Rozdział pięćdziesiąty szósty:Przygotowanie podwalin

Harry odłożył pióro i dmuchnął na pergamin, żeby osuszyć świeżo spisane notatki. Następnie odchylił się w fotelu i przyjrzał się uważnie zwojowi.

To powinno zadziałać.

Powinno, zgodził się Regulus z kąta jego głowy, gdyby tylko było jeszcze wiadomo, co to ma w ogóle być.

Harry prychnął, ale musiał przyznać, że skomplikowany diagram i poprawki, które na niego naniósł prawdopodobnie przerosłyby każdego, nawet tych, którzy już przeczytali "Świetliste rytuały i jak je adaptować".

– Właśnie dlatego mam zamiar wysłać do Madam Marchbanks prośbę o spotkanie, zamiast spróbować jej to wszystko wytłumaczyć w liście – mruknął, po czym podrapał Fawkesa po gardle, bo ten pojawił się na jego ramieniu.

Wciąż nie jestem pewien, czemu to by miało zadziałać, jęknął Regulus w jego głowie. Opierasz się tutaj na mnóstwie kruczków prawnych.

– Wiele rytuałów też to robi – szepnął Harry. Miał niemal całą bibliotekę na wyłączność, bo przyszedł tu wczesnym rankiem w sobotę, ale nie chciał wystawiać na próbę cierpliwości Madam Pince, a zawsze istniała też możliwość, że ktoś może się do niego zakraść i spróbować podsłuchiwać. – Ten rytuał wymaga dwunastu ludzi, którzy muszą być ze sobą idealnie zbalansowani na trzy sposoby. Mam dwanaście ludzi i dwa sposoby na zbalansowanie ich. Jeśli chodzi o trzeci, to nie sądzę, żeby miał on większe znaczenie, no i to nie tak, że mam pod tym względem większy wybór – o ile nie zmienisz nagle w jakiś sposób swojej płci.

Regulus warknął na niego bez słowa, po czym wycofał się, nadąsany, co często robił w czasie tej procedury. Fawkes pozostał na swoim miejscu, nucąc coś z pokorą. Harry wyszczerzył się do niego i pogłaskał go po karku.

Będzie musiał zorganizować kilka spotkań i pewnie spędzi większość z nich na wyjaśnieniach. Mimo to naprawdę mu się wydawało, że to wypali jak należy.

Był przekonany, że wiedział już, jak uwolnić południowe gobliny.


Harry otrzymał odpowiedź od Gryzeldy Marchbanks w niedługo po rozpoczęciu śniadania następnego dnia. Odchylił się na krześle i przeczytał ją w bogatym świetle majowego słońca, które wpadało przez okna Wielkiej Sali, drapiąc delikatnie sowę po głowie i oferując jej kawałek tosta z własnego talerza. Była zaskakująco grzeczną sówką jak na kogoś z ministerstwa, jadła tylko to, co jej podał i nie próbowała podkraść niczego dodatkowego.

Drogi panie Potter,

Muszę przyznać, pańska propozycja zaintrygowała mnie na tyle, że zorganizowałabym to spotkanie po prostu z własnej ciekawości! Załączyłam do listu świstoklik, płaską nakrętkę od butelki. Zaniesie on pana na miejsce spotkania, w którym będę ja i dwie osoby, o których pan poprosił. Obie zgodziły pojawić się bez żadnych protestów, co jest dla mnie tym bardziej interesujące. Ufam, że kiedy już będzie po wszystkim, to otrzymam od pana satysfakcjonujące wyjaśnienia.

Gryzelda Marchbanks,

Starszyzna Wizengamotu

Harry zaśmiał się pod nosem, podniósł świstoklik, po czym napisał krótką odpowiedź i przekazał ją sowie, razem z kolejnym kawałkiem tostu w nagrodę za dobrą robotę. Sowa wzbiła się w powietrze, a Harry schował świstoklik do kieszeni i wrócił do jedzenia śniadania. Nie był w stanie przestać się uśmiechać. Wszystko układało się dokładnie tak, jak tego chciał i choć podejrzewał, że gobliny nie będą wolne aż do czerwca, bo reszta maja zejdzie im na spotkaniach i ustalaniu szczegółów, to był pewien, że to wszystko będzie tego warte.

– Z czego się tak cieszysz? – zażądał Draco.

Harry podniósł na niego brew.

– Z tej sprawy, którą usiłowałem ci wyjaśnić parę dni temu, a ty powiedziałeś, że to wszystko jest dla ciebie zbyt skomplikowane. Proszę więc teraz innych ludzi o pomoc, zanim znowu z tobą o tym porozmawiam. Może oni będą w stanie wyjaśnić to lepiej ode mnie.

Draco zamrugał, wyglądając przez moment dziwnie bezbronnie.

– Ty... chcesz zebrać wokół siebie więcej ludzi tylko po to, żeby mi to wyjaśnić?

Harry wywrócił oczami i szturchnął go w ramię.

– Oczywiście, że nie, palancie. Po prostu ten rytuał wymaga obecności innych ludzi. – Zabrał się za swoje kiełbaski z apetytem i uporem, których już dawno nie czuł. Wszystko ruszało wreszcie do przodu. Uda mu się to. Jasne, inne sieci zdołał zerwać bez takiego zamieszania i kłopotów, ale te sieci nie były aż tak skomplikowane, czy związane z funkcjonującą instytucją świata czarodziejów.

– Rytuał zbiorowy, Harry? – szepnęła do niego Milicenta ze swojego miejsca po jego drugiej stronie. – Magia Światła? Co ci tym razem chodzi po głowie?

Harry zaśmiał się.

– To w żaden sposób nie zaszkodzi moim relacjom z twoją rodziną – powiedział. – Tutaj chodzi o gobliny i obiecuję, że to nie spowoduje ich rebelii. – Zanucił pod nosem, przełykając ostatnie kiełbaski. Uwielbiał takie poranki jak ten, pełne słońca i możliwości, nawet jeśli potem będzie musiał się dzisiaj udać na zajęcia z obrony przed mroczną magią, a Karkarow zapowiedział im sprawdzian, który go pewnie koszmarnie zanudzi.

– Hm. Chyba będę musiała po prostu zaufać twojemu słowu. – Milicenta zawahała się, jakby zastanawiała się, czy powinna powiedzieć następne słowa, które w dość oczywisty sposób piekły ją w język. – Twojej przysiędze – mruknęła. – Dotrzymujesz swoich przysiąg, prawda, Harry?

Harry opuścił widelec tak gwałtownie na stół, że ten zabrzęczał, po czym odwrócił się, żeby na nią spojrzeć z zaskoczeniem. Nie był pewien, co było gorsze: to, jak ona na niego patrzyła, czy to, jak patrzyła na niego Pansy, oczami przepełnionymi żalem i koszmarną wiedzą. Miał wrażenie, że nie wiedzą wszystkiego, ale wiedziały dość.

