Kolejny maleńki rozdzialik, zrodzony z potrzeby wyjaśnienia, co właściwie ludzie widzieli w poprzednim rozdziale.
Dodatek: Po tańcach
Draco doszedł potem do wniosku, że naprawdę podobała mu się Walpurgia, nawet jeśli pierwszym wspomnieniem, jakie odwiedziło jego głowę, była wizja wężoustego, obecnego przy wykluciu bazyliszka. Naprawdę mocno wstrząsnęła nim świadomość, że to w ten sposób te cholerne węże się rodziły, zamiast wyskakiwać z jakiejś przesiąkniętej złem i plugastwem nory.
Nie, pomyślał jakiś czas później, kiedy dzikie tańce wreszcie się nieco uspokoiły. Nie do końca to było pierwszym wspomnieniem.
Pierwszym wspomnieniem był widok jego samego w hogwardzkim ekspresie, odwracającego się i patrzącego na Harry'ego z chłodną wyższością w oczach. Nie zdawał sobie sprawy, że Harry postrzegał go w ten sposób, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak idealnie grał wtedy Malfoya.
Malfoya, który nie powinien był brać udziału w tym święcie, warknął w jego umyśle list od jego ojca.
Draco przygryzł wargę i z determinacją wrócił do wszystkiego, co się wydarzyło tej nocy. Leżał już w swoim łóżku z rękami założonymi za głową i oczami wbitymi w zwieńczenie baldachimu. Nie był w stanie uwierzyć, że Blaise i Harry już zasnęli. Jasne, pewnie byli wykończeni, ale wspomnienia atakowały Dracona tak agresywnie, że ten był przekonany, że i oni nie będą w stanie jeszcze przez jakiś czas usnąć.
Widział wspomnienie samego siebie w hogwardzkim eskpresie i kilka innych, zbyt rozmytych, żeby mógł się im dobrze przyjrzeć, a potem eksplozję zielonego światła, o której już wiedział, a która zabiła Voldemorta i naznaczyła zarówno Harry'ego, jak i jego brata. Widział też wspomnienia niektórych czarodziejów, które przemknęły przez Harry'ego, kiedy ten zdołał uwolnić ich z narzuconych przez śmierciożerców ograniczeń.
Najbardziej frustrujące było to, jak szybko dzikość z niego opadła, jak szybko zaczął myśleć o niej, zamiast myśleć nią, tłumacząc sobie, jak to było, zamiast wciąż to czuć. Miał niemal wrażenie, że powinien był się nieco bardziej zmienić, mimo, że był naprawdę pod wielkim wrażeniem dzikiej muzyki i tańców tej nocy, a także hadesowo–czarnych drzwi, które pojawiły się przed nimi (przez które, co Harry wspomniał mu przy okazji, Harry przeszedł w zeszłym roku).
Co jednak zaimponowało mu najbardziej, to fakt, że leciał w ochronie Harry'ego, czuł jak dusza Harry'ego przelatuje wokół niego, nawet rozmawiał o tym ze Snape'em raz czy drugi – a może tych rozmów było więcej i już po prostu o nich nie pamiętał? – a mimo to udało mu się wrócić bezpiecznie na ziemię. Harry ochronił ich wszystkich, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robi, tak bardzo skupiony był na jechaniu razem z burzą i wyzwoleniu mrocznej magii z dowolnych okowów, jakie Voldemort chciał na nią nałożyć.
Draco zastanawiał się, czy zawsze w ten sposób chroniłby Dracona i wszystkich innych, równie podświadomie.
To się nie wydawało mu w jakiś sposób sprawiedliwe ani słuszne. Draco zdawał sobie sprawę, że często zachowywał się jak gnojek; mógł sam się przed sobą do tego przyznać. Ale kiedy leżał nocą w łóżku, kiedy nikt go nie mógł zobaczyć, czy skomentować w jakiś sposób jego zachowania, to naprawdę zdawało się nie mieć znaczenia. Był w stanie myśleć o wszystkim równie poważnie co wszyscy, gdyby tylko tego chciał.
Prawdopodobnie pomagało też to, że emocje Harry'ego były w tym momencie takie ciche, a Draco był pewien, że ten głęboko śpi; kiedy sprawdzał wcześniej, Fawkes zapewnił go o tym cichym trelem.
