Ten rozdział zbliżył się trochę zanadto do niesłychanego wkurzenia mnie, ponieważ wydarzyło się tu wiele rzeczy, które w ogóle nie miały mieć miejsca.

Rozdział pięćdziesiąty piąty: W dół i w dół i w dół

Harry śnił.

– Jestem z ciebie bardzo zadowolony, Fenrirze.

– Dziękuję, mój panie.

Harry podsunął się bliżej, stąpając lekko, wyglądając jakichkolwiek oznak węża albo Rosiera. Niestety, jedynym, kogo był w stanie dojrzeć, był Fenrir Greyback w ludzkiej formie, klęczący przed dywanem Voldemorta z podziwem na twarzy. To był ten sam pokój, który Harry wcześniej widział, z którego Voldemort posłał Rosiera do zaatakowania Lucjusza Malfoya. Harry zatrzymał się tuż obok dywanu. Nie tylko Voldemort mógłby go zobaczyć, gdyby wyszedł przed niego, ale Harry mógłby zobaczyć jego, a naprawdę nie miał na to ochoty.

Greyback przysiadł na piętach i spojrzał na swojego pana. Harry widział, że jego włosy, gęste od siwych pasm, wiszą mu przed twarzą; jego ciało było potężne od muskułów, a zęby żółte. Harry obnażył własne zęby i splunął lekko. Greyback znacznie bardziej przypominał wilkołaka niż Remus, ale porównanie bardziej pochlebiało Remusowi niż jemu. Razem z dzikością nadciągała bezsensowna brutalność, a Greyback wyglądał, jakby równie chętnie przykładał się do wykonywania planu, co miażdżenia innych na papkę.

– Fenrir wykonał swoją misję – Voldemort ogłosił reszcie pokoju swoim wysokim, zimnym głosem. – Trzy świetliste rodziny, którym wydawało się, że mogą mi się w tajemnicy postawić, dowiedziało się, jaki los spotyka tych, którzy stawiają mi opór.

Harry poczuł, jak serce mu podskakuje, raz, a mocno. Wyglądało na to, że ministerstwo jednak nie zdołało ostrzec właściwych rodzin przed atakiem Greybacka w najbliższą pełnię.

– To z całą pewnością są znakomite wieści, mój panie – powiedział Rabastan, wchodząc w pole widzenia i klękając. – Czy twojemu uniżonemu słudze wolno zapytać o ich imiona?

Voldemort musiał wykonać jakiś gest, nakazujący Greybackowi odpowiedzieć, ponieważ ten warknął głucho.

– Gloryflower. Griffinsnest. Opalline. Zostali przekonani do wycofania się z wojny, ale i tak chcieli się nam stawiać. Teraz, kiedy sami muszą się uporać z wilkołakami – przeklętymi we własnych rodzinach, że tak powiem – to dowiedzą się, jak ciężka jest karząca ręka mojego pana. – Greyback wyszczerzył się, po czym roześmiał, a jego śmiech przeszedł w wycie.

Harry ostrożnie zanotował te nazwiska w pamięci. Może nie zna nikogo z tych rodzin osobiście, ale Tybalt Starrise wspomniał mu kiedyś, że jego ojciec był kiedyś Griffinsnestem. Być może będzie w stanie wykorzystać Tybalta do rozprowadzenia odpowiednich ilości wywaru tojadowego dla ofiar w potrzebie.

– Ale cóż to, Fenrirze? – Voldemort chyba starał się w tym momencie brzmieć na rozbawionego. Harry uważał, że brzmi jak podduszone niemowlę. – Czyżbyś sam nie dostarczył wszystkich ukąszeń? Podzieliłeś się z kimś tym zadaniem?

– Tak, mój panie – powiedział Greyback, w żaden sposób nie zmieszany. Wyciągnął rękę w kierunku zaciemnionego kąta pokoju i podeszła do niego kobieta, której Harry wcześniej nie wywąchał, pewnie dlatego, że jej zapach był przykryty przez smród Greybacka. – Proszę poznać moją towarzyszkę, Cynthię Whitecheek.

Whitecheek uklęknęła przed Voldemortem, pochylając głowę, ale podnosząc na niego wzrok. Harry poczuł, że dreszcz na widok jej złotych oczu. Miała bardzo skupione spojrzenie, tylko delikatnie mniej szalone od rosierowego, a jej ruchy były szybkie, precyzyjne i przepełnione gracją, niczym prawdziwego drapieżnika. Jej ciężkie, brązowe włosy opadły na jedną stronę, przez co bardzo wyraźnie było widać, że brakuje jej prawego ucha, ewidentnie odgryzionego.

– Nie widziałem cię wcześniej po mojej stronie – powiedział Voldemort.

– Przyszłabym do ciebie, mój panie – wymamrotała Whitecheek – ale zostałam świeżo przemieniona tej strasznej nocy, kiedy nastąpił pański upadek, a potem padłam ofiarą zwodniczych słów świetlistych czarodziejów i urzędników ministerstwa. Fenrir przekonał mnie, że zdołamy przeżyć tylko, jeśli postawimy się ich bezsensownym prawom, zamiast się im poddawać. – Oparła się o Greybacka i zamknęła oczy. Greyback polizał ją po policzku.

Harry skrzywił się. Więcej wilkołaków. Świetnie. Stado sobie gromadzi czy jak?

– W takim razie witaj, Cynthio Whitecheek – powiedział Voldemort. – Potem sprawdzę twoją lojalność. – Whitecheek po prostu kiwnęła głową, po czym przeszła na czworaka z powrotem do swojego kąta. Voldemort odwrócił się i przyjrzał Rabastanowi. – A co z książkami? – zażądał, a jego głos zrobił się nieprzyjemnie sykliwy. – Macie dla mnie moje książki?

– Owszem, mój panie – powiedział Rabastan, pochylając głowę. – Nie były aż tak dobrze strzeżone jak nam się wydawało. Zdołaliśmy przejąć je wszystkie podczas jednego rajdu.

Voldemort roześmiał się. Harry się skrzywił. Miał wrażenie, że ktoś przyciska mu rozpalone żelazo do blizny.

– Znakomicie – powiedział. – Bella w międzyczasie robi postępy ze swoimi inkantacjami, a nasz długi okres czekania już prawie dobiegł końca. – Zamilkł i obaj śmierciożercy, których Harry był w stanie zobaczyć, zadrżeli, mimo, że Voldemort niczego nie zrobił. – A teraz musimy się zająć czymś niezwykle istotnym – powiedział, po czym podniósł głos. – Waldenie, wprowadź zdrajcę.

Krzepki śmierciożerca, Walden Macnair, jak się domyślił Harry, wciągnął kogoś za sobą w zasięg wzroku. Harry nie był w stanie rozpoznać, kto to był, póki Macnair nie cisnął nim na podłogę przed Voldemortem.

Evan Rosier zaczesał dłonią włosy do tyłu tak, żeby te nie przesłaniały mu oczu, po czym podniósł brwi.

– Coś się stało, mój panie? Akurat ucinałem sobie drzemkę. Śnił mi się placek, najbardziej soczysty placek jagodowy jaki w życiu widziałem i właśnie siadałem, żeby go zjeść.

– Jesteś zdrajcą, Evanie – powiedział Voldemort, akcentując każde słowo, jakby delikatnie uderzał o szklany bęben. – Wiem, że pisujesz do Harry'ego Pottera i Severusa Snape'a. Informujesz ich o moich planach. – Jego głos znowu się zmienił, a Harry położył płasko uszy w proteście, bo tak strasznie bolała go głowa. – Powiesz mi co im powiedziałeś i to już.

– Wolałbym, żebyś wyciągnął tę informację prosto z mojej głowy, mój panie – powiedział Rosier. – W ten sposób będziesz mógł bardziej zaufać temu, że informacje będą pewne. – Zamrugał uwodzicielsko, po czym pochylił się do przodu, wbijając wzrok w oczy Mrocznego Pana.

Harry obserwował, jak Rosier pozostał tak w bezruchu, nie krzywiąc się nawet w żaden sposób, mimo, że był pewien, że Voldemort skorzystał z zaproszenia. Po dłuższej chwili Rosier rozluźnił się lekko, a Harry czekał w napiętej ciszy, która potem nastąpiła, na jakąś deklarację, skazanie na śmierć, albo tortury, czy przynajmniej kpiny. Nie był pewien, czy chciał tu zostać i być tego świadkiem i to nie tylko dlatego, że już w poprzedniej wizji Rosier pokazał, że jest w stanie go widzieć.

Wtedy Voldemort zaczął się śmiać.