Skąd one się o tym dowiedziały?

Potem przypomniał sobie jednak o wspomnieniu, które wyleciało z niego podczas nocy Walpurgii i zaklął w myślach. Oczywiście, że to musiało być to. Draco i Snape nie zdradziliby go w ten sposób, a Dumbledore i jego rodzice nie mieli żadnych powodów, żeby to zrobić. Nigdy nie chcieli, żeby ktokolwiek się dowiedział o tym, że przysięgał chronić Connora. O to właśnie chodziło, chcieli przecież ukryć to, kim był.

– Nic nie poradzę na to, że już o tym wiesz, Milicento – powiedział wreszcie, kiedy udało mu się zapanować nad własnym oddechem. Nie miał zamiaru pozwolić, żeby ta wymiana zdań zniszczyła mu humor na resztę dnia. Miał już dość zamartwiania się. Wreszcie miał plan i to dobry. Jeśli Milicenta i Pansy miały stać się częścią grupy ludzi, którzy wiedzieli coś o jego treningu, to po prostu będzie musiał się z tym uporać i tyle. – Powiem ci jednak, że istnieją warunki posiadania tej wiedzy. Nie rozmawiasz o tym ze mną i nie wspominasz o tym komukolwiek innemu. Masz rację. Bardzo dobrze radziłem sobie z dotrzymywaniem przysiąg przed trafieniem do Hogwartu. Teraz lepiej sobie radzę z obietnicami. – Rzucił jej spojrzenie z ukosa, które sprawiło, że zamrugała i odsunęła się lekko od niego, a Pansy pobladła gwałtownie. – Obiecuję też wam, że nie spodoba się wam to, co z wami zrobię, jeśli spróbujecie coś zrobić z tą wiedzą.

– Ale to jest... – zaczęła Milicenta.

– To nie ma znaczenia – powiedział Harry. – To już się stało. To wszystko. To jest już tak samo ważne co potop sprzed dziesięciu lat. – Wstał i przeciągnął ręce nad głową. Draco wstał obok niego, wyglądając na zaniepokojonego. Harry kiwnął mu głową, pokazując, że nic mu nie jest. Bo nie było. Nie dopuści do tego, żeby strach przed przeszłością go kontrolował. Nie bał się swojej przeszłości; gardził nią. Labirynt pokazał mu, jak to wyglądało naprawdę. Myślenie o tym nie miało już w takim razie większego sensu, zwłaszcza, kiedy zamiast tego mógł się skupić na przyszłości. Tak wiele innych, ważniejszych spraw wymagało w tym momencie jego uwagi.

– To naprawdę kiepskie porównanie, Potter. – Głos Milicenty był znacznie pokorniejszy od tego, którego zwykle używała, kiedy się zwracała do niego po nazwisku. – Potop sprzed dziesięciu lat mógł pozostawić po sobie mnóstwo zniszczeń. Na przykład drzewa wyrwane z korzeniami. Tego rodzaju przysięgi musiały wywołać w tobie ogromne zniszczenia i jeśli nosisz je tak po prostu w sobie, to...

– Zamknij się.

Milicenta zamarła. Harry nie był pewien, czy tak zadziałało cicho wypowiedziane słowo, czy może fakt, że resztki owsianki w jej misce właśnie obrosły szronem.

– Ta rozmowa dobiegła końca – powiedział Harry, po czym wymaszerował z Wielkiej Sali, ściskając w dłoni nakrętkę. Regulus mamrotał kojące słowa w jego głowie, a Draco pośpiesznie wyszedł za nim. Oni, razem ze świstoklikiem, przypomnieli Harry'emu o tym, co było naprawdę ważne. Pokręcił głową i wyrzucił z siebie swój gniew i irytację w wielkim, ciężkim oddechu.

To nie ma znaczenia. Odpuść sobie. Już jest po wszystkim. No i to nie tak, że faktycznie mogą coś z tym zrobić, nawet gdyby chciały. Rytuał sojuszniczy nie pozwala im na zaatakowanie moich rodziców.

Pomyśl raczej o spotkaniu w sobotę. Harry poczuł, jak jego twarz znowu się rozluźnia i pojawia się na niej niewielki uśmiech. Ciekawe, jakie mieli miny, kiedy otrzymali wiadomość od Madam Marchbanks?

Skoro już o tym mowa, muszę wysłać wiadomości do Lucjusza i Hawthorn.


Harry potknął się lekko, po czym rozejrzał po gabinecie, do którego ściągnął go świstoklik. Nie spodziewał się, że ktoś ze starszyzny Wizengamotu zajmowałby miejsce tak niewielkie i schludne. Na jasnych ścianach wisiał tylko jeden portret, na którym znajdowała się niezwykła, młoda, czystokrwista kobieta o jasnych włosach i dziwnych oczach w kolorze błyskawicy. Trzymała w dłoni jakiś puchar i patrzyła gdzieś na prawo od swojego portretu. Odwróciła się i skinęła mu głową, kiedy zauważyła, że Harry się jej przygląda.

Harry obrócił się, kiedy ktoś za nim odchrząknął, i zobaczył Madam Marchbanks siedzącą za równie niewielkim i schludnym biurkiem. Przed nim stały trzy fotele, jeden dla niego, a po jego bokach już siedzieli dwaj świetliści czarodzieje, o których przywołanie poprosił Madam Marchbanks.

– Dziękuję za przybycie – powiedział po prostu, po czym zajął swoje miejsce. – Podejrzewam, że zaskoczyłem was swoją prośbą.

Moody, zajmujący fotel po jego prawej, burknął i poruszył swoją drewnianą nogą, tak że ta opadła na podłogę ze zdecydowanym stuknięciem.

– Nie nazwałbym tego zaskoczeniem, Potter – powiedział. – W ogóle nie spodziewałem się, że kiedyś nawiążesz ze mną kontakt. Coś mi się nie chce wierzyć, żeby twojemu opiekunowi podobało się, że przyszedłeś się ze mną spotkać. – Rozejrzał się wokół podejrzliwie, jakby spodziewał się, że Snape zaraz wyskoczy z szafy.

Harry wzruszył ramionami.

– Pozwolił mi się tutaj pojawić samemu. – Skończyło się na wrzeszczeniu na siebie zanim doszli do tego "pozwolenia", ale ostatecznie wszystko sprowadziło się do szczerości. Zapytał Snape'a, czy ten zdołałby, w tym swoim paskudnym humorze, który miał ostatnio, wysiedzieć pół godziny, albo choćby i dziesięć minut w pobliżu Moody'ego bez przeklinania go. Snape przyznał, że nie zdołałby, po czym dodał, że prędzej czy później i tak będzie musiał zacząć ufać Harry'emu w tych sprawach, a następnie spędził dziesięć minut na opisywaniu sieczki, jaką wyrządzi w ministerstwie, jeśli coś się tam przytrafi Harry'emu.