Harry zasługiwał na więcej uznania za to, co robił dla wszystkich, do cholery. Udawał, że nie zwraca uwagi na spojrzenia, które się przyklejały do niego po tej dzikiej nocy, robił co było w jego mocy, żeby się z gracją odsuwać od wszelkich rozmów, które mogłyby w jakiś sposób do niej nawiązać i zagaić o powody. Draco, zdając sobie sprawę z tego, jak strasznie nie lubi, kiedy inni zwracają na niego uwagę, w żaden sposób go za to nie winił.
Ale jak on mógł nie zauważać tego, co robił? Jak mogło mu wystarczać chronienie innych ludzi i... nie otrzymywanie czegokolwiek w zamian? Nie chciał podziwu, nie chciał bezmyślnego posłuszeństwa, które w innych inspirowali ludzie tacy jak Voldemort, więc co można mu było podarować?
Draco westchnął i przewrócił się na bok. To było pytanie, które go frasowało i będzie frasować dalej, zajmując go bardziej niż tańce czy wszelkie konsekwencje, które potem nastały. Może zaoferować Harry'emu swoją miłość, ale to przecież nie zrodziło się przez wzgląd na jego opiekę, którą roztaczał nad wszystkimi. To uczucie zrodziło się wobec jego generalnej wyjątkowości.
Szkoda, że nie mogę wymyślić jakiegoś sposobu na pokazanie mu, jak wiele dobra czyni dla innych ludzi, jak wiele dla nich znaczy.
Draco osunął się w niespokojny i urywany sen, wypełniony obrazami jego samego, starającego się wytłumaczyć przyglądającemu się mu wielkimi oczami i niedowierzającemu Harry'emu to, jak wiele znaczą jego dokonania, póki się wreszcie nie poddawał i zamiast tego zaczynał go bez końca całować.
Piąta drewniana figura stanęła w płomieniach, szybko się spopielając, a Snape syknął. Jego magia wierzgała wokół niego, rozbudzona przez dzikość festiwalu i wciąż nie była w stanie się uspokoić, mimo całego zniszczenia, do jakiej ją posłał.
Nie przewidział, że to święto wywrze na nim taki... efekt.
Ale wywarło, przypomniał sobie i stworzył linię drewnianych figur. Zwykle potrzebowałby swojej różdżki do zrobienia tak wielu. Dzisiaj było inaczej. Jego bezróżdżkowa magia tańczyła wokół niego i atakowała wszystko dokoła, ochoczo wyrywając się, by kłuć niczym skorpion, i w żaden sposób go nie męczyła. Snape machnął ręką i linia ognia wystrzeliła precyzyjnie z jednego z jego palców, po czym przeżarła głowę jednej z figur na wylot.
Nieczęsto myślał o swojej własnej, surowej mocy. Jego sztuką i obsesją były eliksiry, które wymagały sprytu, inteligencji, dokładnej pamięci i porządnego zrozumienia teorii. Magia przydawała się do tego rzadko, okazjonalne machnięcie różdżką czy celowy, skupiony wysiłek. Kiedy tworzył wywary eksperymentalne, jego umysł mieszał składniki, zwykle nie zastanawiając się nad efektami, jakie jego magia mogła mieć na wywar.
Noc Walpurgii to zmieniła. Snape spodziewał się, że jego głównym problemem będzie chronienie Harry'ego. Kiedy jednak zaczęła się muzyka, odkrył, że nie jest w stanie się skupić na jednej tylko sprawie i nagle zauważył, że tańczy razem z innymi.
Jego magia zareagowała na otaczającą ją agresję i zamanifestowała się.
Snape stał, dysząc, na trawie, kiedy już tańce dobiegły końca i zauważył, że wiele osób w pobliżu przygląda mu się osobliwie. Snape rzucił im spojrzenie pełne mordu, które sprawiło, że odwrócili wzrok, ale ostatecznie przecież nie mógł ich za to winić. Był potężniejszy od dowolnego czarodzieja na tej polanie z wyjątkiem Harry'ego. Ta świadomość również spowodowała nieprzyjemny szok. Przyzwyczaił się do myślenia o sobie jako trzecim najpotężniejszym w samym Hogwarcie, pod Dumbledore'em i Harrym, zawsze pamiętając o tym, że poza murami szkoły krążyło wielu, wielu wytrenowanych w sztuce wojny magów i czarodziejów wyszkolonych w pojedynkach, którzy z pewnością pokonaliby go w walce. Samoświadomość była praktycznie podstawą podczas przetrwania jego roku szpiegowania Voldemorta. Mroczny Pan nie tolerował rywalizacji.
