Ważna informacja, proszę, przeczytajcie: Począwszy od tego rozdziału zaczyna się zakończenie WCNZS, które będzie trwało aż do rozdziału siedemdziesiątego. To oznacza, między innymi, że pod koniec tego rozdziału znajduje się ZAJEBIŚCIE POTĘŻNY CLIFFHANGER, a następne dwa po nim będą niewiele lepsze. Zaraz po tym rozdziale też wszystko stanie się znacznie bardziej mroczne i nieprzyjemne. Jeśli nie lubicie cliffhangerów, albo nie lubicie czekać z napięciem przez kilka dni, to poczekajcie chwilę, zanim się za to zabierzecie. Nie będzie mi to przeszkadzało. (Spodziewam się również, że po następnym rozdziale wielu ludzi po prostu rzuci ten fik w diabły i przestanie go czytać, więc, no, teges).
Oprócz tego – mam nadzieję, że Wam się spodoba! Ten ogromny tom wreszcie zbliża się ku końcowi.
Rozdział sześćdziesiąty: Dzień najdłuższego światła
Dokładnie rok temu, pomyślał z podziwem Harry, kiedy razem z Jamesem i Connorem szli z łódkami w rękach w kierunku fal rozbijających się o northumberlandzką plażę. Dokładnie rok temu, co do dnia, wykonaliśmy ten rytuał ostatnim razem.
Zatrzymał się na moment, żeby podnieść głowę i nacieszyć się widokami i zapachami otaczającego go świata. Mewy znów wzbijały się wysoko i zdawało się, że tego dnia było ich jakoś więcej, zupełnie jakby i one wyczuwały miniony rok i oddawały mu salut swoimi skrzekami. Fale rozbijały się o plażę i cofały z sykiem z intonacją, która stawała się Harry'emu znajoma przez sposób, w jaki zdawała się naśladować bicie jego serca. Piana lśniła oślepiająco w świetle słońca, które wyglądało, jakby siedziało na falach, wypełniając całe niebo na wschodzie oszałamiającą burzą kolorów. To było przesilenie letnie, najdłuższy dzień w roku, dzień najdłuższego światła.
Dzień trzeciego zadania.
Harry obrócił się, żeby móc iść przez chwilę tyłem i przyjrzeć się Connorowi. Ręce jego brata się nie trzęsły, nawet jeśli on sam był blady jak ściana i czasem nabierał odległego, zamyślonego spojrzenia w oczach, jakby wyobrażał sobie całą zgrozę, jaka może go niebawem przytłoczyć. Harry go za to nie winił. Ani pierwsze, ani drugie zadanie jak do tej pory nie minęło bez dodatkowych atrakcji.
Do brzegu dotarli, na szczęście, bez problemów, z czego Harry był rad. Connor nie był w tym momencie reprezentantem, a on sam nie był zmartwionym, znerwicowanym bratem. Obaj byli po prostu Potterami, słuchającymi jak James podnosi mały statek, który stworzył z okazji tegorocznego rytuału i zaczyna mówić.
– To jest święty czas. To jest czas najdłuższego Światła.
Harry z przyjemnością zauważył, że głos jego ojca był spokojniejszy niż w zeszłym roku; wtedy miał zaraz rozpocząć wakacje z synami, o których prawie nic nie wiedział, a którzy dopiero co zobaczyli na własne oczy śmierć ojca chrzestnego i przyjaciela rodziny. Teraz jednak wszyscy stali się silniejsi po wszystkim, przez co musieli przejść i ostatnio układało się między nimi coraz lepiej. Harry wiedział, że Connor zdał swoje egzaminy i pogodził się z Parvati po ich niedawnej kłótni. Jeśli tylko uda mu się przejść przez trzecie zadanie bez przynoszenia Hogwartowi hańby, to uzna to pewnie za dobre zakończenie roku.
Harry zaś...
Harry wzruszył ramionami, wchodząc za swoim ojcem do wody, która zalała mu kostki niczym mroczna magia, zachęcając go do wejścia głębiej. Też lepiej sobie radzę, a przynajmniej północne gobliny nie wysłały mi wyjców, a nadopiekuńczość Draco nie jest już tak irytująca jak była kiedyś.
– To jest poranek przesilenia letniego, czas, kiedy słońce świeci najmocniej, pokrywając świat magią w miarę wschodzenia. – James niemal wyszeptał te słowa, kładąc łódeczkę na wodzie.
Tym razem fala momentalnie podniosła ją wyżej. Jej maszt nie był wykonany z cisowej gałązki, ale laurowej, a Harry nie miał pojęcia skąd James ją wytrzasnął; na terenach otaczających Lux Aeternę nie rosły żadne wawrzynowe krzewy. Jej żagiel był wykonany ze starego płótna malarskiego, miękkiego i czarnego, ale jego brzegi były jasne i lekko poszarpane.
Czarny żagiel wydął się i odbił lekko promienie słoneczne. Harry zorientował się, że boki płótna podłapały światło tak mocno, że wyglądały, jakby płonęły. Promyk słońca objął łódkę, po czym podniósł ją, tak że ta ledwie muskała fale na swojej drodze na wschód.
Na twarzy Jamesa pojawił się uśmiech.
– Nasze łódki wypływają – szepnął – by powitać słońce, by oddać mu cześć, tak jak kiedyś my sami wypłynęliśmy ze słońca podczas poranka letniego przesilenia.
Harry przyklęknął i sprawił, że ta deklaracja stała się prawdziwa nie tylko dla jednego Pottera, ale dwóch. Łódka Connora dołączyła do ich w chwilę później, niemal wyskakując mu z rąk. Harry nie był pewien, czy było to spowodowane chęcią jego brata do przyłączenia się do rytuału, czy też może dreszczem, który go w tym momencie przeszedł.
Harry podsunął się do niego i złapał za lewą rękę, po czym tak po prostu stał obok, trzymając jego dłoń, kiedy razem patrzyli jak ich łódki płyną tą samą, oświetloną promieniami słońca ścieżką, co Jamesa. Harry był pewien, że wciąż był w stanie zobaczyć czarny żagiel łódki swojego ojca na długo po tym, jak ta zniknęła, ale w końcu stracili już wszystkie z oczu i nie mógł już dłużej udawać.
– Boję się – szepnął Connor.
