Uwaga: to jest wybitnie nielinearny rozdział. Jest również bardzo, bardzo nieprzyjemny, ale niezbędny do tego, żebyście zrozumieli, co Snape porabiał przez kilka ostatnich miesięcy i gdzie się w tej chwili znajduje.
Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty: Pierwszy opiekun i ostatnia linia obrony
Snape usiadł powoli. Naprawdę dobrze już opracował odkładanie tego momentu, tej niezbędnej, choć przerażającej części jego dnia. Oceni wypracowania, rzuci zaklęcia czyszczące na swoje kwatery – niepotrzebnie, bo wciąż wpuszczał do środka skrzaty domowe – zrobi porządki w swoich składnikach do eliksirów, uwarzy skomplikowane, eksperymentalne mikstury, które zwykle kończyły się niepowodzeniem, przeczyta książki o historii, pożyczone z hogwardzkiej biblioteki. Będzie odliczał minuty, które pozostały do następnej lekcji, albo wybierze się do Wielkiej Sali na posiłek. Jego wolne godziny, niegdyś drogocenne i zazdrośnie strzeżone, które zawsze mu umykały zanim się zorientował, teraz przeciągały się nieznośnie.
Aż do chwili, w której podszedł do biurka, oczywiście, i wyciągnął z niego butelkę wypełnioną płynną, srebrną cieczą, a zaraz po niej pergamin i pióro, których używał, żeby spisać wspomnienia, które zobaczył.
Kiedy tworzył eliksir myślodsiewny, nie zdawał sobie sprawy, jak dobrze on zadziała. Nie tylko wspomnienia były równie wyraźne i czyste jak te z myślodsiewni, ale reagowały też na dotknięcie umysłu Snape'a. Jeśli wrzuci swoje myśli do eliksiru, koncentrując się na czymś, co Harry zrobił podczas lekcji eliksirów, to ten podsunie mu wspomnienie dotyczące tego, skąd Harry prawdopodobnie nabrał tego zachowania, albo czegoś do niego podobnego. Gdyby pomyślał o Draconie Malfoyu, to mógł się przed nim pojawić dyrektor, czytający list od Lily, w którym ta wspomniała o Draconie. Był też w stanie momentalnie określić, czy już nie widział danego wspomnienia i przeskoczyć w kolejne.
To było użyteczne pod tym względem, że pozwalało mu na tworzenie zapisków złożonych ze wspomnień dyrektora na temat dzieciństwa Harry'ego bez konieczności oglądania w kółko tych samych scen.
To było koszmarne, ponieważ doprowadzało go coraz bliżej do granicy furii, a nie mógł nikomu o tym powiedzieć. McGonagall czy Narcyza Malfoy może i byłyby skłonne pomóc, ale Harry nigdy by mu nie wybaczył takiej zdrady jego zaufania. Dumbledore, rzecz jasna, nie był w ogóle wyborem. Draco, który mógł to zrozumieć najlepiej, odmówił w ogóle wzięcia udziału w tym projekcie.
Pozostawiony z tym sam, Snape czasem zastanawiał się, czy nie powinien zaprzestać tworzenia kolejnych zapisków tych wspomnień. Miał dość zapisanych gęsto zwojów, żeby być w stanie wprowadzić w życie dowolną zemstę, jaka mu przyjdzie do głowy. Do tego uwolniłoby to go od zgrozy, jaką czuł przed zmierzchem każdego dnia.
Ale wciąż przymuszenie, silne niczym dowolne stworzone przez Dumbledore'a czy Voldemorta, ciągnęło go do przodu, zmuszało do podniesienia pióra, opuszczenia głowy, otwarcia butelki i wejścia do świata, o którego cichym istnieniu nie miał pojęcia w czasie swoich dziesięciu lat, które spędził na nauczaniu w Hogwarcie, a który leżał w głowie Dumbledore'a, zwinięty w kłębek niczym bazyliszek.
Lily Potter szła szybko przez trawnik Doliny Godryka z niepokojem w oczach i ręką już wyciągniętą, żeby przyjąć tę Dumbledore'a. Starszy czarodziej ścisnął jej nadgarstek i spojrzał jej uważnie w oczy. Wspomnienie nie pokazało Snape'owi tego, co w nich zobaczył, ponieważ stał na trawie obok i obserwował ich oboje z zewnątrz, ale zobaczył za to, jak twarz Dumbledore'a robi się zmęczona.
– Wydawało mi się, że mogłaś wyolbrzymić problem w swoich listach, moja droga – powiedział, głaszcząc ją łagodnie po dłoni. – Przybyłem tu z zamiarem ukojenia twojego strachu. Widzę, że się myliłem. Oczywiście, że najlepiej się znasz na swoim własnym synu.
Lily kiwnęła głową.
– Nie skontaktowałabym się z tobą, gdyby to się wydarzyło tylko raz, Albusie – szepnęła, obracając się i spoglądając na dom. Snape podążył za jej wzrokiem. Przyzwyczaił się już do nienawidzenia samego widoku tego miejsca, więzienia Harry'ego, mimo, że teraz nic się w nim nie działo, domek stał tylko sennie w słońcu. – Ani nawet przez cały tydzień. Ale minęły już dwa tygodnie, a on wciąż nie przestaje.
