To jest kolejny rozdział, który kończy się ZAJEBIŚCIE POTĘŻNYM CLIFFHANGEREM, ale to przynajmniej będzie ostatni taki z rzędu. W dodatku ostrzeżenia dotyczące tego fiku znowu nabierają większego znaczenia, zwłaszcza te przestrzegające przed rozchwianiem emocjonalnym, bo Harry nie jest, ee, tak do końca poczytalny w tej chwili.

Tytuł tego rozdziału to fragment wersu z poezji Swinburne'a, "Hymn do Prozerpiny".

Rozdział sześćdziesiąty drugi: To nie śmierci się srożą

Nigdy nie sądziłem, pomyślał Harry, odstępując od ołtarza i podchodząc do Voldemorta, ściskając mocno różdżkę w dłoni, że jestem w stanie aż tak nienawidzić.

Nienawiść zapierała mu dech w piersiach. Przepływała przez niego i tętniła niczym dodatkowe serce, albo jak miłość do Connora, którą jego matka wmusiła w niego treningiem. Była wszędzie, gdzie patrzył, sprawiając, że widok nagrobków czy śmierciożerców bladł w obliczu dwóch najpotężniejszych rzeczy w jego życiu. Były to Voldemort i ból – jeden stojący przed Harrym, a drugi będący jego celem.

Voldemort patrzył, jak Harry się do niego zbliża i przechylił głowę na bok, uśmiechając się leniwie. Jego głos, kiedy się odezwał, był niski i miał w sobie lekką oślizgłość, przez którą Harry domyślił się, że przemawia w wężomowie.

– Czy do ciebie nie dociera to, co się tu zaraz stanie, Harry? Jesteś skończony. Nie masz żadnych szans. Twoja magia wylewa się z ciebie i będzie się miotać dziko aż nie zginiesz na drugim końcu mojej różdżki. – Podniósł lekko swoją różdżkę. – A nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że tu zginiesz. Czy poświęciłeś choć chwilę uwagi temu, z czego są zrobione nasze różdżki?

Harry zatrzymał się o kilka stóp od niego i przyglądał mu się w ciszy. Niczego nie odpowiedział. Nie sądził, żeby Voldemort w ogóle chciał usłyszeć jego odpowiedź, a nawet jeśli, to nie byłby w stanie jej dać. Jedyne dźwięki, które byłyby w stanie się wydostać z jego ust nie byłyby słowami, ale wrzaskiem. Czuł magię, nad którą wciąż miał jakąś kontrolę, magię, którą mógł skupić w swojej różdżce, zbierającą się do skoku niczym leopard gotów do ataku.

Voldemort machał swoją różdżką w tę i z powrotem.

– Moja różdżka jest zrobiona z cisu – powiedział. – Symbolu odrodzenia, powrotu ze śmierci. Zawarte w niej pióro feniksa to po prostu dodatkowa obietnica. Zawsze wiedziałem, że powrócę, Harry, i że cię wtedy pokonam. Podczas gdy twoja... – Voldemort wykonał groteskowy ruch swoimi ustami, co Harry podejrzewał, miało symbolizować skrzywienie ust, tylko że on nie miał ust, które mógłby skrzywić. – Twoja różdżka jest zrobiona z cyprysu. Czy znasz legendę cyprysu? To drzewo cmentarne. Jak się je raz zetnie, to już się nie odrodzi. Jego gałązki wiesza się z okazji żałoby i ku czyjejś pamięci. – Voldemort podniósł swoją różdżkę wyżej, uśmiechając się. – Z przyjemnością ponownie stawię ci czoła i znowu cię skrzywdzę, moja młoda nemezis. Pamiętaj jednak. To się może skończyć tylko w jeden sposób.

Zrobił krok przed siebie i machnął różdżką w ostrym, tnącym ruchu.

Imperio!

Harry otworzył usta, kiedy uderzyło w niego zaklęcie niewybaczalne. Śmiał się, ale jeszcze nigdy nie słyszał u siebie takiego śmiechu. To był zdławiony dźwięk umierającego w pułapce zwierzątka.

Czuł wyłącznie intensywną pogardę, która skrobała go po wnętrzu gardła niczym łodyga róży.

Jemu naprawdę się wydawało, że coś takiego na mnie podziała? Naprawdę mu się wydaje, że w tej chwili jest w stanie nagiąć moją wolę?

Klątwa Imperiusa uderzyła w jego tarcze i rozmyła się. Harry podniósł brwi, kiedy zobaczył, że Voldemort przygląda mu się ze zdumieniem, i uśmiechnął się z kpiną. Tym razem miał wrażenie, że będzie w stanie się odezwać i słowom faktycznie udało się wydostać z jego gardła, kiedy tylko się trochę wysilił.

– Nie pokłonię się przed tobą, Tom.

