To z początku miał być cały, osobny rozdział. Potem jednak odkryłam, że nie mam wystarczająco dużo informacji, żeby zrobić z niego pełny rozdział, więc postanowiłam napisać tylko pięć scen, z których dowiecie się, co Dumbledore porabiał przez cały ten czas...

I przygotować to wszystko na detonację.

Dodatek: Pięć miesięcy

Luty

To był oczywisty brak szacunku. Ten chłopiec postawił mu się na oczach wszystkich i marzył, przez przynajmniej moment, o wyjawieniu wszystkiego, do czego został wytrenowany, o wyjawieniu całej tajemnicy. Albus był zszokowany i zniesmaczony, że Harry był w stanie myśleć o zdradzeniu ich po tym... wszystkim.

Zniesmaczony i być może nieco przerażony, jeśli miałby być ze sobą szczery. Sieć zniknęła, oczywiście, że tak, a Harry był kimś, z kim Albus będzie musiał negocjować, oczywiście, że był. Ale tendencja Harry'ego do ukrywania wszystkiego w ciszy uratowała reputację jego matki i Albusa po Bożym Narodzeniu. Albus wychodził z założenia, być może głupio, że to milczenie się utrzyma. Ale kiedy zobaczył, jak rozważanie powiedzenia wszystkim prawdy błyszczy w oczach Harry'ego, nawet jeśli to była tylko ulotna chwila...

Albus potrzebował napisać list. Jego pierwszy, w którym przyzwał Jamesa do Hogwartu, mówiąc mu, że obaj jego synowie chcieliby go zobaczyć podczas drugiego zadania, zawiódł. James się pojawił, ale pozwolił się Harry'emu tak przycisnąć, że z poniżającą pokorą zgodził się na wszystkie jego warunki. Albus potrzebował kogoś, kto zobaczy, jakim zagrożeniem może się stać Harry i będzie miał siłę mu pomóc.

Przychodził mu na myśl tylko jeden człowiek, który byłby w stanie uwierzyć w jedno i posiadać drugie, ale był to ktoś, z kim Albus nie rozmawiał od tak dawna, że od lat podejrzewał już, że ich kontakt umarł na zawsze.

Ale to był nagły wypadek. Ten chłopiec był kimś gorszym niż tylko niedorosłym, Mrocznym Panem; był kimś, kto mógłby zniszczyć całą, ciężką pracę Albusa, oskarżając go o znęcanie się nad dziećmi, a następnie pożerając jego magię. A potem spróbuje kierować światem czarodziejów, co nie było zadaniem, którego powinien podejmować się czternastoletni czarodziej i ostatnie, piękne rzeczy, które Albus kochał na tym świecie i walczył o nie zajadle od tak wielu lat, obrócą się w ruinę.

Albus usiadł i napisał list. Nie starał się zataić żadnej prawdy. Wyznał wszystkie swoje błędy i dodał wszystkie sprawy, które mogłyby sprawić, że jego stary przyjaciel zacznie źle o nim myśleć, po czym załączył prośbę o pomoc. Zapieczętował list, po czym wysłał go szkolną sową, niezmiernie tęskniąc za Fawkesem. Fawkes odbyłby tę podróż w kilka sekund i wróciłby do niego z odpowiedzią równie szybko, o ile jego stary przyjaciel byłby w ogóle w nastroju do pisania. Albus będzie musiał poczekać na jego odpowiedź.

Obawiał się jednak, że pod tym względem nie miał tego czasu za wiele.


Marzec

Albus położył delikatnie list na stół. Jego stary przyjaciel spędził kilka tygodni na pisaniu tej odpowiedzi, ale Albusa to nie zdziwiło. Pewnie musiał to przemyśleć, a był już bardzo stary, więc nie ruszał się też zbyt szybko.

Dobrze, że list przybył akurat tego dnia. Albus zobaczył, jak chłopiec rozmawia z wężami w Wielkiej Sali, z Wielu, które były wolne od kolejnej roztrzaskanej sieci. Chłopiec niszczył świat czarodziejów na oczach Albusa. Wielu tak łatwo mogłoby ukąsić dowolną liczbę dzieci, które akurat siedziały w Wielkiej Sali. Oczywiście, Harry, przy całych swoich pomylonych ideałach, w ogóle się tym nie przejmował i na szczęście do niczego nie doszło.

