Borze szumiący, historia znowu zaczyna wierzgać.

Rozdział pięćdziesiąty czwarty: Aneks do umowy

Snape nie lubił myśleć o tym, jak bardzo ucierpiał w przeciągu dwóch ostatnich dni, gdy rozpoczął się nowy semestr, a Harry nie wrócił do szkoły.

Nie lubił o tym myśleć po części dlatego, że ilekroć zaczynał, to wszystko zaczynało wokół niego eksplodować, po części dlatego, że już przygotowywał się do zemsty na Jamesie Potterze, a po części dlatego, że dość oczywiste było, że Draco Malfoy cierpi gorzej od niego.

Draco wszedł do klasy, na zajęcia z eliksirów, zataczając się i ze wzrokiem tak nieobecnym, że Snape w pierwszej chwili pomyślał, że ten lunatykuje. Przydzielił Blaise'a jako partnera dla Dracona, przez co ten dostał napadu szału, zaczął się miotać i wrzeszczeć, a jedyne, co dało się wyłapać z jego słów to "zawsze", "partner" i "Harry". Blaise przyznał, że przez ostatnich parę dni Draco był po prostu nie do zniesienia. Ciągle przeskakiwał między wściekłym żalem i równie agresywnym przeklinaniem wszystkiego w zasięgu wzroku. Snape dał mu wywaru na uspokojenie i posłał go do skrzydła szpitalnego.

Starał się wyobrazić sobie, co się mogło stać, ale ostatecznie i te myśli musiał od siebie odsunąć. Najważniejsze było uporanie się z tym, co Harry po sobie pozostawił – kompletnie zdruzgotanego Dracona i brata, który wrócił do szkoły, twierdząc, że nie ma pojęcia, gdzie jest Harry.

No i z Jamesem Potterem, oczywiście – Jamesem Potterem, który odpowiadał na zagadujące o Harry'ego listy od Snape'a po prostu odsyłając wszystkie koperty nieotwarte.

Snape zastanawiał się, czy myśli o zemście dlatego, że to było najłatwiejsze wyjście, ale odepchnął to od siebie, bo to była kolejna kwestia, o której myślenie sprawiało mu ból.

Sprawdzał temperaturę eliksiru, który wybrał jako pierwszą część swojej zemsty, kiedy ktoś zapukał do drzwi jego gabinetu.

– Wejść – warknął Snape, nie odrywając wzroku od eliksiru. Będzie musiał zanurzyć w kociołku fiolkę, kiedy eliksir zabulgocze, po czym ugasić ogień, ale musiał pilnować wywaru i zareagować dokładnie w chwili, w której pojawi się pierwszy bąbelek. To i tak pewnie był po prostu jakiś uczeń, który przyszedł się zgłosić na szlaban, co nie było tak ważne jak to.

Eliksir zabulgotał. Snape zanurzył fiolkę, po czym machnął różdżką, żeby zgasić ogień i odwrócił się, żeby zobaczyć, który to bałwan przyszedł go zirytować.

Harry przygryzł wargę i spojrzał na niego.

– Ee, hej – powiedział.

Snape rzucił zaklęcie, które powinno zdjąć z niego urok, ukrywający prawdziwy wygląd. Harry z uporem pozostawał taki sam. Rzucił więc taki, który powinien rozwiać wszelkie solidne iluzje, których Harry kiedyś używał, żeby oszukać jego i Dracona. Nic się nie stało.

Legilimens – mruknął i odkrył, że wciska się do zaskoczonego, ale przyjmującego go z otwartymi ramionami i bardzo znajomego umysłu.

Zauważył przez mgnienie oka lśniący labirynt srebrnych świateł i Harry'ego, który mijał różne zakręty i korytarze, po czym Harry łagodnie zacisnął z powrotem swoje tarcze oklumencyjne i wypchnął go z powrotem.

– Wolałbym o tym panu opowiedzieć – powiedział – zamiast czekać, aż pan to sam po prostu odczyta z moich wspomnień.

Snape wrócił do siebie i przez chwilę tylko stał i oddychał, nie wiedząc, co właściwie ze sobą zrobić. Jego emocje przechyliły się raptownie z zemsty, czegoś, co znał i rozumiał, do momentu pełnego agresywnego strachu, ulgi i radości. Nie był do tego przyzwyczajony. Co się właściwie robiło w takich sytuacjach?

Harry rozwiązał to za niego, podchodząc do niego i przytulając się.

– Tęskniłem za panem – wymamrotał głosem, który brzmiał jak jego i nie jego jednocześnie. Harry, który wyjechał z Hogwartu na święta, nigdy by nie powiedział czegoś takiego. – Przepraszam, że tak strasznie pana zmartwiłem, ale naprawdę myślałem, że powinienem wejść do Labiryntu. I podziałało. Wiem już, co powinienem zrobić. Labirynt mi pomógł i wyleczył mnie i... – Harry odetchnął szybko i pokręcił głową, ruch, który Snape poczuł jednocześnie na piersi i w ramionach. W którymś momencie jego ręce same się podniosły i objęły Harry'ego mocno. – Zostawił mnie w takim stanie – powiedział Harry i odsunął się od niego lekko, po czym podniósł głowę tak, że Snape mógł znowu spojrzeć na jego twarz.

Oczy mu lśniły. Na czole Harry'ego znajdowały się delikatne pozostałości po liniach, które kiedyś były tak nieustannie spięte, że Snape'owi wydawało się, że nigdy nie przyjdzie mu zobaczyć, jak się rozluźniają. Uśmiechał się i to był uśmiech kogoś, kto był świadkiem czegoś niezwykłego i dobrego.

Snape pogapił się na niego jeszcze przez chwilę i już miał się odezwać, kiedy nagle obok Harry'ego pojawiła się kula ognia. Wynurzył się z niej Fawkes, lądując zgrabnie na ramieniu Harry'ego i wyginając szyję tak, żeby poukładać sobie dziobem piórka. Po chwili zauważył wreszcie Snape'a i powitał go zwyczajowym trelem.

– Fawkes się ze mną związał – powiedział Harry, jakby to było coś najbardziej normalnego na świecie, po czym pogłaskał z uczuciem feniksa.