Te słowa wywarły dokładnie taki efekt, jaki przewidział, wymówienie jego imienia sprawiło, że Voldemort obnażył zęby w cichym warknięciu. Po raz kolejny odezwał się w wężomowie, zamiast po angielsku, utrzymując głos na niskim tonie syknięć. Harry miał wrażenie, jakieś odległe, że może nawet Voldemort zdawał sobie sprawę z tego jak kretyńsko w tym momencie brzmi i właśnie dlatego mówi w ten sposób, zamiast ogłaszając wszystko wszem i wobec swoim śmierciożercom w języku, który mogli zrozumieć.

– Nie masz pojęcia, co w tej chwili robisz, chłopcze. Zapłacisz tysiącami fal bólu za każdą obrazę, do jakiej się posuniesz wobec mnie.

Harry podniósł głowę. Czuł, jak nienawiść wylewa się z niego falami, jakby właśnie wyszedł na brzeg mrocznego oceanu. To było wspaniałe, tak nie musieć się martwić o cokolwiek, nie przejmując się przekraczaniem barier. I tak stracił już nad sobą kontrolę, a jego najpotężniejsza broń wciąż wylewała się bezużytecznie z jego przypalonego nadgarstka. Czemu miałoby go cokolwiek obchodzić?

Wycelował różdżką w Voldemorta i wezwał. Jego różdżkowa magia, stara, wierna przyjaciółka, ta, którą opanował na długo przed podjęciem w ogóle treningu bezróżdżkowej, napłynęła ochoczo na dźwięk wyszeptanych przez niego słów, przypominając sobie plażę z zeszłego roku.

Accendo intra cruore.

Klątwa płonącej krwi wystrzeliła z niego bez trudu, płynnie, a on sam zobaczył, jak oczy Voldemorta otwierają się szerzej, zanim ten machnął różdżką, wykonując kontrzaklęcie. Harry'emu to nie przeszkadzało. Wiedział przecież, że to nie będzie łatwa walka. Voldemort dopiero co wrócił do szczytu swojej mocy, a zawsze przecież był potężniejszy od Harry'ego. Sztuczka polegała na tym, żeby pozostać w ruchu i bez przerwy mieć przygotowane następne zaklęcie do rzucenia, a on już miał swoje.

Ta znajomość z Rosierem jednak na coś mi się przydała.

Cor cordium flammae!

Voldemort syknął krótko i odbił to zaklęciem, o którym Harry nigdy wcześniej nie słyszał, przez co doszedł do wniosku, że Lucjusz musiał go okłamać, kiedy go poinformował o tym, że na płonące serce nie ma przeciwzaklęcia, klątwę musi zakończyć inny czarodziej. Harry wzruszył lekko ramionami. Nie obchodziło go to. Wszystko wokół niego wydawało się takie lekkie, unoszące się w powietrzu, a on już sam nie wiedział, czemu tak strasznie się wcześniej bał swojej furii. I tak miał tu zginąć, Voldemort już tego dopilnuje, więc czemu nie miałby się trochę zabawić przed śmiercią?

Crucio – rzucił, a nienawiść podsyciła niewybaczalne, przez co, jak i pewnie dlatego, że Voldemort ewidentnie się tego nie spodziewał, zatoczył się lekko do tyłu. Następnie rozwiał klątwę z pomocą Finite i łypnął groźnie na Harry'ego.

Harry'emu przyszło do głowy, że miał przewagę, bo był od niego znacznie mniejszy i lżejszy i chyba naprawdę powinien wreszcie zacząć z tego korzystać. Kiedy Voldemort rzucił w niego klątwę wybuchającą, opadł na ziemię i przetoczył się szybko za nagrobek.

Nagrobek przyjął na siebie siłę uderzenia, a Harry uznał, że to było naprawdę miłe z jego strony. Poklepał kamień w podzięce, po czym wstał, stając znowu naprzeciw Voldemorta. Przyszło mu coś do głowy. Obrócił tę myśl parę razy w głowie, podziwiając ją. Była piękna, nawet jeśli ostra.

– Tobie się wydaje, że co ty wyprawiasz, Potter? – szeptał dalej Voldemort sykliwie. – Naprawdę sobie wyobrażasz, że wciąż jesteś w stanie mi uciec, nawet teraz?

– Nie – powiedział Harry nieobecnym tonem. Jego myśli w dalszym ciągu się obracały. Stracił kontrolę nad swoją bezróżdżkową magią, która w tej chwili miotała się wokół niego w bezużytecznym, fioletowym pokazie świateł. Ale magia różdżkowa była kontrolowana inkantacjami i ruchami ręki. Powinien być w stanie osiągnąć to, co chciał zrobić, tak długo jak owinie to w unikalne słowo i znajdzie dla tego nowy ruch nadgarstka. Intencje były zazwyczaj trzecim składnikiem zaklęć, ale jeśli wziąć pod uwagę, że napędzała go w tej chwili przede wszystkim nienawiść, Harry nie uważał, żeby pod tym względem pojawiły się jakieś kłopoty.

– W takim razie co ty wyprawiasz?