Moody znowu burknął, ale tym razem nie powiedział niczego sensownego, co Tybalt Starrise najwyraźniej uznał za sugestię, że teraz jego kolej. Pochylił się do przodu, uśmiechając się szeroko w sposób, który przypomniał Harry'emu o Evanie Rosierze. Dziki, tak go Scrimgeour określił.

– Ja w ogóle nie byłem zaskoczony – zadeklarował Tybalt. – Wiedziałem, że prędzej czy później mnie przyzwiesz i chętnie pomogę ci w tym, do czego możesz potrzebować mojej pomocy. – Podniósł brwi. – Jedyne, co mnie zaskoczyło, to że nie skontaktowałeś się ze mną bezpośrednio.

– Nie chciałem, żeby to zostało odebrane jako mieszanie się w sprawy ministerstwa, za co minister już mnie raz zganił – powiedział Harry i wzruszył ramionami. – Wiem, że starszyzna Wizengamotu ma w tej sprawie nieco więcej, ach, swobody. I choć mam w tej sprawie poparcie Scrimgeoura, to nie wiem, czy wciąż byłby równie skory do zgodzenia się ze mną akurat w tym przypadku, zwłaszcza gdyby wiedział, jak daleko mamy zamiar to pociągnąć. – Spojrzał na Madam Marchbanks i podniósł wyzywająco brwi.

Maleńka, stara czarownica uśmiechnęła się do niego lekko.

– Minister znał mnie przez większość dekad, które sam przepracował w ministerstwie – powiedziała. – Dobrze wie, że nie powinien się wtrącać w moje sprawy. Dlatego proszę, panie Potter, niech pan mówi. Wiem, że spróbował pan pobieżnie opisać mi tę sprawę, ale mam wrażenie, że ostatecznie okaże się ona znacznie bardziej skomplikowana. – Pochyliła się do przodu, splatając swoje ręce cierpliwie przed sobą i wbijając w niego surowe spojrzenie.

– Tak, proszę pani – powiedział Harry i przygotował się do wyrecytowania prostego wyjaśnienia.

Ono wcale nie jest proste, jest idiotycznie skomplikowane, jęknął mu Regulus w głowie.

No łatwiej już tego nie potrafię ująć. Jak ci się nie podoba, to znajdź sobie inne ciało do zajmowania, pomyślał Harry z irytacją. Regulus robił się coraz bardziej nieznośny bez ciała, ale z drugiej strony nie był też w stanie znaleźć żadnych wskazówek co do jego położenia i nie chciał też rozmawiać o dzienniku, a Harry miał inne sprawy na głowie. Skoro Regulus nie miał zamiaru mu w jakiś sposób pomóc, to powinien się po prostu zamknąć.

Regulus się zamknął.

– Chcę pomóc południowym goblinom z pomocą zaadaptowanego, świetlistego rytuału – zaczął Harry. – Wymaga on dwunastu uczestników, o stopień pod trzynastką. – Zauważył, że Moody kiwnął głową, choć to mogło oznaczać tylko, że auror znał rytuały świetlistej magii. – Uczestnicy będą między sobą zbalansowani na trzy sposoby: Światło i Mrok, kobiety i mężczyźni, oraz ich stopień połączenia z osobą, która zainicjuje ten rytuał. Mam dwunastu uczestników, którzy są po równo podzieleni pomiędzy Światłem i Mrokiem, a przynajmniej będę miał, jeśli zgodzicie się przyłączyć. – Kiwnął Moody'emu i Tybaltowi. Tybalt się do niego uśmiechnął; Moody nie. Harry'ego to nie zmartwiło. Stary, zjeżony auror miał u niego dług, ale nie miał do niego takiej słabości, jaką okazywał mu Tybalt. To był jeden z powodów, przez który Harry poprosił Madam Marchbanks o skontaktowanie się z nim. – Wszyscy będziecie ze mną w różny sposób powiązani. Równowaga płci nie będzie dokładnie wyważona. Będziemy mieli ośmiu mężczyzn pośród głównych uczestników, ale reszta się zgadza, więc obawiam się, że muszę po prostu pracować z tym, co mi podarował los.

Nie jestem podarkiem od losu, nadąsał się Regulus w jego głowie.

Jesteś w mojej głowie, więc muszę cię wliczyć, a to jest naprawdę niewygodne dla rytuału, że jesteś samcem, odpowiedział Harry. Wydawało mu się, że powoli się uczy jak sobie radzić z Regulusem. Więc przestań jęczeć.

Regulus zniknął gdzieś w jakimś kąciku, żeby sobie pomarudzić w ciszy. Harry spojrzał znowu na świetlistych czarodziejów i czarownicę, czekając na pytania.

– Co ten rytuał właściwie zrobi? – Głos Madam Marchbanks był spokojny i wyraźny. – Obawiam się, że nie do końca to rozumiem, panie Potter.

Harry odetchnął szybko.

– Sieć nałożona na południowe gobliny jest powiązana z samym Gringottem – powiedział. – Codzienny biznes, który się odbywa w banku, tylko ją odnawia. To oznacza, że nie mogę jej tak po prostu zniszczyć, bo razem z nią padłaby cała wymiana pieniędzy, co zirytowałoby naprawdę wielu ludzi. Tę sieć jednak można przenieść na coś innego, właśnie dzięki temu rytuałowi – na stworzoną zawczasu kopię Gringotta, albo podobną do niego konstrukcję. Do tego ten rytuał początkowo miał się nadawać. Był w stanie zdjąć śmiertelne klątwy i przenieść je na ochotnika, który zgodził się cierpieć w miejsce pierwszej ofiary.

Moody wydał z siebie dźwięk, który znajdował się gdzieś pomiędzy burknięciem a warknięciem. Harry'emu ulżyło, gdy usłyszał, że ten wyraża nieco więcej emocji niż na początku.

– Rytuał poświęcenia.

– Wiele spraw, którymi się zajmuje, jest z nim w jakiś sposób powiązane – zgodził się spokojnie Harry. – Tym razem jednak ochotnikiem nie musi być człowiek. Zaklęcie przyczepi się do nieruchomego obiektu, zaczarowanego do zachowywania się, jakby dochodziła w nim wymiana pieniędzy, co jest podstawą sieci goblinów. Sieć uzna, że wciąż trzyma się prawdziwego miejsca, więc pozwoli rytuałowi się przenieść. – Odchylił się w fotelu i spojrzał na wszystkich. – Naturalnie, bardzo mi pomożecie, jeśli zgodzicie się wziąć w tym udział.