Harry skulił się. Tym razem było jeszcze gorzej i to nie tylko dlatego, że inni śmierciożercy się do niego przyłączyli – wszyscy poza Rosierem. Ten tylko wbijał w twarz Voldemorta wzrok pełen nadziei, głaszcząc się po lewym ramieniu, jakby delikatnie gładząc swój Mroczny Znak, a na jego twarzy pojawił się zaledwie niewielki, spokojny uśmiech.

– Czy zabijesz mnie, mój panie? – zapytał. – Czy to odbędzie się w jakiś ekscytujący sposób? Proszę, niech to będzie coś ekscytującego. Ja tutaj praktycznie usycham z nudów.

– To widzę, Evanie – powiedział Voldemort, kiedy wreszcie udało mu się zapanować nad własnym rozbawieniem. – Widzę też, że dobrze się bawisz, prowadząc tą swoją grę.

– Wszystko – powiedział Rosier, któremu oczy błysnęły intensywnie – jest grą.

– Tym niemniej – powiedział Voldemort, jakby go nie słyszał – twoja gra mi służy. Dlatego też pozwolę ci na jej kontynuację. Informuj dalej Harry'ego Pottera i Severusa Snape'a o tym, co ci leży na sercu. Nie poznają zasad twojej gry aż nie będzie za późno, a jeśli mój wróg i jego zdradziecki pies stróżujący będą się trząść w oczekiwaniu swojego nieuniknionego końca, to tym lepiej.

Rosier po prostu pochylił głowę, po czym wstał i przeszedł za dywan. Następnie uśmiechnął się szeroko i pomachał do Harry'ego.

Harry przysiadł nisko na łapach, gotów w każdej chwili wyrwać się z tego świata snów, ale Rosier nikogo nie zaalarmował swoim gestem. Poruszył tylko ustami, wymawiając bezgłośnie kilka słów tak szybko, że Harry był pewien, że gdyby nie patrzył mu w tym momencie na twarz, to by przeoczył tę wiadomość.

– Jestem szalony, ponieważ widzę wszystko takim, jakie ono naprawdę jest.

Zaraz potem odwrócił się i kompletnie zignorował Harry'ego. Harry zadrżał i ponownie poświęcił swoją uwagę Voldemortowi, choć wciąż nasłuchiwał jednym uchem głosu Rosiera na wypadek, gdyby ten nie wyszeptał komuś nagle jego imienia, albo miejsca, w którym siedzi.

– Nasz czas oczekiwania niebawem dobiegnie końca – powiedział Voldemort – czas, kiedy przebudzimy śpiącego i wprowadzimy nasze plany w ruch. Przedtem jednak zdobędziemy jeszcze jedną okazję do spotęgowania naszej mocy. Ta noc będzie dzika. Chcę cię mieć wtedy pod ręką, Waldenie. Przynieś niektóre ze skarbów, które przyniosłeś nam z ministerstwa. Złap tak wiele magii jak będziesz w stanie.

– Mój panie – powiedział Macnair, kłaniając się.

Ta noc będzie dzika, pomyślał Harry. O jaką noc mu chodzi?

Odpowiedź nagle do niego dotarła. Walpurgia. Noc Walpurgii się zbliża, a podczas niej wszędzie jest pełno dzikiej, mrocznej magii.

Nie był w stanie do końca określić, co właściwie mógł planować Voldemort, ale wiedział, że zdobył już dość informacji – zwłaszcza, że Rosier zezował na niego, na co ktoś w końcu pewnie zwróci uwagę.

Harry skoczył i pociągnął, a sen rozpadł się wokół niego na kawałki. Tym razem bez wahania sięgnął po pergamin i pióro, po czym zaczął pisać list do Tybalta Starrise'a. Musiał przerwać na moment, żeby otrzeć krew płynącą z blizny, bo ta zaczęła zalewać mu oko.

Może zdoła pomóc, może nie, ale przynajmniej może odegrać rolę mojego łącznika z nimi. Nikt nie będzie cierpiał z powodu wilkołactwa, jeśli mogę jakoś temu zaradzić.


Tym razem, dlatego, że wiedział, czego wyglądać, Harry zauważył subtelne zmiany przed nocą Walpurgii, zanim te się jeszcze zaczęły na dobre. Już kilka dni przed świętem większość Ślizgonów podnosiła wyżej głowy, odpowiadała na pytania w czasie zajęć bardziej rzeczowo i energicznie, a także śmiała się bez powodu podczas posiłków czy na korytarzach podczas przerw, a ich twarze jaśniały od nieokreślonego podekscytowania. Harry zobaczył, jak Pansy przytula kilka książek do piersi i uśmiecha się, kiedy szli na zajęcia z obrony przed mroczną magią, i nagle uznał, że równie dobrze może do niej o tym zagadać. Jej ojciec jest nekromantą, może wiedzieć więcej o tajemniczej magii niż większość uczniów.

– Zaraz wracam – mruknął do Dracona, po czym odsunął się od niego, żeby zrównać krok z Pansy, zanim jeszcze Draco zdążył zareagować.

Pansy poderwała głowę, kiedy Harry się do niej zbliżył, a na jej twarzy pojawiła się maska szacunku. Harry uśmiechnął się lekko. Większość Ślizgonów tak na niego reagowała odkąd wrócił z Labiryntu. Harry miał wrażenie, że byli w stanie wyczuć jego zdecydowanie, bo wokół jego łóżka nie pojawiła się już ani jedna łajnobomba, mimo, że wyjce wciąż były codziennie do niego dostarczane.

– Pansy – zagaił – czy słyszałaś może kiedyś o jakimś artefakcie, którego można by użyć, by uwięzić magię nocy Walpurgii?

Ku jego zaskoczeniu, dziewczyna gwałtownie pobladła, po czym złapała go mocno za nadgarstek i odciągnęła go na bok, tak że znaleźli się poza potokiem innych uczniów, którzy szli korytarzem. Kilka zaciekawionych oczu obejrzało się za nimi, jak to zwykle robiły w przypadku Harry'ego, ale Pansy rzuciła im spojrzenie, które zdobyłoby sobie nawet uznanie Meduzy, przez co szybko odwrócili wzrok.

– Gdzieś ty o tym usłyszał? – szepnęła Pansy. – Co ty chcesz z tym zrobić, Potter?

– Nie ja – powiedział Harry, wyrywając się z jej uchwytu. Rozumiem jej panikę, ale to żaden powód, żeby pozwolić jej mnie krzywdzić. – Otrzymałem informację, która sugeruje, że Voldemort może tego spróbować.

Na twarzy Pansy pojawił się chorobliwy rumieniec, skupiający się wokół jej kości policzkowych.

– To powinno być niemożliwe – szepnęła. – Ale ministerstwo zawsze mieszało w sprawach, od których powinni się trzymać z daleka i jeśli udałoby mu się dorwać kilka ich urządzeń...

– Tak nam się wydaje – powiedział Draco, wyglądając mu znad ramienia. Harry sięgnął za siebie i złapał go za rękę. Draco ścisnął go z reprymendą za nadgarstek. Ostatecznie, powiedział ścisk, przecież Harry powiedział Draconowi już o tym śnie, więc czemu próbował teraz porozmawiać o tym z Pansy na osobności? – Walden Macnair ukradł mu kilka, ale nie wiemy co dokładnie, ani do czego są zdolne.

– To niedobrze – mruknęła Pansy. – Jeśli naprawdę spróbuje złapać magię samej Walpurgii, to zakłóci naturalny porządek rzeczy. Ta magia powinna być wolna, nie da się jej kontrolować. O to przecież w tym właśnie chodzi. To właśnie sprawia, że Walpurgia tak bardzo różni się od innych świąt. Idziesz tańczyć nago w dziczy i ufasz, że magia się tobą zajmie. – Pansy zamknęła oczy i przez chwilę stała w bezruchu. – Będę musiała porozmawiać o tym z moim ojcem – powiedziała wreszcie, odpychając się od ściany. – Ja wiem tylko, że to niedobrze i dlaczego tak jest, ale nie wiem, jakie konkretnie mogą być tego konsekwencje. – Wbiła wzrok w Harry'ego. – Jesteś absolutnie pewny tej informacji?

Harry nie winił jej za brak zaufania. Wziął głęboki oddech i podniósł grzywkę, po czym przejechał palcem po swojej bliźnie i zobaczył, jak oczy Pansy otwierają się szerzej.

– Bardzo pewny – powiedział.

Pansy zacisnęła usta w cienką linię.

– Nie znam wszystkich twoich tajemnic, Potter, i nawet nie chcę ich znać – powiedziała. – Ale zrobię co tylko będę mogła. – Odwróciła się i niemal pobiegła korytarzem, rzucając tylko przez ramię: – Powiedzcie profesorowi Karkarowowi, że jestem chora i nie będę w stanie się pojawić dzisiaj na zajęciach.