Odwinął się i pomyślał Diffindo, bezróżdżkowo i niewerbalnie. Kark figury, na którą spojrzał, przeciął się czysto w poprzek, a jej głowa uderzyła głucho o podłogę.
Pomyślał Sectusempra, a figura obok praktycznie eksplodowała. To nie było szczególnie satysfakcjonujące, uznał Snape, używanie tego konkretnego zaklęcia na drewnianym przeciwniku. Jego wzrok zaczął się rozmazywać, a tętnienie serca szumiało mu w uszach. Krew wylewająca się z nacięć, które zwykle zaraz potem następowały, zwykle służyła przede wszystkim zastraszeniu przeciwnika.
Stworzył to zaklęcie. Stworzył też inne, proste zaklęcia, które tak czy inaczej świadczyły o talencie, o którym większość ludzi wolała zapomnieć. Nie każdy czarodziej był w stanie stworzyć własne zaklęcia.
Jakim cudem o tym zapomniał?
Nie mógł powiedzieć, że zanadto się skupił na Harrym. Ostatecznie przez dziesięć lat przed pojawieniem się Harry'ego w Hogwarcie też nie eksperymentował z zaklęciami. Popadł w rutynę tworzenia eliksirów, nauczania ich innych, oceniania esejów, krzywego uśmiechania się do innych profesorów, dumania nad swoją przeszłością i sprowadzania do poziomu uczniów, którym się wydawało, że mają zadatki na geniuszy warzenia eliksirów, póki nie zaczęli tego robić pod jego okiem.
Dzisiejsza noc przypomniała mu o tym, kim był naprawdę: potężnym, uzdolnionym, utalentowanym, mrocznym czarodziejem.
Nie podobało mu się to, że ta świadomość została mu odebrana, że zdołał zapomnieć, że to kiedykolwiek było prawdą.
Snape odetchnął głęboko i zamarł, po czym wreszcie zdołał zmusić swoją magię do uspokojenia się i przyjęcia swoich łańcuchów. Warczała na niego, chcąc się miotać i kłuć, ale Snape właśnie dlatego stworzył swoje tarcze. Kiedy był śmierciożercą, pozwalał swojej mocy na niego więcej swobody. Był zmuszony do przytłumienia jej, kiedy zaczął nauczać, a tarcze pozwalały mu również na uspokojenie tej części jego osobowości, która czerpała radość z tortur i mordów.
– Obyśmy wszyscy byli dzisiaj wyzwoleni – powiedziała dzisiaj Hawthorn Parkinson, która kiedyś torturowała i mordowała u boku Snape'a.
Ona nie ma pojęcia, o co prosi, pomyślał z goryczą Snape.
Sprawił, że pozostałe drewniane figury zniknęły i dopiero, gdy to zrobił, zorientował się, że i tego dokonał bezróżdżkowo. Jego magia wciąż szukała jakiegokolwiek ujścia. Snape opadł na jeden ze swoich foteli i zagapił się w ogień, przymrużając oczy, w których aż roiło się od nowych myśli.
Wydawało mu się, że musi znaleźć w Harrym kogoś, kogo powinien chronić, no i, oczywiście, kiedy już chłopiec zmieni świat, był przekonany, że będzie w stanie bez problemu żyć i być szczęśliwym w tym nowym świecie. Nawet wtedy jednak nie był w stanie zobaczyć siebie ponad to, kim był do tej pory: zreformowanym śmierciożercą, mistrzem eliksirów i, od niedawna, opiekunem.
Teraz powoli docierało do niego, że on może się zmienić razem ze światem, kiedy Harry rozpocznie swoją cichą, nieofensywną rewolucję, która wywróci wszystko do góry nogami.
To była niepokojąca myśl.
Hawthorn pokręciła głową i pozwoliła, żeby jej długie, jasne włosy opadły jej wokół ramion. Nosiła je spięte z okazji Walpurgii, chociaż nie wyglądały jakby były spięte. To jednak była część tajemnicy. Miała zamiar użyć tego dla swojej własnej, cichej, prywatnej przyjemności, ale również jako testu. Ci, którzy zauważyli, że jej włosy są spięte, ci, którzy spojrzeli na nią, ale nie zauważyli, oraz ci, którzy nigdy nawet nie spojrzeli, wszyscy oni byli różnymi rodzajami ludzi, z czego każdy był użyteczny na swój sposób.