Snape spędził chwilę, czekając na jakieś "ale". Jego życie nie zmieniało się w ten sposób, a już na pewno nie skręcając gwałtownie w stronę radości. Musiała być jakaś przeciwwaga. Może lada moment jego lewe przedramię zacznie go piec, ogłaszając powrót Mrocznego Pana do pełni sił.

Ale Harry uśmiechnął się do niego i Snape wreszcie nie wytrzymał.

– Ty durny, idiotyczny, debilny, kretyński, idiotyczny...

– To już pan wymienił – powiedział Harry, który miał czelność się z niego śmiać.

– Nic mi nie mówiłeś o tym, że chcesz wejść do Labiryntu! – ryknął Snape, odnajdując wreszcie język w gębie. Poniekąd zdawał sobie sprawę z tego, że podniósł głos, co mu się nigdy nie zdarzało. Głównie jednak skupiał się na tym, że Harry wydawał się głównie rozbawiony jego popisem utraty panowania nad sobą. – Nie mówiłeś mi, że masz zamiar narazić swoje życie i poczytalność na niebezpieczeństwo! Przecież mogłeś tam zniknąć na całe miesiące!

Harry spojrzał na niego cierpliwie.

– Oczywiście, że panu o tym nie powiedziałem – oznajmił. – Przecież gdybym powiedział, to by pan mnie nie puścił do Lux Aeterny.

– Nie w tym rzecz! – syknął Snape, wreszcie odzyskując panowanie nad swoim głosem. – Czy ty masz jakiekolwiek pojęcie, coś ty zrobił tym, których po sobie zostawiłeś, tym z nas, którzy nie mieli najmniejszego pojęcia, co się z tobą stało, ani żadnej nadziei, że kiedykolwiek już do nas powrócisz? Mnie tutaj szlag trafiał – to wyznanie paliło go w język, ale wiedział, że następne słowa zniszczą wszelką troskę Harry'ego o niego – ale pan Malfoy jest w skrzydle szpitalnym i nawet twój brat chodzi po szkole blady jak ściana, zupełnie jakby wreszcie dotarła do niego jego własna głupota.

Uśmiech Harry'ego zniknął jak zdmuchnięty.

– Draco jest w skrzydle szpitalnym?

– Oczywiście. – Snape założył ręce na piersi. – Przecież widzisz, że go tu nie ma? Nie pozwoliłby nam tak długo rozmawiać bez przerwy, skoczyłby na ciebie jak tylko wyczułby twoją magię w szkole i pewnie zrobiłby coś niewybaczalnego, albo nawet Niewybaczalnego. – Zadrżał lekko. Nie chciał być świadkiem ponownego spotkania chłopców. Był pewien, że ta chwila będzie jeszcze bardziej przepełniona emocjami, a już ta była dla niego zanadto nimi przesycona.

– J–ja nie wiedziałem. – Harry obejrzał się z roztargnieniem na drzwi, w dość oczywisty sposób pragnąc wybiec przez nie natychmiast i dręczyć Madam Pomfrey, póki ta nie pozwoli mu się zobaczyć z Draconem.

– Harry. – Snape wyciągnął rękę i złapał go za ramię, na którym nie siedział Fawkes. Harry odwrócił się i spojrzał na niego.

Snape nabrał głęboko tchu i poczuł, że język znowu go piecze.

– Martwiłem się o ciebie. Tęskniłem za tobą. Cieszę się, że odnalazłeś spokój i szczęście w Labiryncie, ale powinieneś był nam powiedzieć, że to po to tam w ogóle jedziesz.

– Nie pozwolilibyście mi pojechać. – Harry szarpnął lekko ramieniem ze strachu.

Snape bezlitośnie zakopał wszelki ból, który mu sprawił ten odruch, przypominając sobie z premedytacją, że Harry z własnej woli podszedł do niego, żeby się przytulić.

– Być może nie, ale być może, gdybyś wyjaśnił mi, czemu chcesz to zrobić, to byś mnie przekonał do swojego punktu widzenia. Nie przepadam za nieustannym zamartwianiem się, to niszczy mi wszelką zdolność do wykonywania mojej pracy – powiedział, wracając na znane mu terytorium. – Do końca roku czekają cię szlabany ze mną w każdy wtorek i czwartek, dokładnie o ósmej wieczorem. – Przynajmniej wtedy będzie wiedział, gdzie chłopak przebywa przynajmniej przez kilka godzin w tygodniu.

– Profesorze Snape...

– W tej sprawie nie jestem twoim profesorem – przerwał mu Snape. – Jestem twoim opiekunem. Nie życzę sobie, żebyś myślał, że po prostu kiwnę głową i będę się trzymał z daleka, podczas gdy ty będziesz ryzykował życiem.

– Nigdy tak nie myślałem – wymamrotał Harry i znowu lekko pociągnął za ramię, tym razem w kierunku drzwi.

Snape zatrzymał go w miejscu.

– Jak ci się wydawało, co by się stało, kiedy wyjdziesz z Labiryntu? Albo jak ci się wydaje, co by się stało, gdybyś tam zginął, albo nigdy nie powrócił, a my nigdy nie wiedzielibyśmy co się z tobą stało?

– Ja... – Tupet Harry'ego po raz pierwszy przygasł, a on sam spuścił wzrok na ziemię. – Nie wiedziałem – szepnął. – Wydawało mi się, że muszę znaleźć jakieś rozwiązanie moich problemów związanych z uwolnieniem magicznych stworzeń i nie myślałem o dalszych konsekwencjach. Przepraszam.

– Musisz zaakceptować pewne ograniczenia – powiedział cicho Snape. – Jeśli to są ograniczenia nałożone przez tych, którym na tobie zależy, to istnieją z powodów personalnych i zostały nałożone z większą rozwagą i uczuciem od beznamiętnego uchwytu tych, którym jesteś obojętny. – To było coś, co dawno temu usłyszał od Dumbledore'a i choć ten człowiek od tego czasu bardzo się zmienił, to te słowa wciąż były mądre. – Poprosiłem cię, żebyś złożył mi obietnice, Harry, a ty je złamałeś. Ufałem ci, że twoje własne emocje cię ograniczą, ale i to nie podziałało. Twoje inne emocje, te, które ci mówią, że musisz się poświęcać za innych, żeby być cokolwiek wart...