– Rozumiem, moja droga – powiedział dyrektor. – Czy możesz mi jeszcze raz opisać, co dokładnie się dzieje, kiedy młody Harry się złości?
Lily zadrżała.
– Powietrze wokół niego się gotuje – powiedziała. – Czuję, jak jego magia uderza w sieć, starając się znaleźć drogę na zewnątrz. No i, oczywiście, czuję w powietrzu zapach psich wymiotów. Zawsze to czuję, kiedy nadwyręża swoją siłę.
– To faktycznie może być powodem do zmartwień – mruknął Dumbledore, marszcząc brwi. – Sieć powinna się utrzymać za wszelką cenę. Jesteś pewna, że to się dzieje tylko wtedy, kiedy się złości, nie przy żadnej innej okazji?
Lily kiwnęła głową.
– A czemu miał tak wiele okazji do złości w ciągu ostatnich dwóch tygodni? – zapytał Dumbledore, a Lily momentalnie odwróciła od niego głowę i wbiła wzrok w miejsce na ziemi. Snape zrobił to samo, nie dlatego, że spodziewał się znaleźć jakieś wyjaśnienia pośród trawy, ale ponieważ dzięki temu był w stanie się powstrzymać przed wyciągnięciem różdżki i przeklęcia ich obu, co zawsze przerywało wspomnienie.
– Lily? – ponaglił ją Dumbledore po kilku minutach ciszy.
– Starałam się go nauczyć, że nawet kiedy przebywa pośród ludzi, którym ufa, nigdy nie powinien opuścić swojej gardy – odpowiedziała Lily miękko. – Wykonywałam niewielkie, groźne gesty w kierunku Connora – och, nic, co inni ludzie mogliby zinterpretować jako zagrożenie, ale gesty takie jak sięgnięcie po moją różdżkę, czy wykonanie czegoś, co wygląda jak konkretna klątwa. Zadaniem Harry'ego było pozostać w bezruchu i nie reagować, ponieważ robiłam to w towarzystwie Jamesa i Syriusza, a mówiłam mu już, że nie wolno mu pokazywać im, kim jest naprawdę. Ale zawsze, jak już jest po wszystkim, strasznie się złości. Wiem, że instynkty, które w nim umieściłam, są na skraju załamania. Wydawało mi się jednak, że ma nad sobą lepszą kontrolę, inaczej nigdy bym tego nie spróbowała. – Lily objęła się ramionami i zadrżała. – On jest odrażający, dyrektorze. Cały czas to wyczuwam. Nie chcę, żeby ta magia zwróciła się przeciwko mnie.
Snape chciał wrzeszczeć. Nie, chwila, powstrzymał się, kiedy jego złość nabrała zimnego i niebezpiecznego tonu, którego nie czuł już od lat. Chciał sprawić, żeby to oni zaczęli wrzeszczeć. Widział kiedyś, jak Lucjusz Malfoy i Bellatrix Lestrange, wymieniając się ze znakomitą koordynacją, zdołali utrzymać przy życiu mugolacką czarownicę przez siedemnaście dni. Był pewien, że zdołałby pobić ich rekord, gdyby w jego ręce dostała się Lily Potter.
– Nie sądzę, żeby ktokolwiek tego chciał – powiedział Dumbledore. – A ty nosisz na barkach większy ciężar niż on kiedykolwiek będzie w stanie, Lily. Mieszkasz tu sama ze swoimi synami, wychowując jednego z nich na bohatera, a drugiego na kogoś, kto nie zostanie Mrocznym Panem, pozbawiona wsparcia swojego męża i przyjaciół... Nie znam nikogo, kto by chciał się znaleźć na twoim miejscu.
Lily powoli podniosła głowę, a w jej zielonych oczach pojawił się błysk uporu i determinacji, który Snape znacznie częściej widział na twarzy jej syna.
– Dziękuję, dyrektorze. Ale co powinnam zrobić ze złością Harry'ego?
– Pozwól, że ja z nim porozmawiam.
Weszli do domu i znaleźli Connora, ucinającego sobie drzemkę na jednym z dwóch łóżek w sypialni, którą Snape też już nauczył się nienawidzić i pogardzać. Harry siedział na drugim, pochylony nad książką. Podniósł wzrok, kiedy dwóch dorosłych – nie wliczając Snape'a, którego nie był w stanie zobaczyć – weszło do pokoju. Jego twarz była bez wyrazu i emocji, póki nie zobaczył Lily. Wtedy Snape zobaczył, jak wiatr zaczyna podrywać kartki jego książki. Dalej przyglądał się Lily, a w jego oczach pojawił się niemal ten sam, dziki wyraz, który Snape widział u niego w ostatnie święta.
– Harry. Harry, popatrz na mnie.
Harry ostrożnie oderwał wzrok od Lily i spojrzał na dyrektora. Dumbledore pokręcił głową i przemówił do niego karcącym tonem.