– Ja chcę – powiedział od razu Tybalt, uśmiechając się szeroko. Harry zastanowił się, jakim cudem przeoczył tego człowieka tamtego dnia w Zakazanym Lesie. Przecież on czerpał z życia dziką, agresywną radość. Choć jasne, Tybalt pewnie uważał, że jak ma do czynienia ze Ślizgonem, to powinien przynajmniej spróbować udawać przebiegłego. – Choćby dlatego, że to strasznie wkurzy mojego wuja. – Przechylił głowę, patrząc na Harry'ego. – Jaką rolę przewidziałeś dla mnie w tym rytuale?

– Zakontraktowanego sojusznika – powiedział Harry. – Zaprzysięgliśmy sobie nawzajem wierność, ale nie przypieczętowaliśmy tego żadnym konkretnym rytuałem. W tym rytuale mam już innych, którzy to zrobili.

Tybalt kiwnął głową, jakby usatysfakcjonowany.

– A dla pozostałych? – zapytał, rozwalając się w krześle i wskazując na Moody'ego i Marchbanks.

Harry przyjrzał się im uważnie.

– Auror Moody jest mi winny dług – powiedział. – Uznam go za w pełni spłaconego, jeśli mi w tym pomoże – dodał, widząc sceptyczny wzrok Moody'ego. – A Madam Marchbanks będzie reprezentowała południowe gobliny. Ufają pani bardziej niż mnie, prawda?

Madam Marchbanks pochyliła głowę.

– To prawda, panie Potter – powiedziała. – Niech pan tego źle nie zrozumie. Tak samo jak wiele innych stworzeń, one też, równie niecierpliwie, pragnęły vatesa, ale zdradzano je bez końca podczas ich potyczek z ludzkością – musiały to znosić znacznie częściej od innych stworzeń, ponieważ pozostawały z nami w bliskim kontakcie. – Jej oczy lśniły z pasją. Harry był w tym momencie przekonany, że zgodzi się na wzięcie udziału w tym rytuale. – Ufają tylko tym przyjaciołom, którzy dowiedli, że są tego warci, a i to zwykle po wielu latach prób i testów. Znam je dłużej niż pan. Sieci, które pan do tej pory zniszczył, przemawiają na pańską korzyść, oczywiście, ale i tak będą wolały, żebym wzięła w tym udział.

Harry uśmiechnął się do niej.

– Dziękuję. – Odwrócił się i zaczekał na odpowiedź Moody'ego.

Moody wbijał w niego swoje magiczne oko, podczas gdy jego normalne patrzyło się gdzieś w przestrzeń z kontemplacją.

– Chcę się dowiedzieć kim będą pozostali uczestnicy tego rytuału – odezwał się wreszcie.

Harry odetchnął. Nie spodoba im się to, ale lepiej, żeby dowiedział się już teraz, niż kiedy już wszystko będzie ustalone i nie będziemy w stanie znaleźć nikogo na jego miejsce.

– Minerwa McGonagall to kolejna świetlista czarownica – powiedział. – Jeśli się zgodzi, ale wydaje mi się, że tak będzie. Istnieje między nami więź uczucia, zrodzonego z wolnej woli z obu stron, do tego pomogłem jej zdobyć jej obecne stanowisko, które wymaga od niej większego zaangażowania w osłony Hogwartu.

– Ci mroczni, Potter – powiedział miękko Moody. – Chcę się dowiedzieć, kim oni będą.

Harry wyprostował się w swoim fotelu. Nie wstydzę się żadnego z nich. Będę ich chronił przed Moodym w ten sam sposób, w który chroniłbym Moody'ego przed nimi. To jest cena, którą jestem gotów zapłacić za utrzymywanie równowagi między nimi.

– Profesor Snape – powiedział i zobaczył, jak Moody się krzywi. – Mój opiekun. Narcyza Malfoy. Nie raz ryzykowała dla mnie życiem, jest mi również winna dług ze strony swojej rodziny. – Tybalt spojrzał na niego zagadkowo, ale Harry to zignorował. Jeśli Narcyza zechce mu powiedzieć o swoich tańcach, to już jej sprawa. – Lucjusz Malfoy...

Co! – Moody niemal agresywnie poderwał się na nogi.

Harry upewnił się, że na jego twarzy utrzymywał się znudzony wyraz.

– Jest moim formalnym sprzymierzeńcem, przeszliśmy przez taniec sojuszu.

– Potter, przecież to był śmierciożerca – powiedział Moody, naciskając na każdą sylabę ostatniego słowa osobno, jakby uważał, że w ten sposób Harry zrozumie nagle to, co nie docierało do niego wcześniej.

– Tak, zdaję sobie z tego sprawę – powiedział Harry. – Podobnie jak Hawthorn Parkinson, skoro już o tym mowa, kolejna mroczna czarownica, którą mam zamiar poprosić o stanięcie razem z nami. Jest sojuszniczką mojej rodziny.

Nie do końca zrozumiał miny, która pojawiła się po tych słowach na twarzy Moody'ego. Zastanawiał się, czy Moody polował na Lucjusza i Snape'a, ale nie na Hawthorn. Być może jego antypatia do niej nie była aż tak głęboko zakorzeniona, jak do pozostałych.

– Tylko ty, Potter – powiedział Moody, cokolwiek to by miało nie oznaczać, po czym usiadł z powrotem. – Kim będzie pozostała czwórka?

– To ci, którzy rozwalają równowagę płci – powiedział Harry, a Regulus jęknął na niego. Harry to też zignorował. – Ja, oczywiście, jako inicjator rytuału. Draco Malfoy, mój... najlepszy przyjaciel. – Wciąż nie do końca wiedział, jak inaczej nazywać Dracona, a już na pewno nie znalazł jeszcze określenia, które nie wprawiałoby go w zakłopotanie przed obcymi ludźmi. – Pochodzi z mrocznej rodziny, a ja ze świetlistej, w dodatku musi być częścią tego rytuału. Za bardzo mu ufam, żeby go do niego nie włączyć. Jest jeszcze Fawkes, feniks, który się ze mną powiązał, który będzie reprezentował Światło, i Regulus Black, dla Mroku. Po raz kolejny, niewiele mogę na nich poradzić. Więzi, które dzielę z Fawkesem i Regulusem sprawiają, że muszę ich w jakiś sposób włączyć do rytuału.

Madam Marchbanks kiwała głową, jakby wyjaśnienia w pełni ją satysfakcjonowały. Tybalt się szczerzył, noga mu podskakiwała nerwowo z podekscytowania. Moody marszczył brwi, w dość oczywisty sposób myśląc znowu o liście nazwisk.

– Potter – powiedział powoli. – Regulus Black też był śmierciożercą, w dodatku zginął. Rozumiem, że to pierwsze ci w żaden sposób nie przeszkadza, ale to drugie powinno cię w jakiś sposób powstrzymać.

