeszcze przed śmiercią Syriusza. Zniszczenie sieci feniksa pociągnęło za sobą całą jego przymuszoną lojalność wobec jego brata, a zorientowanie się, co tak naprawdę zrobili mu Dumbledore i Lily zainspirowało złość tak głęboką, że odrzucił też od siebie większość tej, którą w niego wmówiono.
Skrzywił się, obserwując jak Syriusz powoli osuwa się pod kontrolę Toma Riddle'a, jak popełnia samobójstwo, ale, choć zawsze będzie żałował śmierci Syriusza i tego, że nie zauważył tych symptomów wcześniej, to zdawał sobie sprawę, że to nie była tylko jego wina. Podejrzewał, że Labirynt sprawiłby, że to wspomnienie byłoby znacznie bardziej bolesne dla Connora.
Ku jego zaskoczeniu, następna scena, która się po tej pojawiła, to nie było, jak się spodziewał, wypuszczenie magii poza osłonami Lux Aeterny, co przyzwało do niego potem śmierciożerców. Właściwie, to szedł potem całkiem długo, przez cały czas spodziewając się w jakiejś chwili zobaczyć któryś ze swoich pojedynków z Rosierem, albo krycie się ze swoimi koszmarami, albo atak na Umbridge czy Knota, ale żadna z tych scen się nie pojawiła.
Zalało go chłodne światło sowiarni i Harry zobaczył, jak Rita Skeeter ochoczo spisuje artykuł, który podyktował, żeby zaszantażować Jamesa i zmusić go do wycofania swoich oskarżeń przeciw Snape'owi. Harry kiwnął głową. To był błąd, powinien był znaleźć inny sposób na poradzenie sobie z tą sytuacją. Wówczas, być może, nie oddaliłby się tak bardzo od swojego ojca.
Obraz jednak pozostał na miejscu, ale tym razem Labirynt zmusił Harry'ego do zauważenia tego, w jaki sposób oczy Skeeter otworzyły się szerzej, kiedy ta pytała go, czy nie był maltretowany w dzieciństwie, oraz nuty podejrzenia, która pozostała na jej twarzy, kiedy zaprzeczył. Serce zatętniło Harry'emu w uszach, kiedy się zorientował, że wcale jej nie przekonał, mimo, że swego czasu wydawało mu się, że zrobił to z powodzeniem. Wciąż miała własne opinie na ten temat, mimo, że nie poruszała potem dalej tego tematu.
Szlag. Skeeter może i nie spróbowałaby skrzywdzić Lily i Jamesa, gdyby wiedziała o jego treningu, nie w sposób, w który, czego Harry był niemal pewien, zrobiliby to Lucjusz czy Narcyza, ale miała moc obsmarowania ich gównem na oczach całego świata i mogła z niej w każdej chwili skorzystać.
Gdybym tylko wiedział, pomyślał z rozpaczą Harry, kiedy sowiarnia zniknęła, to przehandlowałbym moje milczenie o tym, że jest niezarejestrowanym animagiem w zamian za jej ciszę na ten temacie, zamiast kazać jej napisać tamten artykuł.
Teraz było już na to za późno. Harry żuł wargę, póki ta nie zaczęła krwawić, po czym ruszył statecznie przed siebie. Przynajmniej Labirynt pozwolił mu dowiedzieć się o tej możliwości.
– Dziękuję – szepnął.
Zgodnie z oczekiwaniami, Labirynt nie odpowiedział, i zgodnie z tym, czego Harry się spodziewał, następną sceną było Grimmauld Place, kiedy to niemal poddał się śpiewającemu stworzeniu, ukrytemu za drzwiami – ku jego rozczarowaniu, Labirynt nie pokazał mu, jak to stworzenie właściwie wyglądało – a potem, jak doprowadzał się stopniowo do skrajnego wycieńczenia, sprawiając, że stawał się coraz bardziej bezużyteczny dla wszystkich dokoła. Skrzywił się i stał przez chwilę z zamkniętymi oczami, kiedy zobaczył scenę, w której odmawia "zaproszeniu" Very i Petera do przyłączenia się do nich w Sanktuarium. Obraz jednak pozostał w bezruchu aż do chwili, w której otworzył oczy i znowu się mu przyjrzał. Labirynt w dość oczywisty sposób uważał, że powinien był się udać wtedy z nimi.