Harry poczuł, jak serce mu mięknie na myśl, jak wiele Connora musiało kosztować przyznanie się do czegoś takiego. Nie byłby w stanie tego zrobić w wieży Gryffindoru i zazwyczaj nawet by tego nie chciał. Harry obrócił się ku niemu i przytulił go, obejmując go za ramiona.
– Pamiętasz swoje zaklęcia pojedynkowe? – zapytał.
– Tak. Nie o tym mówię. – Connor zadrżał. – Jeśli zapomnę zaklęcia, to sam sobie zasłużę na to, co mnie spotka, zwłaszcza po tym, jak długo i ciężko ze mną nad tym pracowałeś. Boję się jednak, że stanie się coś nieoczekiwanego. Że się ośmieszę przed całą szkołą. Że... – Urwał z lekkim westchnieniem.
Harry poderwał szybko wzrok, upewniając się, że James wciąż utrzymuje swój dystans, ale ten tylko przyglądał się wschodowi słońca z rękami schowanymi w kieszeni i pozornie nie zdawał sobie sprawy z tego, co robią jego synowie. Harry miał jednak wrażenie, kiedy dotykał delikatnie blizny w kształcie serca na czole Connora, może jednak dokładnie wiedział, co się dzieje i uprzejmie oferował im trochę przestrzeni. To by bardziej pasowało do tego, jak James ostatnio się wokół nich zachowywał.
– Że znowu będziesz musiał mnie uratować – wymamrotał Connor.
– Wcale nie musiałem cię ratować podczas pierwszego zadania – zauważył Harry. – Smoki skrzywdziłyby wszystkich, nie tylko ciebie.
Connor wydał z siebie dźwięk, który znajdował się gdzieś pomiędzy prychnięciem, szlochem i parsknięciem.
– Drugie zadanie było wystarczająco koszmarne pod tym względem, dzięki. – Zawahał się na dłuższą chwilę. – Wiem, że nie mogę cię zmusić do obiecania mi, że w ogóle nie będziesz się wtrącał, ale proszę, nie rób tego tylko dlatego, że będzie ci się wydawało, że mogę się znaleźć w niebezpieczeństwie, dobrze?
– Oczywiście – powiedział Harry i przez chwilę przycisnął go mocniej do siebie, po czym wreszcie puścił. – No, chodź. Zdaje się, że tata chce jeszcze zjeść z nami śniadanie.
Connor wygrzebał się z wody, jedną ręką ocierając po drodze oczy. Harry wiedział, że ten gest był po to, żeby otrzeć jakiekolwiek łzy, które mogły się nagromadzić w jego oczach. Connor miał obsesję na punkcie bycia silnym, a silni chłopcy nie płaczą. Właściwie, to uśmiechnął się do Jamesa tak olśniewająco, że aż w odpowiedzi uśmiech Jamesa zmarkotniał nieco, jakby ten próbował ustalić, czego Connor może od niego chcieć.
– Powiedziałeś, że zjemy na plaży śniadanie – przypomniał mu Connor. – To jak z tym będzie?
James odprężył się.
– Oczywiście – powiedział, po czym kiwnął głową w kierunku koszyka piknikowego, który stał nieco dalej, na piasku. Twarz Connora pojaśniała, a on sam szybko dopadł do kosza i wyciągnął z niego świeże jabłka, owinięte w plastry sera, które brązaczki zapakowały im na drogę. Harry'emu przypomniało się, że Connor spędził z Jamesem ostatni weekend i jak wrócił do Hogwartu to nie był w stanie przestać zachwycać się tym przysmakiem. Samemu Harry'emu nie wydawało się, żeby ser dobrze się łączył z jabłkami, ale jeśli będzie to w stanie odciągnąć jego myśli na jakiś czas od tego, co ma się stać pod wieczór, to niech ich wcina ile wlezie.
– Harry.
Harry obrócił się i spojrzał spokojnie na Jamesa. Ich ojciec przygryzał wargę, przez co przypominał Connora jeszcze bardziej niż zwykle. Przyglądał się Harry'emu uważnie, jakby się spodziewał, że ten lada moment eksploduje, albo zmieni kolor na zielony, albo sprawi, że któraś z tych rzeczy stanie się jemu samemu.
– Co się stało? – zapytał Harry, kiedy gapienie nie ustawało przez jakiś czas. Skoro James o tym zagadał, to musiało to być coś ważnego. Zwykle, kiedy przebywali tylko we własnym towarzystwie, pozwalał Harry'emu na prowadzenie rozmowy.
James odetchnął raptownie.
– Twój brat zapytał mnie o to w poprzedni weekend – powiedział wreszcie – i zmusił mnie do obiecania, że podam ci moją odpowiedź.
Harry zamrugał. Connor nie wspomniał mu o żadnym ważnym pytaniu.
– W porządku – powiedział.
– Wciąż kocham twoją matkę.
Harry poczuł, jak ramiona mu się spinają w pozycji obronnej na jakiekolwiek wieści o jego matce, ale potem nakazał się sobie uspokoić. James nie miał zamiaru karać Lily w sposób, w jaki planowała to zrobić cała ich reszta. Wiedział co nie co o tym, co Lily zrobiła i to, najwyraźniej, nie zabiło jego miłości do niej. To oznaczało, że Harry może mieć kolejną osobę, przy której może się czuć bezpieczny, jak przy Draconie – kogoś, kto zna prawdę, ale ma zamiar się pod tym względem zachowywać racjonalnie.
– W takim razie czemu wciąż żyjecie w separacji? – musiał zapytać, bo z tego co wiedział, James już od półtora roku nie starał się skontaktować z Lily, ani jej też nie odwiedzał.
– Zaczęliśmy do siebie pisywać – powiedział James. – Chcieliśmy wszystko omówić między sobą, zanim się znowu zobaczymy. No, przynajmniej ja chciałem, a ona się w końcu na to zgodziła. Wciąż przejawia pewne zachowania, pod względem których ciężko mi się z nią rozmawia. – Wbił wzrok w Harry'ego. – Zwłaszcza te dotyczące ciebie.
Harry kiwnął głową. Spodziewał się tego. Cisnął emocjami, które krążyły wokół niego na wspomnienie o Lily do basenów rtęci. Poradzi sobie z tym.
– I jak ci się wydaje, w którym jesteście punkcie negocjacji?
