Wiem, że w pewnym momencie pod koniec "Żadnych ust poza wężowymi" powiedziałam, że napisałam już najmroczniejszy rozdział, jaki się pojawi w tej serii. Um. Kłamałam. Um.
Ten rozdział jest koszmarny. Jest obrzydliwy. To właśnie przez niego znajduje się ostrzeżenie przed ewentualnym, bardzo obrazowym gore, które znajduje się na początku historii. To jest kolejny rozdział, który kończy się ZAJEBIŚCIE POTĘŻNYM CLIFFHANGEREM. I w dodatku na tym nie koniec. Tutaj dopiero zaczyna się seria bardzo bolesnych rozdziałów, które nie odpuszczają nawet na moment aż do rozdziału siedemdziesiątego.
Zrozumiem, jeśli ludzie będą woleli zaczekać kilka dni z lekturą tego rozdziału, albo w ogóle przestaną czytać. Naprawdę. Sama nie wiedziałam, jak źle to się potoczy, póki nie zaczęłam tego pisać. To boli.
Zostaliście ostrzeżeni, więc czas zaczynać.
Rozdział sześćdziesiąty pierwszy: Crucio i gorzej niż Crucio
Harry był gotów, kiedy świstoklik wyrzucił jego i Karkarowa w samym środku jakiegoś chłodnego, ciemnego miejsca, znajdującego się w dość oczywisty sposób z dala od Hogwartu. Sięgnął ku swojej bezróżdżkowej magii, gotów cisnąć Karkarowem o ziemię, uwięzić go w klatce błękitnego światła i zażądać informacji, gdzie się znaleźli...
Ale jego bezróżdżkowa magia uderzyła o barierę kilka stóp od niego i wpadła z powrotem do jego ciała, pozostawiając go zaskoczonego i dyszącego z tak wszechogarniającego bólu, że nawet nie zauważył chwili, w której Karkarow wyrwał mu różdżkę z dłoni.
– Nie waż mi się tu stawiać – powiedział czarodziej, chwytając Harry'ego za ramię i ciągnąc go za sobą. – Mój pan powiedział, że nie będziesz nam sprawiał kłopotów, więc nie będziesz. – Mówił to z szaleńczą radością, a Harry odniósł wrażenie, że to było znacznie bliższe jego prawdziwej osobowości od tchórzliwej maski, którą wszystkim przedstawiał.
Harry rozejrzał się dziko wokół, starając się zrozumieć, co się właściwie dzieje. Zobaczył równo przystrzyżoną trawę i jeden nagrobek obok drugiego. Znajdowali się na cmentarzu. Oczywiście, że tak. Jakie inne miejsce Voldemort mógłby obrać na swoją siedzibę?
Harry jednak starał się teraz z przerażeniem ustalić, jaka, kurwa, bariera powstrzymuje go przed użyciem magii.
Może to dotyczyło tylko miejsca, w którym wylądowali. Harry spróbował po raz kolejny wyrwać się na wolność, myśląc o lewej ręce Karkarowa, która ściskała mocno jego przedramię, żeby ta stanęła w ogniu...
Jego magia po raz kolejny odbiła się z powrotem, tym razem silniej. Harry'ego odrzuciło do tyłu i przewrócił się, dysząc ciężko. Karkarow burknął na niego z irytacją, po czym podniósł go z ziemi i unieruchomił uchwytem, którego Harry nawet nie znał, ale w którym nie miał nawet jak drgnąć, a co dopiero uciec.
– Jest strasznie uparty, mój panie – zawołał Karkarow w kierunku ciemności. – Wciąż usiłuje użyć swojej magii, mimo, że wie, że nie może.
Odpowiedział mu głos Voldemorta, śliski i zimny, ostry, a Harry po raz pierwszy od roku słyszał go na własne uszy.
– Potter już tak ma. Przynieś go tu, Igorze.
Karkarow ruszył przed siebie. Harry rozejrzał się po posągach i nagrobkach, które mijali – krzyże z kółkiem w środku, anioły, kilka odchylonych bloków, które minął tak szybko, że nie był w stanie odczytać wyrytych na nich słów – na próżno szukając jakiegoś znaku osłon, które by mogły wytłumaczyć jego słabość.
Wreszcie skręcili i Karkarow zaniósł Harry'ego w kierunku nagrobka, oznaczonego równo wyrytymi słowami i zarośniętego od rosnących wokół niego chwastów.
Tom Riddle
Harry'emu zaczęło w tym momencie powoli świtać, po co Voldemort go tutaj sprowadził i jaki rytuał chce przeprowadzić. W żołądku mu się wywróciło, ale zdołał wierzgnąć kilka razy, zanim Karkarow nie ścisnął go mocniej, tak że teraz i to było dla niego niewykonalne.
Na ziemi, tuż obok nagrobka, znajdował się wielki blok czerwono–czarnego kamienia, który na tym cmentarzu wydawał się Harry'emu wybitnie nie na miejscu. Obok niego klęczała kobieta, którą Harry rozpoznał jako Bellatrix Lestrange, kiedy ta podniosła na niego wzrok. Jej twarz była zniekształcona szaleństwem, które pochłaniało ją coraz bardziej, ale na jego widok uśmiechnęła się łagodnie.
– To już nie potrwa długo, dzieciątko – powiedziała, po czym wróciła do niezręcznego trzymania srebrnego noża ponad czymś małym i kudłatym, co leżało w jej lewej dłoni.
Obok niej leżał fotel, o którym Harry wiedział, że będzie zawierał w sobie Mrocznego Pana. Karkarow opadł przed nim na jedno kolano i wyciągnął Harry'ego przed siebie, wykrzywiając mu kark tak, że ten musiał się przyjrzeć Voldemortowi z bliska.
Blizna Harry'ego zapłonęła bólem tak nagłym i porażającym, że nie był nawet w stanie krzyknąć.
– Witaj, Harry – powiedział Voldemort i poruszył się lekko. Harry był w stanie zobaczyć, że jego skóra była czarno–czerwona, tego samego koloru co kamień ustawiony przy nagrobku. Jego rączki i nóżki były cienkie i suche, niczym kawałki trzciny przyczepione do wielkiej ryby. Jego wielkie oczy były wpatrzone w niego z głodem, tak czerwone co jaśniejsze fragmenty jego skóry. – Tak długo czekałem – szepnął Voldemort. – Tak długo na to czekałem.