– Krzywdzę cię – powiedział Harry i uśmiechnął się do niego, uznając, że jeszcze nigdy nie słyszał o zaklęciu, które potrzebowałoby tego słowa. Żadne zaklęcia czyszczące, nic z magomedycyny, a już na pewno nie powszechnie znane zaklęcia. Jeśli chodzi o ruch różdżką... hm. Miał wrażenie, że szybki ruch w bok, a potem kolejny, wykonany pod kątem dziewięćdziesięciu stopni powinien zadziałać. Większość zaklęć używała mniejszych kątów od tego.

Harry usłyszał siebie, jakby z bardzo, bardzo daleka, jak zaczyna nucić.

Voldemort przymrużył na niego oczy, ale tym razem rzucił w niego zaklęciem w wężomowie. Harry go nie rozpoznał i nie miał jak się przygotować na cios, który złapał go za klatkę piersiową i zaczął mu ściskać płuca. Zaklęcie dosłownie zmienia powietrze w nich w coś innego, pomyślał ze swojego dystansu. Chyba w ołów.

Skupił się i powiedział w głowie Finite Incantatem, poruszając w odpowiedni sposób różdżką. To zaklęcie było stare, wyuczone bardzo wcześnie w jego treningu, a niewerbalna magia wciąż wymagała zwykle użycia różdżki. Wrażenie w jego piersi zniknęło.

Tak, jego słowo i ruchy nadgarstkiem były gotowe, a intencje same obrały cel, kiedy Harry ruszył w kierunku Voldemorta.

Czemu nie?

Harry podniósł różdżkę. Niemal czuł, jak jego rdzeń z włókna ze smoczego serca drży, kiedy wyzwolił swoją moc, przeprowadzając ją przez niego i śpiewając słowo, które wybrał dla swojego zaklęcia.

Exculpo!

Zaklęcie było nowe i, tylko przez chwilę, Harry czuł, jak jego magia walczy z nim, nie chcą przyjąć wybranej przez niego formy, szukając znajomej inkantacji i nie odnajdując jej. Westchnął lekko i pchnął do przodu swoją wolę. No serio, przecież on tylko chciał, że Voldemort wił się w męczarniach. Czy to naprawdę było takie trudne do zrozumienia?

Zaklęcie zadrżało, po czym go posłuchało. Strzał fioletowego światła wyleciał z jego różdżki i wylądował na brzuchu Voldemorta, podczas gdy Mroczny Pan śmiał się głośno.

– Starasz się mnie usunąć jak kredę z tablicy, chłopcze? – Uśmiechnął się z pogardą. – Nie przyjdzie ci to tak łatwo.

– Nie usunąć – szepnął Harry, uśmiechając się. – To słowo nie ma tylko jednego znaczenia.

Voldemort miał zaledwie pół sekundy, żeby nabrać podejrzliwego wyrazu twarzy, nim skóra na jego podbrzuszu się otworzyła i zaklęcie zaczęło wyciągać na ziemię jego wnętrzności.

Harry przyglądał się, jak zupa szarych, zielonych i białych obrzydlistw – no i doprawdy, czemu on się właściwie spodziewał, że flaki Voldemorta będą wyglądać jak normalnego człowieka – zaczęła się z niego wylewać. Voldemort starał się rzucić na siebie zaklęcie lecznicze, ale głos mu drżał z bólu i szoku, jak i, jak Harry podejrzewał, urażonej dumy. Mali chłopcy, których miał zamiar zabić na oczach wszystkich, nie powinni się w ten sposób zachowywać.

Harry może i by przyglądał się z przyjemnością widowisku i czekałby, aż Voldemort nie dojdzie do siebie, tak żeby mógł szturchać jego dumę i powoli odłupywać kolejne jej kawałki, ale wtedy nagle stało się coś innego.

Nałożone na Harry'ego bariery, te, które związały jego bezróżdżkową magię na stałe z jego ciałem, przynajmniej póki Bellatrix nie odcięła mu ręki, oraz te, które trzymały jego sojuszników z dala od niego, padły.

Harry obrócił głowę w chwili ciszy, która nastała, ale wiedział, że nawet nie musi sprawdzać. Już wiedział, co zobaczy.

Słońce w końcu zaszło. Moc Voldemorta, którą ten powiązał ze słońcem, choć była niesłychanie potężna, zniknęła, a on już nie miał dłużej mocy nad magią Harry'ego i nie był w stanie jej dłużej zmuszać do pozostania bierną na terenie tego cmentarza.

Harry poczuł, jak na twarzy pojawia mu się uśmiech, olśniewający, oszałamiający, potężny. Wiedział, że to w ostatecznym rachunku niczego nie zmieni; wciąż się spodziewał, że po tym wszystkim Voldemort i tak go zabije. To było nieuniknione. Spryt, postawiony naprzeciw tak potężnej siły, mógł go utrzymać przy życiu tylko przez określoną ilość czasu, a Harry zdawał sobie sprawę, że to przecież jest Mroczny Pan, który spędził całe lata na uczeniu się mrocznej magii i wykonał obrzydliwe zabiegi na swoim ciele, byle tylko jak najdłużej utrzymać się przy życiu. Oczywiście, że wygra ten pojedynek.

