Rany, ale fajnie się pisało ten rozdział.

Rozdział pięćdziesiąty siódmy: Krew bazyliszka

– To wystarczy?

Harry zamrugał parę razy, po czym obejrzał się przez ramię, gdzie stała hanarz, otoczona dziesięcioma goblinami, wszystkimi uzbrojonymi w srebrne strzały.

– To więcej niż wystarczy – powiedział. – To mogłoby być wybudowane dokładnie w tym celu. – Następnie, ponieważ nikt inny nie próbował w tym momencie z nim rozmawiać, wrócił do podziwiania pokoju, który się przed nim rozciągał.

Był zrobiony z kamienia, oczywiście, jak to było w przypadku wszystkich pokojów i tuneli wokół Gringotta, na tyle obszerny, że Harry czuł się w nim jak mrówka, idąca przez kanapkę. Wspierające go ściany zakrzywiały się lekko, niczym żebra ogromnej bestii, ale dzięki temu w pokoju nie było żadnych filarów, które mogłyby wejść w drogę potrójnego przeplotu, którego Harry planował użyć. Nie było w nim również żadnych dekoracji, które też mogłyby wejść w interakcję z rytuałem, gdyby były wystarczająco drobiazgowo wykonane. Harry będzie musiał nakreślić na podłodze alejkę i oznaczyć, po której stronie mają stać mroczni, a po której świetliści czarodzieje, a także w których miejscach musi stanąć z Draconem, ale to nie było żadnym problemem, zwłaszcza w porównaniu do zmian, które musiałby wprowadzić w miejscu, które mniej by się do tego nadawało.

– Jak ci się wydaje, kiedy będziesz w stanie nas uwolnić? – zapytała hanarz, ponownie wyrywając Harry'ego z jego kontemplacji.

– W ten weekend.

Cisza zaległa za nim i ciągnęła się, póki Harry nie obejrzał się za siebie, żeby zobaczyć, co o tym myślą. Zobaczył, że hanarz stoi kompletnie wyprostowana, jakby wszelki ruch mógłby spowodować to, że się przewróci. Miała ręce złożone przed sobą mocno.

– Nareszcie – szepnęła. Jej głos niósł się przez bardzo niewielką odległość w pomieszczeniu o tak wysokim sklepieniu. – Nareszcie.

Harry uśmiechnął się.


Harry po raz ostatni przyjrzał się rozciągającemu przed nim diagramowi, po czym kiwnął głową. Znał go już na pamięć, ale uważał, gładząc dłonią szkic, że odświeżenie pamięci jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło.

On i pozostali czarodzieje ustawią się na wzór potrójnego przeplotu. Gobliny będą się znajdowały razem z nimi pod ziemią, poza kilkoma, które będą musiały pozostać w Gringotcie, żeby interesy banku dalej szły jak należy. Harry był pewien, że jeszcze przed weekendem odleją mu metalowe sztabki, które będą musiały odegrać rolę monet w jego modelu zastępczym Gringotta. Gobliny bez przerwy pracowały nad metalem, zarówno dla własnej przyjemności, jak i dlatego, że sieć przymuszała ich do dbania o pieniądze czarodziejów. Hanarz zapewniła go, że wiele z ich wytworów, od tych najbardziej nieobrobionych, po te najpiękniejsze, powinny podołać zadaniu i oszukają sieć.

To pozostawiało skarbce, oczywiście, ale Harry wiedział, że jego magia bez problemu je dla niego wyryje. Skarbce zastępcze nie musiały być tak wielkie, jak te oryginalne. Ważniejsze było to, żeby dawały takie samo wrażenie, były otoczone iluzją wiary, która tylko doleje oliwy do ognia zmyłce, której podda sieć.

Czyli to jednak będzie skomplikowane.

Od samego początku ci to powtarzam, nadąsał się Regulus w jego głowie. Nie mówiłem? No mówiłem. Ale ty coś mnie w ogóle ostatnio nie słuchasz.

Harry wzruszył na niego ramionami.

Może bym cię słuchał, jakbyś miał do powiedzenia coś, czego warto słuchać, zamiast po prostu niekończącego się marudzenia o rytuale, który i tak nastąpi. Ostrożnie wsunął szkic pod swoją pracę domową z zaklęć i zamknął oczy. Diagram wciąż był idealny pod jego powiekami.

Cichy trel ogłosił pojawienie się Fawkesa. Harry podrapał feniksa po głowie, kiedy ten wylądował mu na ramieniu, po czym zerknął na niego ze słabym uśmiechem.

– Czy ty też będziesz mi marudził o tym, jakie to wszystko jest skomplikowane? – zapytał.

Fawkes oparł się o niego i tak już pozostał. Jego muzyką było niskie, podekscytowane nucenie, przez które Harry zrozumiał, że feniks cieszy się z tego rytuału. Oczywiście, że tak, pomyślał Harry, wstając, żeby przygotować się do snu. Był stworzeniem Światła i wspierał sprawę vatesa już od samego początku. Był szczęśliwy, mogąc aktywnie pomóc Harry'emu w uwolnieniu innego gatunku, zamiast tylko rozsiewania wieści po całym świecie.

Harry czuł, jak przechodzą go dreszcze, które sprawiały, że nawet coś takiego jak szorowanie zębów czy mycie twarzy stawały się ważnymi tajemnicami. Nie był w stanie uwierzyć, kiedy wyszedł z łazienki, że Draco już spał w swoim łóżku, oddychając spokojnie z twarzą zasypaną swoimi blond włosami. Jego serce galopowało w nim niczym testral. Gdyby nie Fawkes, to pewnie nie byłby w stanie w ogóle zasnąć tej nocy.

Jutro zrobimy coś wspaniałego.


Harry przełknął kolejny kawałek tostu, po czym odepchnął od siebie resztę śniadania, mimo, że siedzący mu na ramieniu Fawkes zanucił na niego z reprymendą. Milicenta ośmieliła się pogłaskać feniksa po piórach. Fawkes zagruchał na nią, po czym łypnął jednym okiem na Harry'ego. Widzisz? mówiło oko. Ona by pewnie zjadła do końca śniadanie, gdybym jej powiedział, że powinna.

Harry wzruszył ramionami z irytacją, niemal strącając przy tym Fawkesa. Zrobił to, co mu kazano. Wyspał się. Zjadł porządny posiłek. To, co miał dzisiaj do zrobienia, było przecież od nich obu ważniejsze. Jakie niby znaczenie mógł mieć jeden przegapiony posiłek czy kilka godzin straconego snu w porównaniu do możliwości wyzwolenia innego gatunku?