Harry zdołał się przetoczyć pod bólem swojej blizny. Techniki znoszenia tortur, których nauczyła go Lily, rozbrzmiały w jego głowie, przybierając spokojny głos jego matki jak zawsze wtedy, kiedy mu powtarzała te słowa. Nie pozwól się złamać bólowi. Zrób co tylko będziesz w stanie, żeby się do niego przyzwyczaić i przenieść się na inny poziom świadomości. Chwile, w których będą cię trzymać na tym samym poziomie bólu, traktuj jak błogosławieństwa, bo pozwolą ci na przyzwyczajenie się. Nie bój się wrzeszczeć.
– Nie sądziłem... – zdołał wydusić z siebie, powoli rozdziawiając szczęki – że będziesz wolał mnie... a nie mojego brata.
Voldemort roześmiał się i tym razem Harry zawył, ponieważ ból w jego czole rozpłynął się na jego policzki, a potem resztę twarzy, przez co czuł się, jakby mu zęby stanęły w ogniu. Bellatrix też się śmiała, kiwając się na kolanach w tył i w przód i klaszcząc lewą ręką w swój ukryty, prawy nadgarstek, podczas gdy Karkarow wydał z siebie głęboki, rubaszny śmiech, podczas którego niemal upuścił Harry'ego. Harry spiął się, gotów pochwycić tę szansę, jeśli ta się znowu wydarzy, ale nie sądził, żeby do tego doszło.
– Och, Harry – powiedział Voldemort, kiedy jego śmiech uspokoił się do pisków zarzynanej świni. – Już naprawdę pora odpuścić sobie to całe udawanie. Wiem, że to ty odbiłeś moją klątwę trzynaście lat temu, skazując mnie na życie w cierpieniu. Twoje życie, Harry. Ale ten czas niebawem dobiegnie końca. Twój dług jest już niemal spłacony. – Jego głos przepełnił się dumą i pogłębił do czegoś, co bardziej przypominało syk, zamiast pisku. – Jeśli zaś chodzi o to, czemu mam nad tobą tyle władzy... Bella, pokaż mu, co ze sobą przyniosłaś.
– Oczywiście, mój panie – powiedziała Bellatrix, po czym odwróciła się, podniosła z ziemi srebrną tackę i podsunęła ją Harry'emu pod nos.
Harry burknął, kiedy zobaczył leżące na nim obiekty. Rozpoznał pierścień, o oczku z lodu zaczarowanego tak, by nie topniał, trójkątny kawałek hebanu, zielony kamyk, czerwony kamyk, kryształową gwiazdkę o pięciu ramionach...
Voldemort przeprowadził skorumpowany taniec sojuszu. Był już niemal w jego połowie, jeśli osądzać z ilości darów, a to by znaczyło...
Harry podniósł wzrok i spojrzał ponad nagrobkami w kierunku odległego blasku zmierzchu, wciąż unoszącego się na horyzoncie.
Zachód słońca w czasie przesilenia letniego.
Obserwuj słońce.
Harry poczuł, jak jego oddech staje się gorący w jego gardle, kiedy zrobiło mu się niedobrze. Ból jego blizny już nie był większy od jego strachu, od którego bolał go jeszcze nos, a w żołądku pojawiła się ciężka gula.
Voldemort powiązał swoją moc ze słońcem. Musiał to zacząć podczas ostatniego letniego przesilenia, tego samego dnia, kiedy James zabrał Harry'ego i Connora na plażę, żeby po raz pierwszy mogli przeprowadzić rytuał Potterów. Tak długo, jak zachód wciąż lśnił na horyzoncie, to będzie miał moc do robienia tego, co zapragnie, a teraz najwyraźniej pragnął, by magia Harry'ego pozostała spętana.
Harry miał ochotę wrzeszczeć, kiedy jego umysł przeczesał pośpiesznie wydarzenia z ostatniego roku i nagle sprawy, które zdawały się mieć miejsce kompletnie przypadkowo, uderzyły go jako kompletnie nieprzypadkowe.
Regulus zniknął z jego umysłu podczas równonocy jesiennej, o zachodzie słońca podczas równonocy jesiennej, dokładnie w chwili, w której światło i mrok przestały być sobie równe i moc przeszła na stronę nocy.
Powrócił podczas równonocy wiosennej, również o zachodzie słońca, kiedy światło powróciło do świata, osłabiając moc Voldemorta.
Jestem kretynem.
Jedyne, czego Harry nie rozumiał, to brak aktywności Voldemorta w czasie przesilenia zimowego, najmroczniejszego dnia w roku i jedynej okazji, kiedy miał jeszcze więcej mocy niż podczas przesilenia letniego. Podejrzewał jednak, że Voldemort mógł się po prostu kryć z czymś, albo wykonał wtedy jakiś rytuał, którego efektów Harry po prostu nie wyczuł. To było absolutnie wykonalne, biorąc pod uwagę to, jak sam był w tym czasie zajęty innymi sprawami.
– Teraz rozumiesz – powiedział Voldemort i roześmiał się głośno. Bellatrix z Karkarowem znowu się do niego przyłączyli, razem z jeszcze jedną osobą, która wyszła zza wysokiego, kamiennego anioła. Harry podniósł głowę i zobaczył uśmiechającego się do niego Evana Rosiera, który obracał różdżkę w palcach. – Skorumpowany, naturalnie – powiedział Voldemort, jak już skończył – ale miałem dość cierpliwości, więc czekałem, składając szacunek cyklowi słońca. W tym momencie sam dzień najdłuższego światła spełnia moje rozkazy. A przynajmniej tak długo jak zachodzi słońce. – Jego ton się zmienił. – Igorze. Evanie. Przywiążcie go do kamienia.
Karkarow kiwnął głową i obrócił się. Rosier już stał przed nim, szepcząc i wykonując inkantację, która sprawiła, że na czterech rogach pośpiesznie zbudowanego ołtarza pojawiły się pasy. Karkarow zmusił Harry'ego do położenia się płasko i choć ten wierzgał i wił się, starając się uwolnić, razem z Rosierem przywiązali go do kamiennego bloku z szeroko rozwartymi nogami i rękami, które były przytrzymywane pasami tak mocno, że nie miał szans się z nich uwolnić.
Harry pochwycił spojrzeniem wzrok Rosiera, kiedy ten poprawiał pasy na jego lewym nadgarstku i szepnął, starając się odciągnąć swój umysł od tego, co miało zaraz nastąpić.
– Powiedziałeś nam, że mamy obserwować i słońce i księżyc.
Rosier zamrugał lekko, po czym uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
– Skłamałem – powiedział. – Ja już tak mam, wiesz?
Obrócił się tak, że szaty wokół niego zawirowały, po czym podszedł do fotela, przykucnął i wziął na ręce dziecięcą formę Voldemorta. Zaraz za nim wstała Bellatrix, zaciskając palce na trzymanej przed sobą srebrnej misce. Harry leżał pod takim kątem, że nie był w stanie określić, co mogło w niej być. Karkarow pośpiesznie wracał z kąta cmentarza, ciągnąc za sobą wielki kocioł.