– Ciekawe, czy to wieszcze cię wybudowali? – mruknął Harry, przyjmując do wiadomości, że popełnił wtedy błąd i nawet to, dlaczego go popełnił – bo nie chciał, żeby ktokolwiek go w ten sposób zobaczył i tak dobrze go poznał. – Z pewnością macie ze sobą wiele wspólnego i, Merlin jeden wie, przez ciebie ciągle przypominam sobie o Verze.
Pieśń Fawkesa wykonała zwrot i podsunęła Harry'emu wspomnienia o tym, jak James powiedział mu kiedyś, że Labirynt pochodzi skądś indziej, że z całą pewnością nie został stworzony przez ludzi, choć prawdopodobnie to ludzie w jakiś sposób go tu przyzwali.
Harry kiwnął głową.
– W porządku – powiedział i ruszył dalej, ponuro przedzierając się przez kolejne wspomnienia, głównie lekkie urazy, które go poróżniły z innymi ludźmi, póki nie skręcił za róg i nie zobaczył ciemności, której się tam spodziewał. Miała lekko srebrzystą poświatę, niczym gwiazdy. Harry wciągnął nerwowo powietrze i podszedł do wspomnienia, którego obawiał się najbardziej.
Po raz kolejny stał zaraz przy wyjściu z ogrodów różanych w noc Bożego Narodzenia i zobaczył, jak jego zrodzona z nienawiści magia sięga ku Lily. Harry obserwował to z takim zdystansowaniem, na jakie tylko było go stać. To było naprawdę niezwykłe, zobaczyć z zewnątrz jak bardzo dzikie wtedy były wtedy jego oczy, przymrużone i niemal pozbawione człowieczeństwa. Znalazł się wtedy dosłownie o włos od ofiarowania siebie mrocznej muzyce i porzucenia wszelkich ograniczeń. Oczywiście, że to był błąd. Choć słuchanie od nowa słów swojej matki bolało, to wcale nie zdziwił go fakt, że Labirynt postanowił mu pokazać tę scenę. Wystarczająco dużo spędził bezsennych nocy, myśląc o tym z żalem.
Labirynt roziskrzył się i Harry zamarł, podnosząc podbródek. Po raz kolejny, zupełnie jak wtedy, ze sceną lewitowania książki, kiedy źle zrozumiał to, co chciał przekazać mu Labirynt, czuł, jak wahadło prawdy rozpędza się i zaraz w niego trafi z pełnym pędem.
Trafiło.
Wykorzystanie magii zrodzonej z bólu i nienawiści było błędem tylko w tym sensie, że mogłem nią kogoś skrzywdzić. Myliłem się, myśląc, że...
Nie. Nie mógł... to nie mogła być prawda.
Pieśń Fawkesa zrobiła się głośniejsza.
Labirynt nie był w stanie kłamać. Nie był w stanie tego zrobić, tak samo jak rytuał sprawiedliwości nie mógł się mylić, tak samo jak wieszcze nie mogą czy jednorożce. Jeśli się w to zwątpi, to równie dobrze można zacząć powątpiewać w całą istotę magii.
Prawda wylądowała w jego mózgu i bezpardonowo wepchnęła się do środka.
Myliłem się, myśląc, że w jej słowach znajduje się choć odrobina prawdy. Myliłem się, myśląc, że moja magia jest obrzydliwa, że inni ludzie są w stanie ją tolerować wyłącznie dlatego, że jest im mnie żal, albo że w nich samych znajduje się coś równie pokręconego i zboczonego. Ona kompletnie nie widzi tego, kim jestem. Nie rozumie, kim się stałem. Jakby mnie przed nią postawić i kazać jej przewidzieć moje zachowanie, to za każdym razem oceni to źle.
Ona nie tylko nigdy mnie nie kochała, ona nie ma też najbledszego pojęcia, kim jestem.