Ale tak niewiele brakowało.

Niezdolny do odciągania tego dłużej, Albus otworzył kopertę i przeczytał schowany w środku list.

Stary przyjacielu,

Jestem zaskoczony, że dopiero teraz skontaktowałeś się ze mną w tej ważnej sprawie. Od samego początku powinienem był stać u twojego boku, oferując ci porady i kierując cię w twojej trosce o tego młodego Lorda.

Obawiam się, że może już być za późno, tak jak mnie ostrzegłeś, ale zaoferuję ci dwie sugestie. Jedna, żebyś był subtelny. Poruszaj się tak powoli jak to możliwe, mimo całego swojego strachu o to, że młody Harry może cię oskarżyć lada dzień. Gdyby to naprawdę miało nastąpić "lada dzień", to myślę, że już by to zrobił. Z tego, co mi powiedziałeś o tym, jak go wychowałeś, jego impuls wybaczania biegnie głęboko. Da ci czas, ponieważ wciąż możesz mu się przydać w nadchodzącej wojnie i będzie w stanie zignorować wszelkie zbrodnie, które popełniłeś przeciw niemu, tak długo, jak dotyczyć one będą wyłącznie jego samego.

Moją drugą sugestią będzie przypomnienie ci dyscypliny, której cię kiedyś nauczyłem. Najpotężniejsze i największe bronie dobrze się reprezentują na polu bitwy, ale ostrożne upewniają się, że do bitwy w ogóle nie musi dojść. Byłeś za delikatny z Tomem Riddle'em i zbyt okrutny wobec młodego Harry'ego. Rusz więc środkową ścieżką i siej mgłę.

Z całym moim uczuciem,

Twój stary nauczyciel

Albus westchnął i odłożył delikatnie list na bok. Te wieści nie były aż tak dobre, jak te, na które miał nadzieję – gdyby jego nadzieje się spełniły, to jego stary przyjaciel już by stał u jego boku – ale otrzymał bardzo sensowną radę. Dzięki niej zdołał się zdystansować do wszystkiego i spojrzeć na sprawy racjonalnie, dzięki czemu zobaczył, że trzeba kogoś drastycznie innego od Harry'ego, żeby oskarżenia o jego pomyłki faktycznie były realnym zagrożeniem. Harry pozwolił się sprawom toczyć swoim torem już od niemal miesiąca.

Siej mgłę.

On zawsze miał najlepsze porady, pomyślał Albus z rozbawieniem, po czym zabrał się do roboty, choć raz w życiu pozostając subtelnym.


Kwiecień

Ten dzień musiał poświęcić na odbycie żałoby po starych towarzyszach.

Tego dnia upewnił się, że stracił Minerwę na zawsze.

Albus siedział, zamyślony, przed kominkiem i przyglądał się szklance ognistej whisky. Lśniła, kiedy kiwał nią lekko na boki, podłapując kolory płomieni. Albus przełknął jej odrobinę, wspominając stare pola walki, stare bitwy, poległych i tych co przeżyli.

Minerwa McGonagall przybyła do Hogwartu na parę lat przed Tomem Riddle'em, z oczami jasnymi i lśniącymi od determinacji godnej najbardziej agresywnych ze świetlistych, czystokrwistych linii. Albus pamiętał powiedzenia, których nauczył się za młodu i było w nich wiele prawdy: zwracasz się do Starrise'ów po piękne słowa, do Gloryflowerów po mądrość, a do McGonagalli przez wzgląd na ich przeklęty upór i niechęć do poddania się.