– Labirynt nauczył mnie, że nie muszę – szepnął Harry i podniósł głowę, żeby uśmiechnąć się do Snape'a przez łzy, które mu zalśniły w oczach. – Niełatwo będzie o tym pamiętać, ale teraz jeszcze jestem w stanie o tym myśleć, bo dopiero co wyszedłem z Labiryntu. Pokazał mi, że nie muszę się poświęcać, że moje życie jest warte tyle samo, co innych ludzi. Jeśli tylko zdołam się tego uchwycić, to będę w stanie zacząć zupełnie inne życie.

Snape zamknął oczy i tym razem to on przyciągnął do siebie Harry'ego blisko i przytrzymał go przy sobie, sprawiając, że Fawkes skrzeknął z rozdrażnieniem i zniknął. Harry posłusznie stał przez chwilę w miejscu, nawet go objął z powrotem, ale w niedługo potem zaczął się wiercić.

– Powinienem iść do Draco – szepnął.

Snape kiwnął głową i go puścił.

– Nie widziałeś go, kiedy wszedłeś przez kominek w skrzydle szpitalnym? – zapytał, ponieważ to wciąż wydawało mu się po prostu dziwne.

Harry zamrugał.

– Och. Nie wróciliśmy siecią fiuu. Tata aportował mnie do Hogsmeade i stamtąd przyszliśmy piechotą. – Podniósł dłoń, zanim Snape zdążył cokolwiek powiedzieć, po czym dodał: – Wiem, że chce pan w jakiś sposób zrzucić na niego winę za to wszystko. Ale to naprawdę nie jest jego wina. On też nie wiedział, że miałem zamiar wejść do Labiryntu, tak samo jak Connor. Nikomu o tym nie powiedziałem. Niech pan się na nim za to nie mści.

Za to. Snape uchwycił się tych drogocennych słów. Na swój sposób naprawdę łatwo było mu złożyć tę obietnicę. Świadomość, że James Potter nie miał żadnego związku z faktem, że twarz Harry'ego wyglądała, jakby ten skąpał się w świetle poranka, była mu naprawdę miła.

– Obiecuję – powiedział ponuro. – A teraz leć zobaczyć się z Draco. Strasznie się za tobą stęsknił.

Harry uśmiechnął się do Snape'a i kiwnął szybko głową, po czym wybiegł z gabinetu.

Snape odwrócił się w kierunku kociołka i spojrzał na niego, a potem na fiolkę, którą wciąż trzymał w dłoni.

Machnął ręką i oba zniknęły.

Jeśli miał dotrzymać danego Harry'emu słowa, to lepiej nie mieć takiej pokusy pod ręką.

Nie zerknął nawet w kierunku zamkniętego biurka, stojącego w głębi jego gabinetu, ponieważ istniały pokusy silniejsze niż to, zainspirowane od nowa za każdym razem, kiedy przyglądał się kolejnemu wspomnieniu, złapanemu przez eliksir myślodsiewny.

Snape pokręcił głową i na tę jedną noc odrzucił od siebie te myśli. Harry wrócił i był wolny. To mu wystarczy.


Draco rozbudził się powoli. Wiedział, że coś się zmieniło, że zostało naprawione coś, co wcześniej było niewłaściwe, ale wywar uspokajający wciąż wypełniał mu umysł gęstą mgłą niepamięci, że musiały minąć długie chwile, zanim był w stanie otworzyć oczy i skupić swoją empatię na nowej osobie w sali.

Nie, wcale nie nowej. Starej, znajomej i ukochanej.

Draco podniósł rękę i poczuł, jak ktoś ją łapie i bezpiecznie zaciska na niej palce. Druga dłoń dotknęła jego czoła, drżąc od czegoś, co mogło być wahaniem, albo żalem, ale była tam. A Draco wiedział, jak wiele to znaczy. Harry nieczęsto sam z siebie go dotykał.

– Harry – szepnął i nie zrobił z tego pytania. Odkrył, że wywar uspokajający już niemal zniknął, ale jego empatia nie miotała się dziko, starając sobie znaleźć punkt skupienia, jak to zrobiła kilka godzin temu. Znalazła go. Usiadł powoli na łóżku, obrócił powoli głowę i powoli otworzył oczy.

Harry poderwał na niego głowę. Kiedy siedział, musiał ją mieć pochyloną. Spojrzał na Dracona z szeroko otwartymi oczami.

– Wybaczysz mi? – szepnął. – Ja...

Draco przymrużył oczy i spojrzał poza te słowa, które i tak nie miały większego znaczenia, skupiając się na emocjach. Harry czuł żal, który był niczym zimny, zielony bluszcz, ale zaraz za tym znajdowało się coś innego, coś, czego zasłona z bluszczu nie była w stanie do końca przykryć, coś, co...

Draco krzyknął i przesłonił ręką oczy, kiedy tuż przed nim wybuchło słońce. Wschód słońca widziany ze szczytu góry. Ciepłe promienie słońca odbijające się od ciemnozielonych liści. Radość, podziw i ulga tak wielka, że Draco miał wrażenie, że gdyby był w pobliżu Harry'ego, kiedy te emocje po raz pierwszy się w nim pojawiły, to zapadłby przez nie w śpiączkę.

Harry zaśmiał się i przytulił go mocno.

– Tak – szepnął. – Wszedłem do Labiryntu, Draco, i zobaczyłem... dowiedziałem się o tak wielu sprawach, których istnienia nawet nie podejrzewałem. Że moja matka nigdy mnie nie kochała. – Głos mu się załamał w tym momencie, jakby nie powiedział tego jeszcze na głos wystarczająco wiele razy. – Że jestem wart tyle samo co inni ludzie. Że nie muszę się bez przerwy poświęcać, żeby usprawiedliwić swoje istnienie. – Zawahał się i umilkł.

Draco otworzył oczy. Harry pochwycił jego spojrzenie własnym wzrokiem i utrzymał je. Zgroza zacieśniła linie na jego twarzy, ale radość wciąż się z nią mieszała i Draco miał wrażenie, że już wie, jak to jest, kiedy się siedzi na miotle tysiąc stóp ponad powierzchnią ziemi i nagle zaczyna opadać przez czyste powietrze poranka.

– Że cię kocham – powiedział pewnie Harry – i że wolno mi cię kochać.