– Szybciej – powiedział Voldemort, sycząc lekko, kiedy Rosier zaniósł go na zachodni kraniec kamienia Harry'ego.
– Tutaj, mój panie? – Rosier łagodnie położył dziecięcą formę na ziemi.
– Tutaj będzie dobrze, Evanie. Stań po wschodniej stronie – warknął Voldemort. – Szybciej! Podajcie Igorowi misę Belli i pośpieszcie się!
Ten moment najpotężniejszej mocy nie potrwa już długo. Harry spiął swoje kończyny i spróbował miotnąć ciałem w bok, ale pasy trzymały go tak mocno, że był w stanie ruszyć tylko głową. Jego magia znowu w nim wezbrała z rykiem, ale tym razem nie była nawet w stanie przebić się przez limity jego własnej skóry. Nie mają już wiele czasu na to, żeby zrobić z Voldemortem... cokolwiek mają zamiar z nim zrobić. A ja skrzywdzę ich jak tylko się stąd uwolnię.
Używał tych myśli do uspokojenia się, obserwując jak Rosier zajmuje pozycję na wschód od niego, Bellatrix na północ – za jego głową – i Karkarow na południu, przy jego stopach.
Karkarow zaczął rytuał, głosem głębokim i spiętym.
– Przemawiamy w imieniu mocy słońca, mocy, którą nasz pan honorował przez ostatni rok. Na mocy południa i lata, oferujemy kość ojca. – Podniósł garść białego proszku i rozproszył go po powierzchni stojącego obok niego kotła, który w odpowiedzi zabulgotał i podniósł się nad nim dym.
Harry zagapił się. Kość ojca... czy oni otworzyli grób Toma Riddle'a i ją stamtąd wyjęli? Po raz kolejny musiał przełknąć gulę, czując, że inaczej się zaraz porzyga.
Następny odezwał się Rosier, brzmiąc na mniej spiętego od Karkarowa, a nawet na nieco rozbawionego.
– Przemawiamy w imieniu mocy słońca, mocy, którą nasz pan honorował przez ostatni rok. Na mocy wschodu i wiosny, oferujemy dziedzictwo wroga.
Podniósł coś, co wyjął z kieszeni swojej szaty, po czym na to dmuchnął. Harry'emu serce się ścisnęło, kiedy zobaczył, że była to mała, papierowa łódka z żaglem, który wyglądał, jakby został zrobiony z materiału o kolorze ślizgońskiej zieleni. Domyślał się, że utrzymujący ją maszt został zrobiony z cisu, symbolu odrodzenia. Łódka przepłynęła w powietrzu, jakby niesiona niewidzialną falą, po czym wpadła do kotła. Pojawiło się więcej dymu i bąbelków, po czym niewidzialna siła, niczym stalowe pręty, oplotła klatkę piersiową Harry'ego. Nie byłby w stanie się odezwać nawet, gdyby chciał.
Czuł, jak moc wzrasta wokół niego, głęboka i pradawna, wykrzywiona magia Światła, potężna niczym magia Mroku podczas Walpurgii. Pamiętał, że ojciec powiedział mu kiedyś, że wschód i zachód słońca podczas przesilenia letniego są momentami wielkiej siły. Musiał na chwilę zamknąć oczy.
Bellatrix odezwała się niespodziewanie pięknym głosem, bardziej kobiecym niż Harry kiedykolwiek od niej usłyszał.
– Przemawiamy w imieniu mocy słońca, mocy, którą nasz pan honorował przez ostatni rok. Na mocy północy i zimy, oferujemy ciało sługi.
Harry otworzył oczy akurat w porę, żeby zobaczyć, jak Karkarow przechyla do kotła miskę, którą podała mu Bellatrix. Wysypały się z niej kawałki skóry, z wciąż wiszącymi na nich mięśniami i żyłami. Harry'ego przeszedł dreszcz, kiedy głęboki, obrzydliwy smród wypełnił cmentarz. Czy Bellatrix odcięła to ze swojej ręki? Musiała.
Rozległ się głos Voldemorta, przepełniony rozgorączkowanym podnieceniem dziecka.
– Przemawiamy w imieniu mocy słońca, mocy, którą honorowałem przez ostatni rok. Na mocy zachodu i jesieni, oferuję krew wroga.
Harry'emu wydawało się, że był przygotowany na wszystko, ale okazało się, że nie wziął pod uwagę tego, że te cienkie rączki są wstanie wpełznąć na kamienną płytę i że Voldemort wdrapie mu się na klatkę piersiową. Voldemort patrzył przez chwilę na niego z góry swoimi lśniącymi, przekrwionymi oczami, po czym wybrał swój cel i otworzył usta. Jego zęby były maleńkimi, krzywymi kłami, kolcami, haczykami.
Wgryzł się w lewe ramię Harry'ego, zagryzając mocno szczęki, a potem ciągnąc agresywnie w bok.
Harry zawył, zmuszając się do wydania dźwięku pomimo dwóch ciężarów uciskających mu płuca. Czuł, jak krew wylewa mu się z rany, ale co bolało go najbardziej to był sposób, w jaki te krzywe zęby chwytały, ciągnęły i rozciągały mu mięśnie, niczym haki, nawet kiedy już go puszczały. Zadygotał, próbując wierzgnąć, a Voldemort ześlizgnął się na bok, przysiadając przy jego klatce piersiowej i nie odrywając od niego wzroku. Blizna Harry'ego znowu zaczęła go palić i był to najbardziej agresywny, fizyczny ból jaki w życiu czuł.
– Evanie – powiedział Voldemort.
Rosier zrobił krok przed siebie, zanurzył miskę w krwi Harry'ego, drugą ręką podniósł Voldemorta i ruszył w kierunku kotła. Harry podniósł głowę i zmusił swoje oczy do skupienia się pomimo mgły łez, bo chciał zobaczyć, co się stanie. To może później okazać się istotne. Może znajdą potem jakiś sposób na odwrócenie tego rytuału.
Rosier ceremonialnie wlał krew do kociołka. Następnie, już nie tak ceremonialnie, wrzucił Voldemorta do środka.
Harry zagapił się, kiedy dziecięcy kształt zniknął. Z kotła momentalnie podniósł się gęsty dym, który zalał ich wszystkich, a Harry musiał zamknąć oczy, bo te zaczęły go piec. Ból jego rany momentalnie zaczął domagać się uwagi, tętniąc agresywnie. Niemal gorsze od tej agonii było uczucie pogwałcenia. Voldemort go ugryzł, wyrwał mu część mięśnia, zakłócił integralność jego ciała. Harry'emu było słabo i niedobrze i wcale już nie był pewny, że będzie w stanie przywołać swoją bezróżdżkową magię nawet, jak chwila zachodu słońca minie, a on będzie wolny.