Ale w tej chwili Harry otrzymał więcej możliwości na wykonanie bardziej dotkliwej zemsty niż wcześniej był w stanie. Miał zamiar tak dopiec Voldemortowi, że ten go na długo zapamięta.

Zagwizdał miękko, a jego bezróżdżkowa magia zwróciła na niego uwagę. Wciąż nie była pod jego kontrolą, ale przynajmniej zwracała na niego uwagę, kiedy tego pragnął. Harry wyczuwał jej punkt skupienia, jakby był to dziki pies, który właśnie zastrzygł uszami na znajomy mu dźwięk i zastanawiał się, czy nie pobiec w tamtym kierunku.

Harry zapytał, czy interesowałoby ją skrzywdzenie kogoś.

Splugawiona jego wirującą wokół nienawiścią, oszalała od jego bólu, uznała, że tak.

Harry podniósł głowę i wbił wzrok w Voldemorta, który wreszcie naprawił swój brzuch. Poprzez jego oczy, z ukąszenia na jego lewym ramieniu, z jego przeciętego nadgarstka, jego magia eksplodowała. Harry nawet nie próbował jej opanować. Po prostu cisnął niekontrolowanym, potężnym pociskiem w Voldemorta i był z tego naprawdę szczęśliwy.

Potężna siła złapała Voldemorta, miotnęła nim dwukrotnie, zakręciła nim raz, po czym cisnęła nim w jeden z nagrobków. Harry usłyszał trzask, choć nie był to dźwięk łamanej kości; brzmiał bardziej jak gałązka. Kiedy Voldemort przetoczył się na plecy, jego lewe ramię wisiało pod dziwnym kątem.

Harry uśmiechnął się do niego.

Voldemort obnażył swoje krzywe zębiska w bezdźwięcznym krzyku.

A jego własna magia podniosła się razem z nim, mroczne tsunami, głębokie, niemożliwie potężne i nie do powstrzymania.

Harry odkrył nagle, że leży na plecach, a magia otoczyła go niczym węże, przytrzymując go z potęgą, którą wyczuł już na pierwszym roku. Przykucnęła nad nim wiedza, doświadczenie i stare, naprawdę stare okrucieństwo. Jeśli Voldemort kiedykolwiek był człowiekiem, to już dawno o tym zapomniał.

Może cię nauczę, dziecko? jego głos syczał na niego zewsząd i znikąd, w głowie Harry'ego, wprost do jego uszu i tuż nad jego ciałem. Może cię nauczę, jak naprawdę wygląda nienawiść?

Harry poczuł jak ta moc go łapie i ciska nim w morze plugastwa. Tak właśnie wyglądała mroczna magia, której niewłaściwie używano, moc, która wykrzywiła, oszukała i okaleczyła magię Światła tak, że ta udzieliła Voldemortowi połączenia ze słońcem dzięki jego fałszywemu tańcowi sojuszu. To była potęga, z której rodziły się sieci, ale też taka, która mogła je zniszczyć, jeśli tylko to spełniało samolubne zachcianki Mrocznego Pana. Harry czuł przytłaczający smród psich rzygowin, wzrastający wokół niego, zalewający mu nozdrza, wypełniający mu usta i uszy swoim ciężarem i odorem.

Już rozumiał, jak jego matka musiała się czuć, przebywając w jego pobliżu.

Tonąc, zagwizdał ponownie, a jego magia nadstawiła ucha.

Harry nabrał głęboko tchu, dławiąc się smrodem zła, które nie było nawet tak do końca obecne, po czym otworzył swoją zdolność pożerania magii.

Wąż otworzył szczęki, ponieważ sam uznał, że ma na to ochotę, po czym zaczął przełykać. Plugawa magia płynęła w dół jego gardła, ale nie przenosiła się do Harry'ego, tylko kończyła gdzie indziej. Harry był z tego rad. Może i był szalony, ale nawet on nie byłby w stanie znieść więcej tego smrodu i zanieczyszczeń. Leżał, oddychał i czuł, jak ciężar powoli maleje.

Voldemort przerwał na moment i jego nieobecny głos roześmiał się.

Harry, Harry, drogi Harry. Czyżbyś był moim magicznym dziedzicem? Nie wiem, jak do tego doszło, ale tamtej nocy, kiedy się z tobą spotkałem, musiałem przekazać ci niektóre z moich magicznych darów. Wężomowa była tylko jednym z nich.

Zapomniałeś jednak, mój dziedzicu, że twoi przodkowie zawsze będą od ciebie lepsi, szybsi, silniejsi.

Zdolność Voldemorta do pożerania magii się aktywowała. Tak się przynajmniej Harry'emu wydawało. Miała zęby, ale nie w taki sam sposób, jak jego przełykający wąż, oraz otoczyła jego magię i zaczęła rozrywać ją kawałek po kawałku.