– Znowu jesteś na siebie zirytowany – powiedział Draco, nie odrywając wzroku od swojego talerza. – Chciałbym, żebyś przestał. Czuję się, jakby mi piach trzeszczał w ustach.

Harry pokręcił głową i spróbował się uspokoić. Zerknięcie na stół prezydialny pokazało mu, że Snape wciąż jadł w spokojnym tempie, więc przez przynajmniej jeszcze dziesięć minut nigdzie nie wstanie, żeby wziąć świstoklik i zabrać ze sobą jego i Dracona. Harry zacisnął dłonie za plecami i skupił się na oddychaniu tak spokojnym jak tylko mógł.

– Przepraszam – szepnął. – Po prostu irytuje mnie, że w czasach takich jak ten mam ciało, które potrzebuje być karmione i odpoczywać. Czy nie byłoby prościej, jakbym był po prostu stworzeniem zrobionym z czystej magii, zdolnym pomóc każdemu, kiedy tylko będzie trzeba, które nie musi się przejmować takimi głupstwami?

Draco rzucił mu na moment spojrzenie pełne niedowierzania. Następnie pokręcił głową.

– Nie wiem jak ty, Harry, ale mi się raczej podoba fakt, że masz ciało.

Harry poczuł, jak policzki robią mu się gorące, po czym poczuł się jeszcze bardziej na siebie zirytowany za to, że w ogóle tak się poczuł. Już wcześniej słyszałeś, jak ludzie mówią takie rzeczy i w ogóle cię to nie obchodziło.

Ale tym razem chodzi o mnie.

Harry uznał, że po czymś takim Draco zasługuje na uczucie piasku między zębami, po czym wziął się za rozcinanie swojego tostu na coraz mniejsze kawałeczki, póki nie zobaczył, jak Snape wstaje i rusza w kierunku drzwi, jakby to była najzwyklejsza sobota pod słońcem. Harry poderwał się na nogi i Fawkes musiał zamachać skrzydłami, żeby złapać równowagę, skrzecząc bez przerwy. Draco wstał obok niego i położył rękę na ramieniu Harry'ego.

– Spokojnie – wymamrotał. – To tylko rytuał. Na pewno sobie poradzisz, nawet jeśli nie jesteś stworzeniem zrobionym z czystej magii.

Harry zwalczył pragnienie odsunięcia się od dotyku. Draco znowu sprawiał, że czuł się nieco zbyt samoświadomy. Ostatnie jednak, czego w tym momencie chciał, to zaniepokojenie Dracona na tyle, żeby przez jego wytrącony z równowagi umysł rytuał nie podziałał, więc tylko uśmiechnął się do niego chorobliwie słodko, po czym ruszył w kierunku drzwi do Wielkiej Sali. Odprowadzały ich płonące spojrzenia. Już nie bolały Harry'ego tak jak kiedyś, ale wciąż wiedział, kiedy ktoś zwraca na niego uwagę.

Zwłaszcza jedna osoba, pomyślał, podchodząc do drzwi i oglądając się przelotnie w kierunku Dumbledore'a. Dyrektor pił sok dyniowy ze swojego pucharu, ale jego wyglądające ponad brzeg spojrzenie było ponure i zamyślone.

Jest strasznie cichy. Ciekawe, czy naprawdę po prostu chce zawrzeć ze mną pokój, czy też może uznał, że zasługuje na utratę mocy i prestiżu?

Harry wiedział, że Dumbledore wolałby uniknąć obu z tych opcji, ale to znaczyło, że będzie musiał mieć się na baczności i uważać na wszelkie ruchy dyrektora.

Póki co jednak Harry zmusił się do pokręcenia głową i myślenia o czymś innym. To, co mieli na dzisiaj zaplanowane, było czymś absolutnie wspaniałym, a zniecierpliwienie biegało w nim w kółko i wierzgnęło, kiedy McGonagall ruszyła za Snape'em.

Czuję się w ten sam sposób, jak wtedy, kiedy wyszedłem z Labiryntu, pomyślał. Wiem, że to, co chcę zrobić, jest słuszne i nikt nie może się wtrącić i tego podważyć. Nawet moje własne sumienie nie robi mi wyrzutów.


Cała ich szóstka – no, szóstka, jeśli wliczyć głos Regulusa w głowie Harry'ego i feniksa na ramieniu Harry'ego, których trzeba było wliczyć w rytuał, czy im się to podobało czy nie – pojawiła się w ogromnym pokoju w tym samym czasie co Lucjusz i Narcyza Malfoy. Snape wymienił się z Lucjuszem ostrożnymi kiwnięciami głów, a Harry był jednocześnie zaskoczony i rozbawiony, widząc podobną wymianę między Narcyzą i McGonagall. O tyle dobrze, że żadna z tych par nie będzie stała naprzeciw sobie, ponieważ w tych punktach utrzymanie równowagi było wyjątkowo ważne.

– Harry – powiedziała Narcyza, chwilę później odrywając wzrok od McGonagall i najwyraźniej starając się udawać, że nigdy nawet na nią nie spojrzała. – Co u ciebie? Wyglądasz znacznie lepiej niż kiedyś.

Harry skrzywił się. Naprawdę musiała ściągnąć na to uwagę pozostałych?

– Starałem się pozostać w pełni sił, pani Malfoy – powiedział, tak uprzejmie jak tylko był w tym momencie w stanie, z jego własnym niepokojem i magią podskakującą w nim ze zniecierpliwieniem. – Wiem, że to jest ważne i nie mogę sobie pozwolić na to, żeby stracić kontrolę nad rytuałem z tak prozaicznego powodu jak brak jedzenia czy snu.

Lucjusz szepnął coś do ucha swojej żony. Narcyza wysłuchała go z lekkim zmarszczeniem brwi i kiwnięciem głowy, ale nie spróbowała nawet przekazać Harry'emu, co zostało powiedziane. Harry poczuł ukłucie irytacji.

Draco położył mu dłoń na karku i ścisnął delikatnie.

– Uspokój się – szepnął. – Zrobimy to, a potem przekonam matkę, żeby zabrała nas do Floriana Fortescue. Przecież i tak jesteśmy tuż obok Pokątnej, a ta breja, którą przygotowują skrzaty domowe w Hogwarcie w żaden sposób nie może się równać prawdziwym lodom.

Harry zachichotał wbrew sobie i pomimo wspomnienia o skrzatach domowych, po czym poderwał szybko wzrok. Po przeciwnej stronie pokoju otworzyły się drzwi, przez które weszła Gryzelda Marchbanks z kroczącą obok siebie hanarz południowych goblinów.