Dochodzący z kotła dym unosił się coraz wyżej i wyżej, a Harry spiął się w szoku, kiedy usłyszał z jego głębi cienkie wołanie. Brzmiało to jak cichy płacz dziecka, który z każdą chwilą rozlegał się coraz bliżej i bliżej.
A potem dźwięk pojawił się razem z nimi na cmentarzu i nie był to już dłużej płacz dziecka, ale śmiech mężczyzny, który po prostu miał bardzo wysoki głos.
Harry poczuł, jak kocioł zaczyna emanować mocą, która zaczęła rozprzestrzeniać się niczym nadciągająca fala, przeskakująca ponad nagrobkami. Trząsł się, wibrował, czując jak go mija. To była magia Voldemorta i o ile Harry się nie mylił, był on teraz znacznie potężniejszy od tego drania, z którym przyszło mu się zmierzyć na pierwszym roku. Wraz z potęgą wokół roznosił się śmiech Voldemorta, śliski i mroczny, wysoki i zimny, niczym szkło uderzające o kamień.
Wreszcie pośród dymu pojawił się kształt i Voldemort wyszedł z kotła.
Harry widział już, jak on wyglądał we wspomnieniu o tej nocy, kiedy pojawił się w Dolinie Godryka. Wyglądał teraz właściwie tak samo: gładka, blada skóra; płaska, pozbawiona nosa twarz; cienkie usta; bystre, czerwone oczy. Jego dłonie poklepywały jego ciało, kiedy Bellatrix ruszyła ku niemu z ciemnozieloną szatą, w którą mógł się odziać. Harry patrzył, jak te dłonie, przypominające blade pająki, o długich białych palcach tańczą lekko, skacząc po skórze i żałował, że nie jest w stanie zdobyć się na krzyk sprzeciwu.
– Tak, tak – powiedział Voldemort cicho, jakby był bardzo usatysfakcjonowany swoim ciałem. – Właśnie tak powinienem wyglądać.
Podniósł głowę i wbił spojrzenie w oczy Harry'ego.
Harry czuł, nie będąc w stanie się temu postawić, zakrzywione pazury legilimencji wbijające mu się w umysł. Był zdolnym i dobrym oklumentą, ale w żaden sposób nie tak potężnym co Snape, a jego obrona została obniżona jeszcze przez szok, ból i świadomość, że nie jest w stanie się przed czymkolwiek obronić. Voldemort przyglądał się wspomnieniom Harry'ego, jakiekolwiek by one nie były, z wielkim zainteresowaniem. Poruszał się przez umysł Harry'ego tak szybko, że ten nie był w stanie zobaczyć niczego poza mignięciami kształtów i kolorów.
– Interesujące, doprawdy – odezwał się Voldemort w chwilę później, kiedy już wycofał się z umysłu Harry'ego, pozostawiając go roztrzęsionym i po raz kolejny z poczuciem pogwałcenia. – Czyli nie wróci do nas pięciu śmierciożerców.
– Pięciu, mój panie? – Bellatrix spojrzała na niego z miejsca, w którym klęczała u jego stóp, gdzie znowu wróciła do poruszania w te i z powrotem srebrnym nożem ponad małym zwierzątkiem. Harry nie miał serca sprawdzić, co to mogło być. Obrócił głowę tak bardzo jak mógł, żeby zobaczyć jak zachód słońca zalewa niebo czerwienią i klnąc na to, że zachód przesilenia zawsze tak długo się ciągnie.
– Severus – powiedział Voldemort, sycząc to imię. – Lucjusz. Hawthorn. Adalrico. I Peter. – Przechylił głowę na bok, wbijając wzrok w Harry'ego na krótką chwilę. – A Mulciber usiłował mnie zdradzić w chwilach tuż przed swoją śmiercią. Wygląda na to, że nasz pan Potter ma talent do przeciągania moich sojuszników na swoją stronę. Po dzisiejszej nocy to nie będzie miało znaczenia.
Odwrócił się.
– Igorze, twoje ramię!
– Mój panie. – Karkarow podszedł do niego, odsłaniając Mroczny Znak na swoim lewym przedramieniu. Opadł na jedno kolano, pochylając nisko głowę, kiedy Voldemort go dotknął.
Harry poczuł, jak zew niesie się ze Znaku niczym bicz w kierunku wszystkich innych, przechodząc przez moc, która pieczętowała cmentarz, nie pozwalając Harry'emu na użycie jego magii – oraz, jak się domyślał, jego sojusznikom na namierzenie go i aportowanie się tutaj, inaczej już by się przy nim pojawili – zupełnie jakby ta nie istniała. Voldemort odchylił głowę do tyłu i szepnął słowa, sycząc je tak bardzo, że Harry niemal nie był w stanie ich zrozumieć.
– Moi lojalni śmierciożercy. Lojalni mi i nikomu innemu, usłyszcie i bądźcie posłuszni wezwaniu swojego mistrza. Chodźcie do mnie!
Harry nie miał żadnych wątpliwości, że lada chwila pojawią się tu śmierciożercy. Voldemort miał zamiar zabić go na oczach widowni.
Jeśli tylko przeciągnie ten moment do chwili, w której wreszcie zajdzie słońce, to mu pokażę na co mnie stać. Harry nie był pewien, czy naprawdę uda mu się wygrać. Magia Voldemorta była niemal wszędzie wokół niego i przypominała mu, gdyby kiedykolwiek udało mu się o tym zapomnieć, że Mroczny Pan był od niego silniejszy. Tak wiele surowej magii o temperamencie tak strasznie różnym od tej Harry'ego, pełnej kłów, pazurów i szybkości, zdolnej do momentalnego zauważenia, gdzie trzeba uderzyć, żeby najbardziej zabolało.
Harry leżał tam i czekał, mając nadzieję wbrew nadziei, że Snape nie spróbuje podążyć za wezwaniem Mrocznego Znaku. Zostanie zabity w chwili, w której się tu pojawi, albo gorzej, przetrzymany na późniejsze tortury. Tak samo będzie z każdym z jego sojuszników. Harry zacisnął powieki i miał nadzieję, starając się zebrać w sobie siły pomimo agonalnego bólu, tętniącego mu w ramieniu.
Ktoś przysunął się do niego bliżej i Harry otworzył oczy, spodziewając się zobaczyć nad sobą Voldemorta. Zamiast tego przykucnął przy nim Rosier, sprawdzając, czy pęto na jego lewym nadgarstku wciąż się mocno trzyma. Harry czekał. Nie miał już najmniejszego pojęcia, czego się po nim teraz spodziewać. Może Rosier poluźni pas.