Harry kiwnął głową i pociągnął Dracona za sobą. Draco zasunął mu mimo wszystko pięścią w ramię, zanim weszli do sali zajęć z obrony przed mroczną magią.

– Przecież ja i tak już o wszystkim wiem – szepnął. – Mogłeś mnie zabrać ze sobą na tę rozmowę z Pansy.

Harry uśmiechnął się do niego słabo i wzruszył ramionami. W miarę, jak dni mijały od jego wyjścia z Labiryntu, tak odpowiedzi, które wtedy uzyskał, słabły na swojej mocy. Większość czasu wciąż o nich pamiętał – jak wtedy, kiedy od razu powiedział Draconowi o swoim śnie – ale stare nawyki ciężko było wykorzenić.


– Potter, pozwól na moment.

Harry zawrócił i zaczekał, zmuszając się do cierpliwości. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy, odkąd Moody okazał się być Mulciberem, Harry odbył z Karkarowem już kilka takich krótkich rozmów. Draco zatrzymywał się przy drzwiach sali, jakby chciał się upewnić, że nikt ich nie podsłucha, ani nawet nie zobaczy jak Harry rozmawia z byłym śmierciożercą. Karkarow tym razem schował dłonie w rękawach i drżał, przez co Harry nabrał przekonania, że ta rozmowa będzie niezwykła jeszcze zanim ta się zaczęła.

– Mam zamiar wziąć udział w świętowaniu nocy Walpurgii – powiedział Karkarow, pozwalając, by to zdanie opadło niczym młot. – Jak myślisz, czy będę tam mile widziany?

Harry otworzył usta, zastanawiając się nad tym. Znał wielu ludzi, którzy nie ufaliby byłemu śmierciożercy, zwłaszcza takiemu z reputacją tchórza. Z drugiej jednak strony, z tego co wiedział, Walpurgia była świętem wszystkich mrocznych czarodziejów, bez względu na ich status społeczny. A już na pewno czarodziejom i czarownicom, których widział poprzedniego roku, w żadnym razie nie przeszkadzało, że pośród nich przebywali śmierciożercy.

Harry spojrzał mu w oczy i wzruszył lekko ramionami.

– Wydaje mi się, że magia pana powita – powiedział. – Może nie wszyscy zgromadzeni, ale kogo oni obchodzą?

Karkarow nie wyglądał na uspokojonego tą odpowiedzią.

– O to mi właśnie chodzi, Potter – powiedział, pochylając się bliżej, żeby szeptać z naciskiem. Harry zauważył kątem oka, że Draco robi kilka kroków w ich kierunku. – Powiedziałem ci już kiedyś, jesteś jednym z dwójki czarodziejów, którzy stawiają magię mroku w ogniu na przestrzeni całej Europy. Wiesz... kto jest drugim. – Zadygotał znowu, a jego dłoń zawisła w geście obronnym ponad jego lewym przedramieniem. Harry kiwnął krótko głową. – Chcę się dowiedzieć, czy uważasz, że będę tam bezpieczny. Ta noc i tak będzie dziksza od innych. Czuję to. – Karkarow pochylił głowę i już nic więcej nie powiedział.

Harry zamrugał. Czy to dlatego wyczuwam ją znacznie wyraźniej niż w zeszłym roku? Wydawało mi się, że po prostu wiem, jakich oznak wyglądać, w dodatku po prostu jestem nerwowy, bo wiem, że Voldemort coś planuje, ale może zwyczajnie wyczuwam coś, czego tam wcześniej nie było. Oczywiście, jeśli mroczna magia naprawdę stoi w ogniu, jak to ujął Karkarow, to może być bardziej agresywna niż w zeszłym roku.

Harry z wahaniem sięgnął po raz pierwszy w kierunku mrocznej muzyki. Zawsze miał wrażenie, że ta pieśń gdzieś tam jest, nie tylko wtedy, kiedy rozrywał sieci, ale przez większość czasu starał się jej nie słuchać.

Teraz jednak to zrobił i jak tylko echa chórów sięgnęły jego uszy, wiedział, że coś się zmieniło. Tempo tej muzyki zawsze gnało jak szalone, ale tym razem grała tak szybko, że Harry niemal nie był w stanie rozróżnić pojedynczych nut. Śpiewające ją gardła wydzierały się i Harry zauważył, że głosy często się zmieniają. Brzmiało to, jakby śpiewacy co chwilę padali z wykończenia i nowi wchodzili na ich miejsce.

Albo umierają, pomyślał Harry, czując się nieprzyjemnie, po czym znowu spojrzał na twarz Karkarowa.

– Nie mogę obiecać, że będzie pan tam bezpieczny – szepnął Harry. – Ale z drugiej strony, obawiam się, że to święto nigdy nie było w pełni bezpieczne. Tym razem jednak z pewnością będzie bardziej dzikie.

Karkarow wydał z siebie zdławiony, cichy dźwięk, po czym pokłonił się.

– W takim razie zastanowię się jeszcze, czy na pewno wezmę w tym udział – odpowiedział szeptem. – Dziękuję.

Harry kiwnął mu głową, po czym wyszedł z klasy. Ręka Dracona szybko zacisnęła mu się na ramieniu.

– Widziałem twoją minę, Harry – powiedział. – Wydaje ci się, że nocy Walpurgii grozi jeszcze jakieś inne niebezpieczeństwo, coś jeszcze potężniejszego od tego, co może planować Mroczny Pan, prawda?

Harry kiwnął głową, odruchowo rozglądając się, czy w korytarzu nie ma kogoś, kto mógłby ich przypadkiem podsłuchać. Draco wywrócił na niego oczami.

– Już to zrobiłem, Harry – powiedział. – A teraz powiedz mi o tym. Co się dzieje?

– Dzika muzyka – powiedział Harry. – Mroczna magia tym razem nie śpiewa, ona wrzeszczy. Coś się stanie podczas nocy Walpurgii, coś, nad czym Voldemort nie ma kontroli, po prostu na to liczy. – Stłamsił w sobie pragnienie, które czuł w sercu, żeby kompletnie poddać się muzyce. To już nie była dla niego silna pokusa, a już na pewno nie była tak potężna jak wtedy, w noc Bożego Narodzenia, ale mimo wszystko... Wizja tego, jakie to musi być uczucie, móc tańczyć do tego rodzaju muzyki wciąż kusiła.

– Ale i tak masz zamiar wziąć udział w tym święcie – dokończył Draco zrezygnowanym tonem.

Harry kiwnął głową.

– Tak. Przykro mi. Wiem, że ci się to nie podoba i że nie pójdziesz tam ze mną...

Draco prychnął na niego.

Oczywiście, że z tobą pójdę.

Harry zmarszczył brwi.

– Dlaczego? – Chwilę potem poczuł się koszmarnie głupio, kiedy Draco spojrzał na niego jak na idiotę.

– Żeby cię ochronić, oczywiście. – Draco zaplótł swoje dłonie za głową Harry'ego i na chwilę przyciągnął jego twarz do swojej, tak że zetknęli się czołami, co było gestem, który ostatnio często wykonywał. Harry niemal miał wrażenie, że Draco stara się w jakiś sposób przejąć na siebie część bólu jego blizny. – Nigdy więcej nie pozwolę ci samemu udać się w serce niebezpieczeństwa, jeśli tylko będę w stanie coś na to poradzić. A tym razem, ponieważ byłeś na tyle uprzejmy, że powiadomiłeś mnie o tym zawczasu, to mogę coś na to poradzić.

– Jesteś empatą – szepnął z troską Harry – a ta noc jest dzika. Jesteś pewien, że dasz sobie radę?

Draco rzucił mu na pół gorzki, na pół cierpki uśmiech.

– Dzięki tobie jestem już lepiej wytrenowanym empatą – powiedział. – Ale tak, poradzę sobie. Ufam ci, że ochronisz mnie, jeśli coś pójdzie bardzo nie tak. – Pokręcił lekko głową Harry'ego. – Chronimy siebie nawzajem, pamiętasz, Harry? To chronienie nie będzie szło tylko w jedną stronę. Wiem, że nauczyłeś się tego w Labiryncie i nie mam zamiaru pozwolić ci o tym zapomnieć.

Harry kiwnął głową, po czym stali tak jeszcze przez chwilę, aż korytarz nie wypełnił się znowu uczniami, którzy śpieszyli się na własne zajęcia. Harry odsunął się od Dracona.

– Chodź – mruknął – zobaczmy, czego dowiedziała się Pansy.