– Panie Potter – powiedziała, kiwając innym głową. – Sztabki, o które pan prosił, czekają w pogotowiu. – Wskazała głową miejsce ponad ramieniem Harry'ego, a kiedy ten się obejrzał, dech mu zaparło na widok tej sterty metalu. Niektóre jej części faktycznie były monetami, choć nie w żadnej walucie znanej czarodziejskiemu światu, wiele jednak z tego to był po prostu metal, nad którym pracowali goblińscy rzemieślnicy i artyści, wyginając go w kształty, które pewnie miały dla nich znaczenie, nawet jeśli dla ludzkiego oka wydawały się bezsensowne.

– Dziękuję – powiedział, po czym poderwał wzrok, kiedy kolejne trzy świstokliki ściągnęły jeszcze trójkę ludzi. Najpierw pojawiła się Hawthorn, od razu wstając i odsuwając się zgrabnie z miejsca, do którego przyciągnęła ją jej moneta. Idąc, wbiła wzrok w Harry'ego, jakby się zastanawiała, czy może zdołał się jakoś uszkodzić od czasu, kiedy się widzieli ostatnim razem. Moody pojawił się zaraz po niej, warcząc cicho na widok Lucjusza i Hawthorn, którzy go z wyższością zignorowali. Tybalt podrzucał swoją różdżkę w ręku i uśmiechał się szeroko do wszystkich. Miał dzwoneczek przywiązany zaraz nad uchem, ale Harry nie był w stanie określić, czy to oznaczało cokolwiek konkretnego, czy też po prostu imitował z kpiną swojego wuja.

– Dziękuję wszystkim za przybycie – powiedział Harry, pochylając głowę. Jego niepokój uspokoił się nieco, kiedy zbliżył się do celu. Był stopniowo zastępowany teraz determinacją, a Harry miał wrażenie, że ta pewnie równa się szumowi krwi w jego uszach, który rozlegał się po każdym gwałtownym ruchu. – Wydaje mi się, że nie ma sensu tego dłużej przeciągać. – Spojrzał na hanarz, tylko po to, żeby się upewnić, że gobliny nie potrzebują więcej czasu. Odpowiedział mu łagodny uśmiech i kliknięcie jej paznokci.

– Czekaliśmy już od stuleci – powiedziała. – Złożyłeś złotą przysięgę. Jesteśmy gotowi.

Harry kiwnął do niej, po czym podniósł dłoń. Niemal wszyscy podskoczyli, kiedy jego magia wylała się z jego ciała, podążając za ruchem ręki, kiedy wycinał w podłodze prostokąt. Gobliny tylko się przyglądały, jakby dokładnie tego się spodziewały. Harry skupił się na tym, żeby boki prostokąta były sobie idealnie równe. To było ważne dla rytuału, do tego to była dobra rozgrzewka do wycinania skarbców, za które będzie musiał się za chwilę zająć.

– Czy ktoś ma jakieś pytania? – zapytał, kiedy z podłogi zerwał się ostatni kamyk, a jego magia skończyła ciąć.

Nikt nie miał, choć Harry miał wrażenie, że Moody i Tybalt wyglądają, jakby się zastanawiali, do czego on jeszcze byłby, cholera, zdolny, gdyby tylko tego chciał. Harry wykonał gest i pozostali ruszyli się, żeby zająć swoje miejsca, które omówili bardziej szczegółowo po pierwszym spotkaniu: Draco stanął po drugiej stronie prostokąta, naprzeciw Harry'ego; Snape zaraz obok niego i naprzeciw McGonagall, ponieważ wspólnie mogli utrzymać w równowadze swoje własne strony, będąc najsilniejszym członkiem własnej; Hawthorn stanęła obok Snape'a i naprzeciw Tybalta, balansując wzajemną dzikość ich osobowości; Lucjusz obok Hawthorn i naprzeciw Gryzeldy Marchbanks, ponieważ jako jedyni odstawali tak bardzo osobowościami od wszystkich pozostałych; a Narcyza obok swojego męża i naprzeciw Moody'ego, co zostało pokierowane koniecznością przez wzgląd na intensywną niechęć, jaką Moody czuł wobec pozostałych mrocznych uczestników. Harry zajął swoje miejsce po swojej stronie prostokąta, z Fawkesem na swoim ramieniu i Regulusem gotowym w swoim umyśle.

Poczuł gwałtowną wibrację, kiedy wzór potrójnego przeplotu zamknął się i zwrócił na siebie uwagę rytuału. Magia już się w niego wlewała, albo być może wylewała się z niego; Harry przeczytał ostatnio tak wiele o rytuałach i teoretycznych kłótniach o to, czy zalewają inicjującego magią z zewnątrz, czy też po prostu zmieniają percepcję jego własnej siły, że już nie był pewien, czemu wierzyć. Potrójny przeplot przynajmniej był wzorem na tyle starym, że rytuał nie wymagał szczególnie wiele pracy przy adaptowaniu go do niego.

Nie, skomplikowaną częścią było wiązanie mocy innych czarodziejów – którą Harry musiał pokierować, jako inicjujący rytuał i jedyna osoba wśród obecnych, która jest powiązana w jakiś sposób ze wszystkimi innymi – oraz utworzenie miejsca, które zastąpi Gringotta. Och, no i samo przeniesienie sieci i przekonanie jej, że jest wciąż przypięta do goblinów.

Harry wyciągnął ręce, świadomy ciepła Fawkesa zaraz pod powiekami, Regulusa czekającego i dla odmiany nie marudzącego, czy goblinów, które niemal wszystkie już zdążyły się zebrać przy wejściu do tej obszernej sali. Sieć rozświetliła się ponad nimi, agresywna, biała rzecz, którą Harry już kiedyś widział. Tym razem wiedział o niej zawczasu, więc był w stanie uniknąć oślepienia.

Wziął głęboki oddech i uspokoił się, po czym rozwinął magię z samego środka siebie, wyciągając ją przed siebie, niczym bicz, niczym smoka.

Teraz.

Magia wypłynęła z niego i uderzyła Dracona, stojącego na przeciwnym krańcu prostokąta. Zachwiała się na moment. Byli zbalansowani przez ich więź i przez deklaracje swoich rodzin wobec Światła i Mroku, ale rytuał szukał osoby idealnej, mrocznej czarownicy, i nie był w stanie jej znaleźć.

Draco westchnął cicho, ale spojrzał Harry'emu w oczy i utrzymał jego spojrzenie ze słabym uśmiechem. Jego zaufanie było bezgraniczne, a więź zbyt mocna, żeby dało się ją zignorować. Harry zobaczył, jak ta tworzy pierwszą podstawę wzoru między nimi, chwiejne połączenie, zabarwione ciemną zielenią po stronie Dracona i złotem po jego, po czym szarzejącą gdzieś po środku. Światło zamigotało i zatańczyło jednak, zanim wreszcie uspokoiło się na tych kolorach. Harry podejrzewał, że to było spowodowane jego nadmiernym użyciem mrocznych zaklęć w przeszłości.