– W sumie sam nie wiem – powiedział James. – Jak tak dalej pójdzie, to może ją odwiedzę jakoś w okolicach sierpnia, może trochę później.
Harry znowu kiwnął głową. Jego oddech był przyśpieszony, a jemu samemu zaczęło się kręcić w głowie. Nie był pewien, czemu. Przecież to była decyzja, która dotyczyła wyłącznie Jamesa. Nie miała z nim nic wspólnego. A jego ojciec podchodził do sytuacji z otwartymi oczami. Nie pozwoli się znowu w ten sposób oszukać. Pragnął tylko pogodzić się z tak wieloma ludźmi jak to było możliwe i czemu niby miałby tego nie robić? Harry sam spotkałby się ze swoją matką, gdyby tylko był silniejszy i miał na to odwagę.
– Nie poproszę cię, żebyś ją ze mną odwiedził – powiedział cicho James. – Nie zrobię tego, o ile sam mnie nie poprosisz, żebym cię ze sobą zabrał. Obiecuję. Nie będę cię podstępem wrzucał do zamkniętego pomieszczenia z nią. Nie ufam jej i nie zostawię was samych nawet na chwilę. Nie musisz jej w ogóle już nigdy widzieć, Harry. Nie oczekiwałbym tego od ciebie.
Harry pochylił głowę.
– Dziękuję. Prawda jest taka, że choć mam zamiar cię odwiedzić w te wakacje w Lux Aeternie, to nie sądzę, żebym był gotów do zamieszkania tutaj, więc możesz ją tu sprowadzać tak często jak sobie życzysz, o ile uprzedzisz mnie o jej odwiedzinach odpowiednio wcześniej, żebym zdążył się wynieść na czas. – Obrócił głowę i spojrzał na kosz piknikowy. Wiedział, że znajdują się w nim kanapki z peklowaną wołowiną, ale nie był już pewien, czy ma na nie ochotę. W żołądku mu się wywracało i musiał przełknąć kilka razy ślinę, żeby przekonać resztki wczorajszej kolacji do pozostania w środku.
– A gdzie indziej masz zamiar... – James przerwał sam sobie. – Och. Chcesz zostać w Hogwarcie, z nim, co?
Dźwięk jego głosu ściągnął Harry'ego z powrotem na ziemię i Harry nagle był rad, że zmusił Jamesa do nie wspominania w listach o Snape'ie. Złość i coś, co brzmiało jak zazdrość wciąż bulgotały zaraz pod powierzchnią jego słów. Gdyby rozmawiali bardziej otwarcie o Snape'ie w listach, to ich wymiana pewnie szybko dobiegłaby końca, a Harry naprawdę chciał rozwijać swoje relacje z Jamesem. Chciał, żeby wszystkie pęknięte elementy jego życia w końcu się zaleczyły, tak bardzo jak są w stanie to zrobić, a James się naprawdę starał. Niesprawiedliwie byłoby go oceniać za to potknięcie.
– Nie wiem – przyznał Harry. – Raczej nie spędzę tam całych wakacji. Malfoyowie też mnie do siebie zaprosili. – Pojawiło się również trzecie zaproszenie, ale Harry odłożył je na bok bez przeczytania go do końca i napisał uprzejmą odmowę. Nie było mowy o spędzaniu całych wakacji w Sanktuarium, nawet jeśli będzie w stanie zobaczyć się tam z Peterem i Remusem. Nie potrzebował, żeby ludzie przyglądali się jego duszy i informowali go, jak ma co naprawić. Poza tym, znajdzie się zbyt daleko od swoich sojuszników i całej reszty świata, która może potrzebować jego pomocy.
– Och. – James westchnął. – Harry, nie ściągnąłbym twojej matki do Lux Aeterny bez uprzedniego ostrzeżenia cię. Obiecuję.
– Wiem – powiedział Harry, uśmiechając się do niego lekko. – Ale wciąż nie chcę tu spędzić całego lata.
– Czemu nie? – Tym razem przez głos Jamesa przebiło się nieco jego frustracji. – Wciąż mi nie ufasz?
– Nie – powiedział Harry i pozwolił Jamesowi przetrawić tę informację, kiedy sam ciągnął dalej. – A głównym problemem byłyby osłony. Przepuszczą Dracona, ale nie Snape'a, tak samo jak większości moich sojuszników, z którymi pewnie będę potrzebował utrzymać kontakt.
James odwrócił od niego wzrok, marszcząc brwi.
– Nie rozważysz opuszczenia ich? – zapytał Harry.
– Nie mogę – powiedział James. – Osłony nie są do końca pod moją kontrolą. Są częścią natury Lux Aeterny jako rudymentu. Nie opadną, póki nie wydam im szczerego rozkazu, by to zrobiły, a takie podświadome, długotrwałe nienawiści zawsze wchodzą czemuś takiemu w drogę, niech je szlag trafi, kurwa mać. – Harry zachichotał wbrew sobie, słysząc jak jego ojciec klnie. Jamesowi wymykało się wulgarne słownictwo tylko, kiedy się dąsał, inaczej nigdy sobie na to nie pozwalał. – Mogę ci powiedzieć, że pogodziłem się ze Snape'em, ale osłony będą wiedziały na pewno, czy tak jest czy nie i nie opadną, jeśli wyczują, że coś jest nie tak.
Harry kiwnął głową. Spodziewał się tego i ciężko było mu winić za to swojego ojca. Sam też miał problemy z podświadomymi inklinacjami i bazującymi na nich testami, inaczej znalazłby jakiś sposób na wyzwolenie północnych goblinów bez uciekania się do tego durnego planu, który mu przyszedł w pierwszej kolejności do głowy. Do tego nie tęskniłby z taką desperacją za więzią z Draconem od chwili, kiedy ją przerwał o północy, szóstego czerwca. Powinien być w stanie zwalczyć w sobie swoje słabości, ale nie mógł.
Jak niby miałby złościć się o to, że inni ludzie też nie są w stanie tego zrobić?
– Haho – zawołał Connor ustami niemal przepełnionymi i kompletnie zaklejonymi. Wygląda na to, że dorwał się do słoika z masłem orzechowym, pomyślał Harry z rozbawieniem. – Hahy. Hecie he mną ho hniahanie, hy nie?
James ścisnął ramię Harry'ego.
– Po prostu chciałem, żebyś o tym wiedział – szepnął. – Że mogę w jakimś momencie spotkać się z twoją matką, porozmawiać z nią.