Draco złapał go lekko za lewe ramię, kiedy ruszyli szybko w kierunku pokoju wspólnego Slytherinu. Harry nie miał serca powiedzieć mu, że trzyma go dokładnie w miejscu, w którym Harry miałby Mroczny Znak, gdyby kiedykolwiek został naznaczony.

Z drugiej strony, pomyślał, kiedy Draco pogłaskał go delikatnie kciukiem, jego ojciec jest. Może jednak dobrze zdaje sobie z tego sprawę.


– Powiedział, że jest źle, Harry.

Pansy nie podnosiła głosu. Siedzieli w kącie pokoju wspólnego Slytherinu, niedaleko paleniska, przez które Pansy rozmawiała ze swoim ojcem. Skończyła jeszcze przed powrotem Harry'ego i Dracona, ale choć ta rozmowa nie mogła trwać długo, to i tak wyraźnie nią wstrząsnęła. Złożyła razem dłonie, zaplatając palce, a jej wzrok zdawał się nie być w stanie utrzymać się długo w jednym punkcie, przeskakując z miejsca na miejsce w oszałamiających kółkach, niczym spłoszony motyl.

– Voldemort może spróbować przejąć trochę magii, która z natury lata wolna podczas nocy Walpurgii – szepnęła Pansy – magii nieżyjących już czarownic i czarodziejów, którzy wracają do nas. Istnieją takie... pudełka... które mogą mu na to pozwolić. Mój ojciec ich nienawidzi. Przemawia do zmarłych i porusza się swobodnie pośród nich, więc nie może ścierpieć myśli, że ktoś mógłby chcieć ich zniewolić. Istnieje niewielka szansa, że Voldemort byłby w stanie faktycznie użyć tej magii, ale nawet jego próba przejęcia jej będzie niczym rozwalenie tamy i wywołanie powodzi. A magia i tak jest dzika tego roku.

– Czy powiedział, czemu? – zapytał Harry, zastanawiając się, czy będzie w stanie uspokoić magię podczas Walpurgii.

Pansy rzuciła mu beznamiętne spojrzenie.

– W Brytanii znajduje się teraz dwóch mrocznych czarodziejów o mocy lorda, Harry – powiedziała. – Magia jest tym podekscytowana. Będzie tańczyła wokół ciebie i... i Mrocznego Pana, będzie się do was przymilać, będzie próbowała się z wami zaprzyjaźnić, jak to powiedział mój ojciec. Ale to jest Walpurgia, a to oznacza, że magia będzie potężna nie w sensie przymuszenia, zwodzenia czy samotności, ale w sensie dzikości, zupełnie jak to było ze smokami podczas pierwszego zadania. Więc próba kontrolowania jej zakłóci jej naturalny przepływ i tylko ją rozwścieczy. I to w noc, kiedy magia będzie jeszcze dziksza niż zwykle, bo jest taka podekscytowana. – Wzięła głęboki oddech i tak mocno zacisnęła dłonie, że zbielały jej knykcie. – Moja matka uważa, że nie powinieneś się w tym roku pojawić na Walpurgii, Harry.

– A twój ojciec? – zapytał Harry.

– Powiedział, że powinieneś – mruknęła Pansy, pochylając głowę. – Powiedział, że ktoś musi być przeciwwagą, ktoś musi dopilnować, żeby magia nie skrzywdziła ludzi. Ale powiedział też, że magia jest już tak zniekształcona, że to nie będzie normalna Walpurgia. Ojciec nie ma pojęcia co się właściwie stanie, kiedy spróbujemy się przenieść do srebrnego ogniska. Rytuały, które zwykle mają miejsce, tym razem się nie odbędą, ponieważ magia otrząsa się z tych wszystkich starych zwyczajów. Pewnie chętnie je powita znowu za rok, kiedy Mrok będzie miał czas, żeby się do was obu przyzwyczaić, ale jeśli chodzi o teraz... nic nie jest pewne. – Pansy rozłożyła ręce. – Więc wygląda na to, że wybór należy do ciebie.

Harry zamknął oczy.

– Twój ojciec nie wie, jak właściwie miałbym zniwelować moc tych pudełek, poza po prostu pojawieniem się tam?

Pansy się nie odezwała, ale kiedy znowu na nią spojrzał, zobaczył, że kręci głową.

– Nie miał pojęcia. Uważa, że powinieneś się przede wszystkim pojawić, ale... no, jeśli coś wie, to może po prostu nie być w stanie mi powiedzieć.

Harry kiwnął głową. Nekromanci byli pełni tajemnic, co było jednym z poświęceń, któremu musieli się poddać, żeby być w stanie tak często rozmawiać ze zmarłymi. Widzieli śmierci każdej czarownicy i czarodzieja, którego spotkali, ale nie wolno im było im o tym powiedzieć. Dragonsbane może wiedzieć coś, co wyjawili mu martwi, ale może nie być w stanie przekazać tej informacji dalej.

– Pojawię się tam – powiedział.

Pansy powoli kiwnęła głową.

– Tak myślałam, że to zrobisz – powiedziała. – Nawet mamie tak się wydawało, bo sama planuje się tam pojawić.

Harry zrobił w głowie mentalną notatkę, żeby zapytać Hawthorn, czy nie słyszała czegoś o tym, że Fenrir Greyback tworzy swoje własne stado wilkołaków – o ile w ogóle będzie miał okazję z nią porozmawiać o czymkolwiek w całej tej dzikości.

– Jak ty w ogóle przekonasz profesora Snape'a, żeby cię puścił? – zapytał Draco w nastałej ciszy.

Harry powoli westchnął.

– Nie mam pojęcia.


– Absolutnie nie – powiedział Snape, nie odrywając nawet wzroku od eliksiru, który w tym momencie mieszał.

– Ale proszę pana...

– Nie.

Harry opanował swój temperament i zrobił zdecydowany krok przed siebie, który zmusił Snape'a do spojrzenia na niego. Jedną ręką dalej mieszał i Harry zastanowił się przelotnie, jak długo Snape'owi zajęło opanowanie takich odruchów.

– Proszę pana – powiedział cicho – nawet, jeśli tu zostanę, to nie ma żadnej gwarancji, że będę bezpieczny. Mroczna magia i tak mnie sięgnie, podobnie pewnie jak efekt uboczny zaklęcia, które Voldemort ma zamiar wykonać. Milicenta jest co do tego przekonana. – Milicenta była w kontakcie ze swoimi rodzicami i choć nie mieli oni zamiaru brać udziału w święcie przez wzgląd na Marian, to zaoferowali jej wszelką dostępną im wiedzę. – Kiedy Voldemort rozwścieczy magię, to ona ucieknie od niego i zaatakuje kolejny najsilniejszy cel. – Nabrał głęboko tchu. – Mnie.

Snape przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Następnie zaprzestał mieszania i pochylił się przed siebie. Harry zebrał się w sobie, oczekując kazania, albo jakiegoś lamentu dotyczącego tego, jak często wpada w tarapaty.

– W takim razie pójdę tam z tobą – powiedział Snape nie zmieniając wyrazu twarzy, po czym podniósł fiolkę pełną delikatnych płatków i rozsypał je po powierzchni mikstury.

Harry zamrugał.

– Co proszę? – Nie był w stanie sobie wyobrazić Snape'a podczas nocy Walpurgii. Jego opiekun był za bardzo stanowczy, zbyt surowy, zbyt opanowany. Zwykłe wyrażanie emocji wciąż sprawiało mu niezwykle wiele trudu. Żeby ktoś taki brał udział w święcie, podczas którego zostanie zmuszony do tańców, do wirowania pośród wielu różnych partnerów, do leżenia na trawie i śmiechu...

Snape zerknął w górę i Harry zamarł. Postawiony tuż przed tym mrocznym, bezpośrednim spojrzeniem, poczuł, jak jego protesty zmieniają się w lód, po czym kruszą i rozpadają na kawałki. Snape wyglądał bardziej agresywnie niż kiedykolwiek, nawet wtedy, kiedy musiał się męczyć z Neville'em Longbottomem i jego wyczynami podczas lekcji eliksirów. Wyglądał, jakby przez bardzo długi czas wpatrywał się w lustro pełne przerażających obrazów i Harry zastanawiał się, co on do cholery w nim takiego zobaczył.

– Idę tam z tobą – powiedział cicho Snape, a każde jego słowo brzmiało niczym pukanie do drzwi Śmierci. – Upewnię się, że będziesz bezpieczny, Harry. Przysiągłem to na krew i kość i dech, i na Merlina, dotrzymam tej obietnicy.

Harry przełknął ślinę.

– Proszę pana – powiedział. – Ja... dziękuję, ale czemu?

– Bo teraz już wiem więcej na temat tego, jak wiele wycierpiałeś – powiedział Snape. – I już wystarczy, jak sam to często powtarzasz.