Draco zamrugał szybko kilka razy. Miał nadzieję, że Harry nie oczekuje od niego, że się pochyli do przodu, albo położy z powrotem. Wydawało mu się, że w tej chwili w ogóle nie jest w stanie się ruszać, kiedy emocje szarżowały mu w ciele niczym żołnierze atakujący wrota.

Harry rozwiązał to za niego, pochylając się przed siebie i delikatnie go całując. To był ta sama, delikatna pieszczota, którą podzielili się pierwszego dnia wiosny i Harry zarumienił się wściekle, odsuwając się z powrotem.

– Nie powinienem był tego robić, jesteś chory – szepnął i delikatnie pomógł Draconowi położyć się z powrotem na łóżku.

Draco złapał go za rękę.

– Madam Pomfrey pewnie by się ze mną nie zgodziła, Harry, ale jeśli o mnie chodzi, to możesz to robić tak często jak ci się podoba.

Harry wymamrotał coś o Malfoyach i ich pogardzie do magomedyków, po czym ścisnął lewy nadgarstek Dracona i go puścił. Jego prawa ręka w dalszym ciągu jednak była spleciona z draconową.

– Co się stało? – zapytał miękko. – Madam Pomfrey powiedziała, że dostałeś histerii.

Draco zmarszczył na niego brwi.

– Bo nie wróciłeś, ty palancie. Co ja niby miałem zrobić? Wyjść z założenia, że gdzieś spędzasz czas swojego życia i tak po prostu o tobie zapomnieć? Moja empatia wymknęła mi się spod kontroli. Wyczuwałem zbyt wiele emocji na raz i nie miałem co z nimi zrobić. Troska i magia się wymieszały i w pewnej chwili po prostu zwaliły się na mnie całym ciężarem. – Nie obchodziło go, że pod koniec po prostu narzekał. Jedynym innym pacjentem Madam Pomfrey w tym momencie była jakaś Krukonka z szóstego roku, której jakimś cudem udało się transmutować własną rękę w kurze skrzydło. Dracona nie obchodziło, czy ją obudzi, czy nie. Miał wszelkie prawo krzyczeć. Harry go tu zostawił, do cholery.

Harry zmarszczył na niego brwi i powiedział ostatnią rzecz, której Draco się teraz spodziewał od niego usłyszeć.

– Draco, to ty nie jesteś w stanie kontrolować swojej empatii, kiedy nie ma mnie w pobliżu?

Draco odwrócił wzrok.

– Tego nie powiedziałem – mruknął. – Ja wcale... nie o to mi chodziło, Harry.

– Odpowiedz mi, Draco. – Uścisk na jego prawej ręce się wzmógł.

– Przy tobie jest mi po prostu znacznie łatwiej – powiedział Draco. – Jesteś kimś mi bliskim i znajomym, więc skupienie na tobie przychodzi mi bez trudu. Interesują mnie twoje uczucia, a twoje emocje są wyjątkowo silne, więc oczywiście, że wolę się skupiać na tobie. Radzę sobie w takim miejscu jak rezydencja, gdzie oprócz mnie znajduje się jeszcze tylko kilka osób i potrafię rozróżnić czyje emocje należą do kogo.

– Ale w Hogwarcie, kiedy nie ma mnie w pobliżu... – powiedział Harry, nie przejmując się nawet tym, że jego pytanie pozostało bez zakończenia. Draco był w stanie wyczuć jego wzrok, wbity w tył jego głowy. Zawsze uważał, że miło jest mieć na sobie pełną uwagę Harry'ego. Nie zdawał sobie sprawy jak przytłaczające to może być, kiedy wcale nie chce odpowiadać na jego pytania.

Nie muszę tu tak leżeć i tego wysłuchiwać, pomyślał nagle Draco. To on zrobił coś nie tak, nie ja. To on zniknął i to przez niego w ogóle doszło do tego załamania. Podciągnął się nieco wyżej na łóżku i spojrzał na Harry'ego, przymrużając oczy. Harry już patrzył na niego z przymrużeniem, więc to doprowadziło do gniewnego przyglądania się sobie przez dobrą minutę, nim Draco nie potrząsnął wściekle głową.

– Nie zastraszysz mnie w ten sposób, Harry – powiedział. – Zostawiłeś nas. Okłamałeś nas.

Harry kiwnął głową, ale nie spuścił wzroku, z jego twarzy nie zniknął nawet ślad uporu.

– Owszem – powiedział. – Myliłem się i jest mi z tego powodu przykro. Ale wydawało mi się, że pracujesz nad kontrolowaniem swojej empatii, Draco, że już nie potrzebujesz mieć przy sobie jednej osoby, która będzie cię bez przerwy uziemiała. A już z pewnością wierzyłem, że jesteś w stanie rozróżnić emocje innych ludzi od własnych, a nawet znosić je, kiedy sam jesteś rozchwiany emocjonalnie. Wygląda na to, że się myliłem.

Draco skrzywił się.

– Harry...

– Labirynt zmienił to dla mnie, Draco. – Harry pochylił się, przysuwając się bliżej, a Draco skulił się lekko. Czy to w ten sposób się właśnie czuje, kiedy wszyscy w Wielkiej Sali się na niego gapią? Znaczy, wyczułem to od niego, ale takie uczucie obnażenia do naga jest naprawdę nieprzyjemne. – Teraz już wiem coś na temat tego, w jaki sposób mnie kochasz i jak się czujesz, kiedy jestem w niebezpieczeństwie. Właśnie dlatego bardziej żałuję tego, co zrobiłem, bo jeszcze tydzień temu nie martwiłbym się tym jakoś szczególnie. I wiem, że cię kocham. A to znaczy, że się o ciebie martwię, do cholery, i o to, co się z tobą dzieje. Martwię się, przejmuję i mam takie samo prawo się na ciebie wkurzyć, skoro dopuściłeś do tego, żeby coś takiego ci się stało tylko dlatego, że zaniedbałeś pracę nad własną empatią.

Draco przełknął ślinę i starał się utrzymać złość przy sobie. Nie dawał sobie z tym jakoś szczególnie rady, bo czuł się, jakby ktoś otulił go właśnie strasznie ciepłą kołdrą.