Trafiła do Gryffindoru. Tam właśnie należała. Miała naturalny talent do transmutacji. Zasługiwała na niego. Nie miała nic do ukrycia, nie kryła się w cieniu, nawet jeśli jej forma animagiczna była kotem, stworzeniem cieni i tajemnic. Stała się jednym z najmłodszych animagów odnotowanych w historii, zanim jeszcze umilkły pierwsze echa po wojnie z Grindelwaldem i Albusa w żaden sposób to nie zaskoczyło. Minerwa McGonagall zawsze wybijała się z tłumu. To właśnie dzięki połączeniu świadomości tego, gdzie było jej miejsce, podziwu i nadziei na zyskanie jej przyjaźni sprawiły, że zatrudnił ją na pozycję nauczycielki transmutacji w chwili, w której ta pozycja się zwolniła, no i oczywiście, że musiała zostać głową domu Gryffindora; nikt inny nie pasował na to miejsce.

Na polach bitewnych radziła sobie zupełnie jak jej imienniczka: prowadziła ludzi do boju, organizowała wycofania się, ratowała rannych towarzyszy i w złości transmutowała wielu śmierciożerców w ryby, które znajdowały się daleko od wody. Albus uważał ją za wojownika najlepszego rodzaju. Nigdy nie zapominała, że w ostatecznym rozrachunku przez cały ten czas walczyli o pokój i z przyjemnością zostawiła żar bitwy za sobą, przyjmując spokój z otwartymi ramionami, jak tylko ten nastąpił.

Była dokładnie tym rodzajem człowieka, który był w stanie przyjrzeć się poplątanym gniazdom i węzłom z osłon, które Albus wypełnił własną mocą, tak żeby mieć pewne elementy szkoły bardziej pod własną kontrolą, po czym podnieść przepełniony oskarżeniem wzrok na niego i sprawić, że poczuł się, przynajmniej przez chwilę, malutki i skulony, niczym mysz pod jej łapą.

– Za nieobecnych przyjaciół – powiedział cicho Albus. – Za tych poległych. Oraz za tych, których ścieżka ostatecznie zawiodła w inne miejsce od mojego.

Przełknął resztę ognistej whisky w jednym łyku, odsuwając od siebie swoje żale i przesuwając się niechętnie na pozycję, z której będzie musiał uznać Minerwę za swojego wroga.


Maj

Albus siedział w swoim gabinecie z zamkniętymi oczami i ostrożnie przesiewał mgłę.

Większość przymuszenia polegała na bezpośrednim, potężnym uderzeniu. W ten sposób zwykle używał jej Tom. Można było też dzierżyć ją niczym bicz, strzelając nią do czyjegoś umysłu i momentalnie zabierając ją z powrotem. Można też używać jej podświadomie, jak robił to Connor Potter, zanim odkrył, że ma ten dar, ale to zazwyczaj sprawiało, że otaczający przymuszającego ludzie nabierali szybko podejrzeń.

Istniały znacznie subtelniejsze metody wykorzystywania tego daru. Albus zwykle podłączał go pod swój głos. Było mu nieprzyjemnie, kiedy po raz pierwszy przemówił do ludzi i zobaczył, jak wszyscy momentalnie zaczynają się zgadzać z jego przekonaniami, ale jego stary przyjaciel przekonał go, że to nie jest takie złe. Wiele tak zwanych mrocznych darów wcale nie było mroczne, nie tak naprawdę. Nie były też świetliste, tak w gruncie rzeczy. Największe znaczenie przy ich użyciu leżało w intencjach tego, kto ich używał. Mrok może się z początku wydawać przede wszystkim przymuszeniem, ale potem człowiek zdawał sobie sprawę z istnienia innych definicji – dzikości, oszustw, samotności. Świat zawsze był bardziej skomplikowany od tego, co się ludziom wydawało.

Dlatego też Albus rozprzestrzeniał swoje przymuszenie jako bardzo cienką, łagodną mgłę, która rozprzestrzeniała się po zamku, mieszając z powietrzem, nie bardziej zauważalna od przelotnego zapachu dochodzącego z kuchni. Ludzie mogliby obrócić głowy, odkryć, że ich pragnienia zaczynają się przechylać w jednym, albo drugim kierunku, po czym otrząsną się z tego i ruszą dalej przed siebie.