– Harry, przecież jesteś już dość duży na to, żeby wiedzieć, że złoszczenie się na swoją mamę niczego dobrego ci nie przyniesie. Czemu niby by miało? Przecież to ona wychowuje ciebie i Connora i tylko ona może cię nauczyć wszystkiego, czego potrzebujesz się dowiedzieć. W dodatku cię kocha. Nie pozwól, żeby twoja złość na nią ci to wszystko przesłoniła.
Harry przechylił głowę na bok w niemym pytaniu, co niby ma zrobić zamiast tego. Snape miał wrażenie, że dzieciak musiał mieć najwyżej sześć lat w tym wspomnieniu. Już wtedy zmienili Harry'ego w kogoś, kto przyglądał się światu w ciszy. Snape zastanawiał się, czy ta maska roztrzaskałaby się tak łatwo, gdyby nie doszło do niemal całkowitego zniszczenia umysłu Harry'ego pod koniec jego drugiego roku.
– Naucz się odsuwać swoją złość – powiedział mu cicho Dumbledore. – Wyobraź sobie pudełko, do którego możesz odłożyć swoją wściekłość. Twoja matka powiedziała mi, że masz już jedno, w którym chowasz złe myśli, jakie masz o swoim bracie. Czy możesz tam włożyć też swoją wściekłość?
Harry opuścił głowę i zamknął oczy. Wiatr wokół niego ucichł w chwilę później, a kartki opadły płasko.
– Podziałało – wymamrotał Harry, nie otwierając nawet oczu.
– Oczywiście że tak – powiedział Dumbledore i dotknął jego ramienia, uśmiechając się do Lily ponad jego głową. – Wyrastasz na porządnego czarodzieja, Harry. Złoszczenie się na ludzi nie jest produktywne, a ty się właśnie tego nauczyłeś.
Snape obserwował chłopca przez cały dzień po zobaczeniu tego wspomnienia i zauważył, że Harry po prostu odsuwał się, spokojnie, od wszelkich konfrontacji, które u normalnego chłopca w tym wieku mogłyby wywołać złość. Wciąż dość często złościł się na samego siebie, ale nawet to często ulegało ukojeniu, kiedy Draco zaczynał narzekać na sensacje, jakie to u niego wywoływało. Jego furia już nie lądowała w pudełku, ale Harry i tak odsyłał ją od siebie.
Nic dziwnego więc, że Harry tracił kontrolę w sytuacjach, w których się złościł, ale nie miał celu, na którym mógłby momentalnie wyżyć swoją magię, która podnosiła się wraz z tą emocją. Był w stanie walczyć w obronie innych, mógł odesłać Voldemorta w diabły, ilekroć stawiał mu czoła, mógł się odwołać do siły swoich przekonań, żeby zmusić Dumbledore'a do wycofania się, ale poza tymi sytuacjami...
Jego furia po prostu miotała się dziko.
Snape'owi było teraz przykro, że nauczył Harry'ego jak się opierać klątwie De Profundis i zamykać te emocje w klatce, która była po prostu kolejną wersją pudełka. Harry włożył je tam z własnej woli, ale to nie miało znaczenia. Wciąż nie miał pojęcia, co z nimi zrobić, kiedy już się pojawiają.
A jeśli ta klatka kiedykolwiek pęknie...
Snape nie miał nawet odwagi o tym myśleć.
Ta emocja młóciła jego nienawiść aż ta nie stała się żelazną determinacją, by się zemścić pewnego dnia, kiedy Harry wreszcie przejrzy na oczy i zrozumie, że jego rodzice i Dumbledore powinni ucierpieć za to, co mu zrobili. Snape był jednak wciąż młodym czarodziejem, przeżył zaledwie trzydzieści pięć lat na tym padole, co było krótkim okresem w porównaniu do ponad setki, które przyjdzie mu ujrzeć. Może sobie pozwolić na czekanie, więc zaczeka. Zemści się w chwili, w której dostanie na to zgodę Harry'ego, ale nie wcześniej.
To było wspomnienie, w którym Harry nie mógł zdawać sobie sprawy z obecności Dumbledore'a, ponieważ Lily wysłała mu dumny list, informujący go o postępach Harry'ego, ale nie poinformowała samego Harry'ego o jego przybyciu. Dyrektor stał pod zaklęciem kameleona przy ścianie domu i obserwował, jak Lily wychodzi na zewnątrz i podchodzi do Harry'ego, który stał na trawniku, obserwując gwiazdy. Jego matka kazała mu tam się pojawić po kolacji i nie przynosić ze sobą żadnej książki, ale Harry naprawdę nie znosił marnowania czasu, kiedy mógł się czegokolwiek nauczyć.
Lily przykucnęła przy Harrym i zawołała go po imieniu. Harry odwrócił się w jej kierunku. Snape miał wrażenie, że w tym wspomnieniu miał osiem lat, a jego twarz była blada i nieskończenie spokojna. Jeśli jego magia wymknęła mu się spod kontroli w przeciągu ostatnich dwóch lat, to nie rzucało to się w oczy. Wciąż miał wokół siebie aurę mocy, ale oceniając z łagodnego uśmiechu, który otrzymał od swojej matki, tego rodzaju magia jej nie odrażała.