Harry zawył. To nie bolało tak bardzo jak odcinanie ręki, ale zwielokrotniło poczucie pogwałcenia. Jego ręka i kikut wbiły się w ziemię, starając się powstrzymać proces połykania. Pamiętał, że nie wolno mu wypuścić różdżki z ręki, ale tylko ledwie.

Taka młoda, rozległ się radosny głos Voldemorta w jego głowie. Taka niewinna. Taka czysta.

Harry nabrał głęboko tchu i automatycznie sięgnął w kierunku swojej mocy, żeby wcisnąć ją z powrotem do swojego ciała i odciągnąć od niebezpieczeństwa. Po raz kolejny przelała mu się przez palce. Harry zaklął, zaszlochał i zapytał swojego pożerającego magię węża, czy ten nie byłby tak uprzejmy i otworzył swojej paszczy szerzej, zupełnie jakby zwracał się do magicznego stworzenia.

Wąż się go posłuchał i zaczął pochłaniać coraz więcej i szybciej. W miarę, jak magia Voldemorta tyła i nadymała się od tego, co kradła Harry'emu, Harry jednocześnie ją uszczuplał swoim wężem. Harry'emu przyszło do głowy, mimo oszołomienia, że to wygląda trochę jak dwa węże pożerające się od ogonów, czy też może, jeśli wziąć pod uwagę smród magii Voldemorta, jeden wąż pożerający gówno.

– Wystarczy! – warknął wreszcie Voldemort.

Harry nie był pewien, czy rozkaz padł w wężomowie, czy po angielsku, ale i tak odniósł efekt. Stworzenie, które skubało magię Harry'ego, odsunęło się. Voldemort obrócił się i zaczął się bronić przed utratą jeszcze większej ilości mocy.

Wąż przełknął jeszcze trochę, ale wtedy Harry poprosił go o zamknięcie szczęk i zaprzestanie. Posłuchał go. Harry dyszał, drżąc z ulgi i zastanawiając się, co teraz nastąpi. Jego magia leżała tuż obok niego, wzdęta, ogromna i uszczuplona z własnych zasobów. Ponieważ nie był w stanie jej dotknąć i wycenić, to nie mógł niczego pod tym względem określić.

Następnym, co się wydarzyło, była wysoka, czysta pieśń.

Harry odchylił głowę do tyłu. Krążyła nad nimi świetlista kropka. W miarę jak opadała coraz niżej w kierunku cmentarza, Harry rozpoznał w niej Fawkesa. Stłamsił swój jęk. Po co ten feniks tutaj przylazł? Żaden z nich przecież nie będzie w stanie stąd uciec, a Harry był teraz przekonany, że zaraz będzie miał kolejną śmierć na sumieniu.

Dlatego właśnie Harry uznał, kiedy powoli dźwigał się z powrotem na nogi, że najlepszym, co może w tej chwili zrobić, to całkowicie zignorować feniksa.

Poza tym miał wrażenie, że Fawkes zacznie od niego oczekiwać, że Harry przestanie nienawidzić. A tego nie był w stanie teraz zrobić. Spojrzał na Voldemorta i jego nienawiść zmieniła się w intensywne pragnienie niszczenia – wszystkiego, co ten człowiek sobie cenił, wszystkiego, co było mu bliskie. Problem był jednak taki, że Harry wątpił, żeby Voldemort jakoś wyjątkowo sobie cenił swoich śmierciożerców, a raczej nie uda mu się złamać jego różdżki.

Być może wspomnienia też zadziałają.

– Słyszałem, że szukasz swojego pamiętnika – zagaił Harry konwersacyjnym tonem, kiedy zaczęli krążyć wokół siebie. Nie wiedział, czy mówi po angielsku, czy w wężomowie. Patrzenie w nieludzkie oczy Voldemorta sprawiało, że myślał o wężach, więc pewnie mógłby przemówić w ich języku. – Znalazłeś go w końcu?

Wzrok Voldemorta momentalnie wbił się w jego twarz, a on sam nabrał głęboko tchu.

– Gdzie on jest? – syknął.

– Gdzieś, gdzie go nie znajdziesz. – Harry obrócił różdżkę w palcach, idąc w kręgu i uśmiechnął się. – Szkoda, że mnie zabijesz, zanim zdążysz wyciągnąć ze mnie informacje na jego temat, co nie?

Voldemort może i by na to coś odpowiedział, ale wtedy Fawkes rzucił się na niego, celując swoimi złotymi pazurami w jego twarz. Voldemort zrobił unik, Fawkes przeleciał nad nim i zakręcił, śpiewając głośno, słodko i ponaglająco.

Harry pokręcił z żalem głową. Fawkes reprezentował coś wspaniałego, do czego już nigdy więcej nie będzie w stanie powrócić. Nie był już w stanie opanować swoich emocji. Zginie tu, napędzany gniewem. Przynajmniej to go pocieszało. Kiedy tu zginie, to jego poczucie winy i wstyd zostaną pochowane razem z nim, ponieważ jego śmierć zapłaci za śmierć dziecka, którego nie był w stanie uratować, a ziemia przykryje jego porażkę utraty dłoni.