Harry zmusił się do odetchnięcia.
– Mam nadzieję, że tak będzie – powiedział, ostrożnie kontrolując emocje, które chciał wlać w te słowa. – Oboje zasługujecie na szczęście. – I tak było, powiedział sobie. Zemsta nikogo daleko nie zaprowadzi. Sam z własnej woli nigdy więcej się nie zobaczy z Lily, ale był w stanie się cieszyć, w pewien abstrakcyjny sposób, na myśl, że ona gdzieś tam sobie żyje szczęśliwie, z dala od niego.
– To może weźmiemy się za to śniadanie, co?
Harry kiwnął głową i ostatecznie zdołał wmusić w siebie kanapkę z peklowaną wołowiną i kilka kawałków sera z jabłkiem, które Connor tak strasznie uwielbiał, mimo, że w tym momencie jego apetyt zniknął niemal całkowicie.
Harry poruszył się niespokojnie i starał się nie oburzać na Dracona, kiedy ten momentalnie poprawił ułożenie swoich rąk, tak by te wciąż obejmowały luźno Harry'ego. Siedzieli na ślizgońskich trybunach, ustawionych zaraz za granicą labiryntu, w którym miało się odbyć trzecie zadanie, a Draco celowo zajął miejsce za i trochę ponad Harrym, tak żeby mógł go przytulić. Harry zadrżał i znowu zaczął się wiercić. Chciał być wolny, gotów do ruchu, tak żeby mógł w każdej chwili pomóc Connorowi, jeśli ten będzie tego potrzebował.
W żaden sposób nie pomagał fakt, że znajdowali się poza labiryntem i nie byli w stanie zobaczyć tego, co się wydarzy w środku, ale z drugiej strony Harry podejrzewał, że widownia nie mogła mieć też pojęcia o czymkolwiek, co się wydarzyło pod wodą. Poza tym, miał przygotowane zawczasu zaklęcie, które się tym dla niego zajmie. Harry dotknął swojej różdżki, którzy przyniósł ze sobą w kolejnej próbie przyzwyczajenia się z powrotem do używania jej i wstał, jakby to miało mu w jakiś sposób pomóc zerknąć ponad żywopłotem.
– Connor nawet nie wszedł jeszcze do środka – powiedział mu Draco do ucha, po czym szarpnął nim w dół tak, że Harry niezgrabnie opadł z powrotem na ławkę. – I wydaje mi się, że nic mu nie będzie. Strasznie długo go trenowałeś.
– No nie wiem – szepnął Harry nieszczęśliwie.
Zmierzchało już, ale Draco miał rację; żaden z reprezentantów nie wszedł jeszcze do labiryntu, a co dopiero Connor. Niebo dopiero co zaczynało nabierać bogatej, głębokiej purpury, którą Harry kojarzył z letnimi zachodami słońca nawet kiedy był jeszcze mały. Powietrze było gęste i ciepłe, wypełnione podekscytowaną paplaniną uczniów ze wszystkich trzech szkół, którzy przyszli, żeby zobaczyć koniec turnieju. Harry już widział, że kilku ludzi obejrzało się na niego, kręcąc głową. Pewnie uważają, że jest głupi, martwiąc się o to, co się mogło wydawać najprostszym z zadań: wejść do labiryntu, ominąć przeszkody i znaleźć puchar, umieszczony w samym jego środku. A może po prostu czekają, żeby zobaczyć, w jaki sposób tym razem się wtrąci.
Sędziowie zasiedli przy stole, umieszczonym tuż przy wejściach do labiryntu: Dumbledore, Karkarow, Madame Maxime i kilkoro innych czarownic i czarodziejów, których Harry nie rozpoznawał. Wszyscy byli absolutnie spokojni, oczywiście. Harry uważał niechętnie, że pewnie, jasne, mogą sobie przecież na to pozwolić. To nie ich brat zaraz wejdzie do labiryntu, żeby się zmierzyć z niebezpiecznym zadaniem.
– Ćśś, Harry – szepnął mu Draco do ucha i zmienił pozycję swoich rąk. Harry'emu wydawało się przez moment, że może wreszcie zostawi go w spokoju, tak żeby mógł się ruszać bardziej swobodnie, ale wtedy palce Dracona ułożyły się zaraz przy jego kręgosłupie i wbiły się w stwardniały ze stresu mięsień, starając się go rozmasować.
Harry zaczął się wiercić i spróbował odsunąć, ale dziewczyna z Beauxbatons, która siedziała obok niego na ławce skrzywiła się na niego i popchnęła go z powrotem. Harry musiał usiąść z powrotem, więc spróbował się cieszyć z masażu, czekając, aż reprezentanci zostaną zaprowadzeni do wejścia do labiryntu.
Connor miał w tym momencie najniższą ilość punktów, ponieważ nie uratował swojego brata jak należy podczas drugiego zadania, więc czekał z tyłu, podczas gdy Karkarow ogłaszał wszystkim rozpoczęcie trzeciego zadania. Krum wychylał się, stojąc z przodu, niemal na granicy miejsca, które mu wolno było w tym momencie zająć i ciągle przyglądał się widowni. Harry podejrzewał, ponieważ wzrok Kruma skanował przede wszystkim trybuny Gryffindoru, że wypatruje on Hermiony.
– Witajcie, witajcie na trzecim zadaniu turnieju Trójmagicznego! – mówił Karkarow czystym i rezonującym głosem, który dawał kłam rozdygotanym szeptom, których używał podczas każdej, jak do tej pory, rozmowy z Harrym. – Jak wiecie, nasi dzielni reprezentanci przeszli już przez konfrontację ze smokami i trytonami pod wodą, żeby sprawdzić ich odwagę i troskę o innych. Teraz stawią czoła wyzwaniu, które sprawdzi ich spryt. Kto jako pierwszy przejdzie przez labirynt i pokona przeszkody, które tam będą na nich czekały? To nie jest zadanie, do którego wykonania wystarczy im tylko jedno zaklęcie. Będą musieli polegać na swojej przebiegłości, która pomoże im zaadaptować repertuar wymagań tych...