Nie zrobił tego, ale i tak uśmiechnął się do Harry'ego, a jego ciemne oczy lśniły niczym sztylety.
– Wszystko jest grą, panie Potter – powiedział.
Harry rozpoznał tę frazę z ostatniego listu, jaki wysłał mu Rosier, ale nie miał pojęcia jak to się miało do czegokolwiek.
– Ta, wspomniałeś już o tym – mruknął, odwracając na bok głowę. Rosier złapał go za policzki i odwrócił mu ją z powrotem. Harry szarpnął się do tyłu, mimo, że przypłacił to przywaleniem głową o kamień, a w odpowiedzi na ten ból, jego ramię zapiekło jeszcze mocniej niż wcześniej. Skóra go mierzwiła z obrzydzenia i niesmaku na myśl, że przed chwilą dotknął go śmierciożerca.
Inni śmierciożercy już się aportowali na cmentarz, powietrze przeszywały kolejne trzaski, dzięki czemu głos Rosiera niemal na pewno nie został usłyszany przez kogokolwiek innego poza Harrym.
– Lepiej, żebyś to sobie wreszcie wziął do serca – szepnął. – Wszystko jest grą, czy pan to rozumie, panie Potter? Każdy ruch, który ktoś wykonuje. Każde słowo, które mówi. Każde zadanie, którego się podejmuje, żeby zadeklarować swój sojusz.
– Nie biorę udziału w tej twojej grze – wypalił Harry.
Rosier podniósł brwi.
– Oczywiście, że bierzesz, Potter. Jedyni, którzy są z niej zwolnieni, są martwi. – Puścił mu oczko, po czym wstał i obrócił się wdzięcznie, żeby zająć swoje miejsce w kręgu, który zaczął się ustawiać wokół kamienia.
Harry podniósł głowę i przyjrzał się śmierciożercom, ubranym w swoje anonimowe, ciemne szaty i białe maski, bo i tak w tej chwili nie miał niczego lepszego do roboty. Rozpoznał kształty większej ilości mężczyzn spośród nich, niż kobiet. Niektórzy byli niscy i przysadziści, większość była szczupła i poruszała się z wytrenowanym od dziecka, czystokrwistym wdziękiem. Harry zmarszczył nos. W armii Voldemorta pojawiali się też mugolaki i ludzie pół–krwi, naturalnie, ale tutaj wszyscy zdawali się pochodzić z klasy czystokrwistych, łącznie z ich bezużytecznymi przesądami i wspomnieniami o życiu o wyższym standardzie, które mogliby osiągnąć, gdyby tylko nim żyli, zamiast słuchać się rozkazów potwornego szaleńca.
Harry nie sądził, że będzie czuł wobec nich aż tyle pogardy. Być może nie czułby, gdyby nie został, pod wieloma względami, wychowany jako czystokrwisty. Dokładnie zdawał sobie sprawę z tego, od czego się odwracali, jakie tańce i historię szanowali i czego chcieli z powrotem. Oczywiście, że nie mieli jaj, żeby żyć w świecie, który stworzyłyby takie tańce, ponieważ wymagałby on od nich znacznie cięższych negocjacji z Lordami takimi jak Voldemort, bo nie mogliby mu się tak po prostu poddać. Chcieli po prostu oczyścić świat z ludzi, którzy tych tańców nie przestrzegali.
Harry poczuł, jak wzgarda wije mu się w żołądku niczym gorąca żmija i wykorzystał to, żeby znieść najnowszą falę bólu ze swojej rany.
W końcu trzaski ucichły i krąg śmierciożerców zacieśnił się wokół Voldemorta. Ten stał przez chwilę w ciszy, przyglądając im się, po czym kiwnął głową.
– Powróciłem – powiedział. – Na kolana. – Te słowa były rozkazem, ale co więcej, Harry zauważył jadącą w nich nutę przymuszenia. Szarpnął za swoje pęta, żałując, że nie jest teraz wolny. Przynajmniej zobaczyliby, że choć jedna osoba nie klęka przed tym Mrocznym Panem, który nadużywa swojej mocy.
Wszyscy bez wahania opadli na jedno kolano, poza Karkarowem, który i tak już klęczał u jego boku. Voldemort uśmiechnął się do niego. Harry zadrżał. Jego zęby wyglądały teraz na jeszcze bardziej przerażające niż wtedy, kiedy wpełzł Harry'emu na pierś i go ugryzł, ponieważ zdawały się bardziej naturalnie mu pasować.
– Powróciłem – powtórzył miękko Voldemort, głaszcząc przedramię Karkarowa – dzięki lojalności Bellatrix Lestrange, Evana Rosiera i naszego własnego śpiącego, który całe lata spędził, pilnując, żeby wróg mu zaufał i gardził nim, uważając go za tchórza. – Zacisnął dłoń. – Powstań, Igorze Karkarowie, dyrektorze Durmstrangu, oklumento i legilimento.
Karkarow wstał. Harry zobaczył, że jego twarz już się całkowicie zmieniła, była odprężona i pewna siebie. Wyprostował się, jakby idea kulenia się ze strachu nigdy nawet nie przyszła mu do głowy. Odwrócił się i pokłonił nisko Voldemortowi, przelotnie zerkając na Harry'ego. W jego oczach lśniła radość.
– Nikt nigdy mnie nie podejrzewał, mój panie – powiedział. – O tym mogę cię zapewnić. Nawet teraz w Durmstrangu mam niewielką grupę nieopierzonych śmierciożerców, pragnących niczego innego jak służyć wspaniałemu panu, o którym tak wiele słyszeli. – Pokłonił się po raz kolejny i pozostał już tak, póki Voldemort nie szepnął do niego.
– Wyprostuj się.
Karkarow spojrzał w górę.
– Jestem bardzo z ciebie zadowolony, Igorze – powiedział Voldemort, a Karkarow pochylił głowę, po czym dołączył do kręgu. Voldemort odwrócił się i przez chwilę skanował wszystkich wzrokiem. – Z waszej reszty nie jestem aż tak zadowolony. Crabbe. Zbliż się do mnie.
Jedna z przysadzistych postaci drgnęła wyraźnie, po czym podniosła się, robiąc krok naprzód. Głos Voldemorta rozbrzmiał momentalnie, niczym pęknięcie lodu.
– Czy ja ci dałem pozwolenie na to, żebyś szedł? Czołgaj się.