Harry westchnął. Jeśli wydawało im się, że wyjaśnienie rytuału było skomplikowane, to to im się z pewnością nie spodoba.

– Regulus nie zginął – powiedział cicho. – Zdradził Voldemorta, został złapany i torturowany. Następnie na jego ciało rzucono jakieś zaklęcia konserwujące i schowano je w bliżej nieokreślonej lokalizacji, a jego głos został przywiązany do umysłu Syriusza. Większości ludzi wydawało się, że Regulus zginął, a Syriusz ma po prostu koszmary i majaki. Kiedy Syriusz zginął w zeszłym roku, – Nie ma sensu wchodzić w szczegóły tego, co wtedy zaszło, – głos Regulusa przywiązał się do mnie, ponieważ jestem powiązany z Voldemortem przez więź, jaka dzieli mnie z moim bratem. – Nie ma potrzeby rozwodzenia się też o naturze tego połączenia. – On jest tutaj i nigdzie się nie wybiera. Dlatego też musi zostać włączony do rytuału.

Teraz już wszyscy się na niego gapili. Harry odchylił się w fotelu i czekał.

– Ja wciąż chcę wziąć w tym udział – powiedział Tybalt. – Czekaj tylko, aż mój wuj usłyszy, że feniks postanowił zostać twoim chowańcem, Harry. Szlag go trafi, mówię ci. Uważa je za stworzenia Światła najwyższej klasy.

– Czyli jednak mu o tym powiesz, co? – zapytał Harry, wciąż niechętny do powodowania rodzinnych kłótni, ale zrezygnowany przed faktem, że Tybalt najwyraźniej i tak miał zamiar robić to, co mu się będzie żywnie podobało.

Tybalt uśmiechnął się do niego lekko.

– Oczywiście.

– Ja również wciąż chcę wziąć w tym udział – powiedziała Madam Marchbanks, kiwając lekko głową. – Tak długo, jak uważasz, że twoi sojusznicy się na to zgodzą.

– Wciąż będę musiał o tym porozmawiać z panem Malfoyem, panią Malfoy i panią Parkinson – przyznał Harry, pocierając dłonią twarz. Z wielu powodów naprawdę nie miał ochoty na to spotkanie. Hawthorn też wzięła udział w festiwalu Walpurgii. Jeśli widziała to samo, co Milicenta i Pansy...

Odepchnął od siebie tę myśl. Poradzi sobie z tym kiedy i jeśli to się w ogóle stanie, w ten sam sposób, w jaki zrobił to ze Ślizgonami.

– Jestem niemal pewien, że profesor McGonagall się zgodzi – powiedział, wrzucając swój umysł z powrotem na właściwą ścieżkę. – Jak już powiedziałem, mamy między sobą więź uczucia. A pozostali już wyrazili zgodę. – Snape tylko spojrzał na niego ponuro, jakby był zły na niego za to, że Harry w ogóle ośmielił się zasugerować, że mógłby się podjąć czegoś tak niebezpiecznego bez jego udziału. Draco wymamrotał mu sennie w ramię, że oczywiście, że weźmie udział w rytuale, po czym powtórzył swoją obietnicę wyraźniej, kiedy się obudził. Harry wiedział, że ma zgodę Fawkesa i Regulusa.

Tylko dlatego, że nie mogę cię powstrzymać przed zrobieniem tego idiotyzmu, zastrzegł Regulus.

To prawda.

– W takim razie i ja się do ciebie przyłączę.

Harry zagapił się na Moody'ego. Spodziewał się znacznie dłuższej dyskusji zanim udałoby mu się uzyskać zgodę starego aurora i nawet już się zastanawiał, czy nie będzie musiał poprosić o pomoc innego świetlistego czarodzieja – może Scrimgeoura, choć naprawdę nie miał ochoty na wchodzenie z ministrem w kompromis.

– Dlaczego? – zapytał. – Poglądy moich sojuszników nie uległy nagle zmianie.

Moody uśmiechnął się do niego zimno.

– Wiem o tym. Ale wiem też, że to będzie dobra okazja do zobaczenia, z czego jesteś w ogóle ulepiony, Potter, i z czego są ulepieni ci twoi sojusznicy. Powiedziałeś, że przyjmiesz na siebie rolę świetlistego czarodzieja. Jeśli wykonasz to jak należy, to mi to coś udowodni. Jeśli zawalisz sprawę, to to też mi coś udowodni. Na przykład to, że jesteś gówno wart.

Harry przyjrzał mu się uważnie, podczas gdy Regulus zwyzywał Moody'ego ordynarnie. No, był bezpośredni, ale to również oznaczało, że rozważał Harry'ego jako swojego sojusznika. A Harry nie miał najmniejszego zamiaru kogoś do tego zniechęcać.

– Niech i tak będzie – powiedział. – Cieszę się, że się pan ze mną zgadza. – Wstał i spojrzał na Madam Marchbanks. – Będę musiał się niebawem spotkać z goblinami, żeby omówić z nimi, gdzie powinniśmy postawić kopię Gringotta.

Hanarz z przyjemnością znajdzie dla pana chwilę, kiedy tylko będzie pan wolny – powiedziała Madam Marchbanks, pochylając głowę.

Harry pochwycił wzrok Tybalta swoim, kiedy Madam Marchbanks rzucała zaklęcie na świstoklik, który będzie mógł go zabrać z powrotem do Hogwartu, a Tybalt kiwnął głową. Harry odprężył się. To oznaczało, że Delila Gloryflower, Claudia Griffinsnest i Fergus Opalline otrzymali swoje butelki wywaru tojadowego, który zrobił podczas swoich szlabanów ze Snape'em.

Być może przynajmniej w ten sposób uda nam się sprawić, żeby ich transformacje nie skończyły się dla nich tragicznie.


Minerwa z przyjemnością zaprosiła Harry'ego na filiżankę herbaty, kiedy chłopiec o to poprosił, a z jeszcze większą radością go potem wysłuchała, ponieważ jego słowa oderwały ją od rozmyślań na temat dwóch zagadnień, które zajmowały jej umysł już cały dzień: osłon i oceniania. Propozycja Harry'ego wzbudziła w niej ciekawość. Rozważała ją z lekkim uśmiechem na ustach.

Zaklęcie wymienne. W dodatku zaadaptowane zaklęcie wymienne. Sprytne. Spojrzała na chłopca, który siedział spokojnie na krześle przed jej biurkiem i promieniował dumą. Podjęła decyzję. Tym bardziej będzie potrzebował przy tym pomocy kogoś doświadczonego, kto będzie w stanie dodać swoją siłę do jego w razie, gdyby coś poszło nie tak.