Harry był jednym z tych, którzy nawet nie spojrzeli.
Hawthorn zamarła na dłuższą chwilę, stojąc z pochyloną głową i jedną ręką zaciśniętą na krawędzi stolika, na który odkładała swoje spinki.
Już powoli zaczynała zapominać o tym, co zobaczyła wtedy w burzy. Podejrzewała, że to była jedna z konsekwencji jechania razem z nią i pozwolenia, by cała jej magia przeszła ją na wskroś. Wspomnienia, marzenia o niebywałej mocy, szepty o chwale i pieśni umarłych przeleciały przez jej głowę szybciej i z większą agresją, niż to zwykle robiły podczas Walpurgii, kiedy zmarli chcieli się podzielić z żywymi swoimi wspomnieniami.
Dwie rzeczy jednak zostały z nią, głównie dlatego, że pochwyciła je w morderczym uścisku i powtarzała je sobie w głowie raz za razem, póki nie była w stanie wyobrazić sobie tego znowu przynajmniej w formie słów, nawet jeśli nie były to dokładne repliki obrazów, które w pierwszej chwili zobaczyła.
Harry, który po raz pierwszy z powodzeniem wykonał zaklęcie bezróżdżkowe i opadł, wykończony, na trawę. Co zszokowało Hawthorn to nie było to, że w ogóle mu się to udało, ale natura dumy, którą z tego czuł. Wyglądał tam tak młodo, ale już wtedy wyglądało na to, że był zdeterminowany na poświęcenie siebie innym, zamiast od razu skoczyć na równe nogi i z wrzaskiem polecieć do rodziców, żeby się im pochwalić i pokazać, czego się nauczył. Hawthorn wiedziała, że Pansy zrobiłaby coś takiego w wieku Harry'ego, a nawet jeszcze teraz.
Zastanawiała się, czemu jest z siebie taki dumny, po czym zobaczyła wspomnienie czerwonowłosej, zielonookiej kobiety – która musiała być matką Harry'ego, mieli strasznie podobne do siebie oczy – głaszczącą Harry'ego po głowie i mówiącą mu słowa przysięgi, która przeraziła Hawthorn i mocno ją zdumiała. To, że małe dziecko we wspomnieniu nie do końca jeszcze rozumiało tych słów nie miało żadnego znaczenia; zapamiętał je dokładnie, a jego dorośli słuchacze byli w stanie wyłapać ich sens.
– Jakie są twoje przysięgi, Harry?
– Będę opiekował się Connorem. Zawsze go chronił. Upewnię się, ze będzie wiódł spokojne życie, póki to będzie możliwe, aż nie będzie musiał znowu stawić czoła Lordowi Voldemortowi. Będę jego bratem, jego przyjacielem i jego stróżem. Będę go kochał. Nigdy nie będę z nim współzawodniczył, nie będę się przed nim popisywał i nigdy nie dam nikomu do zrozumienia, jak bardzo jestem mu bliski. Będę zwyczajny, żeby on mógł być nadzwyczajny.
Hawthorn nie była w stanie nazwać wszystkich emocji, które wywołały w niej te słowa i odkryła, że w sumie nawet nie chce. Dwa z nich wybijały się ponad wszystkie i w zupełności jej wystarczą.
Pierwsze było niedowierzanie. Harry usiłujący być zwyczajny było absolutnie śmiesznym konceptem, a jego matka musiała sobie zdawać z tego sprawę, ponieważ kazała mu obiecać, że taki będzie, zamiast po prostu wyjść z założenia, że tak się stanie naturalnie.
Drugą była obrzydzona wściekłość. Czemu niby jedno dziecko miało chronić drugiego?
Hawthorn miała wrażenie, że nie była jeszcze w stanie zobaczyć wszystkiego. Nawet te przebłyski były maleńkie i rozrzucone po jej pamięci. Miała wrażenie, że widzi sylwetkę czegoś, co nadciąga, miała to wrażenie już od chwili, w której matka Harry'ego tak go rozwścieczyła tamtej nocy Bożego Narodzenia, ale wciąż nie była pewna, a ściganie niepewnych tropów po ciemku było niesamowicie gryfońskie. Zaczeka. Będzie cierpliwa. Wywęszy resztę wskazówek i wywlecze na światło dzienne te, które znajdzie.