– No więc – ciągnął dalej Harry, najwyraźniej ignorując zmianę wyrazu twarzy Dracona – chcę, żebyś tym razem naprawdę przyłożył się do swojej empatii. Masz ją kontrolować nawet wtedy, kiedy nie ma mnie w pobliżu i masz to robić równie dobrze jak wtedy, kiedy jestem. Naucz się rozróżniać emocje innych ludzi od własnych. Wierzę, że to cię zmieniło, ale nie chcę, żebyś tak bardzo brał na siebie tę zmianę, że ciągle będziesz mdlał w czasie zajęć. – Podniósł brwi. – To byłoby wyjątkowo niegodne Malfoya, prawda?

Draco zalał się rumieńcem, kiedy pomyślał o tym, co by powiedziało na to dowolne z jego rodziców, gdyby się dowiedzieli, że stracił przytomność w czasie lekcji i dlaczego.

– Ee – powiedział. – No nie.

Harry kiwnął głową.

– W takim razie wydaje mi się, że czas najwyższy, żebyś się tego nauczył, Draco. Pomogę ci.

– Nie chcę ci dodawać kolejnego obowiązku do twoich...

Harry był na tyle bezczelny, żeby go wyśmiać.

– Zdajesz sobie sprawę, jak w tym momencie brzmisz, Draco? – zapytał. – Jak Gryfon, usiłujący przekonać mnie, że może sam ustać na nogach, kiedy ma połamane kolana.

– Wcale nie jestem Gryfonem – powiedział Draco, krzywiąc się na wspomnienie jego pełnych niepowodzenia prób odesłania Connora Pottera do diabła i zostawienia go w spokoju tego popołudnia. Connor zachowywał się, jakby uważał, że ktoś powinien siedzieć obok łóżka Dracona, więc to równie dobrze może być on. Fakt, że pewnie robił to z głupiego poczucia obowiązku wobec swojego brata, sprawiało, że cała sytuacja była po prostu nie do wytrzymania. Draco wreszcie warknął na niego i pogonił go precz, ale i tak zajęło mu to nieznośną ilość czasu.

– Świetnie – powiedział Harry. – Czyli to oznacza, że pomogę ci kontrolować twoją empatię.

Draco zamrugał.

– Kiedy ja się niby na to zgodziłem?

– Kiedy nie odezwałeś się na tyle szybko, żeby temu zapobiec – powiedział Harry. – A także wtedy, kiedy nie przyłożyłeś się zawczasu na tyle porządnie, żeby kontrolować ją sam. – Rzucił Draconowi surowe spojrzenie, po czym wstał. Wciąż przebywało w nim uczucie w formie promieni słonecznych, kiedy spojrzał na niego w dół i Draco uśmiechnął się, głęboko usatysfakcjonowany z tego, że udało mu się otrzymać tę emocję od Harry'ego. Harry pokręcił na niego głową i sam też się uśmiechnął. – Jeszcze zrobimy z ciebie znakomitego empatę – mruknął Harry, przykrywając Dracona porządnie jednym z jego koców.

– Zostań ze mną – szepnął Draco, łapiąc Harry'ego za nadgarstek.

Harry zawahał się, po czym pokręcił głową i usiadł z powrotem.

– Przynajmniej dopóki nie zaśniesz.

Okazało się, że Draco chciał, żeby Harry położył się obok niego na łóżku, podczas gdy Harry wolał pozostać na krześle, co skończyło się krótką kłótnią. Harry wygrał, kiedy jego radość i rozbawienie zrobiły się tak ciepłe, że Draco osunął się w drzemkę, która stopniowo przerodziła się w prawdziwy sen. Czuł, jak jedna dłoń trzyma go za nadgarstek, a druga przeczesuje mu delikatnie włosy, odsłaniając mu czoło, jakby sam też miał tam bliznę. Draco westchnął, przypomniał sobie, że Harry był żywy, bezpieczny i go kochał, a ta świadomość ukoiła jego lęki.


– Powinienem był się domyślić.

Harry drgnął i obrócił się. Connor stał za nim z ramionami skrzyżowanymi na piersi, kręcąc powoli głową.

– Powinienem był się domyślić, że pojawisz się przy nim, jak tylko wrócisz – powiedział.

Harry pochylił głowę.

– W pierwszej chwili tego nie zrobiłem. Wydawało mi się, że znajdę go przy Snape'ie i chwilę mi zajęło ustalenie, że go tam nie ma i dlaczego. – Zawahał się, niepewien, co powiedzieć swojemu bratu. Nie wiedział, jak bardzo Connor był na niego zły.

– Pozwól, że ujmę to tak – powiedział Connor. – Twoje wejście do Labiryntu sprawiło, że spanikowałem ja, spanikował tata, przez co całą resztę świąt spędziliśmy z nerwami spiętymi jak postronki, do tego Gryffindor stracił dzisiaj sto punktów na eliksirach, a ja spędziłem sporo czasu, siedząc przy łóżku szpitalnym Draco cholernego Malfoya, starając się go pocieszyć.

Harry zamrugał na Dracona, który zasnął z lekkim uśmiechem na ustach, ale wciąż nie puszczał dłoni Harry'ego.

– Nic o tym nie wspomniał.

– No tak, wiesz, cała sytuacja okazała się dla nas wyjątkowo nieprzyjemna, dobra? – wypalił Connor. Potarł twarz dłonią i westchnął. – Harry, kiedy ty wreszcie skończysz z odpierdalaniem takich głupot? – zapytał ze zmęczeniem.

– Już nie mam potrzeby, żeby je robić – powiedział Harry. – Labirynt pokazał mi przeszłość, przyszłość i... cóż. Nauczył mnie wielu rzeczy. – Wziął głęboki oddech. – Co najważniejsze, nauczył mnie, że już nie muszę robić takich rzeczy, jak wchodzenie do Labiryntu tylko dlatego, że to się może komuś przysłużyć.

– Czyli to po to tam wlazłeś – powiedział Connor.

Harry kiwnął głową.

– Harry, przecież nie musisz ratować całego, cholernego świata – powiedział Connor, po czym zamilkł, słuchając własnych słów. – No dobra – przyznał. – Może i musisz. Ale to nie znaczy, że masz to robić sam. – Obrócił głowę i wbił w Harry'ego przeszywające spojrzenie. – Tylko dlatego, że nie wszyscy zgadzają się z tobą pod względem skrzatów domowych wcale nie oznacza, że przegrałeś. Czy wiesz, że Hermiona i ja nie pozwalamy już skrzatom domowym po sobie sprzątać, a nie minie już dużo czasu, nim nie uda nam się też złamać Rona i przekonać go do nauczenia się potrzebnych mu zaklęć?