Voldemort syknął na Fawkesa klątwę, ale ten zgrabnie jej uniknął i przyleciał do Harry'ego, śpiewając głośno.

Harry żachnął się na niego.

– Idź sobie stąd, głupie ptaszysko – mruknął nieobecnym tonem, bardziej zainteresowany następnym zaklęciem, jakie szykował dla niego Voldemort, niż tym, co Fawkes mógł o tym wszystkim myśleć. – Znikaj, zwiąż się z kimś, kto jest bardziej ciebie wart. Ja już nikomu nie pomogę, wybacz.

Fawkes zaświergotał na niego gniewnie. Harry spojrzał w górę, mrużąc oczy. Jestem splugawiony. Nie mogę do tego wrócić. Czy on tego nie widzi?

To była maleńka rzecz, naprawdę, ta jego irytacja na Fawkesa w porównaniu do jego nienawiści wobec Voldemorta, ale na tą właśnie emocję jego bezróżdżkowa magia postanowiła zareagować, nagle wyskakując z jego przeciętego nadgarstka i atakując feniksa.

Fawkes zaśpiewał z lamentem, kiedy jego ogon pokrył szron, po czym zaczął wzlatywać coraz wyżej i wyżej, wciąż śpiewając i prawdopodobnie, jak go Harry znał, płacząc. Harry wzruszył ramionami, rad, że chociaż on znalazł się poza wszelkim niebezpieczeństwem. Harry nie był wart ratunku.

Wtedy uderzyło w niego zaklęcie Voldemorta – zwykła klątwa wybuchająca, ale miotnęła Harrym na kilka stóp. Wylądował, przetaczając się przez ramię i od razu wstając, rad, że znowu znajduje się w znajomej mu sytuacji. Po to tyle trenował. Wiedział, że pewnego dnia zginie w walce. Naprawdę, nigdy nie powinien był nikomu pozwolić się przekonać, że powinno być inaczej.

Przez następnych kilka minut pozostawał ślepy na wszystko poza ich walka. Voldemort miotał w niego klątwami, a Harry ich unikał, albo wznosił przeciw nim zaklęcia tarczy. Rzucał czary, a Voldemort odbijał je w bok, albo je przechwytywał i zmieniał w locie, po czym odrzucał z powrotem w niego. Harry uznał, że byłoby fajnie się nauczyć czegoś takiego i że powinien to kiedyś potrenować...

Ale potem przypomniał sobie, że przecież tutaj umrze, a jego usta otworzyły się lekko w bezdźwięcznym śmiechu. To naprawdę sprawiało, że wszystkie jego związane z przyszłością problemy przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie. No i jasne, było mu żal Dracona, Connora, Snape'a i pozostałych – a już najbardziej Dracona – ale był w stanie wyczuć moc, która zbierała się wokół Voldemorta i wiedział, że ten już stracił nastrój do zabaw z nim. Przygotowywał się na atak, który zakończy życie Harry'ego na dobre.

Zginę w walce przeciw Mrocznemu Panu. To jest los, którego pragnąłem, los, który sobie wybrałem w chwili, w której postanowiłem poświęcić swoje życie w służbie Connorowi. Przecież nie powiem teraz, że się tego nie spodziewałem, albo że się z tego nie cieszę.

Uznał, że równie dobrze może odejść w sposób, który zostawi jakąś ranę na przeciwniku, a to oznaczało, że jednak chciał zabrać ze sobą jednego ze śmierciożerców Voldemorta. Obrócił głowę i zobaczył, jak Bellatrix wychyla się z kręgu, przyglądając się pojedynkowi z otwartymi lekko ustami. Harry przymrużył na nią oczy, nawet kiedy jedna z klątw tnących Voldemorta, która przy uderzeniu dawała wrażenie, jakby w całe ciało wbiły mu się setki małych noży, otworzyła mu znowu ranę na ramieniu. Bellatrix nie była dobra w magii defensywnej. Nie potrzebował swojej bezróżdżkowej magii do pokonania jej, to było mu potrzebne tylko do zdobycia jakichkolwiek szans w walce z Voldemortem.

Zawirował w bok, prezentując się jako kuszący cel dla Voldemorta. Wiedział, że Mroczny Pan zawaha się przez chwilę na ten widok, bo nie będzie w stanie uwierzyć, że Harry nie ma jakiegoś asa w rękawie.

A Harry miał. As jednak nie był przeznaczony dla Voldemorta. Zacisnął palce na różdżce i podniósł ją, celując w Bellatrix, wyobrażając ją sobie martwą i ciesząc się z tego widoku. Otworzył usta, gotów po raz pierwszy w życiu rzucić zaklęcie zabijające.

– Znudziłem się – ogłosił nagle Evan Rosier, który stał tuż obok Bellatrix, po czym wyciągnął różdżkę i cisnął w nią klątwą.

Bellatrix, skupiona na Harrym, nie uniknęła tego na czas, więc zaklęcie trafiło ją prosto między żebra. Opadła na ziemię, rzężąc, a Rosier puścił Harry'emu oczko.