– Oczywiście, panie Potter – powiedziała. – Będę zaszczycona, móc stanąć naprzeciwko pana. Albo Severusa, czy gdziekolwiek pan uzna za stosowne mnie przydzielić.

– Miałem zamiar ustawić panią naprzeciw profesora Snape'a – powiedział Harry, odprężając się z lekkim westchnięciem. Minerwa z ulgą zauważyła, że relaks ostatnio przychodził mu coraz łatwiej. Młody Draco Malfoy dobrze na niego wpływał, nawet jeśli Minerwa osobiście nie była w stanie ścierpieć tego chłopca. – Jest pani najpotężniejszą pośród czwórki uczestników ze strony Światła, a on będzie najpotężniejszym pośród mrocznych. Poza tym, naprzeciw mnie będzie musiał stanąć Draco. – Harry uśmiechnął się szeroko, po czym upił trochę swojej herbaty.

Minerwa kiwnęła głową, próbując sobie wyobrazić, jak to ma zadziałać.

– Jakiego wzoru chce pan użyć?

Harry ze spokojem wyciągnął przed siebie rękę i kilka spinek, wraz z innymi, niewielkimi przedmiotami, które leżały na biurku Minerwy, zbiegły się na sam jego środek i tanecznie zajęły swoje pozycje. Minerwa podniosła brwi. Harry wybrał wzór, zwany potrójnym przeplotem: cztery pary uczestników miały stać naprzeciw sobie, tworząc alejkę; na przeciwległych końcach alejki miała stać kolejna para, również patrząca na siebie nawzajem; do tego dwójka połączona kręgiem, w którym musiał również stać inicjator rytuału.

– Będzie pani stała po stronie, którą zajmą inni świetliści czarodzieje i czarownice – wyjaśnił Harry. – Mroczni staną naprzeciw was. Ja będę na jednym końcu, jako inicjator, a Draco będzie na drugim, naprzeciw mnie. Fawkes i, ee, Regulus Black, będą ze mną w kręgu. – Zamilkł i zerknął nerwowo na Minerwę.

Przyjęła tę informację do wiadomości, kręcąc lekko głową. Przy nim nigdy nic nie jest normalne. Czemu niby to by miało być? A po tym, czego się dowiedziała o Albusie, wcale się nie zdziwiła, że jego feniks postanowił się związać z Harrym.

– Pewnego dnia będę chciała usłyszeć od pana o tym pełną historię, panie Potter – powiedziała. – Ale póki co, tak, to jest do przyjęcia.

Harry kiwnął jej głową i wstał.

– Przepraszam, profesor McGonagall, ale mam jeszcze jedno spotkanie dzisiaj, na którym muszę się pojawić. – Zamarł, przyglądając się jej twarzy. – A pani wygląda, jakby przydała się pani chwila odpoczynku.

Minerwa ugryzła się w język, żeby powstrzymać się przed odjęciem Slytherinowi punktów za impertynencję. Ostatecznie, to była sama prawda.

– W rzeczy samej, panie Potter. Proszę iść na swoje spotkanie.

Harry uśmiechnął się do niej i wyszedł z gabinetu. Minerwa pozwoliła sobie oprzeć się wygodnie w swoim fotelu i zamknąć oczy. Jej umysł powrócił do osłon i absolutnego chaosu, jaki w nich znalazła, kiedy wreszcie dokopała się do tych starszych, które chroniły oryginalne części szkoły.

Albusie, Albusie, co żeś ty narobił?

Osłony, które powinny być w stanie ją rozpoznać, nie robiły tego. Te, które powinny bez problemu przyjąć przeniesienie, walczyły z nim i warczały, zupełnie jak Minerwa by to robiła w swojej formie animagini, jakby ktoś spróbował ją zapakować do kociej przenoski. Te, które po prostu były skumulowanymi zaklęciami defensywnymi, miały w sobie dodatkowe pułapki i zmyłki, w dodatku takie, które ponad wszystko musiały być nałożone przez Albusa, nikogo innego, ponieważ ten zrobił z nich praktycznie część mocy dyrektora.

Minerwa była niesłychanie zła i to nie tylko dlatego, że to wszystko stało jej na drodze do przejęcia choć części obowiązków dotyczących pilnowania osłon. Gdyby Albus nagle zginął, to szkoła prawdopodobnie nie rozpoznałaby w niej nowej dyrektorki. Albus przywiązał się do Hogwartu, jakby spodziewał się, że szkoła już na zawsze pozostanie jego, a Minerwa nie potrafiła ścierpieć samego pomysłu.

Człowiek, którego kochałam i za którym podążałam, przepadł.

Rozwiązywała ten bałagan, ale powoli, tak powoli, że dostawała od tego migren i nawiedzało ją to w snach. Minerwa zadrżała lekko i usiadła prosto w swoim fotelu. Będzie to robiła dalej, ponieważ musiała, a jej furia dodawała jej sił, ale ciężar jej wściekłości czasem wyciskał jej powietrze z płuc, podobnie jak ciężar nieskończonego, uciskającego, zmęczonego smutku.

– Dobrze sobie radzisz.

Tym razem Minerwa poderwała swoją różdżkę. Kobieta, która kazała nazywać się Acies, znowu stała w kącie jej pokoju i tym razem Minerwa zauważyła mignięcie jej smukłych, bladych dłoni, nim te nie zniknęły pośród jej szat. Acies mówiła dalej, zanim Minerwa zdążyła wymówić zaklęcie, albo zrobić cokolwiek innego.

– Będziesz potrzebna. Tak bardzo potrzebna. A kiedy nadejdzie burza, będziesz jednym z powodów, dzięki któremu poradzimy sobie tak dobrze w bitwie.

– Czyli wygramy tę bitwę? – zapytała Minerwa, ponieważ musiała pominąć resztę tych przesądnych bzdur. Bitwy jednak nie należały do codziennego życia, były potężnymi wydarzeniami, takimi, które naginały ciężar historii i czasami inspirowały bardziej dokładne przepowiednie. Czasami, oczywiście. Kiedy wróżbiarstwo nie składało się wyłącznie z przesądnych bzdur.

– Tego nie powiedziałam – szepnęła Acies. – Kiedy nadejdzie burza. To jest najważniejsze, Minerwo. Wiatr już się zerwał. W końcu uderzy w nas z pełną siłą, ściągając na nas dwie, potężne burze. Na pierwszą nie będziesz miała żadnego wpływu. Ale druga burza będzie Światła, a to twój element, więc to będzie twój dzień. Och, nie ta, ale następna.

– Mówisz bez sensu, wiesz? – zapytała Minerwa.

– Z czasem nauczysz się mnie rozumieć – powiedziała Acies, po czym zamigotała, niczym cień złapany przy podnoszeniu lampy i zniknęła.