Harry zjeżył się, zastanawiając się, czy ta rozmowa nie zejdzie znowu na Lily. Od czasu Labiryntu Harry jeszcze mniej chętnie o niej rozmawiał, po prostu dlatego, że nie widział w tym sensu. Znał już prawdę, zrozumiał te wszystkie prawdy, które Snape i Draco tak długo starali się w niego wpoić. Czego jeszcze od niego oczekiwali? Pogodził się już ze swoją przeszłością. Niech pozwolą jej wreszcie zdechnąć na trawie, niczym dekapitowanemu robalowi.

– Nigdy więcej nie pozwolę ci cierpieć – powiedział tylko Snape, po czym zamieszał szybko swój eliksir trzykrotnie w przeciwnym kierunku. Nad kociołkiem pojawił się niewielki grzyb fioletowego dymu, po czym wywar zrobił się niebieski i uspokoił się na dobre.

Harry kiwnął głową, nieco zaskoczony, ale nie chcąc się sprzeczać. Wcześniej wydawało mu się, że ta rozmowa skończy się koniecznością okłamania jego opiekuna i potajemnym wymknięciem się z zamku.

– Dziękuję panu.

Snape skinął mu głową i odprowadził go wzrokiem do drzwi. Harry nie był w stanie się powstrzymać przed obejrzeniem się przez ramię tuż przed wyjściem.

Na krew i kość i dech. No doprawdy.

Ta przysięga była jedną ze starszych, która potem została zastąpiona "na Merlina i magię". Złamanie przysięgi danej na Merlina oznaczało po prostu intensywny dyshonor, ale nie niosło za sobą większych konsekwencji, tak jak to miały w zwyczaju stare przysięgi. Jeśli Harry'emu przytrafi się coś, czemu Snape mógł w jakiś sposób zapobiec, to krew mu się w żyłach zagotuje, jego kości się połamią i przestanie oddychać.

Jeśli ktoś wierzył tej przysiędze. Większość czarodziejów nie wierzyła.

Jest po prostu nieco paranoiczny. Harry pokręcił głową. Potrzebuję ochrony, Merlin jeden wie, ale nie aż tak.


Po wyjściu Harry'ego, Snape zamknął oczy i oparł się plecami o ścianę. Całe jego skupienie poszło na to, żeby dalej warzyć eliksir, podczas gdy Harry tłumaczył mu, co ma zamiar zrobić i poprosił o zgodę na wyjście. Oczywiście, jedyną rozsądną odpowiedzią w tych okolicznościach, było zaoferowanie wybrania się tam z Harrym, ale Snape zdawał sobie, że to nie będzie łatwe.

Znacznie trudniejsze jednak było codzienne oglądanie scen, które przechowywał w sobie eliksir myślodsiewny. Obserwował je, po czym siadał do spisywania ich, na wypadek, gdyby coś się kiedyś miało stać z butelką eliksiru.

Nie wiedział jednak jak wiele wspomnień dotyczących treningu Harry'ego eliksir zdoła wyciągnąć z głowy Dumbledore'a. Nie przewidział tego, jak wiele z nich go rozwścieczy, jak wiele sprawi, że będzie mu się chciało rzygać, jak wiele przekona go, że Harry już się dość nacierpiał i jeśli Snape będzie w stanie powstrzymać jego dalsze cierpienie w przyszłości, to naprawdę powinien to zrobić.

Wystarczy, rozkazał sobie, otwierając oczy. Harry nie wie, że codziennie widzisz wspomnienia z jego przeszłości i nie zrozumie twojego zachowania w tym świetle. Musisz pokazać mu spokojną maskę.

Snape opanował się, po czym wrócił do swojego eliksiru, jak zwykle tłamsząc zgrozę, którą czuł, ilekroć się przyglądał tym wspomnieniom...

I wyjące pragnienie zemsty, którą inspirowały. Harry nie chciał, żeby się na razie podejmował zemsty, więc tego nie zrobi.

Na razie.

Jeśli to kiedykolwiek ulegnie zmianie, jeśli kiedykolwiek będzie mu dane podzielić się swoją zgrozą i pokazać wszystkim ból, przez który Harry musiał przejść...

Snape warknął cicho pod nosem. Dumbledore, James i Lily Potter nawet się nie zorientują, co ich trafiło.


Harry zadrżał lekko i tupnął w podłogę. Stał w pokoju wspólnym Slytherinu razem z innymi, którzy wybierali się razem z nimi na Walpurgię. Tym razem zauważył, że pośród nich było również kilku uczniów z Ravenclawu i Hufflepuffu, a nawet jeden Gryfon. Zauważał więcej, niż w zeszłym roku, głównie dlatego, że już minęło mu poczucie nowości tego, co ich wtedy spotkało, ale też przez to, że oczy mu latały nerwowo we wszystkich kierunkach, starając się odgadnąć, co zaraz nastąpi.

Snape stał za jego prawym ramieniem, czekając z założonymi na piersi rękami. Draco stał tuż obok niego, trzymając go za rękę. Harry ścisnął mu dłoń, kiedy uchwyt Dracona wzmocnił się, oznaczając, że ten potrzebuje pocieszenia. Draco otrzymał zgodę od swojej matki na wyjazd. Harry nie wiedział, co było w liście od Lucjusza, ale Draco, czytając go, tak mocno zacisnął usta, że te zrobiły się białe. Harry podejrzewał, że jego ojciec nie aprobował tego, żeby Malfoy, a już zwłaszcza jego syn, brał udział w święcie tak dzikim i przeciwnym wszystkiemu, co by stanowiło o godności czystokrwistych, jak to.

W dodatku tym razem dzikszym niż kiedykolwiek, pomyślał Harry i ścisnął jeszcze raz. A mimo to Draco zgodził się wybrać na nie ze mną. Kocha mnie. Przynajmniej pod tym względem mogę mu zaufać.

Milicenta trzymała ciemnozielony kamień, który w zeszłym roku przeniósł ich na miejsce. Harry zauważył, że była strasznie blada i patrzyła na niego, nawet kiedy wyciągała przed siebie otwartą dłoń, na której leżał kamień. Podniósł brwi, a Milicenta zarumieniła się i odwróciła wzrok. Ewidentnie nie znosiła, kiedy ktoś ją przyłapywał na chwili słabości.

Harry doskonale ją rozumiał.

Patrzył, jak zielony kamień powoli zaczyna żarzyć się na srebrno. Poczuł delikatne muśnięcie chłodu na skórze, jakby srebrne światło było mroźnym ogniem...

A potem magia ich porwała i wszystko się zmieniło.

Harry poczuł, jak włoski na rękach stają mu dęba, kiedy srebrne światło zrobiło się tak jasne, że raziło w oczy, zamiast rozpaść się wokół nich w klatkę, jak w zeszłym roku. Wrażenie było, jakby wyszli z ciemnego miejsca prosto pod ostre słońce, gdyby tylko promienie słoneczne mogły być tak blade i zimne. Harry zobaczył przed sobą własny oddech, a potem nawet to zniknęło. Nie był w stanie zobaczyć czegokolwiek, poza srebrnym światłem, przez które łzy mu napłynęły do oczu. Zamknął je, próbując się zasłonić, ale bezskutecznie.

Tym niemniej wciąż miał wrażenie, że są ciągnięci w jakieś miejsce z wielką prędkością, wirują gdzieś przez przestrzeń, miotani z jednego miejsca do drugiego.

Wreszcie opadli na ziemię, kiedy światło ich wypuściło, a Harry poczuł, że Draco ściska mu rękę z taką siłą, że ta mu zdrętwiała, mimo, że zimno już minęło. Snape złapał go za ramię i ścisnął mocno.

– Czy to się miało wydarzyć? – zażądał.

– Nie – wydyszał Harry i spojrzał w górę, zastanawiając się, gdzie się znajdują. W zeszłym roku, magia sprowadziła ich na polanę, na środku której, pośród gęstej, ciemnozielonej trawy, lśniło srebrne ognisko, a on sam był przepełniony oszałamiającym, wesołym chichotem.

Tym razem wszystko było inne. Harry zobaczył, że stoją na środku łąki ukwieconej tak gęsto, że nie sposób było zobaczyć jakąkolwiek trawę pod płatkami. Kwiaty otarły się o jego ramiona, a on poczuł przy kontakcie łaskoczące liźnięcie chłodu. Harry zerknął na nie i zorientował się, że każdy z kwiatów miał kształt mniej więcej płatka śniegu i jak one, żaden nie był podobny do drugiego.