– Mówiłem ci, to ty jesteś interesujący – powiedział, po czym obrócił się, żeby odbić klątwy, które zostały w niego rzucone z miejsc, które wcześniej zajęli Greyback i Whitecheek.

Harry nie miał czasu na martwienie się o Rosiera. Voldemort szedł w jego kierunku i tym razem jego magia wznosiła się wokół niego niczym skrzydła. Harry spojrzał na niego i wiedział, że to już koniec. Voldemort może użyć zaklęcia zabijającego, a może użyje czegoś innego – pewnie tak będzie, bo chce, żeby Harry umierał w cierpieniach – ale jego magia była niczym nadciągająca ściana, która zablokowałaby sobą ostatni promień zachodzącego słońca i ostatnią nutę pieśni Fawkesa. Harry patrzył prosto na śmierć, a ona spojrzała na niego.

Nie bał się jej tak bardzo, jak kiedyś. Coś w nim umarło razem z tym chłopcem.

Voldemort uśmiechnął się do niego i otworzył usta, żeby przemówić, ale nagle obrócił szybko głowę. Harry powoli podążył za jego spojrzeniem, świadomy rozciągającej się w tym kierunku ciszy, ale nie wiedząc, co tam zobaczy.

Dragonsbane Parkinson kroczył ku nim między nagrobkami, jego czarne, owijające go szaty miotały się, jakby otaczał go mroźny wiatr.

Słowa, o których Harry już niemal zapomniał, nagle zapłonęły w jego głowie, słowa, które Dragonsbane powiedział mu podczas zeszłorocznej nocy Walpurgii, kiedy jego prohibicja została czasowo zniesiona i był w stanie rozmawiać werbalnie z innymi.

Jeszcze się kiedyś spotkamy. A raz, który będzie miał miejsce po następnym, nastąpi w domu moich krewniaków.

Harry widział go, kiedy się pojawił w ministerstwie razem z Hawthorn pod koniec sierpnia. A teraz znów przy nim był, krocząc przez dom swoich krewniaków, nekropolię...

Cmentarz.

Nekromanta zatrzymał się między dwoma, kamiennymi aniołami, pokłonił się Harry'emu i podniósł ręce.

A wtedy powstali zmarli.

Kamień i ziemia pękły, odsuwając się na bok skrzypliwie i jękliwie. Harry zobaczył jak dłonie, otoczone kośćmi, odziane w materiał, mające kawałki drewna w miejsce paznokci, uderzają i przewracają na bok anioły. Oba minęły Dragonsbane'a, który po prostu stał w miejscu, być może z pochyloną głową – ciężko to było określić, biorąc pod uwagę jego ubiór – podczas gdy martwe ciała wstały i chwiejnie go minęły, idąc po śmierciożerców.

W tym momencie już większość grobów została otwarta na oścież i wylewały się z nich mieszanki prochu i mięsa, szkieletów, niemal świeżych ciał, owiniętych w szmaty, a wszystko to ruszyło chmarą na sojuszników Voldemorta. Harry zauważył, że kilka z grobów się otworzyło, ale nie podniosło się z nich nic poza srebrnym dymem. Podejrzewał, że te ciała musiały być już tak stare, że nie były w stanie niczego od siebie dodać do zombich i mogły się tylko zamanifestować jako duchy.

Dragonsbane stał pośród swoich krewniaków i jego dłonie pojawiły się w zasięgu wzroku, blade i z migającym błękitem potężnego kamienia na jego pierścieniu, a on sam wykonał kilka, powtarzających się gestów, które Harry rozpoznał jako język migowy. Jak tylko dotarł do końca zdania, zaczął od nowa.

Harry pokręcił głową, nie rozumiejąc, nie chcąc zrozumieć, po czym obrócił się z powrotem w kierunku Voldemorta. To nie miało znaczenia, że Dragonsbane tu był, tak samo jak nie miało znaczenia pojawienie się Fawkesa czy zdrada Rosiera. Żaden z nich nie będzie miał najmniejszych szans przeciw magii Voldemorta. W najlepszym wypadku, martwi zabiorą ze sobą przynajmniej kilku śmierciożerców, i z tego Harry był względnie rad.

Zdawał sobie również sprawę z odległego strachu, że jeśli pozwoli swoim sojusznikom na przybycie tutaj, to jednak będzie musiał to przeżyć i do końca życia będzie tonął w swoim wstydzie i poczuciu winy. Miał wrażenie, że jednak wolałby zginąć.

Voldemort wycelował różdżką. Harry zobaczył po nim, że już go to dłużej nie bawiło, a arogancja, która go w pierwszej chwili do tego doprowadziła została zmiażdżona ciężarem zwykłych faktów. Zaczął intonować zaklęcie, przed którym nie było obrony, nie było tarczy i Harry wiedział, że tym razem już go nie przeżyje. Na jego magii nie było już barier, które można by zniszczyć.

Avada Ke...