Skupił się ze spokojem na tym, jak bardzo chciał, żeby ten rytuał wypalił jak należy, a więź się wzmocniła. Dam sobie radę, powiedział sobie Harry. Jednorożce pokazały mu, że jego dusza jest koloru głębokiej zieleni, lśniącej złotem – kolorem wschodu słońca, kolorem Światła. Był obydwoma. Byłby w stanie równie dobrze odegrać jedną jak i drugą rolę.

Więź wzmocniła się ponownie i zaśpiewała głęboką, muzyczną wibracją, która drgnęła całym pomieszczeniem i sprawiła, że czarodzieje i czarownice stojący we wzorze ponownie się wzdrygnęli. Fawkes zanucił kojąco. Harry się uśmiechnął.

Chwilę potem do muzyki przyłączył się delikatny dźwięk dzwonków, który sprawił, że Harry obrócił z zainteresowaniem głową, ale wrażenie zniknęło tak szybko jak się pojawiło. Wzruszył ramionami. Pewnie jakiś efekt poboczny rytuału, o którym nie słyszałem.

To w żaden sposób nie zdestabilizowało ich więzi, więc Harry sięgnął z kolei do Fawkesa i Regulusa, przemawiając tym razem słowami. Zaufanie, którym darzyli siebie nawzajem z Draconem biegło na tyle głęboko, że ich nie wymagało.

Feniksie, lojalny stworzeniu Światła, bezinteresowny filantropie mojej pracy vatesa. Regulusie Blacku, niegdyś śmierciożerco, bracie mojego ojca chrzestnego... – żal zatrząsnął jego mentalnym głosem, ale Harry brnął niezmordowanie dalej – głosie w mojej głowie, synu Mroku.

Usłyszeli go i odpowiedzieli, odpowiedź Fawkesa była głośna i wyraźna, a ta Regulusa zaledwie szeptem w kącie jego umysłu. Harry poczuł, jak wyskakuje z niego więź i tym razem ktoś westchnął głośno – miał wrażenie, że to była McGonagall. Harry zamrugał i zerknął w bok.

Ta więź była pomarańczowa i czarna, również zbiegająca się na środku w szarość i z jednej strony była połączona z gardłem Fawkesa. Jej drugi kraniec wybiegał z jego skroni. Harry przełknął ślinę. Potrafił zrozumieć, czemu to mogło być zaskakujące.

Ta więź również zaczęła śpiewać, czystą, niewinną melodią, która nagle zmieniła bieg i dodała zawodzącą nutę. Dzwonki znowu się rozległy, tym razem nieco głośniej, ale nikt poza nim nie zgłosił powodów do niepokoju, więc Harry uznał, że to musi być normalne dla tego rytuału.

Chwiejąc się lekko od potężnej mocy magii, która w tej chwili przez niego przebiegała, odwrócił się i spojrzał na Moody'ego i Narcyzę, najbliższej mu parze. Narcyza uśmiechnęła się do niego lekko, samym wykrzywieniem ust. Moody burknął na niego – co nie było niczym nadzwyczajnym. Jego magiczne oko przyglądało się intensywnie Harry'emu, jakby starało się odkryć, w jaki sposób działała więź, która była połączona z jego głową.

– Alastorze Moody – powiedział na głos Harry. – Świetlisty czarodzieju, stary aurorze, pogromco śmierciożerców, mój dłużniku. Narcyzo Malfoy, córko domu Blacków, matko Dracona Malfoya, która nigdy nie została śmierciożerczynią, mroczna czarownico, lojalna tancerko.

Ta więź utworzyła się bez muzyki, ale z gniewnym pomrukiem. Harry uznał, że to musiało zrodzić się z faktu, że naprzeciw sobie biły tak bardzo sprzeczne ze sobą dusze. Na końcu Narcyzy pojawiła się senna szarość, przepleciona gdzieniegdzie czarnymi pasmami. Na końcu Moody'ego była to agresywna, czysta żółć, która przypominała Harry'emu zabarwione Veritaserum. Jak w innych przypadkach, kolory schodziły się na środku w szarości. Cienka nitka odbiegła od tej więzi, owijając się wokół prawego nadgarstka Harry'ego.

Brzęczenie ucichło, a głębokie uderzenie dzwonu zatrzęsło komnatą. Harry odczekał, aż jego echa ustaną, po czym podniósł wzrok na kolejną parę. Madam Marchbanks wyglądała na zadowoloną i pełną nadziei, choć Harry był niemal pewien, że stara się ukryć ze swoimi uczuciami. Lucjusz przechylił głowę i spojrzał na Harry'ego z wyższością, nie odsłaniając absolutnie żadnych emocji.

– Gryzeldo Marchbanks – powiedział Harry – świetlista czarownico, członkini starszyzny Wizengamotu, starsza od Albusa Dumbledore'a, przyjaciółko hanarz. Lucjuszu Malfoyu, mroczny czarodzieju, śmierciożerco, mój sojuszniku po odbyciu pełnego tańca sojuszu... – Mógłby spróbować powstrzymać to, co wymknęło mu się w następnej kolejności, ale rytuał przymuszał do wymówienia wszystkich tytułów, które akurat przyszły do głowy, więc wyciągnął te słowa z ust Harry'ego. – Bezczelny draniu.

Lucjusz podniósł brwi, mimo, że więź między nim a Madam Marchbanks pojawiła się ochoczo. Po jego stronie była koloru lśniącej czerni, być może zaledwie z sugestią fioletowego poblasku, koloru łusek węgierskiego rogogona. Po stronie Madam Marchbanks lśniła złotem i srebrem, a Harry jeszcze nie spotkał człowieka, który by mu w tym momencie tak bardzo przypominał jednorożca. Ich więź wycelowała w brew Harry'ego i tam się uczepiła.

Tym razem towarzyszący temu dzwon sprawił, że Hawthorn zachwiała się tak mocno, że niemal wyleciała ze swojego miejsca w rytuale. Harry zmarszczył brwi. To naprawdę nie powinno mieć miejsca. Zwrócił się z niepokojem w kierunku Hawthorn i Tybalta, a mówiąc, trzymał ściany pokoju na oku, zastanawiając się, czy nie było w nim jakichś pułapek, których nie wykrył, kiedy się na niego zdecydowali. Ale jakim cudem gobliny by o nich nic nie wiedziały? I czemu miałyby polecić mu użycie tego miejsca, gdyby o nich wiedziały?