Poruszenie w lustrze odwróciło jej uwagę. Hawthorn zerknęła w górę i zobaczyła nad swoimi ramionami parę dłoni, unoszących się na czarnym tle i wynurzających się z czarnych rękawów, przemawiających do niej językiem migowym, który nauczyła się kochać.
Wyglądasz na zakłopotaną, moja droga.
Hawthorn przyglądała się przez chwilę swojej własnej twarzy, po czym oparła się o swojego męża, a Dragonsbane ją objął. Tak, wyglądała na zakłopotaną. Albo, jak Hawthorn wolała o tym myśleć, na silną. Jej oczy lśniły, a jej zęby były wyszczerzone. Jej wilk był bliski powierzchni, wezwany przez dzikość tej nocy i w tej chwili nie myślał o tym, jak strasznie jej nienawidzi, jak bardzo chciałby ją rozerwać na strzępy i słuchać jej wrzasków. Myślał za to o tym, jak znakomitym posiłkiem byliby jej wrogowie.
– Hawthorn – szepnął Dragonsbane. To była jedna z dwóch nocy w roku, w trakcie których wolno mu było przemówić na głos. – Duch mi się objawił i porozmawiał ze mną. Nie mogę wyjawić ci jego imienia. Ale mówił mi, że temu młodemu wyzwolicielowi, z którym się związaliśmy, grozi wielkie niebezpieczeństwo. Zginął, starając się odciągnąć to niebezpieczeństwo od niego.
Hawthorn kiwnęła głową.
Dragonsbane przyglądał się jej spod głębi swojego kaptura. Hawthorn, czekając na jego słowa, chłonęła zapach zgniłego mięsa, który go otaczał. Kiedyś ten smród wydawał się jej nie do zniesienia, ale z czasem zaczął nieść jej ukojenie, a to wrażenie wzmogło się po tym, jak została wilkołakiem. Zawsze wiedziała, że jest przy niej, nawet w ciemnym pokoju, kiedy siedział, jak zwykle, w ciszy.
– W takim razie musimy zrobić co tylko będzie w naszej mocy, żeby mu pomóc – powiedział Dragonsbane. – Każdy z nas, w odpowiednim dla nas miejscu i czasie. – Po czym, ponieważ to była ich tradycja na noc Walpurgii, zaprowadził ją do łóżka.
– Ty płaczesz? Serio, Pansy?
Pansy pośpiesznie otarła łzy, po czym położyła się na łóżku i podciągnęła kołdrę aż pod brodę.
– Wcale nie płaczę – powiedziała, ale to i tak nie miało sensu. Milicenta już ją widziała, a jej zdławiony głos i tak by ją wydał.
Usłyszała jak Milicenta prycha, po czym wchodzi na własne łóżko. Nie rzuciła żadnego Lumos, czy innego zaklęcia, które mogłoby jej zapewnić trochę światła; Milicenta nimi gardziła i wolała się przebierać po ciemku. W swoich bardziej niemiłych chwilach, Pansy myślała, że ten zwyczaj wziął się z pragnienia nie patrzenia na jej obszerne, niedziewczęce cielsko. Milicenta była wyższa od wszystkich chłopców z ich rocznika, nawet Blaise'a, do tego miała kwadratową szczękę. Pansy bezgranicznie jej współczuła, przynajmniej wtedy, kiedy jej nie zazdrościła jej zdolności obserwacji, albo gdy nie obawiała się tego, co ta mogła zauważyć.
W tej chwili Milicenta w dość oczywisty sposób coś zauważyła i nie miała zamiaru odpuścić.
– Przecież nie ma powodów do płaczu – powiedziała, pociągając nosem od czasu do czasu, jakby chciała się upewnić, że Pansy zrozumie, że ona tylko parska z irytacji, a nie od powstrzymywania łez. – Jasne, mogliśmy zginąć, ale przecież nikomu nic się nie stało. No i jasne, burza była intensywna i przerażająca, ale przecież już jest po wszystkim. Naprawdę.