Odwrócił się, szukając, starając się zignorować narastające, spanikowane szepty, aż wreszcie zobaczył ciemnozielony płomień, huczący w oddali. Wyglądało na to, że pojawili się tu pierwsi. Harry nabrał tchu, chcąc zaproponować, żeby przenieśli się bliżej ognia i zaczekali w jego pobliżu.

Magia ich zalała.

Harry nabrał głęboko tchu. Jego własna magia, oswojona i tak ostrożnie poukładana w jego ciele, niespodziewanie wyrwała się spod swoich ograniczeń i zaczęła skakać wszędzie wokół niego, jak kiedyś. Harry wyciągnął rękę, nie wiedząc do końca, co właściwie robi, i poczuł pod palcami muśnięcie obcej mocy. Mroczna magia, szalona podczas nocy Walpurgii, otarła się o niego, po czym wystrzeliła gdzieś do przodu i uformowała się w czarnego konia, galopującego przez łąkę po płatkach srebrnych kwiatów.

Harry zagapił się, myśląc, że to kolejna manifestacja mocy umarłych, która pokazała się w zeszłym roku. Tym razem jednak kształt nie pozostał zaledwie zarysem, ale nabrał wyrazu i nie zawrócił, żeby wypełnić go wspomnieniami o jakichś cudownych dokonaniach czarodzieja, który zginął dawno temu. To naprawdę był czarny koń, bez skrzydeł, ale i tak biegnący po samej powierzchni srebrnych kwiatów, muskając je zaledwie czubkami swoich kopyt, w dodatku miał jeźdźca. Jeździec obrócił się na grzbiecie, po czym zawrócił konia i ruszył w kierunku Harry'ego. Był wysoki i odziany w srebrne szaty. Jego skóra była ciemnozielona, a jego twarz, choć zmieniona w coś znacznie bardziej eleganckiego niż to, czym była kiedyś, wciąż była znajoma.

– Witam cię, Harry Potterze – powiedział skrzat, który kiedyś był Zgredkiem, zatrzymując konia, który wciąż unosił się nad powierzchnią kwiatów, i kiwając mu głową. – I pozostałych, którzy przyszli razem z tobą. – Jego spojrzenie przebiegło po nieruchomych Ślizgonach, którzy zebrali się za Harrym, przeskoczyło na chwilę na Snape'a, po czym wróciło do Harry'ego. – Dzisiejsza noc będzie dzika – powiedział Zgredek – a kiedyś to święto było równie mocno moich ludzi, co twoich.

– Czy wiesz może, gdzie jesteśmy? – zapytał Harry, ponownie się rozglądając, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś znajomy do nich dołączył. Coraz ciężej przychodziło mu mówienie po angielsku, czy patrzenie ludzkimi oczami. Magia wzywała go, ciągnęła, poganiała, zachęcała do lotu.

– W magii – odpowiedział po prostu Zgredek. Przechylił głowę i wbił jedno oko w Harry'ego. – A ty to czujesz.

Harry przełknął ślinę.

– Można tak powiedzieć. – Magia wypełniła mu głowę obrazami czarnych skrzydeł i wizją tego, że mógłby na nich latać, gdyby tylko chciał.

– Obyśmy wszyscy byli wyzwoleni – mruknął Zgredek. – Twoi czarodzieje mówią to tej nocy, choć wydaje im się, że odnoszą się wyłącznie do niej. Tak nie jest. Miałeś rację, Harry Potterze. Może istnieć vates, który zajmuje się też czarodziejami i czarownicami, chociaż sieci, od których będziesz ich uwalniał, zrodziły się głównie z ich braku zrozumienia, a nie z niewoli, którą ktoś na nich narzucił. – Oczy mu zaiskrzyły gniewnie przez moment, ale po chwili wziął się w garść. – Czy przyjmujesz na siebie tę odpowiedzialność? Czy pozwolisz sobie pozostać spętanym, żeby inni mogli zostać wyzwoleni?

– Zawsze byłem na to przygotowany – powiedział Harry, ignorując to, jak Snape i Draco jednocześnie nacisnęli na niego z dezaprobatą. – Zaakceptowałem ten los już dawno temu.

Zgredek przechylił głowę jeszcze bardziej na bok.

– W takim razie ta noc będzie dla ciebie bardziej pokusą niż darem – powiedział, po czym postawił konia dębem. Harry zauważył, że jego kopyta lśnią niczym księżyc, zupełnie jak jego oczy, grzywa i ubrania Zgredka, który wskazał ręką w niebo, niczym ostrzem miecza.

Harry spojrzał w górę.

Ponad nimi krążył sztorm, głęboki basen ciemności, odwrócony do góry nogami, tak że jego powierzchnia znajdowała się bliżej powierzchni ziemi, a jego głębia rozciągała się w dal nieba. A może to oni stali na dnie basenu, a sztorm był normalną ziemią? Harry nie był w stanie określić, tak bardzo był oszołomiony perspektywą. Zacisnął razem swoje ręce i starał się oddychać spokojnie, ale nie przychodziło mu to łatwo.

– Mroczny ściąga do siebie całą magię – szepnął Zgredek, choć Harry nie był w stanie oderwać wzroku od basenu. – Może zniszczyć to miejsce, rozwścieczyć martwe wiedźmy i magów. Może sprawić, że będziesz cierpiał, Harry Potterze. Ale są dwie rzeczy, o których nie wie.

Harry zdołał oderwać swój wzrok od basenu i wrócić nim do Zgredka.

– Czyli czego?

– Że jestem wolny – powiedział Zgredek i pogłaskał swojego konia po karku. Ten zarzucił łbem, a jego księżycowo–blada grzywa zafalowała w powietrzu. – To sprawi znaczącą różnicę. Tak jak ty pomogłeś mi odzyskać wolność, ja teraz pomogę tobie.

Harry pochylił głowę, przyjmując to do wiadomości.

– A druga?

– Ty nie chcesz pętać magii – powiedział miękko Zgredek. – Musisz płynąć z jej prądem, Harry Potterze, nie próbuj jej w żaden sposób zakłócać. Będzie zła, kiedy Mroczny sięgnie do niej i zacznie ją pętać. Odwinie się w swojej złości i będziesz musiał jej pokazać, że zależy ci na jej wolności.

Harry nie był do końca pewny, czy rozumie to, co mówi Zgredek, ale kiwnął głową.

– A pozostali? – zapytał, ściskając dłoń Dracona i opierając się o Snape'a.

– Będą musieli – nie będą mieli innego wyjścia – również pozwolić jej pozostać niespętaną – powiedział Zgredek. – To będzie wielka pokusa, bo ta cała magia będzie przepływać poprzez nich, ale jeśli spróbują się jej chwycić i zrozumieć jej tajemnice, to zostaną rozerwani na strzępy. Są przyzwyczajeni do tego, że tej nocy są dziećmi dzikości. Oby o tym nie zapomnieli. – Spojrzał surowo na pozostałych czarodziejów i czarownice. Harry obejrzał się przez ramię i zobaczył, jak wszyscy uczniowie kiwają głowami, niczym poruszane wiatrem kwiaty.

– Harry!

Harry zamrugał i rozejrzał się. Hawthorn Parkinson szła w jego kierunku pośpiesznie, przedzierając się przez kwiaty, odziana w szatę podobną do tej, którą miała na sobie w zeszłym roku. Za nią szła Arabella Zabini i pozostali, których Harry rozpoznał z ostatniego świętowania. Pokłonił się przed nimi, a potem Hawthorn była już obok niego, klęcząc, żeby wziąć Pansy na ręce.

– Mój mąż czuł zew swojej magii – szepnęła. – On i każdy inny nekromanta w Brytanii. Powiedział mi, że muszą przeczesać palcami zmarłych, tak żeby ci nie skrzywdzili innych ludzi.

Harry kiwnął głową. Spodziewał się czegoś takiego. Jego strach powoli zanikał, a to, co pozostawało na jego miejscu, było wyczekiwaniem. Spojrzał w górę, na burzę, i poczuł, jak ta wystawia pazury, krocząc złowróżbnie dookoła, ale jeszcze nie tknięta gniewem spowodowanym przez Voldemorta.

Dzikość nie oznacza tego samego, co wolność, pomyślał. Ale tej nocy musi.

– Wy wszyscy – powiedział, a jego głos był głośniejszy niż zwykle. – Posłuchajcie mnie. Musicie pozwolić, żeby magia się przez was przelała, nie wolno wam jej w żaden sposób zatrzymać. Dzisiejszej nocy musicie być absolutnie mroczni w sensie dzikości, w tym samym sensie, w jakim są smoki. Nie walczcie z nią. Słyszycie mnie?

– Ale to może nas zniszczyć – zaprotestował jeden z dorosłych.