Harry zadygotał lekko i zamknął oczy. Czy już wcześniej nie stawił temu czoła, z jednorożcami? Czy nie przyjął już do wiadomości faktu, że jego matka myliła się co do niego? Dlaczego więc teraz tak ciężko mu to zaakceptować?
Prawda wdarła się z determinacją do jego myśli i siedziała w nich, gapiąc się na niego, póki nie podniósł na nią wzroku.
Wydawało mi się, że wciąż może coś o mnie wiedzieć. Przecież mnie wytrenowała i wciąż jestem produktem jej treningu. Myliła się względem tego, że moja magia jest równie obrzydliwa, co psie rzygowiny, ale mogła mieć rację co do tego, jak zareaguję, jeśli zada mi odpowiednie pytania, albo o tym, że po prostu przeniosłem moje pragnienie służenia Connorowi do służenia innym ludziom.
Ale jestem czymś więcej niż tylko tym. Bez przerwy popełniam tego rodzaju błędy, ale mimo to, jestem czymś więcej, niż tylko swoimi błędami. Nic w jej naukach nie podpowiedziało mi, jak się powstrzymać przed po prostu zaszarżowaniem na więzienie ministerstwa, kiedy ludzie byli w niebezpieczeństwie, albo jak kochać Draco...
Harry krzyknął, a światło wokół niego nabrzmiało, rozświetlając piękną bielą i złotem. Pieśń Fawkesa wzniosła się ponad nie, niczym kometa okrążająca słońce.
Labirynt zakradł się do niego z tymi dwoma prawdami, być może niezdolny do znalezienia pojedynczego wspomnienia, które byłoby w stanie je zobrazować, być może niezdolny do subtelniejszej pracy z jego drobiazgowo poukładanym umysłem i wymówkami, i kłamstwami, jakie gęsto przeplatały jego umysł. Ożyły się teraz jednak w głowie Harry'ego, owijając się i przeplatając ze sobą nawzajem, niczym świeżo wyklute Wielu, tworzące nowy rój, i ciągnęły ze sobą pierwszą, tak że teraz trzy węże prawdy krążyły w jego głowie, bez początku i bez końca.
Jego matka myliła się co do niego od zawsze i już zawsze będzie się mylić – do tego stopnia, że mógł porzucić wszelkie myśli o tym, że był jej cokolwiek winny względem całego treningu, który w nim zaimplementowała.
Był czymś więcej niż tylko ofiarą poświęcenia. Zawsze tak było.
Był w stanie kochać Dracona i, pod wieloma względami, już to robił.
Harry zadygotał, ledwie zdając sobie sprawę z tego, że opadł na kolana, na podłogę Labiryntu. Pieśń Fawkesa zwolniła do kojącego trelu, a Regulus szeptał coś, czego Harry niemal nie był w stanie usłyszeć pod szumem wodospadu własnych myśli.
Wiedział, że płacze. To w tej chwili nie miało większego znaczenia.
Już nie będzie w stanie mnie skrzywdzić. Nigdy więcej. Ostatnia broń, jaką miała przeciw mnie, ta z największym potencjałem, przekonanie, że jestem wart cokolwiek wyłącznie wtedy, kiedy pomagam innym ludziom, została jej odebrana.
Nie jestem w stanie od razu przestać się poświęcać dla innych. Ale teraz przynajmniej wiem, że prędzej czy później będę w stanie to zrobić. To nie to samo, co osiągnięcie tego celu, ale przynajmniej wiem, że ta droga w ogóle istnieje.
I te wszystkie głupstwa, jak zamartwianie się o to, że Draco jest zły, albo faworyzowanie go ponad innych ludzi, czy pragnienie, żeby nigdy nic złego go nie spotkało, czy ośmielenie się na odwzajemnienie pocałunku, kiedy od każdego innego po prostu bym uciekł, to wszystko było w porządku, to wszystko było absolutnie w porządku, i och Merlinie, tak strasznie się myliłem, bo to wszystko było w porządku, i mogę sobie pozwolić na przyszłość, i mogę sobie pozwolić na własne życie, i mogę sobie pozwolić na to, żeby kochać...