– Nie o to mi chodzi – powiedziała Pansy, zaskoczona, że Milicenta mogła w ogóle uważać, że ktokolwiek w ogóle mógłby płakać z takiego powodu. Intensywną radość należało doceniać za to, czym była naprawdę; ludzie się śmiali, a nie płakali, podczas nocy Walpurgii. No i oczywiście, że Pansy nie była na tyle głupia, żeby płakać z powodu niebezpieczeństwa, które już minęło. – Chodzi mi o wspomnienia Harry'ego.
Z drugiego łóżka dobiegła ją cisza.
– Wydawało mi się – powiedziała wreszcie Milicenta – że ty tylko ja je widziałam. Wydawało mi się, że to był sen. Wydawało mi się, że... przecież nikt o nich nie wspomniał... – Zamilkła.
Pansy zaczęła pośpiesznie mówić. Tak rzadko się zdarzało, żeby miała jakąś przewagę nad Milicentą!
– Pewnie wszyscy inni myśleli tak samo i właśnie dlatego nikt o nich nie wspomniał. Nikt nie chciał zabrzmieć jak wariat, albo dureń, no i przecież Harry był tuż obok. Ale wszyscy siedzieli w ciszy i pewnie sporo nad tym myśleli. J–ja nie pamiętam ich wszystkich, ale pamiętam, jak strasznie Harry zazdrościł swojemu bratu.
No i czy to naprawdę jest warte płaczu? zażądało od niej jej własne sumienie. Przecież widziałaś już podobne sceny w myślodsiewniach i nie rozpaczałaś nad nimi.
Tu nie o to chodziło, uznała Pansy, opadając z powrotem na poduszki i czekając, aż Milicenta jej odpowie. Tu przede wszystkim chodziło o to, jak strasznie to, co zobaczyła, było niewłaściwe. Och, była w stanie zobaczyć, że brat Harry'ego był atrakcyjny, jakby go postawić pod odpowiednim kątem i w odpowiednim naświetleniu, no i może jak się przymruży trochę oczy, do tego podejrzewała, że gryfoński heroizm był dla niektórych ludzi zaletą, no i widziała przecież, że udało mu się przetrwać jak do tej pory jako reprezentant w turnieju Trójmagicznym.
Ale był niczym w porównaniu do Harry'ego pod względem mocy, sprytu, siły duszy... no, we wszystkich sprawach, które tak naprawdę miały znaczenie, we wszystkich sprawach, które tak naprawdę mogły komuś pomóc w przetrwaniu w prawdziwym świecie. Jeśli Harry zazdrościł czegoś swojemu bratu, to coś było bardzo nie tak.
– Pamiętam to o przysięgach – szepnęła Milicenta.
Pansy zadrżała i podskoczyła, jakby wspomnienie kryło się zaraz pod powierzchnią jej myśli i słowa Milicenty z powrotem wyciągnęły na wierzch. Słowa odbiły się echem w jej uszach, nieprzyjemne, pełne nienawiści, nie do dotrzymania.
– Nikt nie byłby w stanie dotrzymać takiego zestawu obietnic – szepnęła. – A już na pewno nie Harry. Przecież on zwraca na siebie uwagę wszystkim co robi. Co tam się działo? Co to wspomnienie tam robiło?
– Nie wiem – powiedziała Milicenta. – A wydaje mi się, że powinniśmy wiedzieć. Zarówno dlatego, że jesteśmy jego przyjaciółkami, ale też dlatego...
Pansy usłyszała, jak Milicenta przysuwa się na skraj łóżka i szepcze Lumos, przez co Pansy wiedziała już, że tu się kroi coś naprawdę poważnego. Sama się odwróciła i zobaczyła, że Milicenta patrzy się na nią, strasznie blada.
– Jeśli coś jest bardzo nie tak z człowiekiem, który podejmuje się takich rzeczy jak Harry – powiedziała Milicenta – to mamy przejebane.
Arabella Zabini stała przez dłuższą chwilę w ciszy, przyglądając się swojemu zrujnowanemu domostwu.