– Minęły już dwa miesiące, Harry – powiedziała Lily. – Zdałeś ten test.
Harry zamrugał kilka razy. Wreszcie wykonał ruch, jakby miał zamiar zrobić krok w kierunku swojej matki, ale ostatecznie pozostał w miejscu. Lily kiwnęła do niego głową.
– Już w porządku – powiedziała, po czym wyciągnęła rękę na wysokości, którą Snape ocenił, pośród burzy własnej wściekłości i pogardy, na której można by pogłaskać psa.
Harry podszedł do niej i złapał ją mocno za nadgarstek. Snape zobaczył, jak przez chłopca przechodzi potężny dreszcz. Pochylił głowę i stał przez chwilę w bezruchu, podczas gdy Lily głaskała go po głowie.
Snape zerknął z ukosa na twarz Dumbledore'a. Dyrektor uśmiechał się, zadowolony, tak samo jak Lily, z tego, że Harry zdołał zdać ten konkretny test.
Lily nie dotykała Harry'ego przez dwa miesięcy i kazała mu opierać się próbom innych ludzi, którzy spróbują go dotknąć, w taki sposób, żeby Connor, James, Lupin czy Black nie zdali sobie sprawy z tego, że Harry odsuwa się od przytulania, unika przyjaznych kuksańców, czy tarmoszenia mu włosów, pozostając po prostu poza ich zasięgiem, ilekroć ci usiłowali je na nim wymóc. Wyjątkowo dobrze sobie z tym poradził. Być może Syriusz zauważył coś raz czy drugi, co Lily przyznała w swoim radosnym liście do Dumbledore'a, ale po kilku dniach przestawał cokolwiek podejrzewać, kiedy całkowicie pochłaniał go kolejny z jego krótkotrwałych romansów.
Uczyli Harry'ego, że ma polegać wyłącznie na sobie i nie okazywać innym, że to robi. Obie części tej lekcji były równie ważne.
Tej nocy Snape niemal zniszczył butelkę eliksiru myślodsiewnego. Wydawało mu się, że niezdolność Harry'ego do tolerowania okazjonalnych otarć o innych ludzi była wynikiem jakiegoś innego treningu, a nie czegoś, do czego Lily go specjalnie przystosowała. Ale teraz, kiedy dowiedział się, że jest inaczej...
Lily i Dumbledore mieli swoje wytłumaczenia, że Harry przecież nie może sobie pozwolić na to, żeby rozpraszali go inni ludzie, nie w chwili, w której całą swoją uwagę powinien poświęcić swojemu bratu. Poza tym, przypadkowe otarcie się o śmierciożercę może ukryć różdżkę, którą ten ma ułożoną pod szatami, albo nóż, który może mu wbić między żebra. Musiał unikać fizycznego kontaktu po prostu przez wzgląd na zwykły rozsądek.
Snape'a nie obchodziły ich wytłumaczenia. Nie obchodził go pokręcony, zatruty światek, w którym Harry został wychowany, a który znajdował się w obrębie osłon izolacyjnych w Dolinie Godryka. Potrzebował go zrozumieć, żeby móc być w stanie pomóc Harry'emu, kiedy nastanie na to czas, ale nigdy nie przyzna, że cokolwiek, co się tam wtedy stało, było w jakikolwiek sposób racjonalne, albo miało jakieś konkretne wyjaśnienie.
Wściekał się, a jak już skończył z wyżywaniem się na wszystkim, gapił się na ścianę, pozwalając, by płomienie jego furii dogasały w spokoju.
Wciąż musiał czekać na zgodę Harry'ego, zanim cokolwiek z tym wszystkim zrobi, albo, jeśli to nie wypali, jakikolwiek znak, że Harry znów jest dręczony i nie jest w stanie sam siebie uratować.
Ale czasami było mu z tym naprawdę ciężko i naprawdę mu się wydawało, że nikt nie może go winić za jedną czy dwie fantazje, które miewał w ciągu dnia, a w których dyrektor ginął w wyjątkowo krwawy sposób.
To wspomnienie pochodziło z myślodsiewni, którą Lily wysłała Dumbledore'owi, a którą ten obejrzał, więc przyłączyło się ono do jego własnych wspomnień na temat treningu Harry'ego, mimo, że sam tego nawet nie widział. Harry miał siedem lat. Siedział przy oknie swojej sypialni letniego wieczoru z zamkniętymi oczami i rękami złożonymi przed sobą. Lily siedziała na łóżku jego brata, czytając na głos. Snape słyszał zza okna wesołe, dziecięce okrzyki. Wyglądało na to, że Connor Potter bawił się gdzieś na dworze; zdawał się spędzać więcej czasu na grach i zabawach niż Harry.
Harry uspokoił nawet swój oddech, tak więc najgłośniejszym dźwiękiem w pokoju był głos Lily.