– Alternatywa na pewno was zniszczy – powiedział Harry. – Przynajmniej w ten sposób macie szansę to przeżyć.

Zgredek kiwnął mu głową, po czym uderzył swojego konia srebrnym biczem. Koń stanął dęba, po czym wzniósł się w powietrze, niosąc go w kierunku mrocznej burzy. Harry patrzył, jak ten wzbija się coraz wyżej, zataczając koła i pozostawiając po sobie delikatną, srebrzystą spiralę, zupełnie jakby kopyta jego rumaka zamrażały za nim powietrze. Spirala zwijała się coraz ciaśniej, niosąc ich w kierunku samego środka sztormu, w którym w końcu zniknęła. Mimo, że Harry nie był w stanie dłużej zobaczyć Zgredka, to ufał mu, że ten dotrzyma słowa.

Usłyszał, jak Hawthorn rozmawia z Pansy, Arabella rozmawia z Blaise'em, a kilku innych dorosłych mamrocze słowa pocieszenia w kierunku swoich dzieci. Snape i Draco wciąż byli przy nim, ale żaden z nich nie próbował się odezwać. Harry zastanawiał się, czy nie byli czasem, jak on, po prostu zatraceni w podziwianiu widoków, czy mogli wyczuć magię naciskającą wokół nich, niczym świeżo wyklute smoki, czy może po prostu bali się i pragnęli pozostać blisko siebie.

Nagle nadeszła zapierająca dech w piersiach cisza.

A potem Harry poczuł, jak ktoś, bardzo daleko od niego, sięga i stara się przechwycić część krążącego nad nimi sztormu dla siebie.

Magia zawyła ze wściekłości, spięła się, niczym smoki, z dumy i furii w chwili, w której ktoś odważył się naruszyć ich wolną wolę. Harry nabrał głęboko tchu i rozłożył ręce, zapraszając, akceptując, witając cokolwiek, co ma zaraz nastąpić.

Magia się zagotowała, po czym wystrzeliła w dół, po srebrnej spirali, którą pozostawił po sobie Zgredek. Tuż przed tym, jak go uderzyła, Harry miał czas, żeby zauważyć, że tak naprawdę nie była czarna, jak wcześniej zakładał, ale ciemnozielona, zupełnie jak migoczący płomień, który zobaczył wcześniej oddali.

– Płyńcie z prądem! – pamiętał, żeby krzyknąć.

I wtedy uderzyła w niego magia.

Harry poczuł, jak jego stopy odrywają się od ziemi, choć nie miał pojęcia, czy tak naprawdę się stało, czy to może było tylko jego wrażenie. Po chwili wisiał w powietrzu, smagany i pomiatany wiatrem. Ten wiatr zajrzał w głąb niego, sprawdzając z niepokojem, starając się odkryć, czy on też chciał go spętać, jak Voldemort.

Harry pokręcił głowę i rozczapierzył palce, pokazując, że w żaden sposób nie chce być przeszkodą dla jakiejkolwiek mocy, która może chcieć przemknąć w jego kierunku. Odchylił głowę do tyłu i otworzył szeroko oczy, żeby spojrzeć w samo serce burzy.

Magia zaśpiewała do niego, agresywną i szybką symfonią, żądając jakichś oznak, które by pokazały, że jest jak Mroczny Pan.

Harry nie dał jej tego, czego chciała. Zamiast tego dał jej to, czego potrzebowała, niespętanych kanałów, przez które mogła przemknąć, przez niego i wokół niego, zapewnienia wolności, jego najsłodsze wspomnienia – niszczenia sieci i obudzenie się po rozbiciu jego własnej sieci feniksa – powtarzając w kółko, raz za razem, czym jest.

Vates, vates, vates.

Magia poderwała się i owinęła wokół niego, a Harry przez ułamek sekundy zobaczył Zgredka dzierżącego swój bicz. To zdawało się wezwać do niego jeszcze więcej wiatrów, zamiast trzymać je od niego z daleka, a grzywa jego konia owijała się wokół jego łba niczym kokon. Zgredek pochwycił spojrzeniem jego wzrok, kiwnął mu przelotnie głową i zniknął, galopując w mrok, jakby prowadziła do niego jakaś kamienna ścieżka.

Harry poczuł, jak magia wznosi go i ciska nim ponad powierzchnią morza. Spojrzał w dół i zobaczył skaczące fale – ciemnozielone, oczywiście, ze srebrną pianą na górze – i magia zaoferowała mu moc kontrolowania ich. Mógł wznieść potężne fale i zmieść swoich wrogów z powierzchni ziemi. Nie chciał tego? Czy nie chciał niszczyć rzeczy? Tak wielu czarodziejów wierzyło, że mroczna magia jest absolutnie zła, więc należało jej używać do złych celów. Czy on tego nie chciał?

Harry tylko pochylił głowę z podziwem i szacunkiem wobec jej potęgi, po czym odpowiedział jej, że przecież ma własną wolę.

Gdzieś w oddali poczuł, jak Voldemort stara się spętać jeszcze więcej magii.

Magia zadygotała z odrazą, po czym wbiła się w niego, rozrywając jego wspomnienia i rozrzucając je przed jego oczami, podczas gdy sama starała się wykopać dla siebie miejsce w jego sercu.

Harry patrzył na wspomnienia i w żaden sposób nie spróbował odpędzić od siebie magii, albo kazać jej przestać. Miał tylko nadzieję, że pozostali pamiętali o tym, żeby zrobić to samo, choć miał wrażenie, że wszyscy byli złapani w środku swoich własnych, odizolowanych prób, więc jedyne co mu pozostało, to poradzić sobie z tym samemu.

Draco przyglądający mu się z namysłem w hogwardzkim ekspresie tego pierwszego roku, wydając się wiedzieć o nim więcej niż Harry wiedział o samym sobie...

Harry rzucający po raz pierwszy z powodzeniem zaklęcie bezróżdżkowe i padający na trawę przed Doliną Godryka wykończony, ale też ze zdecydowanym poczuciem osiągnięcia czegoś wielkiego...

Harry przełykający ukłucie zazdrości, że nie może być jak Connor i częściej się odprężać...

Lily przytulająca go i głaszcząca go po głowie, nakazująca powtarzać po sobie jego przysięgi po raz pierwszy, kiedy miał trzy lata...

Błysk zielonego światła i wściekły wrzask, których nawet nie wiedział, że pamięta...

Magia zamarła, po czym wryła się w to wspomnienie, złapała je w zęby i zaczęła nim machać, niczym pies ze szczurem w pysku. Harry pozwolił jej wziąć ten obraz, zauważając tylko jego rozmazane mignięcia, jak ten był miotany w półkolu. Magia przyjrzała mu się, po czym zawróciła i wbiła się w jego głowę, wyciągając jego wspomnienia o myślodsiewni Voldemorta i tego, co się wydarzyło tej nocy, kiedy przyszedł do Doliny Godryka tamtej halloweenowej nocy, gdy Harry i Connor mieli półtora roku.

Magia wydała z siebie pełen tryumfu wrzask, po czym odskoczyła od Harry'ego, zaciągając go ze sobą w nową perspektywę. Harry nie sądził, żeby dłużej zajmował swoje własne ciało, raczej leciał, jakby trzymany w zębach gigantycznej bestii, która była wścieklejsza i zwinniejsza od dowolnego smoka.

Powietrze wokół niego zatoczyło się i wzburzyło, po czym magia zanurkowała, wybijając się ponad nie i trafili do miejsca, które wyglądało poniekąd normalnie – a przynajmniej Harry'emu wydawało się, że była to jakaś część Brytanii. Magia rozłożyła swoje potężne, mroczne skrzydła, a dwóch czarodziejów, stojących pod nimi, spojrzało w górę i pozwoliło, żeby im szczęki opadły. Harry zauważył, że obaj trzymali jakieś małe, czarne pudełka z delikatnymi, srebrnymi okuciami, a każde z nich miało otwarte wieko. Na szczycie każdego pudełka znajdowało się coś, co wyglądało jak miniaturowa burza z piorunami, ale kiedy Harry przyjrzał się jej bliżej, zobaczył chmury tej burzy, z której w zeszłym roku wyszły kształty postaci, wspomnienia martwych czarownic i czarodziejów. Czyli śmierciożercom udało się jednak przechwycić trochę magii zmarłych.

Ale już nie na długo, podsumował Harry, kiedy magia zatoczyła się i obniżyła, przeczesując umysły śmierciożerców, po czym skierowała się do czegoś, znajdującego się zaraz za nimi.

Stało tam niewielkie krzesło, niczym miniaturowy tron, na którym było ułożone coś obłożone kocami, coś, co sprawiło, że Harrym zatrzęsło z odrazy. Podniosło głowę, a Harry'ego przeszył zimny ból i już wiedział, że to musi być Voldemort.