Jego oddech zaczął się urywać od szlochania. Wielka gula utkwiła mu w gardle. Wiedział, że siąpi nosem i choć jego ręka podniosła się, żeby przesłonić twarz i nie pozwolić nikomu zobaczyć jego łez i glutów, to zrobiła to po prostu w odpowiedzi na stary nawyk i nie miał on tutaj najmniejszego znaczenia, ponieważ wszyscy, którzy byli wokół niego, i tak widzieli go już w gorszych sytuacjach.
Nie szkodzi. Regulus go nie zdradzi. Fawkes go nie zdradzi. Labirynt zdawał sobie sprawę z tego wszystkiego od chwili, w której do niego wszedł i po prostu podarował mu zdolność do zobaczenia tego razem z nim.
Harry podźwignął się chwiejnie na nogi. Na tyle, na ile ta świadomość uderzyła w niego i rozbiła go niczym jajo, klęczenie w miejscu byłoby tylko stratą czasu, a on nie chciał tu spędzać kilku miesięcy. Czuł, jak wzbiera w nim zniecierpliwienie, niczym koń bojowy zarzucający łbem i strzygący uszami tuż przed ruszeniem do walki. Chciał już stąd wyjść, chciał posmakować życia, przyjąć jak najwięcej prawd, które Labirynt miał mu do pokazania, kontynuować...
Och Merlinie.
Czy to znaczyło, że on mógł sobie pozwolić na ten rodzaj wolności i możliwości, które chciał podarować innym ludziom? Czy to znaczyło, że jego wola też ma znaczenie i to nie tylko jako stróża, stojącego na straży czyjejś wolnej woli i chroniącego przed niesprawiedliwością?
Harry nie wiedział, jak długo to się utrzyma, podejrzewał, że zacznie się rozpadać i zanikać w chwili, w której wyjdzie z Labiryntu – Labirynt nie był w stanie przymusić nikogo do dobrego zachowania, inaczej James nigdy nie zachwiałby się w swoich postanowieniach – ale tylko przez chwilę zobaczył siebie, stojącego pośród tych wszystkich ludzi, których podziwiał i tak strasznie cenił, a wszystkie nielogiczne argumenty zniknęły, wszystkie niemające podstaw rozumowania zniknęły i przez ułamek sekundy był w stanie zobaczyć siebie jako człowieka, w sposób, w jaki Vera powiedziała mu, że siebie nie widzi, i ta świadomość przebiła go niczym promień słońca.
Wizja zniknęła w następnym momencie, pozostawiając stare wątpliwości i niepewności, ale ją widział.
Niczym wizja ze szczytu góry, kiedy się patrzy na wschód, prosto na wschodzące słońce.
– Dziękuję – wyszeptał po raz trzeci.
Labirynt czekał łagodnie, po czym przeprowadził go przez kilka pomniejszych błędów, które miał zamiar popełnić, które popełnił, które popełnił i wciąż mógł naprawić.
Harry poczuł, jak Labirynt nabiera wokół niego tchu, po czym wydycha go z siebie. Wyszedł z niego i rozejrzał się po pokoju, który nie był zbyt wielki, mimo, że znajdowało się w nim wiele srebrnych zakrętów i wiedział, że przeszedł w nim wiele mil, bez względu na to, jak wyglądał.
Dystans, który sam przebył, był znacznie dłuższy.
Harry odwrócił się w kierunku drzwi, w głowie mu szumiało od pomysłów. Labirynt pokazał mu, po błędzie, który popełnił po prostu pokazując wszystkim swoje intencje tym artykułem, ścieżkę, której wcześniej nie wziął nawet pod uwagę. Ostatecznie, skoro może być człowiekiem, skoro ma szansę uznania się za takowego, to może oznaczać, że inni ludzie okażą się chętni wspomożenia go przez wzgląd na miłość i lojalność, a nie tylko dlatego, że są mu winni jakiś dług, albo zawarł z nimi jakiś układ. Istniały rytuały, z których mógłby skorzystać, jeśli tylko będzie mógł liczyć na pomoc innych ludzi, tak żeby nie musiał wszystkiego robić sam, albo tylko z pomocą Dracona i Snape'a.