Postać momentalnie opadła na ziemię i Harry patrzył z odrazą jak ojciec Vincenta pełznie w kierunku rąbka szaty Voldemorta. Voldemort pozwolił mu się na tyle do siebie zbliżyć, po czym wykonał w jego kierunku gest długą, cisową różdżką, którą Bellatrix czy Karkarow musieli mu podać, kiedy Harry akurat nie patrzył.
– Crucio.
Crabbe zaczął się wić i wrzeszczeć pod klątwą. Harry zmusił się do obserwowania, jak szata miota się w przód i w tył, odsłaniając ukrytą pod spodem bladą skórę, jak kończyny Crabbe'a miotały się konwulsyjnie. Harry wiedział, że zaraz też przyjdzie mu ucierpieć od tej klątwy, a w ten sposób przynajmniej ktoś był świadkiem cierpienia innych, w ten sam sposób, w jaki oni zaraz będą świadkami jego. To była dziwna więź, jaką w tej chwili przyszło mu dzielić z pogardzanymi przez siebie śmierciożercami, ale nic nie mógł na nią poradzić.
Voldemort zakończył klątwę, kiedy z ust Crabbe'a zaczęła cieknąć strużka śliny i opadać na ziemię.
– Wydawało ci się, że już nie powrócę, co, Vincencie? Wierzyłeś, że udało ci się uwolnić ze służby, której kiedyś przysiągłeś swoje życie. Nie udało ci się to i nigdy ci się to nie uda. Natychmiast zabierzesz swojego syna z Hogwartu, Vincenta, i zaczniesz wychowywać go na porządnego śmierciożercę, który się do mnie przyłączy. Przyjmie mój znak nie dalej jak za rok od dzisiejszego dnia. – Odwrócił głowę i na moment wbił swój lśniący wzrok w Harry'ego. – A jego pierwszą ofiarą zostanie Draco Malfoy.
Harry spróbował znowu wierzgnąć na swoje pęta, ale bez efektu. Rosier ich w żaden sposób nie poluźnił. Patrzył tylko bezsilnie, jak Voldemort odsyła Crabbe'a, bełkoczącego psalmy na temat swojej lojalności, z powrotem do kręgu, po czym przywołuje do siebie i torturuje kolejno kilku innych, którzy najwyraźniej też go zawiedli. Wszyscy z nich łamali się i płakali z bólu. Voldemort dał każdemu z nich rozkazy – głównie polegające na próbach zrekrutowania innych, mrocznych rodzin – po czym odsyłał z powrotem do kręgu.
Harry zapamiętał tę informację i obserwował słońce.
Voldemort nie zamierza pozwolić mi tego przeżyć, ale przeżyję, choćby jemu na złość, a wtedy ta informacja będzie ważna.
– A teraz – powiedział Voldemort, dziwnie dziarskim głosem – przed nami inicjacja nowej śmierciożerczyni. Wystąp, Cynthio Whitecheek.
Harry zamrugał, kiedy brązowowłosa kobieta, którą widział w swojej wizji wypełzła spośród cieni, bardziej przepełniona gracją na czworaka niż ktokolwiek przed nią. Zatrzymała się u stóp Voldemorta i zadarła głowę do góry. Harry widział, jak jej szalony wzrok skupia się na jego twarzy, a ona sama nabiera głęboko tchu, wąchając powietrze, jakby podobał jej się wężowy zapach, który go otaczał.
– Cynthio Whitecheek – powiedział Voldermot – wilkołaczyco, towarzyszko Fenrira Gerybacka, czy zgadzasz się na to, żeby mi służyć po kres swoich dni?
– Tak – powiedziała Whitecheek, a w jej głosie pojawiło się warknięcie.
– Czy zgadzasz się na to, żeby być mi lojalną, przedkładać moje cele ponad swoje własne, tak długo jak żyjesz i nosisz na sobie Mroczny Znak? – Voldemort wyciągnął różdżkę i wskazał jej końcem na jej lewe przedramię. Wilkołaczyca nie musiała odciągać szaty, czy rękawa, ponieważ była naga.
– Tak. – Whitecheek podniosła swoją rękę i utrzymała ją statecznie w górze.
– Czy zgadzasz się na noszenie na swojej skórze mojego Znaku i przysięgasz, że nie podejmiesz się żadnych kroków, żeby go zmienić albo usunąć? – głos Voldemorta był teraz ledwie szeptem.
– Tak.
Voldemort roześmiał się.
– Morsmordre! – krzyknął.
Whitecheek zawyła, kiedy z różdżki Voldemorta wystrzeliło smoliście czarne światło, które owinęło się wokół jej przedramienia, ostatecznie układając się w kształt węża i czaszki. Harry patrzył, jak się formuje i starał się zdystansować swój umysł od swojego ciała, ale wiedział, co zaraz nastąpi, bo czytał historię wojny Voldemorta i aż nim zatrzęsło, kiedy zaczął dyszeć.
– Twoja służba została przypieczętowana w ciele – powiedział Voldemort. – Niech teraz zostanie jeszcze przypieczętowana krwią. – Kiwnął ponad swoim ramieniem i obok niego pojawił się Fenrir Greyback, pozbawiony swojej maski. Pod ręką trzymał mocno małego chłopca. Harry miał wrażenie, że dziecko ma około ośmiu lat, nie był jednak w stanie określić, czy to był mugol, czy czarodziej.
A jakie to ma znaczenie? Oni chcą zabić dziecko.
Harry rzucił się mocno na swoje pęta, stękając z wysiłku. Wciąż nie odpuszczały. Sięgał bez przerwy, raz za razem, swoją magią, testując bariery, uderzając w nie i opadając z powrotem z wysiłkiem, od którego w głowie mu się kręciło, a wzrok zaczął rozmywać.
Voldemort zerknął na niego i roześmiał się, a blizna Harry'ego zapłonęła takim bólem, że jeszcze ciężej mu przyszło skupić oczy.
Tak czy inaczej zauważył, kiedy Greyback wypuścił oszołomionego, zapłakanego chłopca, a Whitecheek skręciła w jego kierunku, warcząc, po czym ruszyła na niego.
Chłopiec rzucił się do ucieczki.
Whitecheek dopadła go w przeciągu chwili, przygwożdżając jego małe ciało, swoim, znacznie większym. Harry patrzył, bo nic innego mu nie pozostało, a w ten sposób chłopiec przynajmniej będzie miał choć jednego świadka swojej śmierci. Zobaczył, jak żółte zęby błyszczą i zaciskają się, odgryzając prawe ucho chłopca.
Chłopiec wrzasnął, a w tym dźwięku było tak wiele bólu, tak wiele niezrozumienia co do tego, czemu przyszło mu tak cierpieć. Harry, na wpół oszalały, po raz kolejny rzucił się na swoje pęta. Kompletnie nic się nie stało.