Magia zanurkowała na niego, a potem Harry zaczął wirować bez końca, jakby był wisiorkiem zawieszonym na długim łańcuszku. A potem leciał i Voldemort był coraz bliżej i bliżej, jego blade oczy wypełniały cały świat.

Harry, albo ta część, która jeszcze była Harrym, uderzyła w Voldemorta i wspomnienie zapłonęło w jego umyśle, przypominając mu o osobie, której nienawidził najbardziej na świecie, o nocy, której nienawidził najbardziej na świecie, o nocy, podczas której został pokonany przez niemowlę.

Voldemort zawył i spróbował złapać Harry'ego, czy dowolną część jego, jaką magia tutaj przyniosła, i Harry nagle znalazł się z powrotem we własnym ciele, przez co uchwyt Voldemorta przemknął tylko po powidoku, jaki magia po nim pozostawiła. Śmiech niczym uderzenie błyskawicy rozległ się w jego głowie. Wiedział, że to była sama magia, bo dźwięk powoli przemienił się w muzykę Mroku, śmiejącego się na widok tak zbitego z tropu Mrocznego Pana.

Być może istniała mroczna magia, którą Voldemort posiadał na własność, ale nocy Walpurgii w żaden sposób to nie obchodziło. Istnieją różne rodzaje Światła, pomyślał Harry, kiedy poczuł, jak potęga zbiera się w sobie wokół niego, używając go jako punktu odbicia się. Labirynt był definicją szczerości, podczas gdy sieci są definicją oswojenia. Istnieją też różne definicje mrocznej magii, a Voldemort władał darem przynajmniej jednego z jej rodzajów, przymuszeniem, i robił to z wprawą.

To jednak była dzikość i nie podchodziła miło do czegokolwiek i kogokolwiek, kto mógłby spróbować ją spętać. Warknęła na Harry'ego, a w jego głowie szybko pojawiło się pytanie.

Pomożesz nam?

Harry kiwnął głową i przyłączył swoją własną magię do ciosu.

Mrok skoczył, celując w Voldemorta, rozrywając go na strzępy swoimi pazurami. Voldemort wrzeszczał, a jego ból wylał się i przeszedł przez Mroczne Znaki na ramionach jego śmierciożerców. Przez nie też wylała się magia, roztrzaskując na swojej drodze ciemne pudełka w ich rękach. Moc umarłych wylała się na wolność i wróciła do nieba, tam gdzie było jej miejsce.

Harry jechał razem z nią.

Jego głowa wypełniła się od ogroma wspomnień, odkryć zaklęć, stworzenia pół–testrali, cudów nekromancji, ale wszystkie uciekały jak tylko się pojawiły. Nie zależało mu na zatrzymaniu ich, więc nie pozostawały na dłużej.

Mroczna magia zawisła nad nimi, wciąż kształtu ogromnej bestii ze skrzydłami i pazurami, po czym zapytała, czy Harry by się do niej nie przyłączył. Jej głos nucił teraz delikatnie, kusząc i przymuszając znacznie mocniej od pieśni, którą słyszał od osłon Grimmauld Place, albo tej nocy, kiedy uwolnił Zgredka, ponieważ go pytała, zamiast zażądać, żeby się do niej przyłączył.

Harry powoli pokręcił głową. Wciąż miał własną wolę, nawet jeśli pozwolił magii robić ze sobą co tylko chciała, to jednak chciał wrócić do swojego ciała i do świata śmiertelników. Nie miał też szczególnego pragnienia, jak Voldemort, żeby dzierżyć tę całą magię w jakimś konkretnym celu, albo żeby ściągać na ludzi burzę i patrzeć, jak ci chowają się przed nim ze strachu.

Magia szturchnęła go lekko nosem i zaśpiewała jeszcze raz, ale kiedy zobaczyła, że nie zmieni zdania, pochyliła głową i cisnęła nim w dół długiego, otoczonego srebrną spiralą tunelu. Harry widział, jak szybko mija go ciemna zieleń i srebro, zauważył też przez moment Zgredka, który salutował mu swoim biczem. Kiwnął mu głową. Zdawał sobie sprawę, że gdyby nie skrzat, to ta noc mogłaby się skończyć znacznie gorzej.

Mrok przemówił po raz ostatni, potężnym głosem, tuż przed tym jak Harry wrócił do swojego ciała.

Być może pewnego dnia, kiedy już zrobisz to, co masz do zrobienia, przyłączysz się do nas.

Być może, odpowiedział Harry, po czym spadł w dół i w dół i w dół.


Otworzył oczy i odkrył, że leży na gęstej, ciemnozielonej trawie niedaleko srebrnego ogniska. Poderwał głowę do góry i odetchnął, głęboko, starając się zarówno przyzwyczaić z powrotem do znajomych wrażeń pochodzących z posiadania ciała, jak i nieuniknionego poczucia straty i zawodu z powodu magii, która już go nie otaczała tak blisko.

Po prostu nie wierzę, że to zrobiłeś.

Harry parsknął, kiedy wyczuł Regulusa znowu w swojej głowie. Zniknął na kilka ostatnich dni, starając się odkryć jakieś wskazówki dotyczące tego, gdzie mogło być schowane jego ciało. Harry zakopał dłonie głęboko w trawie, po czym podźwignął się na nogi, co okazało się łatwiejsze niż oczekiwał, bo zwyczajowa radość nocy Walpurgii już zaczynała się w nim budzić.

– W wiele rzeczy, które robię, coś nie możesz uwierzyć – powiedział. – Labirynt, a teraz to. Czemu miałbym wejść do serca Światła, ale odmówić wejścia do serca Mroku?

Ludzie zwykle wybierają jedno albo drugie, burknął jadowicie Regulus.

– Kiedy ja nie chcę – mruknął Harry, pocierając twarz, po czym rozejrzał się za Draconem. Zobaczył go leżącego nieopodal na trawie, więc do niego podszedł. Draco momentalnie usiadł, mrugając, po czym wbił wzrok w Harry'ego.

– To było... to było niesamowite – szepnął.

Harry uśmiechnął się lekko.

– Nie byłeś oszołomiony tymi wszystkimi emocjami, które były z tym związane? – Pochylił się do przodu i przyjrzał twarzy Dracona, ale nie zauważył żadnych spiętych linii wokół jego oczu, które by sugerowały, że boli go głowa od empatii.

Draco pokręcił głową.

– Harry... to zabrzmi dziwnie, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek był oszołomiony i na pewno nikt nie zginął – mruknął. – Wszyscy jechaliśmy tym razem z tobą, częścią magii, która w tobie płonęła. Byłem w stanie zobaczyć i czuć dokładnie to, co ty i tak samo potrafili wszyscy inni. Rozmawiałem o tym ze Snape'em przynajmniej kilka razy i uwierz mi, wiem, jak dziwnie to brzmi. Nie sądzę, żeby pamiętał poprzednie rozmowy, które odbyliśmy. Sam już zaczynam je zapominać – dodał. – Ale byliśmy tam. Szedłeś przed nami i ochroniłeś nas wszystkich.

Harry zamarł i rozejrzał się po polanie. Inni czarodzieje i czarownice, którzy do tej pory leżeli w bezruchu, zaczynali się budzić, łącznie ze Snape'em. Ten, oczywiście, nic nie powiedział, tylko usiadł i wbił Harry'ego nieokreślone spojrzenie.

A pozostali się na niego gapili.

Harry zmusił się do trzymania wysoko głowy. To przecież nie tak, że to sobie w jakiś sposób zaplanował, ani po to, żeby zyskać czyjeś zainteresowanie, czy żeby je od siebie odsunąć. To doświadczenie było tak nieokreślone i dziwaczne, że nie sądził też, żeby wielu ludziom udało się znaleźć jakiś sposób na obrócenie tego na swoją korzyść. Nie będzie się przejmował tym, co zobaczyli, zwłaszcza tym, czy ludzie, których znał, zorientowali się już, że to on odbił zabijającą klątwę Voldemorta, przynajmniej dopóki ktoś do niego nie podejdzie i nie spróbuje o to zagadać.

Poza tym radość już na niego czekała, magia po raz kolejny usadowiła się w swoje przewidywalne, dzikie wzory.

– Chodź – powiedział, wyciągając rękę do Dracona i pomagając mu podnieść się z trawy. – Noc się jeszcze nie skończyła. – Poczuł, jak na jego twarzy, mimo wszystko, pojawia się szeroki uśmiech. Magia znowu zaczęła swoje działanie i chciała go uszczęśliwić. – Czas na tańce.