Harry stracił wątek przemowy, obserwując Connora. Jego brat nie był aż tak blady, jak tego ranka i w ręku trzymał mocno różdżkę. Im bardziej zadanie się zbliżało, tym bardziej Connor zdawał się godzić ze swoim losem, że już się z niego nie wywinie, więc równie dobrze może być dzielny. Harry zastanawiał się, czy tylko on zauważył, jak wzrok jego brata bez przerwy podnosił się na labirynt i od razu opuszczał z powrotem na ziemię. Miał wrażenie, że pewnie był jedynym, którego to w ogóle obchodziło. Wytarł o szatę spocone dłonie, po czym jęknął cicho, kiedy Draconowi w końcu udało się rozmasować ten ścierpnięty mięsień tuż koło jego kręgosłupa. Dziewczyna z Beauxbatons rzuciła im zirytowane spojrzenie – prawdopodobnie ona też miała kłopoty ze słuchaniem przemowy, przez jęki Harry'ego – po czym odsunęła się od nich ostentacyjnie i zaczęła wyciągać szyję.
– ...i na tym właśnie będzie polegało trzecie zadanie tego turnieju – podsumował Karkarow. – Nasi reprezentanci wejdą do labiryntu w kolejności uzyskanych do tej pory punktów. Najpierw może wejść Wiktor Krum z Durmstrangu. – W jego głosie pojawiła się nuta pełna pęczniejącej dumy, kiedy odsunął się z drogi i kiwnął Krumowi głową.
Krum kiwnął znacząco do kogoś, siedzącego pośród widowni Gryffindoru, po czym wbiegł do labiryntu. Harry patrzył, jak zielone liście żywopłotu falują, po czym odsunął swoje ramiona z dala od rąk Dracona. Musiał rzucić to zaklęcie tak niezauważalnie jak to tylko będzie możliwe, więc musiał się pochylić w kierunku labiryntu tak blisko jak tylko mógł. Draco westchnął niefrasobliwie z rezygnacją i pochylił się, żeby pocałować go w tył głowy.
– Na drugim miejscu jest Fleur Delacour, z Beauxbatons, i teraz i ona może wejść do labiryntu – ogłosił Karkarow.
Fleur wyciągnęła swoją różdżkę i weszła do labiryntu, poprawiając zamaszyście swoje srebrne włosy. Harry prywatnie życzył jej powodzenia. Jeśli Connor nie wygra, to wolałby, żeby to ona dotarła do pucharu pierwsza, a nie Krum. Ona przynajmniej robiła to z innego powodu niż po prostu po to, żeby się popisać przed jedną osobą.
Minęło kilka minut. Harry w pewnym momencie usłyszał wrzask, który się szybko uciął. Pozostali uczniowie zaczęli się wiercić na swoich miejscach i mamrotać, ale po chwili wrócili do przyglądania się labiryntowi, jakby byli w stanie zobaczyć coś przez żywopłot bez pomocy zaklęcia, które Harry zaraz będzie musiał rzucić, albo czegoś do niego podobnego.
Wreszcie nadszedł moment, w którym Karkarow odchrząknął.
– Na ostatnim miejscu znajduje się Connor Potter, z Hogwartu i teraz i jemu wolno wejść do labiryntu.
To imię sprawiło, że wśród widowni poniosła się fala szmerów, jakby usłyszenie go bez zwyczajowego tytułu "Chłopca, Który Przeżył" sprawiło, że zobaczyli nagle Connora w nowym świetle. Harry zobaczył, jak na twarzy jego brata pojawiają się kolory, ale ten był gotów i praktycznie rzucił się w kierunku labiryntu jak tylko Karkarow skończył mówić.
– Specularis fraterculi – szepnął Harry, wykonując gest różdżką.
Ku jego zadowoleniu, zaklęcie zadziałało, sprawiając, że dla wyłącznie jego oczu żywopłot zrobił się przezroczysty i to tylko w miejscach, które akurat mijał Connor. Harry odchylił się z powrotem w kierunku Dracona, który ochoczo znowu objął go ramionami. Harry czuł się już znacznie spokojniejszy, miał wrażenie, że mimo wszystko i tak będzie w stanie się poderwać, jeśli nagle gdzieś pojawią się śmierciożercy. Connorowi póki co nic nie groziło, po prostu szedł korytarzem, w którym było gęsto od liści, ale i tak, patrząc w górę, można było zobaczyć z niego niebo, a wokół niego nie pojawiło się jeszcze nic groźnego.
Harry skulił się lekko na swoim miejscu, kiedy Karkarow rzucił mu podejrzliwe spojrzenie; siedział tuż obok labiryntu, więc miał największe szanse na przeciśnięcie zaklęcia przez osłony. Harry nie rzucił jednak zaklęcia, które miało pomóc wybranemu przez niego reprezentantowi, a osłony zostały wzniesione głównie po to, by nie pozwolić widowni ingerować w zawody. Dlatego rejestrowały przejście magii, ale jej nie zakazywały. Karkarow ostatecznie tylko zmarszczył brwi i wrócił do przyglądania się wejściu do labiryntu, jakby był w stanie przez jego ściany w jakiś sposób zobaczyć Kruma.
Odsunąwszy od siebie to podejrzenie, Harry mógł się skupić na Connorze. Jego brat dotarł do zakrętu, w którym migocząca bariera utwardzonego powietrza zagradzała mu drogę. Harry wstrzymał oddech. Nie trenowali żadnych zaklęć, które mogłyby podziałać na ten konkretny rodzaj bariery, a Connor potrafił być czasami bardzo dosłowny, prawdopodobnie przez wpływ, jaki miała na niego Hermiona; chciał poznać dokładną kontrklątwę na każde zaklęcie, podczas gdy każde, zdolne do usunięcia takiej przeszkody zadziałałoby równie dobrze.
Connor zawahał się tylko kilka chwil, po czym podniósł różdżkę.
– Reducto! – krzyknął, pewnym siebie głosem.
Zaklęcie wystrzeliło od niego, bariera się roztrzaskała i Connor ją minął...
I wszedł prosto we mgłę, która sprawiła, że zaczął rzęzić i padł na ziemię, chwytając się za gardło.
Palce Harry'ego drgnęły na jego różdżce, a on sam zapragnął nagle, dziwnie, towarzystwa Regulusa, który znałby źródło jego nerwicy; Draco mógł tylko zacisnąć dłonie na ramionach Harry'ego i trzymać go mocno. Ale Regulusa przy nim nie było, znowu siedział w swoim ciele, tym razem zdeterminowany, żeby nie wrócić, póki nie będzie w stanie bez wątpienia przynieść im jakichś wskazówek, które wyjawią im położenie jego ciała.