– ...wydarzyło się w pobliżu Ottery St. Catchpole. Nie znamy nazwisk śmierciożerców, którzy ją zaczęli, ale wiemy, że musieli to zrobić na rozkaz Sami Wiecie, Kogo. Mroczny Pan nie lubił, kiedy jego służący wykazywali się inicjatywą, która nie zyskała wcześniej jego aprobaty.
Lily przerwała, żeby przewrócić stronę. Za oknem przeleciał ptak, machając szybko skrzydłami. Harry'emu osunęła się na moment lekko głowa, po czym poderwał ją z powrotem, jakby przysypiał, ale Snape naprawdę w to wątpił; bardziej prawdopodobne było, że zapamiętywał wszystko co usłyszał. On sam w międzyczasie stał w ciszy, oszołomiony, że matka mogłaby czytać o czymś takim swojemu dziecku. Wiedział, co się stało w Ottery St. Catchpole, kiedy śmierciożercy wciąż biegali na wolności. Wszyscy wiedzieli. Harry powinien był się nauczyć o tym dopiero w wieku czternastu lat i może jego życie nie byłoby aż tak zniszczone.
– Śmierciożercy porwali tuziny czarodziejskich dzieci, urodzonych w mugolskich rodzinach i, co było niezwykłe, nie pozabijali przy tym ich rodzin. Wierzono, że zrobili to jako część swojej strategii, żeby rozbudzić w nich zdesperowaną nadzieję i wyczekiwanie, albo nawet zachęcić ich rodziny do wycofania się z wojny. Naturalnie, kiedy kilka dni później przyszły nowiny o Dziecięcej Masakrze, wszelkie myśli o strategiach zniknęły, zakryte falą przytłaczającego żalu. Śmierciożercy wznieśli krzyże w okolicach Ottery St. Catchpole i przybili do nich mugolackie dzieci. Użyli zaklęć, które zwielokrotniły ból przebijanych kostek u nóg i nadgarstków, oraz innych zaklęć, które nie pozwoliły dzieciom umrzeć z szoku. Następnie ustawili osłonę wokół krzyży, co było jedną z nieczęstych okazji, przy której można było zaobserwować mrocznych czarodziejów kooperujących z Sami Wiecie, Kim podczas wojny. Kiedy świetliści czarodzieje i aurorzy wreszcie odnaleźli dzieci, całe godziny zajęło im zdjęcie osłony. Kiedy ta wreszcie opadła, uderzyła piorunem w każde przebywające w jej obrębie dziecko i te zginęły nim udało się je uratować. Udało im się tym emocjonalne zniszczyć wiele rodzin i po tym wydarzeniu znacznie mniej mugolaków brało udział w wojnie; zamiast tego woleli poprosić aurorów i dyrektora Albusa Dumbledore'a o sanktuarium, w którym się ukryli.
Lily przestała czytać. Harry wciąż siedział przed z nią z zamkniętymi oczami, ale zamrugał, otwierając je, kiedy łagodnie powiedziała jego imię. Wszystko się w Snape'ie wywróciło z odrazy i wspomnień. Nie wziął udziału w tej masakrze – to był pomysł Evana Rosiera – ale widział jej wyniki. To mu wystarczyło. To było jedno z bardziej gorzkich i obrzydliwych wspomnień z Wojny Voldemorta.
To nie było coś, o czym powinno było słuchać dziecko w wieku Harry'ego.
– Czego się nauczyłeś, Harry? – szepnęła Lily.
– Że to jest wojna – powiedział Harry tym samym spokojnym, neutralnym tonem, który Snape tyle razy słyszał podczas jego pierwszego roku. – Że mogę ufać śmierciożercom wyłącznie, jeśli przyjdą do mnie z ofertą oficjalnego sojuszu. Że nic nie powstrzyma naszych wrogów przed próbami zniszczenia Światła. – Zamilkł na moment. – A ponieważ Connor jest sercem Światła i stoi w samym jego centrum, to nie cofną się przed niczym, żeby go zniszczyć.
– Właśnie tak – powiedziała szczerze Lily, po czym odłożyła na bok książkę, żeby pochylić się w kierunku swojego syna i ująć jego policzki w swoje dłonie. – Właśnie dlatego tak cię szkolę przez cały czas, Harry. Jesteś pierwszym opiekunem i ostatnią linią obrony. Większość ludzi nie pomyśli, że jesteś niebezpieczny, bo jesteś bratem Connora, w tym samym wieku co on. Jeśli uda ci się utrzymać tę fasadę, to nigdy się nie dowiedzą. Ale możesz być tuż obok niego i możesz go chronić przed atakami śmierciożerców.
Harry kiwnął głową.
– Jak myślisz, mamo, kiedy Voldemort powróci? – zapytał ją, wyglądając na niezwykle zadowolonego, kiedy Lily pocałowała go w czoło. Snape podejrzewał, że jeśli to był cały kontakt, jaki chłopiec miał ze swoją matką, to pewnie było to jedno z jego bardziej szczęśliwych wspomnień.