Coś przywaliło z całej siły w Harry'ego, przewracając go. Harry znalazł się pod zimnym, solidnym ciężarem, który nie stawił żadnego oporu, kiedy go od siebie odepchnął. Dragonsbane momentalnie się z niego stoczył, ale zrobił to, co chciał osiągnąć. Klątwa zabijająca minęła Harry'ego, zielony pocisk światła przeleciał mu nad głową i uderzył w jednego z zamaskowanych śmierciożerców, powalając go. Harry usłyszał śmiech Rosiera i przekonał się, że ten wciąż żyje, nie, żeby to miało dla niego jakieś znaczenie.

Harry łypnął na Dragonsbane'a. Nekromanta nawet nie spróbował wstać, leżał na plecach i znowu powtarzał tę samą sekwencję ruchów swoimi dłońmi, raz za razem. Harry odkrył, że zaczyna go irytować fakt, że Dragonsbane wciąż dotrzymuje swoich deklaracji, mimo wszystko, zupełnie jakby w tej sytuacji miały one większe znaczenie od wyjaśnienia Harry'emu, co się tu właściwie, do licha, wyprawia, a jeszcze większa złość nadeszła na myśl, że Dragonsbane pozbawił go relatywnie łatwej śmierci.

Jego całym ostrzeżeniem było ciche warknięcie.

Jego bezróżdżkowa magia, magia, nad którą już nie miał kontroli, poderwała się i rzuciła na Dragonsbane'a, wyjąc, jakby irytacja Harry'ego była falą mrocznej, nieracjonalnej furii.

Harry zawył i sięgnął bez namysłu swoim lewym nadgarstkiem. Jeszcze więcej magii zawirowało, uwalniając się z kikuta i zaatakowało Dragonsbane'a, rozrywając, gryząc i tnąc. Z desperacją, paniką, Harry starał się ją złapać i powstrzymać, atakując ją wszystkim, co mu przychodziło do głowy – lejcami, słowami, różdżką, siecią.

Nic się nie utrzymało. Magia mogła być równie dobrze oddzielną od niego istotą, mimo, że starała się spełniać pragnienia, które jej się wydawało, że się pojawiały w jego głowie.

Rozerwała pierś Dragonsbane'a na kawałki i Harry wiedział, zanim jego blade dłonie przestały się poruszać i opadły na przesiąkniętą krwią trawę, że jego sojusznik zginął.

I to było zupełnie, jakby ktoś przekręcił w jego głowie klucz, poczytalność powróciła do Harry'ego z kliknięciem i trzaskiem.

Harry opadł na kolana, wrzeszcząc. Nie wiedział która emocja przepełniała jego głos: furia, żal, poczucie winy, pogarda do samego siebie. Ale wszystkie tam były i wszystkie na raz sprawiły, że po raz kolejny poczuł, że wolałby jednak umrzeć, bez względu na pieśń Fawkesa, która znowu rozległa mu się nad głową, czy uradowany śmiech Voldemorta, który dobiegał go za plecami, czy to, co się w tej chwili działo ze śmierciożercami.

Nie możesz umrzeć. Myśl powróciła do niego z nagłą brutalnością. Wydawało ci się, że możesz, ale tak nie jest. Istnieje w tym wszystkim jeszcze jeden sposób na wydostanie się stąd, sposób, którego nie spróbowałeś. Powinieneś był pomyśleć o tym już wcześniej, ale nie przyszło ci to do głowy, a teraz on nie żyje, ale wreszcie o tym pomyślałeś, więc teraz z tego skorzystasz, choćby cię miał jasny szlag trafić.

Jeśli już coś, to Hawthorn i Pansy zasługują na wyjaśnienia co do tego, jak zginął Dragonsbane, a ty powinieneś tam być, żeby im je dać.

Harry odwrócił się. Podniósł różdżkę. Voldemort przestał się śmiać i przyglądał mu się z namysłem, mrużąc swoje czerwone oczy.

Zrozumiał intencje Harry'ego akurat w porę, żeby się do niego przyłączyć, ale nie dość szybko, żeby go powstrzymać. To Harry'emu nie przeszkadzało. Teraz napędzała go determinacja, zmuszając go do rzeczy, których zwykły instynkt przetrwania nie był w stanie. Nosił w sobie poczucie winy i będzie musiał spłacić Parkinsonom ogromny dług, jaki u nich właśnie zaciągnął.

Legilimens.

Legilimens.

Harry i Voldemort wymówili zaklęcie w tej samej chwili i skoczyli, mijając się w drodze do umysłu tego drugiego. Harry leciał na wrażeniu podmuchu, przemykając pośród myśli Voldemorta, przez cały czas trzymając się swojego celu.

Uszkodź go. Zrań go tak potężnie, że będziesz w stanie uciec ze swoją wiedzą, a on nie będzie mógł tak po prostu za tobą podążyć, czy wyjść z tego cmentarza i zacząć krzywdzić innych ludzi.

Skrzywdź go.

Tak, chyba tyle jeszcze mogę zrobić. Przecież i tak jestem mordercą, prawda?