Minerwa opuściła różdżkę i zastanawiała się przez moment, czy jej życie było lepsze czy gorsze przez to, że pojawiały się w nim tajemnicze, bełkoczące postacie. Z jednej strony, nie mogła przekląć Acies w sposób, w jaki to mogła zrobić z Trelawney, a to sprawiało, że czuła się nieusatysfakcjonowana.

Z drugiej jednak strony, ta wizyta zainspirowała ją do odepchnięcia od siebie swojego zmęczenia i powrotu do pracy nad osłonami.

Minerwa uśmiechnęła się ponuro i wróciła do pracy.


Harry odchylił głowę do tyłu i z przyjemnością chłonął delikatne ciepło późnej wiosny nocą. Stał niedaleko skraju Zakazanego Lasu, w miejscu, w którym umówił się z Lucjuszem, Narcyzą i Hawthorn, a ciemność wokół niego była bujna i śpiewała głębokim szumem, którego jeszcze miesiąc temu tam nie było.

Upłynął już niemal cały rok od śmierci Syriusza.

Harry przełknął ślinę, po czym odepchnął od siebie tę myśl. Syriusz zginął w piękny sposób, zginął bezsensownie, zginął jak Gryfon. Nie chciałby, żeby żal po jego śmierci odwracał uwagę Harry'ego od czegoś tak ważnego.

– Harry.

Harry odwrócił się i uśmiechnął, kiedy Narcyza wyszła spomiędzy drzew, wyciągając do niego rękę. Przyjął ją, po czym pochylił się, żeby ją ucałować.

– Ufam, że tym razem drzewa nie sprawiły wam żadnych kłopotów?

Narcyza zaśmiała się cicho, ale to Lucjusz odpowiedział, podchodząc do niej i obejmując ją ramieniem.

– Nie tym razem – powiedział, kiwając Harry'emu chłodno na powitanie. – Wygląda na to, że ten stary głupiec wreszcie się czegoś nauczył.

– Mam taką nadzieję – powiedział Harry, odwracając się w stronę Hawthorn, która wyszła zza Lucjusza. Przyjrzał się jej oczom, ale zobaczył w nich tą samą troskę, którą zawsze mu okazywała, nic nowego. Odprężył się niego. Niczego nie widziała, albo Pansy jej nie powiedziała, a ona nie chce naciskać. To dobrze.

– O czym chciałeś z nami porozmawiać? – zapytał Lucjusz bezpośrednio i spokojnie. – Czytałem dość interesującą książkę i choć to, co opisałeś, wydaje się równie interesujące, to twoje wyjaśnienia wydawały mi się nieco pogmatwane.

Harry wyjaśnił im tak, jak wszystkim i miał satysfakcję z obserwowania, jak ich twarze się spięły, zanim udzielili swoich odpowiedzi. Narcyza i Hawthorn zgodziły się zanim Lucjusz to zrobił. On pochylił głowę, skupiając wzrok na odznace Slytherinu przypiętej do szat Harry'ego, po czym wysyczał swoją odpowiedź w wężomowie, być może po to, żeby utrzymać ją między nimi.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że to wychodzi poza moje zobowiązania wobec ciebie jako twojego formalnego sojusznika?

– Oczywiście, że tak – powiedział Harry, mrugając lekko, a potem czując rozbawienie. Lucjusz chce mi udowodnić swoją niezależność, czy co? – Jeśli nie ma pan ochoty brać w tym udziału, to nie będę tego od pana oczekiwał. – Odmowa ze strony jego mrocznych sojuszników nie martwiła go aż tak bardzo jak ewentualna odmowa ze strony świetlistych. Jeśli Lucjusz odmówi, to Adalrico Bulstrode też się nada.

Lucjusz zamyślił się przez chwilę, po czym kiwnął głową i odwrócił wzrok, żeby odezwać się po angielsku.

– Zgadzam się.

Harry odetchnął lekko.

– Dziękuję – powiedział, czując, jak w piersi rośnie mu wybuch radości na myśl, że może w ten sposób liczyć na innych ludzi, że nie będzie musiał wynajdować wyszukanych metod, żeby ich ze sobą jakoś do siebie przywiązać w chwili, w której ich obowiązki wobec niego dobiegną końca. W dodatku to byli mroczni czarodzieje, a dwoje z nich było kiedyś śmierciożercami.

Z uczuciem, że świat jest dziwnym i niezwykłym miejscem, Harry pokłonił się im i ruszył w kierunku Hogwartu. Draco i Snape pewnie już się za nim stęsknili, mimo, że pozwolili mu udać się na to spotkanie samemu; obecność Snape'a byłaby w tym momencie wyjątkową obrazą, sugerowałaby, że Harry nie ufa swoim sojusznikom. Ten taniec wciąż był delikatny, nawet jeśli Harry'emu jego kroki wydawały się znacznie łatwiejsze do zrozumienia od czegokolwiek innego, co się działo w jego życiu.

– Poczekaj chwilę, Harry.

Harry zamrugał i obejrzał się przez ramię na Hawthorn. Tym razem zobaczył na jej twarzy wyjątkową troskę i poczuł, jak sam się zalewa rumieńcem i odsuwa od niej o kilka kroków w postawie obronnej.

– Co? – Jego głos był niemal bliski pyskowaniu. Przez cały czas powtarzał sobie, że to może nie być to, o czym myśli, że może chce porozmawiać z nim o czymś innym, że...

– Obawiam się, że musimy porozmawiać z tobą wreszcie o twojej przeszłości – powiedziała Hawthorn powoli, ale z determinacją. – Już wcześniej miałam wrażenie, że coś jest nie tak, ale teraz widziałam też obrazy. – Wzięła głęboki oddech i brnęła do przodu. – Harry, chciałabym wiedzieć, co te obrazy oznaczały.

Jednak widziała wspomnienia podczas Walpurgii. Harry wyprostował się, świadomy pożerających go, zaintrygowanych spojrzeń Lucjusza i Narcyzy, zbierając i porządkując sobie w umyśle to, co wiedzieli. Były wśród tego jego wyznania, to, czym się z nimi podzielił tej nocy, kiedy Rosier zaatakował Lucjusza, wspomnienia jego treningu, które Lucjusz zobaczył podczas jego pierwszych świąt, spędzonych w rezydencji Malfoyów, czy wiedza Narcyzy o jego stanie emocjonalnym po poprzednich świętach.

– Oznaczają one sprawy, z którymi już skończyłem i pozostawiłem je w przeszłości – powiedział, utrzymując swój głos tak spokojnym, uprzejmym i bezbarwnym jak to tylko było możliwe. – Dziękuję ci za twoją troskę. Oznacza ona, że twój szacunek wobec mnie wybiega ponad twoje obowiązki jako sojusznika mojej rodziny. Ale nie musimy o tym rozmawiać.