Pochoruję się, jak będę dalej tak myślał, zorientował się i skręcił swoje myśli tak stanowczo jak tylko mógł z powrotem na znajome tory. Nienawiść, którą żywił do Lily Potter, była znacznie bardziej odświeżająca od zastanawiania się nad wszystkimi bliznami, które Harry nagromadził przez lata.
– Może powrócić w każdej chwili – powiedziała Lily cicho i z powagą. – Może odczekać lata, albo może uderzyć tuż przed tym jak razem z Connorem traficie do Hogwartu. – Zamilkła na moment i przechyliła głowę na bok. – Skoro już o tym mówimy, czy wiesz, gdzie teraz jest twój brat?
Harry otworzył szerzej oczy i poderwał się. Przez okno dobiegł ich śmiech, przez co obrócił się w jego kierunku z ulgą.
– Tam – powiedział. – Jest na zewnątrz, z tatą.
– Powinieneś pójść i sprawdzić – powiedziała Lily. – Zawsze upewniaj się o wszystkim osobiście, Harry, inaczej nie będziesz wykonywał swoich obowiązków jak należy. Nie wiesz, w jakim jest stanie, może nic mu nie być, ale może też być ranny. Może być nawet martwy, a jeden ze śmierciożerców może imitować jego głos zaklęciem, a wtedy wszystkich zawiedziesz.
Panika błysnęła w oczach Harry'ego, a on sam wybiegł z pokoju. Lily pozostała tam, gdzie siedziała, z pochyloną głową i wyrazem na jej twarzy, który sprawił, że wyglądała na starszą, niż była w tym czasie. Litania zaklęć przeleciała Snape'owi przez głowę, wszystkie z nich by ją zabiły, a zauważył w pokoju przynajmniej pięć miejsc, w których mógłby ukryć jej ciało, tak żeby jej zniknięcie nie doprowadziło do bezzwłocznych podejrzeń o morderstwo.
Z wysiłkiem się opanował. To było wspomnienie, tylko wspomnienie, to, co zrobiła Harry'emu już się stało.
Kilka minut później Harry wrócił do pokoju, wyglądając, jakby mu ulżyło.
– Dziękuję, mamo – powiedział. – Nic mu nie było, ale masz rację. Nigdy nie powinienem wychodzić z takiego założenia. Zawsze powinienem sprawdzić.
Pocałował ją w policzek, na co Lily pozwoliła mu lekkim przechyleniem głowy, przyjmując pasywnie gest.
– Kocham cię, mamo – szepnął, po czym wybiegł znowu z pokoju, żeby jeszcze trochę poobserwować swojego brata.
Lily schowała twarz w rękach i zaczęła płakać.
W przeciwieństwie do wielu innych wspomnień, podczas których jego furia sprawiała, że jego pióro się trzęsło i na papierze pojawiały się kleksy, Snape zapisał to konkretne spokojną ręką. Kiedy jeszcze się w nim znajdował, minął w którymś momencie granice swojej złości i znalazł się gdzieś po drugiej stronie. Kiedy już skończył pisać, wstał tak gwałtownie, że krzesło zaszurało po podłodze, odjeżdżając od biurka, a on sam wyszedł ze szkoły tajemnym korytarzem, o którym tylko on wiedział, po czym ruszył wzdłuż granicy Zakazanego Lasu i patrzył na gwiazdy.
Był już maj, sezon życia, sezon wiosny. Snape zaledwie dwa tygodnie wcześniej tańczył podczas nocy Walpurgii. Od tamtego czasu czuł, jak jego własna moc wzburza się w nim o każdej porze dnia i nocy. Nie ucichła od chwili, w której dziki Mrok ją wezwał. Przyczaiła się, czekając na wezwanie i radośnie podejmowała się każdego zadania, które był w stanie dla niej znaleźć.
Snape zatrzymał się na samym brzegu Zakazanego Lasu i odetchnął głęboko. Zapach gęstej, rosnącej trawy i zaoranej ziemi wypełnił mu nozdrza. Hagrid zakładał obok swojej chaty jakiś ogród, prawdopodobnie dla niesłychanie niebezpiecznych stworzeń, które miał zamiar ściągnąć w czasie wakacji na swoje zajęcia z opieki nad magicznymi stworzeniami. Snape słyszał, jak wiatr szeleści liśćmi drzew, wiecznie niespokojny, zawsze w ruchu. Poruszył również lekko jego włosami, ale nie wzburzył mu szaty. Istnieją pewne grzechy, których nawet wiatr by się nie dopuścił.
Snape znowu spojrzał na gwiazdy i wydawało mu się, że słyszy echo, niemal łaskoczące, odległej, szalonej muzyki, rozlegającej się gdzieś na granicy słuchu. Słyszał ją kilka razy, kiedy był dzieckiem, zanim jego matka dała mu różdżkę i nauczyła go, jak jej używać, zamiast dopuszczać do kolejnych wybuchów przypadkowej magii. Wzywała go znowu, obiecując poddanie i to, jaki będzie szczęśliwy, jeśli się podda. Podczas jazdy wśród tej magii będzie w stanie dokonać wszystkiego, być wszystkim.