Nic mu nie będzie, powiedział sobie Harry, mimo, że nie wyszkolił Connora w tym, jak sobie radzić z tego rodzaju problemami. Jak nie będzie, jeśli coś zagrozi jego życiu, to się wtrącę. Wolę, żeby go zdyskwalifikowano z turnieju, niż żeby zginął.
Connor jednak okazał się mieć lepszą pamięć, niż Harry się po nim spodziewał. Wezwał zaklęcie, którego nie ćwiczyli od zeszłego lata.
– Specularis! – zawołał, machając swoją różdżką przed sobą.
Słowo było zdławione przez dym, ale i tak zadziałało, oczyszczając niewielkie okienko powietrza przed nim. Większość czarodziejów użyłaby tego okienka, żeby się rozejrzeć, ale Connor zaczerpnął w nim tchu i z jego pomocą zebrał się w sobie, żeby wyskoczyć poza zasięg mgły. Harry usiadł z powrotem.
– Możesz mi coś o tym powiedzieć? – szepnął mu Draco do ucha.
Harry utrzymywał swój głos na niskim tonie, obracając lekko głowę w kierunku Dracona, zamiast oglądając się na niego, tak żeby mimo wszystko wciąż mieć oko na Connora. Ten truchtał w tym momencie w dół szerokiej alejki, która zdawała się prowadzić prosto do centrum labiryntu, choć Harry wiedział, że nie ma szans na to, żeby przeszkody tak szybko się skończyły. Krum czy Fleur już by dotarli do pucharu, gdyby tak było.
– Znalazł się w samym środku dławiącej mgły. Wydostał się z niej, ale wydawało mi się, że nie da sobie rady.
– Naprawdę powinieneś mu bardziej ufać – powiedział Draco i przeczesał dłonią włosy Harry'ego. Harry nie pojmował jego obsesji na punkcie dotykania go, ale Draco zdawał się to robić częściej od chwili zakończenia więzi. – Myślę, że jest znacznie bardziej kompetentny niż to sobie wyobrażasz.
Harry wreszcie w pełni obrócił się w kierunku Dracona i zagapił się na niego. Draco nigdy nie miał do powiedzenia niczego dobrego o Connorze.
Draco zmarszczył brwi, zalał się rumieńcem, po czym zadarł z wyższością podbródek.
– Przecież widzę, że lepiej sobie radzi z zaklęciami pojedynkującymi, Harry. Był w nich tak koszmarnie beznadziejny na początku, że łatwo zauważyć, jak robi jakiekolwiek postępy.
Harry ostatecznie pokręcił z niedowierzaniem głową i wrócił do obserwowania labiryntu. Connor dotarł do końca alejki, która wydawała się ślepym zaułkiem. Harry jednakże, wytrenowany w szukaniu takich szczegółów, zauważył ślady po tym, że ktoś niedawno minął tę ścianę, nawet jeśli pozostawił po sobie tylko niewielkie okienko. Connor w chwilę potem również to zauważył i sięgnął w tym kierunku ręką, żeby odsunąć na bok gałęzie.
Spomiędzy liści wystrzeliła uzbrojona w wielkie pazury łapa, która złapała go, po czym wciągnęła w inne miejsce.
Harry wciągnął ze strachem powietrze i poderwał się na nogi. Zauważył, że ludzie wokół niego podskakują i obracają się, żeby na niego spojrzeć. Ostatecznie usiadł z powrotem, bo nie chciał ujawnić się z tym, że rzucił jakieś zaklęcie na labirynt i Connora, ale wbijał wzrok przed siebie, a jego okienko pokazało mu trawiasty kąt, gęsty od liści i z małą fontanną w samym jego środku.
Connor nie był jednak w pozycji, żeby zauważyć w jak malowniczym miejscu się znalazł, ponieważ musiał stawić czoła wywernie.
Harry skrzywił się i pochylił z niepokojem do przodu, kiedy Connor wyrwał się z uchwytu stworzenia i przetoczył przez ramię, upadając na ziemię. Wywerna obróciła się w jego kierunku, warcząc i orząc złowieszczo ziemię łapą, której przed chwilą użyła, żeby wciągnąć tu Connora. Wyglądała jak smok, ale miała tylko dwie, tylne łapy, a w miejscu przednich znajdowały się ogromne, nietoperze skrzydła, w dodatku, co było w niej najgroźniejsze, jej ogon był niczym ten skorpiona i również kończył się kolcem ze śmiertelną trucizną.
Harry zauważył, że jego brat blednie na ten widok. To było groźniejsze od dowolnego stworzenia, z jakim się kiedykolwiek zmierzył; kiedy musiał ukraść złote jajo, to nikt nie powiedział, że powinien przy okazji zniszczyć albo ranić smoka. Zawahał się.
Wywerna podskoczyła lekko w powietrze i opadła na niego, rozpościerając szeroko skrzydła, żeby nie pozwolić mu uciec, sięgając w jego stronę pazurami i machając ogonem w kierunku jego gardła, niczym biczem.
Connor skoczył do tyłu i znowu się przetoczył, tym razem niezgrabnie i z desperacją, dzięki czemu znalazł się po lewej stronie wywerny. Stworzenie bez problemu mogłoby go dorwać, ale jedno z jego skrzydeł zahaczyło się o fontannę. Wywerna wrzasnęła i wycofała nieco, ponawiając atak ogonem.
Jego brat jednak miał szansę już poderwania się na nogi i Harry zobaczył, że wraz z tym odzyskał pewność siebie.
– Speculum Ardoris! – zawołał, używając zaklęcia defensywnie i tarcza ognia wyleciała mu z różdżki, wirując wściekle.
Wywerna, w przeciwieństwie do smoków, nie miała żadnej odporności na ogień. Wrzasnęła, kiedy zaklęcie przypiekło jej krawędź skrzydła, po czym kłapnęła na tarczę zębami, bez żadnego efektu. Następnie to ona została zmuszona do wycofania się, trzymając ranną kończynę tuż przy sobie i wbijając ponure, żółte ślepia w płomienie.
Connor ruszył na nią, zamiast minąć fontannę i wrócić do labiryntu.
– Ty debilu! – jęknął Harry.