– Tybalcie Starrise – odezwał się, a Tybalt się rozpromienił. – Synu Alby Starrise, doprowadzający Augustusa do szału, mój zadeklarowany sojuszniku, dziki, świetlisty czarodzieju. Hawthorn Parkinson, mroczna czarownico, Czerwona Śmierci, formalna sojuszniczko mojej rodziny, biegnąca pod światłem księżyca. – Poczuł, jak ich więź się napina i pojawia, a ostatnie słowa było mu niespodziewanie ciężko wypowiedzieć. Harry zmusił się do brnięcia dalej. O tym akurat wiedział, że w miarę jak rytuał będzie dalej postępował, to będzie musiał przyjąć na siebie coraz więcej magii. To wciąż było nic w porównaniu do tego, co poczuje, kiedy już ukończy tworzenie wszystkich więzi i użyje ich do przeniesienia sieci goblinów. Zamknął na moment oczy, żeby pozwolić sobie wrócić do równowagi.

Ta więź zawyła, niczym Hawthorn polująca w czasie pełni, a po jej stronie okazała się być niespodziewanie jasna, choć Harry podejrzewał, że to równie dobrze może być blask odbity od ostrza miecza. Strona Tybalta błyszczała na przemian złotem i czernią, niczym pszczoła. Harry zachwiał się lekko, kiedy poboczna więź wystrzeliła od ich i wbiła mu się w serce, ale zdołał się utrzymać na nogach.

To uderzenie dzwonu sięgnęło go aż do kości, a Harry usłyszał syk, głęboki i wściekły, który mógłby wydać z siebie nadopiekuńczy strażnik. Poderwał głowę i rozejrzał się uważnie po pokoju, ale poza czekającymi goblinami – które nie wyglądały na zaskoczone – czy czekającymi na niego czarodziejami i czarownicami, którzy przyglądali mu się z zaciekawieniem, nie było tu z nimi nikogo.

Harry kiwnął głową, po czym spojrzał na Snape'a i McGonagall i zaczął mówić. Syk pozostał, rosnąc na sile i zmierzając w ich kierunku. No cóż, zmierzy się z nim, jak ten się tu pojawi.

– Minerwo McGonagall, świetlista czarownico, potomkini Lady Calypso, wice dyrektorko, wybrana przyjaciółko. – Ostatnie słowa musiały się przecisnąć przez mocno zaciśnięte zęby. Poczuł nagły nacisk wokół swojej głowy, jakby ktoś nałożył mu na nią żelazną koronę. Harry był w stanie wyczuć, że Regulus coś krzyczy, ale musiał pociągnąć dalej rytuał i nie był w stanie słuchać jego słów. – Severusie Snape'ie, mroczny czarodzieju, śmierciożerco, mistrzu eliksirów, ukochany opiekunie.

Więź pomiędzy Snape'em i McGonagall eksplodowała, pojawiając się, ciągnąc się potokiem głębokiej, trującej zieleni od strony Snape'a i spotykając głęboką czerwień ze strony McGonagall, zwijając się wokół siebie i strzelając, kiedy się prostowała, co było dźwiękiem jakby szczęknięcie zębami czy uderzeniem pazurów o kamień. Drugorzędna więź wyskoczyła z tej i owinęła się wokół lewego nadgarstka Harry'ego.

Tym razem od brzęku dzwonu Harry'ego rozbolała głowa, a syk wzmógł się na sile. Kiedy otworzył oczy, zobaczył, jak przez więź pełznie ku niemu fantomowy bazyliszek, prosto w kierunku jego lewego nadgarstka.

Harry momentalnie poczuł się głupio, że wcześniej o tym nie pomyślał. Salazar Slytherin narzucił tę sieć. Oczywiście, że upewnił się, że nikt jej tak po prostu kiedyś nie zniszczy.

Bazyliszek z chwili na chwilę robił się coraz bardziej obecny, wąż z ciemnofioletowymi łuskami i lśniącymi, żółtymi oczami. Harry spojrzał mu w oczy i poczuł, że się trzęsie. Nie był jeszcze na tyle prawdziwy, żeby go zniszczyć, ale niebawem się stanie, a wtedy będzie mógł bez problemu pozabijać wszystkich wkoło.

Istniała jednak jedna sprawa, której Slytherin nie mógł za nic przewidzieć względem tego, kto spróbuje zniszczyć tę sieć, więc Harry postanowił teraz wykorzystać to na swoją korzyść i zasyczał na bazyliszka w wężomowie.

– Co to ma znaczyć? Czy zwierzątko Slytherina skrzywdzi tego, kto posiada talent Slytherina?

Bazyliszek miotnął agresywnie, jak z bicza, karkiem, po czym zamknął oczy. Harry był poniekąd świadomy wrzasków pozostałych i srebrnych błysków obok siebie, które prawdopodobnie pochodziły od goblińskich strzał. Więzi jednak pozostały nienaruszone. Harry i pozostali minęli już punkt rytuału, w którym można ich było ruszyć z miejsca. Nitka pochodząca z więzi ciągnącej się między Snape'em a McGonagall owinęła się ciasno wokół jego lewego nadgarstka, na tyle mocno, że odcięła mu tam krążenie. Bazyliszek leżał w prostokącie pomiędzy stronami Światła i Mroku – długi na zaledwie jakichś dziesięć stóp, gdzie mu tam było do bestii z Komnaty Tajemnic – i syczał na niego cicho.

Proszę o wybaczenie. Nie wiedziałem, że jesteś w stanie z nami rozmawiać. Powiedziano mi, że jeśli ktoś zakłóci moje legowisko, to mam pełne prawo zjeść tę osobę. Mój pan mi tak powiedział – dodał wąż, zupełnie jakby atakowanie wężoustego było tak koszmarnym naruszeniem etykiety, że tylko w ten sposób był w stanie na to odpowiedzieć.

Harry poczuł, jak jego usta wykrzywiają się wbrew jego woli. Potrafił sobie wyobrazić, co Sylarana albo Wielu miałoby do powiedzenia na temat węża tak skorego do zwinięcia się wokół czyichś stóp i przyjęcia wężoustego jako swojego pana, zamiast partnera.

– Twój pan od dawna nie żyje – powiedział. – A ja chcę zmienić miejsce twojego pobytu. Zamieszkujesz sieć, prawda?

Domenę pająka – powiedział bazyliszek. – Tak. I tej domeny nie da się zniszczyć. Mój pan mi tak powiedział. – Kiwał się nieco szybciej na boku, a fałszywe powieki, które przesłaniały jego mordercze spojrzenie, pulsowały, iskrząc się światłem. Harry podejrzewał, że wąż miał coraz większe problemy z opanowaniem impulsu otwarcia ich i spojrzenia na kogoś.