Teraz, kiedy ta prosta idea pojawiła się w jego głowie, był w stanie przywołać z pamięci kilka rytuałów, które powinny być niezwykle pomocne przy uwolnieniu południowych goblinów. Slytherin ich przeklął, związał ich sieć z wymianą pieniędzy. Harry zdawał sobie sprawę z tego, że raczej nie przekona do pomocy nikogo, kto jest powiązany z Gringottem, ale też nie musiał tego robić. Co mógł zrobić, z pomocą innych ludzi, to zebrać dość mocy, by zrównać się surowej potędze sieci Slytherina i stworzyć substytut, na który mógłby tę sieć przenieść, zamiast ją niszczyć. Bawiła go myśl, że to będzie musiał być świetlisty rytuał, mimo, że większość rytuałów wymagających kooperacji taka właśnie była, ponieważ będzie musiał z jego pomocą przekonać sieć goblinów, że wciąż jest przyczepiona do Gringotta, inaczej ta nie pozostanie uczepiona kopii. To będzie wymagało podstępu i kłamstwa, prawdopodobnie jakichś uroków, czy iluzji – co znajdowało się zwykle w definicji mrocznej magii.
Jego magia przepłynęła mu pod skórą niczym ławica ryb. Chciała tworzyć nowe rzeczy. Fawkes wydał z siebie trel, aprobując ten pomysł.
Harry obejrzał się przez ramię na Labirynt i zamarł. Czuł, jak ten mierzy go wzrokiem z namysłem – szczęśliwy, dumny, usatysfakcjonowany i nawet lekko rozbawiony.
Harry wziął głęboki wdech.
– Dziękuję – szepnął po raz kolejny. – Spróbuję to zapamiętać. Nie wiem, czy będę w stanie – klarowność wspomnień już zaczynała mu umykać, przesłaniana maską czasu i codzienności, jak to wizje i inspiracje miały w zwyczaju – ale się postaram.
Labirynt wydał z siebie cichy pomruk, niczym nundu, po czym zamknął oczy i ponownie usnął. Srebrne linie światła podnosiły się za Harrym w miarę jak ten szedł pewnie do drzwi.
Otworzył je i James złapał go za ramiona w mocnym uścisku. Najwyraźniej tak się zamartwiał, że kompletnie zapomniał o tym, jak strasznie ostrożnie kroczyli wokół siebie wcześniej.
– Harry – szepnął. – Nie wiedziałem, czy cię jeszcze kiedyś zobaczę. Zniknąłeś na tydzień.
Tylko tydzień? Poszło lepiej, niż się spodziewałem. Harry zamknął oczy i przytulił się do swojego ojca, nie będąc w stanie powstrzymać szerokiego, głupiego uśmiechu, który pojawił mu się na twarzy. Fawkes poderwał mu się z ramienia i zaczął krążyć wokół nich z podekscytowanym trelem.
Naprawdę dobrze, że to zajęło ci tylko tydzień. Mogło znacznie dłużej, burknął na niego Regulus. Masz szczęście.
Mam, powiedział Harry. Merlinie, jestem naprawdę wielkim szczęściarzem, co nie, Regulusie? A przynajmniej teraz tak się czuję. Chce mi się śpiewać. Szkoda, że Draco tu nie ma, bo bym go pocałował.
Śmiech w nim wezbrał i wymknął się niechcący. James drgnął i odsunął się od niego, patrząc z zaskoczeniem.
– Przepraszam – powiedział Harry, uśmiechając się do niego.
Nie było mu przykro. Och, jasne, czekał go ochrzan, oczywiście, że tak, ale poradzi sobie z tym. Labirynt wypalił w lesie jego umysłu większą część gęstego, obrzydliwego listowia i teraz pomiędzy gałęziami wpadały promienie słońca, budząc do życia przywiędłą trawę i zachęcając młode drzewka do zastąpienia starych, wykarczowanych.
W tym momencie świat wciąż był ciężki od nowych możliwości, jaskrawy i młody i pełen obietnic nowego poranka.