Snape zdawał sobie sprawę z tego, że to było, rzecz jasna, kłamstwo. Zatraciłby się w tej dziczy, straciłby kontrolę nad sobą, swoje pragnienia i wszystkie inne chłodne zalety, które pielęgnował w sobie od lat. Tego właśnie nauczył się podczas Walpurgii. Każdy czarodziej, który spróbuje opanować moc tego rodzaju, zginie. Jej się nie kontrolowało.
Poza tym, chciał użyć własnej magii do ukarania Potterów i Dumbledore'a, jeśli tylko będzie miał ku temu okazję, albo przynajmniej zemścić się na nich na własny sposób, dzięki eliksirowi myślodsiewnemu i zwojom, które ostrożnie zbierał, czy też szczegółowej wiedzy dotyczącej wychowywania czystokrwistego dziecka, którą uzyskał z książek.
Żałował jednak, nawet jeśli tylko przez moment, że dziki Mrok nie uderzył lata temu w Dolinę Godryka, niszcząc osłony izolujące i zabierając ze sobą Harry'ego, nawet gdyby to oznaczało, że Snape nigdy by go wtedy nie spotkał.
To była kolejna okazja, kiedy Dumbledore pojawił się w Dolinie Godryka, żeby być świadkiem kulminacji testu, przez który Harry przechodził przez wiele miesięcy. Podobnie jak w przypadku nie dotykania nikogo, to również był test świadomy. Snape znał już jego założenie i stał za Dumbledore'em, ukrytym pod zaklęciem kameleona. Było mu słabo i mdło, ale walczył z tym, żeby zobaczyć to wspomnienie do końca i zapamiętać wszystko jak należy.
Harry i Lily wyszli wreszcie z domu. To była kolejna nocna scena, ale tym razem deszczowa, ciężkie krople opadały z chmur i uderzały w policzki Harry'ego. Chłopiec zdawał się tego nie zauważać. Oczywiście, w tym momencie miał już niemal dziesięć lat, a Snape wiedział, że przeszedł już przez bolesne klątwy, które stawiały go w znacznie gorszym położeniu od dowolnego deszczu, do tego wytrenował się do ignorowania takich sensacji jak zimno, wilgoć, czy upał, więc znosił je znacznie dłużej od dowolnego dziecka, które po krótkiej chwili zaczęłoby już marudzić i jęczeć. Dumbledore i Lily uważali, że powinien być zdolny do tego wszystkiego. Musiał się nauczyć jak być żołnierzem, a żołnierze musieli być w stanie walczyć w każdych warunkach.
Lily stanęła przed nim i czekała. Harry stanął w dokładnie takiej samej pozie, z głową podniesioną, by mógł spojrzeć na jej twarz i dłońmi luźno złożonymi przed sobą, najwyraźniej czekając na wskazówkę albo rozkaz.
– Dobrze – powiedziała Lily, po czym rzuciła zaklęcie, które Snape rozpoznał jako jedno z tych, które magomedycy rzucali na pacjentów, którzy ucierpieli w wyniku lodowatego dotyku wrednego, potężnego ducha. Jego zadaniem było ogrzać osobę i zwykle też owijające ją koce, oraz pozwolić jej spokojnie zasnąć.
Harry momentalnie zaczął poruszać ramionami, jakby było mu nieprzyjemnie, po czym mruknął "Finite Incantatem", zrzucając z siebie zaklęciem wytrenowanym ruchem różdżki.
Lily uśmiechnęła się, a Harry żył dla tego uśmiechu i upajał się nim, jakby to była ambrozja. Następnie rzuciła na niego serię innych zaklęć i inkantacji. Niektóre z nich sprawiały, że w ustach Harry'ego pojawiał się smaczny posmak, zupełnie jakby miał usta wypełnione czekoladą. Inne mimikowały efekt wywaru uspokajającego. Jeszcze inne były wykorzystywane do tworzenia wesołych iluzji, albo wypełniały uszy czarodzieja przyjemną muzyką, albo tworzyły oszałamiający pokaz świateł i cieni, który Snape rozpoznał z własnego dzieciństwa, kiedy biegał za nimi uradowany, co było jednym z jego niewielu szczęśliwych wspomnień.
Harry odrzucił je wszystkie, okazując przy okazji różne poziomy skrępowania, a żadna z jego reakcji, z tego, co Snape był w stanie ustalić, nie była udawana. Następnie spojrzał swojej matce w oczy i zaczekał na jej ostateczny werdykt.
Lily podeszła i uklękła przed swoim synem, nawet nie starając się go dotknąć. Harry podniósł głowę. Snape był w stanie zobaczyć, jak puls na jego szyi bije szybciej, ale to była jedyna oznaka tego, że się obawia czy martwi tym, co może powiedzieć jego matka.
– Udało ci się – szepnęła Lily. – Zdałeś, Harry. Ostatnie dwa lata były najlepiej spędzonym czasem w twoim życiu.