Harry przełknął ślinę.

– Nie, nie wiedziałem o tym.

– Bo ty nigdy, kurwa, nie pytasz – powiedział Connor. – Cholerny, ślizgoński gnojek. Cały czas tylko wychodzisz z założenia, że jesteś ze wszystkim sam i nigdy nie pytasz. – Zamilkł na moment i przyjrzał się Harry'emu uważnie, co sprawiło, że ten poczuł się odpowiednio niekomfortowo. – Dlatego od tej chwili masz zacząć nas pytać, dobra? Z przyjemnością poinformujemy cię, kiedy będzie nam się wydawało, że to, o czym mówisz, ma sens, a kiedy brzmisz jak idiota.

Harry tylko kiwnął znowu głową, nie wiedząc, co mógłby w tym momencie powiedzieć.

Connor westchnął.

– Wiedziałem, że wrócisz – powiedział. – Próbowałem to wyjaśnić Malfoyowi, ale on mnie po prostu nie słuchał. Burknął tylko coś o tym, że będzie się słuchał tylko jednego Pottera i że ja jestem tym niewłaściwym.

Harry wbrew sobie parsknął śmiechem. Connor przymrużył na niego oczy.

– Och, jasne, ciebie to bawi – powiedział. – Ale tylko dlatego, że nie było cię tu wtedy, kiedy próbowałem z nim porozmawiać. Wydaje mi się, że jasne, spoko, Gryfoni i Ślizgoni mogą się bez problemu ze sobą dogadywać. Po prostu nie tyczy się to Gryfonów i Malfoyów.

Harry wyszczerzył się do niego.

– Dziękuję, że próbowałeś, Connor.

– Nie znikaj tak więcej, to nie będę musiał.

– Spróbuję.

Connor pokręcił głową.

– Pewnie na nic lepszego nie mam co liczyć. – Podszedł do Harry'ego i przytulił go mocno. Harry objął go jedną ręką, bo Draco wciąż nie poluźnił uścisku na jego drugiej. – A jeśli powiesz Malfoyowi, że tu wróciłem, żeby sprawdzić jak się czuje, to cię przeklnę jutro w Wielkiej Sali.

Harry próbował coś powiedzieć, ale Connor ścisnął go tak mocno, że wycisnął z niego oddech, po czym wyszedł ze skrzydła.

Harry oparł się znowu o łóżko Dracona, uśmiechając się.


– Pan Potter. Dziękuję za przybycie.

Harry kiwnął spokojnie głową Scrimgeourowi, kiedy Snape wszedł zaraz za nim do gabinetu ministra. Harry'emu przyszło do głowy, że to pomieszczenie było znacznie obszerniejsze od tego, które zajmował jako szef biura aurorów, ale mimo to niespecjalnie się między sobą różniły. Najwyraźniej dla Scrimgeoura większa powierzchnia ścian oznaczała po prostu więcej miejsca do powieszenia swoich map i fotografii, a także zawieszenia ogromnego portretu kobiety o szokująco czerwonych włosach i przeszywających, błękitnych oczach. Czarownica przechyliła głowę, kiedy zobaczyła, że Harry na nią patrzy, po czym pokazała mu język.

– Nie przejmujcie się babcią Leonorą – powiedział Scrimgeour, wstając i wyciągając do nich rękę. – Była mugolaczką. Nic nie mogła na to poradzić. Nie było w niej grama dobrego wychowania.

Czarownica z portretu wykonała obelżywy gest w jego kierunku.

– Czemu trzyma pan w swoim gabinecie portret takiej prostaczki? – zapytał Snape, siadając w fotelu obok Harry'ego. Nie uścisnął zaoferowanej przez ministra dłoni, ale Harry uznał, że lepiej o to nie naciskać. On sam uścisnął nadgarstek Scrimgeoura, po czym usiadł we własnym fotelu, podczas gdy Scrimgeour wrócił, kuśtykając lekko, z powrotem za swoje biurko. Percy Weasley zajmował mniejsze, stojące za nim, i pisał coś zawzięcie. Od czasu do czasu podrywał na nich głowę i zerkał na nich, niczym królik wyglądający z nory.

– Lubię ją – powiedział Scrimgeour. – Przypomina mi, że mimo wszystkiego, co osiągnąłem, wciąż jestem tylko człowiekiem. – Zwrócił łagodne spojrzenie na Harry'ego. – Wydaje mi się, że właśnie po to pan tutaj dzisiaj przybył, prawda, panie Potter?

Harry nabrał głęboko tchu. Sam poprosił o spotkanie twarzą w twarz i zdawał sobie sprawę z tego, że to będzie trudne, ale wierzył, że listem nie przekazałby wszystkiego równie dosadnie. Wiedział jednak, że przed Labiryntem wszystko poszłoby znacznie ciężej.

– Owszem, ministrze – powiedział. – Muszę się dowiedzieć, czy jest pan teraz moim wrogiem i jeśli tak, to co to oznacza dla magicznych stworzeń Wielkiej Brytanii.

Scrimgeour podniósł brew.

– Wiesz, nie przeszkadzałoby mi to aż tak bardzo, gdyby to był po prostu kolejny dziki wybryk Tybalta Starrise'a – powiedział. – Albo, gdyby Umbridge nawaliła tym razem tak bardzo, że nawet jej przyjaciele w ministerstwie nie byliby już w stanie przymykać na to dłużej oczu i po prostu się od niej odwrócili. Ale to dlatego, że oni należą do ministerstwa. Ale ty, Potter, jesteś spoza ministerstwa, a historia nas uczy, że za każdym razem, kiedy ktoś z lordowską mocą zaczyna się mieszać w sprawy mojego biednego ministerstwa, to się dla niego źle kończyło.

Harry przytaknął.

– Musi pan wiedzieć, że nie ustąpię z tego stanowiska – powiedział cicho. – Chcę, żeby ustawy anty–wilkołacze zostały całkowicie zniesione. Chcę, żeby sieci, które zniewalają skrzaty domowe i inne stworzenia zniknęły. Jestem gotów czekać tak długo, jak to będzie konieczne, ale wyłącznie przez wzgląd na to, żeby się upewnić, że moje działania nie naruszą niczyjej wolnej woli, a nie dlatego, że tak mi będą nakazywały prawa ministerstwa.