Wydawało jej się, że jakimś cudem zdołała uniknąć uwagi Mrocznego Pana, kiedy wysłała mu list, w którym odmówiła zaproszeniu do przyłączenia się do jego szeregów. Była mroczną czarownicą, jasne, ale niespecjalnie potężną; jej reputacja była bardziej związana ze śmierciami jej siedmiu mężów i jej pięknem, niż z potęgą jej magii. Voldemort mógłby czuć się zaszczycony, mając pośród swoich żołnierzy pieśniarkę, ale bez większego trudu byłby w stanie zrobić to samo, do czego ona jest zdolna, swoją mocą przymuszenia. Nie miał żadnego powodu do upierania się, żeby się do niego przyłączyła, za to wszelki powód do pozostawienia jej w spokoju, póki sama była neutralna. Arabellę bawiła uwaga Harry'ego Pottera, ale miała zamiar oprzeć ich relacje bardziej na pomocy z ukrycia, bez bezpośredniego wspomagania go w walce. To była tradycja od dawna honorowana przez czystokrwiste rodziny po obu stronach konfliktu Światła i Mroku. Czemu niby mieliby brać udział w wojnach, w których po przeciwnej stronie mogą spotkać swojego krewniaka, wojnach, które tylko niszczyły i kradły zasoby czarodziejskiego świata? Ktoś musi zostać, żeby przekazać magię dalej. To przecież od zawsze było ważniejsze od krwi. Byle magia przetrwała, a jeśli to miało oznaczać, że niektórzy mniej potężni ludzie, którzy ją praktykowali, mieli pozostać w cieniu, wtapiając się w tło, to niech i tak będzie. Tylko fanatykom tak naprawdę zależało na wojnach.
Wyglądało jednak na to, że Voldemort był fanatykiem.
Arabella ruszyła wreszcie przed siebie, ostrożnie przechodząc ponad roztrzaskanym szkłem pochodzącym z jej ogromnego okna, po czym weszła do swojego gabinetu. Zerknięcie pokazało jej, że obrazy zostały przecięte na pół, ich mieszkańcy zamilkli na wieki. Spojrzała na swoje biurko i znalazła je w drzazgach. Wreszcie jej wzrok spoczął na regale z książkami.
Jej książki napisane w wężomowie zniknęły.
Arabella kiwnęła powoli głową. Jeśli Voldemort wiedział, że były one w jej posiadaniu, to oczywiście, że wysłał po nie swoich podwładnych, a nie tak ciężko było wejść w posiadanie tej informacji. Arabella subtelnie rozsyłała plotki o nich przez całe lata, na wypadek, gdyby jakiś kolekcjoner nie zechciał ich od niej wykupić.
Zastanowiła się, przez moment, co śmierciożercy chcieli osiągnąć tym rajdem. Dwie odpowiedzi pojawiły się od razu w jej głowie: że będzie na tyle przerażona, że się do nich przyłączy, widząc jak bez żadnego trudu przeszli przez jej osłony, albo że zniknie jeszcze bardziej z oka publicznego, wtapiając się w tło i mając nadzieję, że wojna jakoś ją ominie.
Arabella uśmiechnęła. Ten konkretny uśmiech był ostatnim widokiem, który zobaczył jej piąty mąż.
Przeszła szybko i delikatnie przez swoją bibliotekę, po czym dotknęła ukrytego panelu swoją różdżką. Ten odsunął się na bok, a ona sięgnęła w dół i wyciągnęła stamtąd grzebień, lusterko i dwie małe książki o skórzanych okładkach. Oczywiście, że nigdy nie zostawiłaby swoich prawdziwych skarbów na wierzchu, w miejscu, w którym każdy mógłby je zobaczyć bez większego trudu.
Nie była zastraszona i na pewno niczego się nie obawiała.
Była wściekła. I właśnie wybrała swoją stronę. Sytuacja ułożyła się tak, że była w stanie walczyć z tym tak zwanym Mrocznym Panem bez upadlania się i przyłączania do przesiąkniętego hipokryzją, ograniczającego, rozwrzeszczanego Światła.
Zaklaskała, żeby wezwać swoje skrzaty domowe i nakazać im posprzątać ten bałagan, po czym zaczęła nucić niewielką melodię pod nosem. Jeden ze skrzatów oślepł, a drugi ogłuchł w wyniku jej piosenki, ale cóż, to nie tak, że można coś było na to poradzić, poza tym przecież się lada moment wyleczą. Przynajmniej zniknęły akurat wtedy, kiedy ona skończyła pisać swój list, który wysłała do Lucjusza. Następnie usiadła, żeby przyjrzeć się swojej twarzy w lusterku i zaczęła przeczesywać grzebieniem włosy.