Harry pochylił głowę, nie okazując w żaden sposób ulgi; bardzo niewielkie westchnięcie, które z siebie wypuścił, mogło być pomylone ze zmęczeniem, albo nawet rozczarowaniem. Lily pogłaskała go po głowie, raz, po czym weszła z powrotem do domu.
Harry odwrócił się i z namysłem oddalił od ganku, po czym usiadł na trawie. Pozycję, którą zajął, Snape rozpoznał jako jedną z tych praktykowanych przez wartowników, która pomagała im pozostać w bezruchu tak długo jak to możliwe. Patrzył się w przestrzeń i Merlin jeden wiedział, o czym wtedy myślał. Oczy mu lśniły, ale jego twarz niczego nie podpowiadała.
Wspomnienie na tym się skończyło, ponieważ Dumbledore był zadowolony z tego, że razem z Lily osiągnęli swój cel i nie widział powodu, żeby tam dłużej zostać.
Snape znalazł się z powrotem w swoim gabinecie, a eliksir myślodsiewny unosił się niebezpiecznie z boku. Jego bezróżdżkowa magia wzniosła się i miotała wokół niego, a teraz była gotowa upuścić butelkę, jeśli tylko będzie tego chciał. Roztrzaska się na podłodze i wreszcie przepadną te wspomnienia, które tak go torturują, wspomnienia, które nie były nawet jego i o których nie mógł nikomu powiedzieć.
Snape usiadł, chociaż pozwolił swojej magii unosić dalej butelkę, żeby ta miała coś do roboty, po czym spisał spokojnie wszystkie swoje wnioski. Zaczynały się od dokładnego spisania wspomnienia, co zwykle mu się udawało dzięki roku, który spędził jako szpieg i musiał wytrenować swój umysł do stopnia, w którym ten był zdolny do przywołania wielu szczegółów, na które inni nie zwróciliby nawet uwagi; od takich drobiazgów zależało jego przeżycie w służbie Mrocznego Pana. Następnie Snape dodał pod koniec notatkę, w miejscu, w którym zawsze spisywał, jaki był cel tego konkretnego testu czy maltretowania i do czego on miał zmusić Harry'ego.
Wytrenowali go, żeby bał się wszystkiego co przyjemne.
Snape zaraz potem złamał swoje pióro i pozwolił, żeby jego magia je spopieliła, ponieważ nie był w stanie zrobić czegokolwiek innego, co mogłoby rozładować narastające napięcie. To jednak sprawiło, że butelka z eliksirem myślodsiewnym zachwiała się i zaczęła opadać, więc musiał szybko sięgnąć w bok, żeby ją złapać zanim uderzy o podłogę.
Snape usiadł przy stole prezydialnym, rankiem dwudziestego czerwca, na dzień przed trzecim zadaniem i przyglądał się jak Harry siedzi obok Dracona, jakby nic go nie obchodziło na świecie, porusza ręką w geście, przez który Draco skulił się przed nim z rozbawieniem, po czym wybuchnął śmiechem. Harry się do niego przyłączył. To było zadziwiające, że w ogóle był w stanie się śmiać, właściwie niemalże cud, ale dodało to ostatecznego uderzenia do żelaznej woli, którą Snape wykuwał w sobie w przeciągu ostatnich kilku miesięcy.
Znosił to w ciszy, choć wiedział, że Harry musiał podejrzewać, że coś jest z nim nie w porządku, przez wzgląd na jego wybuchowy temperament w ostatnim czasie. Chodził nabuzowany, bo nie mógł się tak po prostu zemścić na Potterach i Dumbledorze, ale w końcu obiecał. Ta żelazna wola służyła mu zarówno do ograniczenia samego siebie, jak i przywiązania się na dobre do tego konkretnego zadania.
I wszystko tylko mu potwierdziło, że dobrze zrobił, składając tę obietnicę zanim jeszcze zabrał się za szczegółowe badanie wspomnień z eliksiru myślodsiewnego.
Tak długo, jak mógł Harry'emu najlepiej pomóc po prostu chroniąc go, to tym się właśnie będzie zajmował. Harry potrzebował mu ufać, a jego zaufanie zostanie złamane, jeśli Snape choćby wspomni mu o ukaraniu ludzi, którzy go dręczyli.
Ale jeśli kiedykolwiek nastąpi moment, kiedy Harry znowu znajdzie się w niebezpieczeństwie ze strony Lily, Jamesa, czy Dumbledore'a i nie będzie w stanie się przed tym obronić, wtedy Snape uderzy.
I chuj mnie obchodzi, że mnie po tym znienawidzi, pomyślał, a każde słowo uderzało dzwoniąco o powierzchnię jego umysłu. Zbyt wiele przeszedł, zbyt wiele musiał przeżyć. Nie pozwolę im na to, żeby teraz odebrali mu cały jego postęp, nawet jeśli sam Harry mnie o to poprosi.
Wolę, żeby mnie nienawidził, ale wciąż był w stanie się śmiać, niż żeby mnie kochał w milczeniu.