– Wydaje mi się, że jednak musimy. – Oczy Hawthorn lśniły, ale Harry wciąż nie widział w nich niczego poza troską. Mimo wszystko. Czemu nie może mnie po prostu zostawić w spokoju? zastanawiał się Harry z przebłyskiem desperacji. – Harry, to co zobaczyłam... to nie było właściwe. – Warkot wymknął się z jej gardła i Harry zorientował się, że zaczyna się złościć.

Na jego rodziców, którzy już zostali wystarczająco ukarani. Na jego rodziców, którzy byli żałosnymi śmieciami, zupełnie takimi, jakimi ich przedstawił Labirynt. Na jego rodziców, którzy nie zasługiwali na to, żeby ktoś w ten sposób zrujnował im życia – żeby już nie wspomnieć o konsekwencjach, jakie sprowadziłoby to na życie Connora, czy Harry'ego. Nie był ofiarą i nie pozwoli swoim sojusznikom zrobić z siebie ofiary.

No i jak to wpłynie na moje godzenie się z Jamesem, jeśli się go w ten sposób naciśnie? Nic dobrego. Jeśli chcą w ogóle w jakikolwiek sposób do tego nawiązać, to nie zrozumieją subtelnych rozróżnień, które planuję zrobić.

– Proszę to zostawić w spokoju – powiedział cicho.

Hawthorn znowu zawarczała i Harry zobaczył ją taką, jaka była kiedyś, jak ją zobaczył w jej formie wilkołaczej, lśniącą sukę o jasnym futrze i bursztynowych oczach, dzikich, ale rezolutnych.

– To jest złe. Nie mogę.

– Ja również chciałbym się tego dowiedzieć – powiedział Lucjusz, z chłodnym, zrównoważonym zainteresowaniem. Oczy Narcyzy były łagodne i pełne troski.

Nie – powiedział Harry. – Więcej tego nie powtórzę. Poświęcę niemal wszystko inne, o co byście mnie nie poprosili. Ale to się będzie wiązało z krzywdzeniem innych ludzi, ludzi, których jestem gotów bronić za cenę własnego życia. To wam mogę obiecać. – Pozwolił swojej magii się podnieść akurat na tyle, żeby dodać tej nocy nutkę niebezpieczeństwa i podziwu.

Lucjusz pokłonił lekko głowę. Narcyza tylko westchnęła. Hawthorn dalej mu się przyglądała z przymrużonymi oczami.

– Czy to nie ma dla ciebie znaczenia? – zapytała. – To, co zrobili? Nigdy nie spodziewałam się, że będziesz się sprzeciwiał sprawiedliwości, Harry.

– Wolę łaskę – powiedział Harry i pozwolił, żeby w jego głosie pojawił się dźwięk, taki, jaki zwykle towarzyszy pękającemu lodowi. – A to właśnie jest łaska. Dziękuję wam za waszą troskę, ale naprawdę, wystarczy już tego. – Zaczekał spokojnie, patrząc jej w oczy, pozwalając jej to znowu wszystko przemyśleć. Wiedział już, jaką decyzję podejmie, jeszcze zanim spuściła wzrok i kiwnęła głową. Musieli myśleć o przyszłości, o formalnym sojuszu i uczuciach, jakie dzielili między sobą już poza sojuszem. To przytłaczało przeszłość.

– Dziękuję – powiedział Harry, po czym po raz kolejny się im pokłonił i ruszył w kierunku Hogwartu.


Hawthorn odprowadzała Harry'ego zamyślonym wzrokiem. Poddała się na razie, ponieważ wiedziała, że bezpośrednie stawianie się woli Harry'ego nie ma sensu, ale to nie potrwa już długo. Harry mówił niczym lód, ale wokół niego już pojawiały się pęknięcia, roztrzaskujące dowolne, zamarznięte miejsce, w którym starał się przechowywać swoją przeszłość. Merlin jeden wiedział, jak wiele czarownic i czarodziejów zobaczyło albo domyśliło się prawdy podczas nocy Walpurgii. Nie wszyscy będą w stanie zostawić tę sprawę w spokoju. Hawthorn wiedziała, że będą się poruszać ostrożnie, z początku nie wiedząc, co zrobić z tą wiedzą i obawiając się furii Harry'ego, ale ostatecznie, wykonają jakiś ruch.

Lepiej by było, gdyby kontrolował tę informację, zamiast przed nią uciekać

Tak długo, jak ją ignoruje, pomyślała, kiedy wróciło do niej wspomnienie o przysięgach, wciąż robi to, czego oczekiwała od niego jego matka. Wciąż kryje się z większością tego, kim jest, siłę, którą musiało od niego wymagać przetrwanie tego wszystkiego.

– To w końcu wyjdzie na jaw – powiedział cicho Lucjusz.

Hawthorn zerknęła na niego, zauważając jego spojrzenie, a potem Narcyzy. Były zjednoczone w swoim celu jak najłagodniejszego wyciągnięcia prawdy na światło dzienne i dopilnowania, żeby w wyniku tego Harry jak najmniej ucierpiał.

Hawthorn widziała jednak też w oczach Lucjusza dodatkowy motyw, taki, do którego sama nie mogła się posunąć. Lucjusz był jednym z najlepszych i najbardziej pomysłowych katów Mrocznego Pana. Nie rzucał bolesnych klątw, żeby, jak Bellatrix, upajać się cierpieniem swojej ofiary, ale miał talent do naginania powszechnie znanych zaklęć i zmuszania ich do robienia tego, do czego nigdy nie powinny były być wykorzystane, a jego chłód oznaczał, że był w stanie utrzymać emocjonalny dystans w stosunku do swoich ofiar, co było czymś, o czym Bellatrix mogła tylko śnić. To sprawiło, że był bardziej od niej przerażający i tym bardziej bezlitosny, kiedy jednak postanowił wziąć kogoś na tortury.

Kiedy odkryje, co się tak naprawdę przydarzyło Harry'emu i w jakim stopniu jego rodzice byli za to odpowiedzialni, Hawthorn wiedziała, że Lucjusz wykona swój ruch. A wówczas... cóż, wówczas pozostawało tylko współczuć Potterom. Głównie dlatego, że Lucjusz ich nie zabije.

Zerknęła jednak na Narcyzę i zatrzymała się. Być może jednak Narcyza dorwie ich pierwsza i choć Hawthorn nie znała pod tym względem za dobrze żony Lucjusza, to miała wrażenie, że los Lily i Jamesa Potterów będzie tym bardziej przerażający, jeśli to ona dorwie ich pierwsza, nie jej mąż.

Jeśli zaś chodzi o Hawthorn...

Nie mogę skrzywdzić rodziny Harry'ego, ale nic w naszym sojuszu nie stało o tym, że nie wolno mi ruszyć za Dumbledore'em, pomyślała, szczerząc zęby w świetle księżyca.