– Zmieniam tę domenę – powiedział. – Nie zniszczę jej. Jeśli mi pomożesz, to pozostawię cię przy życiu. Jeśli nie, to zginiesz. Rozumiesz mnie? Nic do ciebie nie mam, ale nie pozwolę ci się skrzywdzić, ani kogokolwiek wokół mnie.

Czemu nie? – zażądał bazyliszek. – Nie wszyscy są z Mroku, a tylko jeden z nich potrafi ze mną rozmawiać.

Harry zerknął w kierunku Lucjusza, ledwie widocznego ponad zwiniętym cielskiem bazyliszka. Lucjusz miał w tym momencie bardzo dziwny wyraz twarzy. Z całą pewnością był w stanie zrozumieć tę wymianę zdań, ale wyglądało na to, że nie bardzo wiedział, jak się czuć pod tym względem.

– Bo ja tak mówię – powiedział Harry. – I jestem w stanie cię zabić. Czy naprawdę potrzeba ci lepszych powodów? Oferuję ci wybór, a to więcej, niż twój pan zrobił dla ciebie, kiedy cię umieszczał w tej sieci.

Rozumiem – syknął łagodnie bazyliszek. – Wolę pomóc. To takie wspaniałe uczucie, być znowu realnym, móc czuć i słyszeć. Pozwól mi zostać. Pomogę.

Harry nie był pewien, czy wąż w ogóle będzie w stanie pomóc, ponieważ dodanie trzynastej osoby do rytuału przechyliłoby równowagę na rzecz Mroku.

– Jak sobie życzysz – powiedział. – Bądź w pogotowiu, gdybym potrzebował pomocy.

Bazyliszek przemknął się zgrabnie, wyślizgując ze środka prostokąta – przekraczając ograniczenia rytuału bez zakłócania go, ponieważ wciąż był częścią sieci, a nie częścią powiązaną z innymi więzami – po czym zwinął się w kłębek za Harrym.

– Nie otwieraj oczu – dodał Harry, przypominając sobie w porę, że w takiej pozycji nie będzie w stanie zobaczyć bazyliszka i sprawdzić, czy ten nie postanowił zacząć patrzeć na pozostałych uczestników, po czym zwrócił uwagę na nić otaczającą jego lewy nadgarstek.

Musiał użyć nieco siły, ale po chwili udało mu się poluźnić jej uścisk, tak, że teraz zaledwie go muskała, jak pozostałe. Harry podejrzewał, że przynajmniej część jej oporu pochodziła od Snape'a, który krzywił się na niego groźnie i prawdopodobnie pragnął zniszczyć bazyliszka. Harry rzucił mu karcące spojrzenie, po czym ściągnął swoją uwagę na więzi na swoich nadgarstkach, wokół brwi, sercu, skroni i wreszcie na grubej linie, która wybiegała z samego środka jego piersi, zaraz pod nicią powiązaną z jego sercem, i łączyła go z Draconem.

To zadanie było zbyt ważne i zbyt delikatne, żeby mógł sobie pozwolić na choć odrobinę nieuwagi i rozpraszać się w ten sposób.

Harry nabrał głęboko tchu, po czym wyrzucił swoją magię do przodu, a potem na boki i w górę, w dół, na lewo i na prawo. Sześć więzi zalśniło i pojaśniało gwałtownie, a potem Harry zobaczył, jak wszystkie zbiegły się w równie potężną stertę pod jego powiekami, a ich kolory zaczęły się ze sobą mieszać.

Pochwycił je i złączył ze sobą nawzajem, wszystkie na raz, na każdy sposób w jaki dwanaście osób mogło być ze sobą powiązane, siebie do Hawthorn, Fawkesa do Dracona, Moody'ego do Lucjusza, McGonagall do Madam Marchbanks, Narcyzę do Regulusa, Tybalta do Snape'a, siebie do Lucjusza, McGonagall do Hawthorn, Narcyzę do Tybalta...

Zrobił z siebie skrzyżowanie tych wszystkich dróg, zmuszają swoje myśli do utrzymania miliardów przepięknych wzorów, które tworzyły mu się w głowie. Jego własna magia wzniosła się, żeby przejąć na siebie coraz to więcej i więcej tego obowiązku, wspomagając więzi, utrzymując je, kojąc pozostałych uczestników i nie dając im spanikować z powodu nagłej intymności, pomagając im zapamiętać wzory, zamiast pozwolić im oszaleć z powodu tego, jak wiele ich było. Pojawiało się ich coraz więcej, a on był gotów dać im jeszcze więcej. Sam rytuał też pomagał, oczywiście, tłocząc mu układy do głowy, podpowiadając, co powinien zrobić w następnej kolejności i ciągnąc za jego magię.

Harry nabrał głęboko tchu, kiedy wydawało mu się, że wreszcie miał co trzeba. Wszystkie te więzi, wszystkie możliwe podobieństwa między nimi i wszystkie różnice wygładzone i nakłonione do ukrycia za podobieństwami, drżały i lśniły mu przed oczami. Znał w tym momencie myśli każdej czarownicy i czarodzieja, przebywającego z nim w tej chwili w tej sali, a poprzez umysł Madam Marchbanks poznał również myśli wszystkich goblinów.

Właśnie dlatego, po części, to był rytuał Światła, oczywiście, poza faktem, że trzeba było się przy nim uciec do współpracy. Wymagał zaufania od wielu mrocznych czarodziejów, którzy byli dumni i przyzwyczajeni do załatwiania wszystkiego w pojedynkę, nigdy nie poddaliby się przed innym, w dodatku inicjator musiał mieć w sobie siłę woli, która pozwoliłaby mu oprzeć się pokusie zajrzenia do umysłów innych.

Harry przytrzymał przed sobą kulę utworzoną z myśli ich wszystkich i zastanawiał się, czy tak to właśnie wygląda, kiedy jest się Świetlistym Panem, prawdziwym Świetlistym Panem, a nie tą żałosną imitacją, którą był Dumbledore, żyjąc z chwili na chwilę pośród swojej mocy, nieustannie zdając sobie sprawę z tego, jak ona wpływa na innych.

Potem się uśmiechnął. Nie. Ponieważ nawet Świetliści Panowie uciekają się do przymuszenia, jeśli uważają, że tak będzie dla wszystkich najlepiej. Tak to właśnie wygląda, kiedy jest się mną, odgrywającym rolę Światła w środku tego konkretnego rytuału.

Znał wzory. Pozwolił sobie spędzić jeszcze chwilę na samym oddychaniu.