– Co on teraz wyprawia? – szepnął mu Draco do ucha, masując mu ramiona.
– Atakuje coś, przed czym powinien uciekać, póki jest zaskoczone...
Na szczęście Connor zdawał się odzyskać w tej samej chwili zdrowy rozsądek, bo pokręcił głową, przebiegł przez ogród, przeskakując przez wejście w ogrodzeniu i już po chwili pędził uliczkami labiryntu. Harry odprężył się na moment, po czym znowu spiął, kiedy Connor wykonał kilka pośpiesznych skrętów i przed oczami pojawiło mu się kolejne magiczne stworzenie.
– Witaj – powiedziała napotkana przez niego sfinks, ostrożnie podnosząc swoje lwie ciało i podbiegając do niego lekko. Jej twarz była ludzka w bardzo ogólnym tego słowa znaczeniu, bo przy bliższym przyjrzeniu się zaczynały wpadać w oko drobne detale, podobne do tych, które pojawiały się na twarzy Zgredka zaraz po uwolnieniu. Miała dosłowną grzywę przepięknych, czerwonych włosów. Zaczesała włosy ręką do tyłu, odgarniając je sobie z twarzy, po czym uśmiechnęła się do Connora. – Domyślam się, że chciałbyś mnie minąć?
Connor zamrugał, wyraźnie zbity z tropu uprzejmością stworzenia.
– Ja... znaczy się tak. Jeśli tylko mi pozwolisz.
– Jak tylko rozwiążesz zagadkę – powiedziała sfinks. – Podaj mi poprawną odpowiedź, to pozwolę ci przejść.
– A co to za zagadka? – zapytał Connor. Po czym dodał, zgodnie z przewidywaniami Harry'ego: – I co się stanie, jeśli nie odgadnę jej poprawnie?
– To cię zjem – powiedziała sfinks z rozmarzeniem, które bardziej pasowałoby do młodej dziewczyny, której powiedziano, że po wszystkim dostanie czekoladowe ciasteczko.
Connor znowu pobladł i przełknął głośno ślinę. Nie spróbował jednak, ku uldze Harry'ego, zrobić czegoś głupiego, jak spróbować obiec sfinksa, bo jej wszystkie cztery łapy wyglądały, jakby były gotowe się w niego wbić lada moment.
– Jaka to zagadka? – zapytał tylko.
Sfinks stanęła prosto, odchrząknęła lekko i zaczęła przemawiać głosem jednocześnie piękniejszym, jak i znacznie bardziej obcym od jej ludzkiego głosu, którego używała do tej pory:
Migotliwy nasz taniec wciąż trwa nieprzerwany,
lecz od was nas dzielą z powietrza ściany.
Największych spośród was nami nazywać chcecie,
lecz naszym pierwsze miejsce było na świecie.
Choć pół życia niewidoczne, niech Cię to nie złudzi,
nasze piękno trwa dłużej od wszystkich ludzi.
Connor zmarszczył brwi i rozważał to przez jakiś czas. Harry niemal widział chwile, w których jego brat chciał wypalić odpowiedź, ale ten za każdym razem mocno zaciskał zęby, powstrzymując się i marszcząc ponownie brwi.
Wreszcie sfinks odchrząknęła.
– Bez urazy – odezwała się – ale jeśli nie wymyślisz odpowiedzi w przeciągu następnych pięciu minut, to będę mogła cię zjeść.
Connor podskoczył i poderwał głowę, jakby był gotów spojrzeć jej prosto w oczy i wyzwać ją do pokazania, na co ją stać. Jego wzrok wbił się jednak w niebo ponad krawędziami ścian labiryntu, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
– Gwiazdy – powiedział. – Odpowiedź to gwiazdy?
Sfinks przechyliła głowę na bok.
– Czy to pytanie?
– To odpowiedź – powiedział Connor, choć mina mu trochę zrzedła.
Sfinks pochyliła głowę i z gracją zeszła mu z drogi, aż ściana żywopłotu nie zaczęła się uginać pod jej ciężarem.
– Możesz przejść.
Connor krzyknął ze szczęścia i przebiegł obok niej, minął jeden zakręt, potem drugi i nagle wyszedł na szerokie pole, ciemniejsze od reszty labiryntu – choć Harry miał wrażenie, że to mogło mieć coś wspólnego z faktem, że słońce wreszcie zaczęło zachodzić. W samym środku pola, na bloku z lśniącej kości słoniowej, stał puchar.
Fleur już była obok niego, znacznie bliżej pucharu niż Connor, ale wpatrywała się, oczarowana, w coś, co unosiło się w powietrzu tuż przed nią. Harry zauważył, że to były światełka w kształcie gwiazd, zaczarowane tak, by się układać w konstelacje, które miały po prostu odwrócić uwagę. Fizycznie nieszkodliwe, ale jeśli będą w stanie oczarować zawodników i powstrzymać ich przed sięgnięciem po puchar, to wykonają swoje zadanie.
Connor zwolnił, kiedy ją zobaczył, po czym zagapił się, gdy zorientował się w jej sytuacji. Potem jednak światełka podzieliły się na pół i ich strumień poleciał w jego kierunku, podczas gdy reszta wciąż skakała i tańczyła przed Fleur.
Connor zamknął oczy i Harry zobaczył, jak jego brat biegnie prosto w kierunku bloku z kości słoniowej nie otwierając ich nawet na chwilę. Światełka towarzyszyły mu przez całą drogę, ale ponieważ wyglądało na to, że trzeba było na nie najpierw spojrzeć, to nie były w stanie nic mu zrobić, poza może uformowaniem wokół niego gwardii honorowej, kiedy Connor sięgał po puchar.
Harry wciąż nie był w stanie uwierzyć, że to się naprawdę wydarzyło, póki ręka Connora nie pochwyciła pucharu, a ściany labiryntu nie zrobiły się nagle przezroczyste – odsłaniając Kruma, którego od środka dzieliło zaledwie kilka kroków – i osłony opadły.
Nastąpiła chwila kompletnie zaskoczonej ciszy, z której Harry wywnioskował, że nikt tak naprawdę się nie spodziewał, że Connor wygra. Następnie ludzie poderwali się z ławek i zaczęli wiwatować. Klaskali nawet zagorzali zwolennicy własnych szkół z Durmstrangu i Beauxbatons, którzy w ciągu roku kpili niemiłosiernie z Connora.