Tak przynajmniej było przez większość czasu. Im więcej przymuszenia wymiesza się z powietrzem, stanie się z nim jednym, tym częściej każdy z uczniów czy członków grona pedagogicznego, będzie go wdychało. Ich pośpieszne oddalanie się od niego tylko zaniesie ich głębiej w mgłę. Niczym uczucie wiatru od normalnego przymuszenia, ta mgła wymiesza się z ich myślami i będzie przebywać pośród nich, niewykrywalna, ale skłaniać ich bardziej ku zgadzaniu się z opiniami Albusa.

To było ryzykowne przedsięwzięcie, ponieważ nie było to przymuszenie z prawdziwego zdarzenia; sprawiało tylko, żeby ludzie stawali się bardziej podatni na sugestie, a nie poddawało ich kontroli. Właśnie dlatego, z tego co Albusowi było wiadomo, Tom nigdy nie korzystał ze swojego przymuszenia w ten sposób, nawet jeśli był do tego zdolny. Zajmowało to za dużo czasu i nie było dla niego wystarczająco imponujące. Zamiast czekać całe lata stopniowego zwiększania swojej kontroli, z której może nic nie wyniknąć, Tom wolał wykonać jeden, krwawy rajd i zastraszyć wszystkich.

Albus jednak uważał, że w tym momencie to jest najlepsze, co może zrobić. Miał na to czas, bo już nie wierzył, że Harry go lada moment zrzuci z posady dyrektora. A przymuszenie było tak delikatne i cienkie, że nie zostanie wykryte przez nikogo, kto sam nie był mistrzem przymuszania. W dodatku nie wywrze ono wpływu na umysły skierowane stanowczo przeciw niemu – Harry'ego, Severusa, Minerwy – na długo, jeśli w ogóle. W ten sposób ci się nie domyślą, że w ogóle cokolwiek się dzieje.


Czerwiec

Albus przesłonił dłonią oczy i przyglądał się wschodzącemu słońcu. Stał na wieży astronomicznej na dzień przed trzecim zadaniem. Egzaminy zakończyły się już kilka dni temu, ale uczniowie pozostali w szkole, zaciekawieni tym, jak się skończy turniej.

Tak wiele wydarzyło się w przeciągu kilku ostatnich miesięcy, że Albusowi aż ciężko było uwierzyć, że kiedyś myślał o turnieju jako o swoim największym problemie na ten rok.

Usłyszał za sobą kroki i odwrócił się, żeby zobaczyć jak Sybilla Trelawney podchodzi do niego. Zadrżała, mimo, że o tej porze roku nie było zimno nawet rano, po czym złapała za szal, który otulał jej głowę.

– Jestem tu jak pan prosił, dyrektorze – powiedziała z tonem, w którym tlił się ogień żałosnego buntu, a który okazywała mu jako jedyna z całego grona pedagogicznego. Albus uważał to za najbardziej prawdziwy obraz jej wnętrza.

Przyjrzał się jej łagodnie. Mógł sobie pozwolić na dobroć względem ofiar tego świata, a Sybilla Trelawney z pewnością się do nich zaliczała. Uważał tak od chwili, w której zatrudnił ją po jej pierwszej wypowiedzianej przepowiedni, a z czasem nabrał do niej jeszcze więcej współczucia. To nie może być przyjemne, kiedy czyjś dar widzenia zostaje niespodziewanie tak ograniczony.

– Chciałbym jeszcze raz usłyszeć tę przepowiednię, Sybillo, jeśli ci to nie przeszkadza – powiedział cicho.

Wieszczka westchnęła, po czym zapatrzyła się prosto we wschodzące słońce, nie mrugając, mimo, że światło musiało kłuć ją w oczy. Kilka dni wcześniej wykonała przepowiednię, którą udało jej się nawet zapamiętać, więc teraz ją wyrecytowała, a jej głos zrobił się beznamiętny i monotonny.

Po trzykroć pierwsza los wije swój kręty,
Trzykrotnie nadejdzie wyboru czas i skutek
Wrogów swych wprawi w bezruch ciszy zaklęty
Aby Mroku śmiech był dziki i Światła znikł smutek.