Whitecheek przechyliła głowę chłopca na bok i użyła swojego kciuka, żeby wydłubać mu jedno z oczu. Przełknęła je, podczas gdy dziecko jęczało i błagało, znajdując się już gdzieś poza świadomą zdolnością do składania słów w zdania, za to unosząc się w bezkresnym morzu agonii. Harry wiedział, że Whitecheek wcale nie stara się go torturować. Nic by jej nie przyszło z odwlekania zabicia swojej ofiary. Jadła go żywcem i to było wystarczająco koszmarne.
Whitecheek obróciła chłopca, złapała go zębami za gardło i szarpnęła głową mocno w bok. Jęk, wrzask i gulgot, a potem dźwięk został utopiony we krwi, kiedy tętnica w szyi chłopca urwała się, a on umarł. Whitecheek opuściła głowę, ocierając twarz we krwi, liżąc ją pośpiesznie, jakby nie chciała, żeby choć odrobina jej się zmarnowała. Następnie obróciła się na plecy, kąpiąc w niej swoje włosy i podniosła jedną z rąk chłopca, po czym zaczęła odgryzać mu po kolei paluszki.
– Bardzo dobrze – powiedział Voldemort, podczas gdy Harry dyszał i czuł, jak w gardle rośnie mu gula, przepełniona poczuciem winy – moja nowa uczennico.
Whitecheek spojrzała na niego, po czym obnażyła swój brzuch w geście poddania. Voldemort roześmiał się i gestem nakazał Greybackowi przykryć ją trzymaną przez niego szatą. Drugi wilkołak pośpiesznie to zrobił, mrucząc jej coś do ucha. Następnie odwrócili się i wspólnie zaczęli się żywić chłopcem.
Harry zamknął oczy, ponieważ wreszcie mógł, a wina pożerała go od środka, niczym jego własny wilkołak.
On zginął. Zginął wprost na twoich oczach.
A ty nic nie zrobiłeś.
Harry naprawdę nie uważał, żeby to miało jakieś znaczenie, że jego magia była w tym momencie spętana. Powinien był coś zrobić. Po co mu ta cała moc, skoro nie może jej nawet użyć do uratowania dziecka?
– A teraz – powiedział Voldemort – czas na kolejną rozrywkę, którą dla was zaplanowałem, moi lojalni służący. Chodzi o zemstę, zdecydowanie za długo już odwlekaną.
Harry usiadł na swoim poczuciu winy i podniósł głowę, wbijając wzrok w Voldemorta. Będzie się chciał ze mną pojedynkować. Musi. Chce tego. A wtedy będę wolny. Słońce wciąż zachodziło, ale już niebawem niebo stanie się kompletnie czarne, a wtedy bariery na magii Harry'ego opadną.
Bellatrix podpełzła na klęczkach do stóp Voldemorta, przyglądając się jego twarzy.
– Mogę? – szepnęła. – Och, mój panie, mogę?
Voldemort kiwnął głową, uśmiechając się do niej. Bellatrix wstała i podeszła do Harry'ego. Harry przygotował się na to, że przyjdzie mu znieść kilka Crucio z jej różdżki.
– Och, i Bella? – zagaił Voldemort.
Bellatrix obróciła się i spojrzała na niego.
Voldemort uśmiechnął się, co było ostrzejszym nacięciem w jego twarzy niż okazywał do tej pory.
– Pozostaw mu jego magiczną rękę.
W Harrym rozbudziła się odległa, pełznąca ku niemu zgroza, nadciągająca niczym potężna bestia, kiedy Bellatrix odpowiedziała jękliwie:
– Oczywiście, mój panie.
Odwróciła się do niego. W lewej dłoni trzymała nóż.
Harry starał się wyrwać. Równie dobrze mógłby spróbować zepchnąć świat z jego kursu. Musiał tam leżeć, kiedy Bellatrix uklęknęła przy nim i podniosła ostrze, podziwiając je. Jego krawędź lśniła i mieniła się od inkantacji, które musiała na nie nałożyć.
– Odebrałeś mi moją prawą dłoń – szepnęła do niego. – To by było po prostu słuszne, żebym odebrała od ciebie to samo. Ale ponieważ mój pan chce, żebym zostawiła ci twoją magiczną rękę, a ty jesteś praworęczny... – Wzruszyła ramionami i wymknął się jej cichy chichot. – Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Voldemort podszedł i stanął u stóp płyty, podczas gdy Harry wciąż się miotał, wykręcając kręgosłup jak tylko mógł. Voldemort przyglądał mu się przez chwilę w ciszy, wyraźnie rozbawiony. Pod bezpośrednim spojrzeniem tych czerwonych oczu, Harry ponownie poczuł, jak blizna zaczyna go piec.
Wtedy Voldemort wyciągnął swoją własną różdżkę.
– Crucio – szepnął.
W jego piersi, niczym pęknięcie tamy, pojawiła się fala bólu, która zalała go momentalnie od stóp do głowy. Nie mógł sobie pozwolić na konwulsje, żeby sobie ulżyć w bólu, jak to zrobił wcześniej Crabbe, jego więzy za mocno go trzymały. Ledwie był w stanie określić, kiedy do tego bólu przyłączyła się płonąca agonia, płynąca z jego blizny.
Poczuł jednak moment, w którym Bellatrix złapała go za lewą rękę i zaczęła przecinać się przez jego nadgarstek, mimo, że pęta ściskały go tak mocno, że odcięły mu dopływ krwi i powinny przez to nieco załagodzić ból.
Wrzeszczał.
Voldemort się śmiał.
Crucio paliło.
Jego blizna rwała.
Bellatrix cięła.
Harry czuł, jak opada coraz głębiej i głębiej w ból. Głos Lily szeptał mu w głowie – Nie pozwól się mu złamać, płyń z prądem, przetocz się pod nim, wznieś się ponad niego... ale te słowa nie miały już dłużej znaczenia. Wszystko było bólem, lśniło rozżarzoną czerwienią, przeplataną z czernią, przetaczając się ponad nim niczym chmury burzowe. Wszystko bolało, tak strasznie bolało...
Wrzeszczał.
Voldemort się śmiał.
Crucio paliło.
Jego blizna rwała.
Bellatrix cięła.
Istniało dno tego bólu i Harry uderzył w niego, gdy tylko poczuł, że kość i mięso zaczynają ustępować. Nóż ciął prosto w dół i zaniósł go ze sobą aż do tego punktu. Harry wiedział, że nie będzie w stanie niczego zrobić, żeby to powstrzymać, tak samo jak nie był w stanie zrobić czegokolwiek, żeby powstrzymać Whitecheek przed pożarciem tego chłopca.