Następnie wezwał swoją magię, wezwał ją w sposób, którego nie robił od czasu swojej walki z Tomem Riddle'em podczas drugiego roku, wyciągał ze środka siebie coraz więcej i więcej, rozlewając ją na stertę monet, które leżały w pogotowiu w kącie pokoju, a potem na sieć goblinów, a potem na kamienne ściany komnaty.

A monety, sieć i kamienie mu odpowiedziały.

Poczuł, jak monety się podnoszą i zaczynają kręcić wokół siebie, pośpiesznie układając się w dokładne linie. Chwilę potem jego magia poszerzyła perspektywę jego umysłu, tak że był w stanie pojąć to, co zwykle nie byłoby możliwe, czy też możliwe wyłącznie w bardzo konkretnych momentach w jego życiu, i zrozumiał, że monety podróżowały na ścieżkach, które zwykle mijały w Gringotcie. Imitowały przekazywanie ich z rąk czarodziejów do pazurów goblińskich, z banku i wynoszenie poza jego obręb. To było niezbędne do zmiany położenia sieci, ponieważ ta odnawiała się za każdym razem, kiedy w banku załatwiane były jakiekolwiek interesy, więc wzmacniało ją każde podjęcie pieniędzy, czy złożenie ich w skarbcu.

Harry zdawał sobie sprawę, że nie ma co sobie robić złudzeń na to, że zdoła stworzyć wszystkie ścieżki transakcji, które odbyły się w ciągu ostatnich stuleci, odkąd Slytherin utworzył tę sieć. To nie miało znaczenia. Jedyne, o co mu w tym momencie chodziło, to przekonać sieć, że to prawdziwy bank.

Sieć zadrżała, po czym zaczęła się ruszać. Harry uchylił nieco powieki i zobaczył, jak biały blask, otaczający gobliny, podnosi się niczym wschód słońca, coraz wyżej i wyżej, oczyszczając powietrze wokół uczestników rytuału. Sieć wznosiła się, puszczając ich z własnej woli, przenosząc się i owijając z zainteresowaniem wokół monet. Same gobliny nie robiły w tym momencie niczego interesującego. Iluzja pracujących pieniędzy była dla sieci znacznie ciekawsza.

Harry poczuł, jak jego umysł, czy może bardziej jego magia, zaczyna się nadwyrężać. To oczywiste, że nie był w stanie utrzymać tych wszystkich wzorów na raz w swojej pamięci. Magia jednak była w stanie utrzymać więzi rytuału, które dały mu dość mocy, żeby podnieść sieć i utworzyć ścieżki dla pieniędzy, które zainteresowały ją na tyle, że ta zmieniła miejsce. Harry nie czuł się w tym momencie do końca jak człowiek. Podejrzewał, że jak już wszystko dobiegnie końca, to też nie będzie w stanie do końca przypomnieć sobie, jak się w tym momencie czuł, w ten sam sposób, w jaki nie był w stanie do końca przypomnieć sobie wszystkiego, czego doświadczył w Labiryncie.

Poprosił swoją magię o więcej.

Poczuł, jak jego serce uderza raz znacznie mocniej, ale magia odpowiedziała mu, wynurzając się z samej jego głębi, wnosząc się i wylewając z jego zapasów. Harry sięgnął ku kamiennym ścianom i zaczął w nich ryć podobizny skarbców.

Kamienne odłamki przeleciały mu przed twarzą, co widział, kiedy tylko był w stanie cokolwiek przed sobą zobaczyć. Jego wzrok pulsował, pojawiając się i zanikając, czasem pokazując mu co się działo w pokoju, czasem pokazując mu, co się działo za nim – sieć, unoszącą się wokół monet i przyglądającą się im z fascynacją – a czasem pokazując mu tą potężną kulę wszystkich więzi zebranych razem, ich magii i zaufania. Harry był w stanie to znieść, choć czuł, jak jego oddech staje się coraz cięższy i chrapliwy. Jak tak dalej pójdzie, to jego magia może się wyczerpać zanim z tym wszystkim skończy.

Czego magia nie może, tam wola musi.

Harry wycelował swoją wolę i wypchnął ją przed siebie. Ostatnie ze skarbców zostały już wyryte, a on pamiętał, co mu powiedziała hanarz. Każde użycie klucza w skarbcu też wzmacniało sieć.

Sięgnął przed siebie, bez wahania narzucając urok, a jego wizja i świat były stabilne, choć tętniące, niczym serce, powtarzające to, co widział, w narzuconych z góry wzorach, więzi, monety, sieć, iluzje...

Narzucona iluzja wyglądała jak metalowe drzwi, umieszczone przed wejściami do skarbców, a potem stworzyła sobie klucze. Harry przywiązał do nich urok i obserwował z rozbawieniem, kiedy klucze wzięły się do pracy, "otwierając" wejścia do skarbców, a następnie "zamykając" je z powrotem, co stanowiło znakomitą grę marionetek, której celem było zwrócenie na sobie uwagi sieci. Harry dyszał już ciężko z przemęczenia, ale naprawdę bawiła go ironia implementowania czegoś, co technicznie rzecz biorąc było mroczną magią, przez wzgląd na jej zwodniczość, w samym środku świetlistego rytuału.

Sieć odwróciła się, żeby spojrzeć na skarbce i Harry poczuł, jak ta się wije i rozwijają się z niej białe macki. Jej głównym zadaniem nie było zniewolenie goblinów, ale wzmacnianie się poprzez pilnowanie, żeby w banku w dalszym ciągu przechodziły transakcje. Slytherin położył na to nacisk, budując ją, przez co sprawił, że pozornie niemożliwym stało się uwolnienie południowych goblinów bez zamykania samego Gringotta.

Teraz jednak to działało wbrew jego intencjom. Ta sieć nie miała własnego umysłu, nie była świadoma, była stworzeniem stworzonym z fascynacji i płytkich emocji. Poruszyła się, powoli, powoli, w kierunku przelatujących monet i fantomowych drzwi.

Harry poczuł, że ramiona mu drżą. Powiedział sobie, że to też musi być tylko iluzja. Czuł, jak jego ciało się nadwyręża, zwłaszcza w okolicach jego piersi, ale przecież tak naprawdę niczego nie podnosił. Zwinął coraz więcej i więcej magii, wyciągając ją z siebie i kusząc nią sieć.

Sieć skoczyła.

Harry krzyknął, kiedy jej kosmyki kompletnie odwinęły się ze wszystkich goblinów, po czym owinęły się wokół nowej iluzji banku. Poruszył się, idealnie zgrywając wszystko ze sobą, pozwalając sieci usadowić się w nowym miejscu i zanucić szczęśliwie, po czym podniósł kulę wymieszanych więzi, całej tej złączonej ze sobą magii, po czym cisnął nią w sam środek iluzji.