Burza co nadciąga na dwie się pomnoży
Dwie w dniu się objawią, dwie w jednym przyjdą roku
Jedna mroczna, blask księżyca jej nie rozproszy
Druga światłem gorzejąca zmąci miejsca spokój

Jedna po drugiej, los każdej się dokona
Jedno ich duszą i jedno ich sercem
Mojego wieszczenia rola już spełniona
Za tych słów wyjątkiem, co o nim są wersem.

Trelawney zakończyła z ciężkim westchnieniem. Albus stał w milczeniu przez chwilę, z lekko pochyloną głową.

– Powiedz mi, Sybillo – odezwał się wreszcie – czy słyszałaś o tym, co może oznaczać pojawiająca się w przepowiedni burza?

– Pojawia się w nich wyłącznie jako zapowiedź czegoś innego, dyrektorze. – Głos Trelawney wrócił do typowego dla siebie napuszenia. – Zazwyczaj są metaforami dla bitew, oczywiście. Zwykłe wydarzenia atmosferyczne nie mają miejsca w przepowiedniach.

Albus kiwnął głową. Domyślał się tego zanim się jeszcze odezwała.

– I pewnie nie masz pojęcia, co może oznaczać pierwsza zwrotka?

Trelawney przestąpiła niespokojnie z nogi na nogę.

– Słyszałam o innych przepowiedniach, w których pojawiał się "pierwszy, co los wije swój kręty", dyrektorze.

– I?

Trelawney przełknęła ślinę.

– To zawsze w jakiś sposób nawiązywało do węża. Często potomka Slytherina, albo nawet do samego założyciela; jedna z nich przepowiedziała, że córka z jego linii odnajdzie jego pierścień w piętnastym wieku. Inna przewidziała walkę Lorda Golddiggera ze smokami na wybrzeżu Walii. W każdym razie coś związanego ze żmijami.

Tom. Albus nie mógł powiedzieć, że to go w jakikolwiek sposób zaskoczyło, chociaż pewnie będzie musiał jeszcze trochę podumać nad tą przepowiednią, żeby wyciągnąć z niej wszystkie jej sekrety. Tęsknił za oczywistymi przepowiedniami, które mówiły mu wprost, co należało zrobić, tak jak to było w przypadku dzieciństwa Connora i Harry'ego. Te rymujące się zawsze były trudniejsze do rozgryzienia.

Wciąż może się nam przydać w przyszłości, nawet jeśli jej kolejne przepowiednie będą już dotyczyły wyłącznie Toma.

– Dziękuję, Sybillo – powiedział i patrzył, jak Trelawney odchodzi pośpiesznie z ulgą. Powrócił do przyglądania się wschodowi słońca.

Będzie musiał poruszać się bardziej ostrożnie niż to robił w przeszłości. Wiedział już o tym od miesięcy.

Ale przynajmniej teraz był pewien, że wszystko szło tak, jak sobie tego życzył – w jednym wypadku dlatego, że miał pod ręką broń zbyt subtelną, żeby Harry podejrzewał w ogóle jej istnienie, a w drugim dlatego, że teraz miał przewagę wiedzy na temat przepowiedni, o której nie wiedział nikt inny.

Zaczął się obracać w kierunku schodów i zamarł, mrużąc oczy. Wydawało mu się, że kątem oka, przez ułamek sekundy zobaczył ciemną postać. Gdyby miał polegać wyłącznie na swoich przeczuciach, to powiedziałby, że była to kobieta odziana w czarne szaty, pachnąca dymem i ogniem.

Był też niemal przekonany, że w uszach pojawiło mu się odległe echo smoczego ryku.

Dotknął jednak osłon i uspokoił się. Wciąż miał swoich małych szpiegów, kryjących się pośród tych, które Minerwa pozornie sobie oswoiła i dowiedział się od nich, że żadna postać, kobiety czy kogokolwiek innego, nie pojawiła się w tej części wieży.

Albus ruszył na śniadanie krokiem pewnym siebie i statecznym. Kosztowało go to trochę niepewności i stracił trochę w oczach czarodziejskiego świata, ale wreszcie mógł wrócić do gry.