Scrimgeour odchylił się w fotelu i złożył dłonie razem tak, że te dotykały się tylko opuszkami palców. Jego żółte oczy pozostały spokojne.

– Czemu ty, Potter? Czemu magiczne stworzenia wybrały akurat ciebie jako swojego reprezentanta? A może to ty zdecydowałeś się je reprezentować?

– I to, i to – powiedział Harry, wzruszając ramionami. – Po części, oczywiście, potrzebowały potężnego czarodzieja, który będzie w stanie zniszczyć ich sieci, a Dumbledore i Voldemort nie zrobiliby tego, nie wchodząc z nimi przedtem w układ, po którym skończyłyby w jeszcze gorszej sytuacji. – Powstrzymał się od sfrustrowanego jęku, kiedy wszyscy w pokoju wzdrygnęli się na dźwięk imienia Voldemorta. No doprawdy, przecież to tylko słowo! – A po części dlatego, że po prostu chcę je zobaczyć na wolności. – Nabrał głęboko tchu. Odwagi. Dasz sobie radę. – Kocham wolną wolę, ministrze. Uwielbiam ideę oferowania jej tak wielu ludziom jak tylko mogę, otwierania przed nimi możliwości.

– Mógłbyś to robić bez wypuszczania magicznych stworzeń na wolność. – Scrimgeour przechylił głowę na bok. – Większość ludzi pewnie powiedziałaby wręcz, że powinieneś je zostawić w ich sieciach. W ten sposób wszyscy mogą chodzić bezpiecznie po ulicach, nie martwiąc się o to, na przykład, że zostaną zmiażdżeni maczugą olbrzyma, czy zgwałceni przez centaura, o ile sami się nie udadzą w miejsca, gdzie te stworzenia żyją.

Harry skrzywił się. Czyli centaury też będą problematyczne, co?

– Obawiam się, że nie do końca pana rozumiem. Co pan...

Zamilkł. Oni po prostu używali innych definicji. Nie spodziewał się, że akurat z tym będzie miał tyle kłopotów.

– Proszę pana – powiedział. – Ja uważam za obywateli tego kraju zarówno magiczne stworzenia jak i czarodziejów i czarownice. Obawiam się, że w tym leży kluczowa różnica między nami. Pan uważa, że pańskie obowiązki zobowiązują pana głównie do odpowiedzialności za ludzi. Ja uważam, że powinien pan być odpowiedzialny za wszystkich. Oczywiście, ministerstwo powinno oferować im swoje usługi – w końcu od tego jest – ale wydaje mi się, że te usługi powinny być dokładnie takie same jak te, które oferujecie ludziom. – Harry pochylił się do przodu, czując jak serce mu wali coraz mocniej, kiedy Scrimgeour jedynie patrzył się na niego ze zdumieniem. – Na przykład, nie skupiajcie się na "kontrolowaniu i regulacji" wilkołaków. Dajcie im środki, które pozwolą im zaciągnąć do sądu kogoś, kto ich skrzywdzi za to, że są wilkołakami. Nie rozmawiajcie po prostu z goblinami, ale podejmijcie negocjacje z ich hanarz, jakby była ona potężną czarownicą, albo przywódcą obcego kraju. To właśnie chciałbym zobaczyć i tym właśnie powinno się zajmować ministerstwo, skoro sami twierdzicie, że jesteście w służbie czarodziejskiego świata, a nie tylko czarodziejów. Pan nie jest tylko ministrem czarodziejów i czarownic. Jest pan również ministrem centaurów, skrzatów domowych, jednorożców i wszystkich innych. Niech pan doda aneks do umowy, którą pan zawarł, kiedy przejmował pan to stanowisko. To naprawdę nie jest takie trudne.

Scrimgeour dalej tylko się na niego gapił.

– Panie Potter – odezwał się wreszcie – to, o co pan prosi jest... – zamarł i wbił wzrok w przeciwległą do siebie ścianę. Percy przestał już nawet udawać, że coś pisze i tylko otwarcie się im przyglądał.

– Wielkie, wiem – powiedział Harry. – Ale to naprawdę powinno było zacząć się już dawno temu. Niech pan o tym pomyśli. – Czuł, jak ta sytuacja nadwyręża jego cierpliwość, ale zmusił się do uspokojenia. Nie mógł pośpieszać Scrimgeoura. Złe rzeczy się działy, kiedy próbował. – Chce pan, żeby ministerstwo spełniało swoją powinność, robiło, co do niego należy. Jedną z rzeczy, które ministerstwo twierdzi, że robi, to oferowanie magicznym stworzeniom takiego samego traktowania co czarownicom i czarodziejom. Wszyscy wiedzą, że to nieprawda, ale i tak dobrze brzmi, a jeszcze nie mieliśmy ministra, który by kiedykolwiek przejął się tą częścią waszej reputacji i postarał się ją naprawić. Pan mógłby być pierwszym. – Uśmiechnął się, kiedy Scrimgeour zerknął na niego ostro. – I tak, oczywiście, że mówię to dlatego, że chciałbym je uwolnić. Ale jeśli pragnie pan zobaczyć, jak pańskie ministerstwo było wszystkim, czym deklaruje, że jest, to wydaje mi się, że powinien pan się postarać wreszcie spełnić te puste obietnice.

Scrimgeour zamknął oczy i przez chwilę siedział w bezruchu.

– Przeszliśmy daleką drogę – odezwał się wreszcie – od naszej oryginalnej dyskusji dotyczącej twojego mieszania się w sprawy ministerstwa, Potter.

Harry wzruszył ramionami.

– To jest jedyny powód, który mógłby mnie sprowokować do manipulowania pańskimi ludźmi, ministrze. Prawa ministerstwa dotyczące większości magicznych stworzeń są przestarzałe i niedorzeczne. Jeśli chodzi o Umbridge, to przez nią zostałem wysłany do departamentu regulacji i kontroli magicznych stworzeń, kiedy przyszedłem się zarejestrować jako wężousty. Ustawienie jej jako dyrektorki departamentu odpowiedzialnego za negocjacje z magicznymi stworzeniami było wyjątkowo niedorzeczne. Oczywiście, że się odwinąłem, kiedy zagroziła mi i moim sojusznikom, ale nie widziałem żadnego powodu, żeby w jakikolwiek sposób wykorzystywać do tego moją magię. Istnieją subtelniejsze sposoby.