Wylądowała, magia podarowana z własnej woli, poświęcona z własnej woli, która w oryginalnym rytuale przywiązałaby klątwę do nowego ochotnika. Tutaj jednakże podarowała iluzji banku serce i sprawiła, że ta pozostanie już w tym miejscu na zawsze. Harry czuł, jak "wiara" sieci wzmacnia się i stabilizuje, przez co wiedział, że gobliny już pozostaną wolne.

Westchnął z ulgą.

Dziękuję. To był piękny pokaz magii. Tęskniłem za magią. A teraz wrócę do chronienia sieci, bo to zlecił mi mój pan.

Harry podniósł wzrok, mrugając i zobaczył jak bazyliszek mknie w kierunku nowo ułożonej sieci. Im bardziej się od nich oddalał, tym mniej zdawał się być prawdziwy, pozostawiając za sobą wśród sieci delikatne, purpurowe kosmyki i mgnienie żółtych oczu, na widok których Harry'ego wciąż przechodził dreszcz. Wreszcie owinął się wokół sieci i zniknął.

Harry zdobył się na zmęczony uśmiech. Jeśli ktoś spróbuje naruszyć teraz sieć południowych goblinów, może nawet po to, żeby ją przenieść z powrotem na nich, to na drodze stanie im bazyliszek, który albo zabije ich spojrzeniem, albo po prostu pożre zanim zdołają cokolwiek z tym zrobić. A to było niezwykle nieprawdopodobne, żeby Voldemort, jedyny poza nim wężousty w Brytanii, przejął się czymś takim na tyle, żeby coś z tym zrobić.

Teraz jednak musiał się odwrócić i zająć innymi sprawami, ponieważ jeszcze nie skończył.

Harry sięgnął przed siebie i zaczął ostrożnie rozplątywać więzi, które były z nim połączone, idąc tym razem w odwrotnym kierunku. Syczące wierzgnięcie i więź, połączona z jego lewym nadgarstkiem puściła, a McGonagall i Snape rozluźnili się ze zmęczeniem. Wycie i Hawthorn z Tybaltem zamrugali na siebie nawzajem, jakby nie byli pewni, co się właśnie stało. Ryk i Lucjusz i Madam Marchbanks odstąpili od siebie z podobnymi minami wyrażającymi czystą odrazę. Brzęczenie i Narcyza razem z Moodym byli wolni; Moody okazał więcej ulgi od Narcyzy, kiedy zwiększyli między sobą dystans.

Fawkes wydał z siebie trel, pomagając Harry'emu poluźnić więź między nim a Regulusem. Regulus westchnął.

Dzięki bogom. Ten feniks bez przerwy na mnie śpiewał. Nie mam pojęcia jak ty to znosisz, zwłaszcza teraz, jak już się z tobą związał.

Harry wzruszył ramionami, po czym syknął z bólu, spowodowanego tym ruchem – nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, jak strasznie spięte były wszystkie mięśnie w jego ciele – po czym sięgnął w kierunku więzi, która łączyła go z Draconem. Choć nie myślał specjalnie o drugim chłopcu, kiedy byli razem powiązani, Harry wiedział, że ten rytuał byłby bez niego niemożliwy, więc spojrzał Draconowi w oczy. Ta stateczna, fundamentalna więź zaufania była dokładnie tym, co pozwoliło mu zrobić wszystko inne.

Draco położył delikatnie dłoń na więzi. Harry zadrżał. To było zupełnie, jakby ta ręka sięgnęła wprost do jego piersi i nacisnęła na jego serce. To uczucie... może nie było dobre, ale za to szalenie słodkie.

– Czy to nie mogłoby zostać? – szepnął Draco. Harry słyszał go bardzo wyraźnie, mimo dzielącej ich odległości. – Nie przeszkadzałoby mi.

Harry pokręcił lekko głową, uśmiechnął się i poluźnił więź. Zauważył pełną rozczarowania minę Dracona, zanim ten się odwrócił, ale był pewien, że podjął właściwą decyzję. Zamęczyliby się nawzajem z Draconem, gdyby mieli żyć w tak wielkiej intymności. W porównaniu to tego, empatia Dracona byłaby niczym.

Harry wykorzystał moment, w którym rytuał wciąż brzęczał i nucił wokół niego, żeby spojrzeć na stojącą w pobliżu drzwi hanarz. Na jej twarzy pojawił się wyraz takiej radości, że nawet on, z całym swoim brakiem doświadczenia w odczytywaniu goblińskiej mimiki, był w stanie ją zrozumieć. Pochyliła lekko przed nim głowę. Wcześniej potwierdziła Harry'emu, że ona i jej ludzie nie zrobią żadnych gwałtownych ruchów. Z początku będą utrzymywać interesy Gringotta w ruchu, jak zawsze. Powoli jednak, zaczną zmieniać swoją pozycję w stosunkach, w jakich stoją z czarodziejami. Teraz, kiedy wreszcie były wolne, mogły sobie pozwolić na działanie tak powoli, jak tylko im się podobało. To sieć i brak możliwości podjęcia wyboru podczas przybijania układów z czarodziejami, czyniła ich wcześniej tak zniecierpliwionymi.

Harry wyszeptał słowa, które zakończą rytuał.

– W imię wschodu słońca, ten rytuał dobiegł końca, a transfer przebiegł pomyślnie.

Brzęczenie w jego głowie skończyło się wraz z wycofaniem się mocy, uciekającej z niego niczym woda, a poszerzone sztucznie rozmiary jego umysłu skurczyły się gwałtownie. Harry opadł na kolana, trzęsąc się. Wszystko go tak strasznie bolało. Był w stanie wyczuć, że jego płuca zmuszają się do ruchu, żeby nabrać wystarczająco dużo powietrza, a wszystko przed jego oczami pływało i rozmywało się. Wiedział, że to typowe objawy magicznego wycieńczenia, takiego samego, jakiego doświadczył podczas pierwszego roku, kiedy pomógł Connorowi podczas gry w quidditcha.

Usłyszał, że Snape warczy coś na kogoś i miał tylko niemrawą nadzieję, że jego opiekun nie zranił czyichś uczuć, kiedy podnosił go z ziemi.

Zrobił to, po co tu przyszedł. Gobliny były wolne, a on nadwyrężył się, sięgając po wszystko co miał, żeby je uwolnić. To oznaczało, że nie miał już żadnego powodu, żeby pozostać tego dnia przytomnym. Naprawdę zrobił wszystko, co było w jego mocy, bez żadnego samolubnego powstrzymywania się.

Harry osunął się w sen, w pełni zdając sobie sprawę z tego, że się uśmiecha. Naprawdę nie znał lepszego powodu do wykończenia samego siebie.