Jego furia się w nim zagotowała, po czym przeszyła go z wrzaskiem.
Wrzeszczał.
Voldemort się śmiał.
Crucio paliło.
Jego blizna rwała.
Bellatrix cięła.
Harry poczuł, jak jego nadgarstek pęka z trzeszczącym, warkoczącym dźwiękiem i wiedział, że właśnie stracił lewą dłoń. Wiedział to również dlatego, że jego nienawiść wzrosła znowu, a jego bezróżdżkowa magia zebrała się w sobie i ruszyła ku czemuś, co wyglądało jak droga ucieczki z jego ciała...
I odkrył, że to była pułapka, kiedy jego magia roziskrzyła się i zaczęła miotać bez kontroli. Harry spróbował ją opanować, sięgając ku niej z instynktem, którego nabrał przez ostatnie dwa lata, ale ta mu się ciągle wymykała, przeciekając mu przez palce niczym woda.
Harry zrozumiał co się dzieje w chwilę później, w jednym, pełnym desperacji oddechu. Tak blisko związał swoją bezróżdżkową magię z ciałem, tak blisko splótł ją ze swoją skórą, że taka zmiana w strukturze jego ciała, otwarta w nim na stałe dziura sprawiła, że ta wylała się dzika, nieokiełznana, nieogarnięta. Stracił kontrolę nad swoją mocą i nie wyglądało na to, żeby był w stanie ją w najbliższym czasie odzyskać.
Wrzeszczał.
Bellatrix się śmiała i Voldemort się śmiał, po czym odsunął się od kamienia, pomniejszając rwący ból blizny i machnięciem nadgarstka zdejmując Crucio. Harry obrócił głowę, cal po calu, żeby zobaczyć trzymaną przez Bellatrix dłoń.
Uśmiechnęła się do niego, po czym wykonała swoim nożem gest, szepcząc coś. Harry zawył znowu, kiedy zaklęcie przyżegało jego ranę, powstrzymując go przed wykrwawieniem się na śmierć i pieczętując jego nadgarstek jako kikut.
Miał nadzieję, że dzięki temu zdoła odzyskać kontrolę nad swoją magią, ale wciąż bez powodzenia. Ta się tylko wylewała dalej z niego, miotając bezużytecznie na boki, tworząc w trawie niewielkie zawirowania. Harry próbował jej kazać się odwiązać, uderzyć w Voldemorta, zabić Bellatrix.
Nic się nie stało. Jego magia nie musiała się go słuchać, więc tego nie zrobiła.
Dysząc ciężko, jeszcze nigdy w życiu nie czując się tak tak bezradnie jak w tym momencie, z nadgarstkiem stojącym dosłownie w ogniu, Harry gapił się z oczami szeroko otwartymi z szoku, kiedy Bellatrix szeptała do niego.
– Nałożyłam zaklęcia na ten nóż, dzieciątko, inkantacje, nad którymi spędziłam całe miesiące. Nigdy nie będziesz w stanie przyczepić ręki do tego obrzydliwego kikuta. Żadne zaklęcie się nie utrzyma, każda fałszywa ręka odpadnie, a zaklęcia magomedyków po prostu będą po tobie spływać.
Bellatrix roześmiała się głośno, po czym podniosła dłoń, którą mu przed chwilą odcięła.
– Ale co do tego mam inne plany i inną część inkantacji.
Podciągnęła rękaw swojej szaty i Harry zobaczył ruinę, jaką stała się jej prawa ręka, którą przeciął w nadgarstku z pomocą Sectusempry. Kawałki mięsa były z niej poodrywane, w miejscach, w których zraniła się, wyrywając sobie żyły i mięso, żeby pomóc w odrodzeniu Voldemorta. Przytknęła dłoń Harry'ego do swojego kikuta i wymówiła trzy, ostre słowa, których Harry nie rozpoznał jako łaciny.
Jego dłoń drgnęła i roztopiła się, po czym zmieniła kształt i obróciła w innym kierunku. Na prawym nadgarstku Bellatrix pojawiła się prawa dłoń, która stopiła się z jej przedramieniem do tego stopnia, że jedyna różnica, która pozwalałaby Harry'emu na rozpoznanie swojej starej dłoni, pozostawała wyłącznie w różnym kolorze skóry. Bellatrix uśmiechnęła się do niego i strząsnęła palcami, po czym przełożyła nóż do prawej ręki.
– Szkoda, że nic więcej nie wolno mi zrobić – szepnęła. – Mój pan chce odbyć z tobą pojedynek, więc zaraz odda ci twoją różdżkę.
Harry obrócił głowę i zobaczył stojącego obok Voldemorta, z uśmiechem na ustach, trzymającego cyprysową różdżkę Harry'ego w jednej dłoni.
– Chodź, Potter – powiedział i zerwał pęta Harry'ego niewerbalnym zaklęciem tnącym. – Zatańczymy.
Harry wiedział, że jak nie odzyska kontroli nad swoją bezróżdżkową magią, to Voldemort go zabije. Zginie tutaj i pozostawi tak wiele niedokończonych spraw, cierpiąc od bólu, który mu sprawili, a Voldemort będzie mógł chodzić znowu po świecie i przysparzać jeszcze więcej cierpienia, nie do powstrzymania, jeśli Harry naprawdę był wybranym przez przepowiednię Chłopcem, Który Przeżył.
Zginie tutaj.
I już nigdy nikomu więcej nie pomoże.
Nurkujący w nim, wyjący ból uderzył w klatkę zrobioną z sopli lodu, w której zamknął swoją mroczną furię, dzięki czemu ta wyrwała się znowu na wolność. Harry czuł, jak emocje się z niego wylewają, sprawiając, że jego twarz się zmarszczyła, a jego prawa dłoń – jego jedyna w tej chwili dłoń – sięgnęła przed niego i złapała różdżkę, którą podrzucił mu Voldemort.
Nienawidził.
Och, jak on ich strasznie nienawidził.
Harry wiedział, że tym razem nikt nie przyjdzie mu na ratunek, nikt nie powstrzyma go przed wyzwoleniem jego furii i nienawiści, tak jak to zrobił na Umbridge czy Lily. Nie było tu Snape'a czy Dracona, którzy byliby w stanie go zmusić do powrotu. Zginie tutaj, spędzając swoje ostatnie chwile w furii i pogardzie.
A jakaś jego część – ta część, która wrzeszczała na niego za jego bezużyteczność, kiedy po prostu leżał i patrzył, jak chłopiec ginie pod Whitecheek, ta część, która była obrzydzona jego bezradnością i brakiem kontroli nad jego własną bezróżdżkową magią, ta część, która otworzyła klatkę i wypuściła z niej furię – była z tego strasznie zadowolona.