Harry odetchnął z ulgą i wykorzystał swoje okienko po raz ostatni, żeby się upewnić, że Connorowi naprawdę nic się nie stało. Jego brat wyglądał na zgrzanego, ale wywerna nie zdołała go w żaden sposób zranić – a to pewnie właśnie dzięki niej tak szybko znalazł puchar, ponieważ zaraz po spotkaniu z nią minął większość krętych korytarzy w wyjątkowym pędzie – a światełka w kształcie gwiazdek zniknęły.
Fleur potrząsnęła głową, od czego jej włosy zafalowały, po czym w chwilę pojęła sytuację. Harry zobaczył, jak jej usta się wykrzywiają, ale podeszła do Connora i uścisnęła mu dłoń, mamrocząc kilka słów, zbyt cicho, żeby Harry był w stanie je usłyszeć. Connor uśmiechnął się do niej i chwilę ściskał jej nadgarstek, rumieniąc się, kiedy odpowiedziała mu uśmiechem.
Krum potrzebował kilku chwil na zebranie się w sobie, prawdopodobnie po to, by opanować swoje rozczarowanie, ale kiwnął krótko Connorowi głową. Connor odpowiedział kiwnięciem i powiedział coś o "wspaniałym szukającym", co sprawiło, że Krum burknął pod nosem.
– Zwycięzcą turnieju Trójmagicznego – oznajmił Karkarow, tym samym zwodniczo rezonującym głosem, którego używał już wcześniej – jest Connor Potter z Hogwartu. Czy reprezentanci mogą wyjść z labiryntu?
Connor z przyjemnością ruszył za Fleur, obierając ścieżkę, którą ona zdołała się dostać do pucharu. Wciąż wyglądał na oszołomionego. Harry miał wrażenie, że minął wielką drogę od nieustannych obaw o to, że się ośmieszy przed całą szkołą, do niemal pękania z dumy. Wygrał, a tego nie spodziewał się po nim nawet Harry.
Poczuł, jak Draco przytula go z radością i objął go odruchowo. Jego uwaga wciąż była skupiona na jego bracie i pragnieniu dostania się na czas przed wejście do labiryntu, żeby go powitać. Wielu ludzi już się tam zebrało, tłocząc się za sędziami, ale Harry był pewien, że go przepuszczą, jak tylko zdadzą sobie sprawę z tego, kim jest dla Connora.
Opuścili trybuny Slytherinu i przeszli przez boisko, mijając po drodze kilka grup ludzi, którzy rozmawiali ze sobą w niskich, nadąsanych tonach, nie odwracając się nawet w kierunku labiryntu. Harry prychnął na nich. Niektórzy po prostu nie potrafią się cieszyć szczęściem kogoś, kto wygrał wbrew wszystkiemu, co?
Draco dotrzymywał mu kroku niemal przez całą drogę na miejsce, ale w pewnym momencie pokręcił głową i puścił Harry'ego przed siebie z rozbawionym uśmiechem. Harry kiwnął mu z wdzięcznością głową i wydłużył krok. Magia pomogła mu ominąć nieznaczne dołki w terenie, o które mógłby się potknąć, dzięki czemu szybko znalazł się przy Connorze.
Connor zobaczył go i uśmiechnął się niczym błyskawica. Porwał Harry'ego w mocnym uścisku, co było nieprzyjemne, bo wciąż nie chciał puścić pucharu turniejowego, ale Harry'emu to naprawdę nie przeszkadzało.
– Dziękuję – szepnął Harry'emu do ucha. – Nie dałbym sobie bez ciebie rady.
Harry nie mógł temu zaprzeczyć, ponieważ osobiście wytrenował Connora w wielu zaklęciach, więc tylko mocno przytulił swojego brata. Następnie odsunął się z drogi, ponieważ sędziowie chcieli podejść do Connora, żeby mu pogratulować. Madame Maxime podsunęła mu dłoń do pocałowania, uznając najwyraźniej, że nawet jeśli wolałaby zobaczyć na tym miejscu własną reprezentantkę, to i tak będzie się zachowywać jako wcielenie gracji.
– Szkoda, że Wiktorowi się nie udało – powiedział stojący za Harrym Karkarow. – Niestety, był za wolny. – Brzmiał na bardziej zrezygnowanego niż rozzłoszczonego.
Harry wyszczerzył się do Karkarowa, bo w świetle tryumfu swojego brata chciał choć raz zapomnieć o tym, jak strasznie ostrożnie zwykle przebiegały ich rozmowy.
– Mimo wszystko, to była dobra próba. Jestem pewien, że byłby godnym zwycięzcą.
Karkarow kiwnął głową.
– Cieszyłbym się, gdybym mógł mu teraz pogratulować – westchnął. – Ale nawet mi wydawało się, że nie wygra. Nie spędziłem dość czasu na trenowaniu go pod względem zaklęć, które by mu się tu przydały.
– Czemu nie, proszę pana? – zapytał Harry, ciekaw, czemu nawet Karkarow skreślił swojego reprezentanta. Przecież nie był w stanie zobaczyć tego, co się działo w labiryncie, powinien bardziej winić powolność Kruma niż własne błędy w nauczaniu.
– Bo byłem zajęty innymi sprawami – powiedział Karkarow, źle rozumiejąc intencje jego pytania. Westchnął ponownie i ściszył głos. – Budzeniem śpiącego, na przykład.
Harry zamrugał, próbując sobie przypomnieć, gdzie ostatnim razem słyszał tę frazę.
Zareagował o chwilę za późno.
Ramię Karkarowa owinęło się mocno wokół jego pasa. Harry spróbował się wyrwać, ale lewa dłoń Karkarowa już ściskała jeden z guzików jego szaty i obracała go gwałtownie.
Harry zebrał się w sobie, żeby postawić się aportacji łączonej, ale świstoklik już ruszył, porywając ich obu z Hogwartu i niosąc w nieznane.
Harry leciał, czując gorycz na języku i słuchając przepełnionego ulgą śmiechu, od którego dzwoniło mu w uszach.
Myliłem się. Karkarow jednak nie porzucił swoich dawnych sojuszy. To on był ich śpiącym.
Nie miał żadnych wątpliwości, że na miejscu będą na nich czekać śmierciożercy i Voldemort. Harry ponuro zaczął się przygotowywać na to, co tam zastanie.