– Czyli chcesz mi powiedzieć, że będziesz mi się jawnie stawiał – powiedział Scrimgeour.

– Tylko, jeśli dalej pan będzie operował w sposób, w jaki pan działał do tej pory. – Harry spojrzał mu prosto w oczy. Snape spiął się obok niego, ale nie zainterweniował. Harry był rad. – Ministrze, świat będzie się zmieniał wokół mnie. Wreszcie przyjąłem to do wiadomości. Chcę zmienić tak wiele dla magicznych stworzeń, że powstałe w wyniku tych zmian fale zaczną się rozprzestrzeniać i wpływać na życie i świat czarodziejów zamieszkujących nasz kraj, bez względu na to, jakbym nie próbował ograniczyć ich skutków. To jest rewolucja. Postaram się sprawić, żeby potoczyła się ona tak łagodnie i z tak wielką gracją, jak to tylko będzie możliwe, ale ona nadchodzi, ministrze. Wiem, że jest pan zdolny do utrzymania swojego ministerstwa w jednym kawałku bez względu na wszystko. Z przykrością straciłbym pana jako sojusznika. Ale i tak byłbym niezwykle rad, gdyby przygotował pan do tego ministerstwo tak, by podążyło ono z prądem tej zmiany.

Scrimgeour zamrugał kilka razy. Wreszcie zamknął oczy.

– To znacznie potężniejsza wizja od czegokolwiek, co miałem w głowie, kiedy przejmowałem to stanowisko.

Harry pochylił głowę, zaskoczony szczerością tego wyznania.

– Zdaję sobie z tego sprawę, proszę pana. Proszę tylko, żeby pan wyjrzał poza swoje ministerstwo i pomyślał bardziej o czarodziejskim świecie. Pańscy ludzie i pańskie prawa są jego częścią. Ale wszystko inne zacznie się w nim zmieniać i naprawdę wydaje mi się, że ta zmiana powinna być przez kogoś uważnie kontrolowana. Jest pan do tego najlepszym człowiekiem, jakiego znam.

Scrimgeour westchnął.

– Żeby tak wielka zmiana nastała akurat za mojego życia – powiedział.

Harry jednak słyszał osobliwy ton w jego głosie i pozwolił, by na jego twarzy pojawił się uśmiech. Scrimgeour nie był do końca przekonany, jeszcze nie. Wciąż się będzie wściekał na Harry'ego, ilekroć ten spróbuje się wtrącić w sprawy ministerstwa. Ale wizja już zdążyła go porwać. Nie był tym rodzajem człowieka, którego powstrzymywałyby problemy. Jeśli tylko uznawał coś za konieczne, to był w stanie dokonać niemożliwego, jak wtedy, kiedy dopilnował, żeby Harry nie wrócił pod opiekę swoich rodziców po zakończeniu Fugitivus Animus. A teraz Harry'emu udało się zafascynować go nową, niemożliwą do wykonania wizją, więc był ciekawy, co musiałby zrobić, żeby ją spełnić.

– Cały świat czarodziejów ulegnie zmianie, proszę pana – powiedział Harry. – Wydaje mi się, że to zajmie wiele lat, dłużej pewnie, niż przyjdzie mi żyć. Ale może pan pomóc mi to rozpocząć.

Scrimgeour roześmiał się nagle, głęboki i wesoły dźwięk.

– Tybalt Starrise bredził coś o rewolucji – powiedział. – A ja go nie słuchałem. Chyba powinienem go za to przeprosić, choć to się i tak pewnie wyrównuje, bo chwilę potem zagroził mi, że mnie przeklnie niewidzialnością i milczeniem, jeśli nie przestanę go przesłuchiwać.

Harry wywrócił oczami. Serio, Tybalcie?

– Za powolną rewolucję w takim razie? – zapytał, wyciągając rękę.

Scrimgeour spojrzał mu w oczy i zdecydowanie uścisnął mu nadgarstek.

– W rzeczy samej – powiedział. – Merlin raczy wiedzieć, jak ty się za to zabierzesz, Potter, ale przekonałeś mnie, że w ogóle warto się za to zabrać.

Wstając, Harry zauważył przez mgnienie oka minę Percy'ego Weasleya i uśmiechnął się do siebie. Percy był złapany gdzieś pomiędzy dwoma, bardzo sprzecznymi emocjami. Chwilę potem jednak wyprostował plecy i rzucił Scrimgeourowi spojrzenie człowieka, który był gotów podążyć za nim nawet na koniec świata, jeśli okaże się to konieczne.

Cieszy mnie, że ma teraz coś własnego, a nie tylko swoją lojalność wobec Dumbledore'a, pomyślał Harry, kiwając Scrimgeourowi na pożegnanie, po czym wyszedł za Snape'em z pokoju. Chwilę potem zmienił tor myśli. Zastanawiał się, czemu jego opiekun w ogóle się nie odzywał w czasie tej rozmowy, kiedy musiało paść całkiem sporo kwestii, o których wcześniej nie słyszał.

– Proszę pana? – zagaił, a Snape zerknął na niego. – Czy myśli pan, że to, co robię, jest szalone?

– Nie – powiedział Snape. – Wiedziałem, że poprowadzisz nas do rewolucji jeszcze podczas twojego drugiego roku w Hogwarcie. Właśnie dlatego postanowiłem za tobą podążyć. – Jego głos był spokojny, ale w jego oczach błysnęło rozbawienie.

– Drugiego roku? – Harry starał się wyobrazić sobie, w jaki sposób mógł pokazać Snape'owi choć mgnienie tej przyszłości, kiedy sam odchodził od zmysłów, albo był opętany przez Toma Riddle'a i nic mu nie przychodziło do głowy. – Jak?

– Niektórzy ludzie postrzegają świat znacznie klarowniej od innych, Harry – powiedział Snape, uśmiechając się krzywo, jak parszywy drań, którym był, po czym pogonił go do wyjścia z ministerstwa, nie życząc sobie już więcej pytań.