Ten rozdział nie ma cliffhangera pod koniec. (Fajnie, nie?) Wciąż jest mroczny i bolesny. Przykro mi. Na dobrą sprawę takie będą wszystkie rozdziały aż do samego końca tej książki – czyli do rozdziału siedemdziesiątego. Dopiero piąty tom będzie pełen katharsis i piorunów i oczyszczającego ognia, który zaleczy stary ból.
No to naprzód.
Rozdział sześćdziesiąty trzeci: Z żywopłotu i lodowych pól
Harry odkrył, że stoi pośród lodowej ciemności. Zadrżał i przymrużył oczy, spodziewając się, że lada chwila zrobi mu się cieplej, albo że pojawi się jakieś źródło światła, które pokaże mu, jakim miejscem był umysł Voldemorta.
Nie stała się żadna z tych rzeczy. Zamiast tego, oczy Harry'ego powoli przyzwyczaiły się do ciemności, a on sam zorientował się, że nad głową widzi niewielkie światełka – odległe gwiazdy polarne. Powoli opuścił wzrok i rozejrzał się wokół.
Stał w szczerym polu, rozciągającym się w nieskończoność we wszystkich kierunkach, przykrytym równym śniegiem i skutym pod spodem lodem. Harry nie widział żadnego wzgórza w zasięgu wzroku, żadnego drzewa, albo innego znacznika, który mógłby sugerować, że jest to jakieś konkretne miejsce. Ostrożnie ruszył przed siebie, bojąc się, że w samym świetle gwiazd potknie się o jakąś ukrytą w śniegu dziurę, ale choć parę razy się poślizgnął, to wynikało to po prostu z tego, że ukryty pod śniegiem lód był wyjątkowo śliski.
Nigdzie nie było śladu po wspomnieniach Voldemorta, żadnych słabych punktów, żadnej obrony. Gdzie by Harry nie szukał, tam znajdował wyłącznie surowy bezruch, leżący pod ledwie oświetlonym niebem.
Harry zorientował się w chwilę później, że to właśnie była jego obrona. W miejscu, w którym nic nie było widać, nie da się niczego zaatakować. Każdy legilimenta, któremu uda się dostać tak głęboko do umysłu Mrocznego Pana, zatrzyma się tutaj w miejscu, niepewien, gdzie w ogóle zacząć poszukiwania, a może nawet wierząc w to, że jego wróg nie ma żadnych emocji, żadnych słabych punktów, które można zaatakować.
Harry w to nie wierzył. Widział emocje na twarzy Voldemorta i choć były one teraz przykryte tarczami oklumencyjnymi, to te tarcze przecież musiały gdzieś być.
Zadarł głowę do góry, ale kopuła ciemnego nieba rozciągała się nad nim nieprzerwanie, bez śladu chmury, która mogłaby kryć jakiekolwiek słabości. Były tam gwiazdy, oczywiście, wszystkie umieszczone daleko od siebie. Harry rozważył wezwanie do siebie wiatru i podlecenie do nich.
Histeryczne ponaglanie tętniło mu w tyle głowy, mówiąc mu, że musi znaleźć słabe punkty Mrocznego Pana już, teraz, natychmiast, ale Harry zdołał zignorować jego głos. Tak, gwiazdy były możliwe, ale nie przychodziło mu do głowy, jak to niby miałoby działać. Chowanie swoich słabości w źródle światła było wyjątkowo nie w stylu Voldemorta. Harry zdawał sobie sprawę z tego, jak koszmarnie ten nie znosił używania świetlistej magii. Przywiązał swoją moc do słońca, ale to było ekstremalne, jak na niego, rozwiązanie.
Wzrok Harry'ego opadł ponownie na lód i śnieg pod jego stopami.
Tak, pomyślał, to jest dużo bardziej prawdopodobne.
Przyklęknął i odgarnął ręką puszysty śnieg, po czym zadrżał, kiedy ten zaszczypał go w palce. Sensacje, które tu odczuwał, były znacznie bardziej wyraźne od tych, które czuł, przebywając w umyśle Dracona, czy Connora albo Snape'a. To pewnie miało coś wspólnego ze statusem Voldemorta jako mistrza legilimencji.
Harry miał wrażenie, że niewiele osiągnie, starając się grzebać palcami w zamarzniętej ziemi. Na szczęście miał inną opcję, do której mógł się w tym momencie uciec.
Harry zamknął oczy i przypomniał sobie zwierzę, którym był w swoich wizjach: średniej wielkości, pokryte gęstym, ciepłym futrem, o wielkich jak na swój rozmiar łapach. Te łapy były idealne do biegania po śniegu, do tego zakończone potężnymi pazurami. Pomogą mu zarówno w poruszaniu się po tym dziwnym miejscu, jeśli przyjdzie taka potrzeba, jak i w kopaniu.
Transformacja zalała go falą, kompletnie go tym zaskakując. Harry mruknął cicho, kurcząc się i potrząsnął głową, kiedy ciepło otoczyło jego ciało. To była po prostu wyobraźnia, ale w miejscach takich jak to, miała ona moc równą rzeczywistości. Teraz pozostało mu ciągle przekonywać samego siebie, że naprawdę jest mu ciepło, tak żeby nie stracić tej ochrony.
Otworzył oczy i na ziemi przed sobą zobaczył prawą łapę oraz skróconą lewą. Harry skrzywił się. Wygląda na to, że Bellatrix wywarła na nim taką traumę, że nawet tutaj nie będzie w stanie się jej pozbyć.
Może tak będzie lepiej, pomyślał Harry. Szybciej zacznę się do tego przyzwyczajać. A mam jeszcze mnóstwo innych rzeczy, z którymi będę musiał nauczyć się żyć.
Zaczął kopać.
Zwrot. Obrót. Zadrzeć głowę. Szukać. Był w miejscu, które było ciemnozielone, przepełnione szelestem śmiechu.
Nie znosił, kiedy się z niego śmiano.
Podniósł różdżkę i wystrzelił klątwę. Uderzyła ona gdzieś w generalne, ciemnozielone miejsce przed nim, ale tylko jeden z szelestów umilkł; reszta wokół niego śmiała się dalej, ciszej, ale równie ostentacyjnie i z takim samym uporem co wcześniej.
Nienawidził rzeczy ostentacyjnych i upartych, o ile te nie służyły jego sprawie. Wówczas cały świat miał jego zezwolenie na bycie tak upartym, jak mu się tylko podobało.
Ruch do przodu. Wąchanie powietrza. Żadnego zapachu poza świeżymi liśćmi i przekopaną ziemią. Skrzywienie ust; oczywiście, że chłopiec tak pachniał, ponieważ z rozwagą utrzymywał się tak niewinnym i czystym, zupełnie jak jego magia, którą wcześniej połknął. Nie, od teraz będzie musiał zacząć pachnieć też jak błoto, czy zapach korupcji Lorda Voldemorta.
Równie dobrze może pokazać, że Lord Voldemort tutaj był.
Kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do niewielkich ilości światła, które przebijało się przez korony drzew, odkrył, że nie znajduje się w domu otoczonym przez drzewa, jak początkowo zakładał – oczywiście, że chłopiec miałby dom w swoim umyśle, może jakąś replikę Hogwartu – ale w dziwnej konstrukcji, po części żywego labiryntu i po części lasu. Miał wrażenie, że tak mógłby wyglądać labirynt z żywopłotu, gdyby pozwolić mu na niekontrolowane rozrośnięcie się. Przyjrzał się czemuś, co niemal mogłoby byś ścianą alejki, wyjątkowo gęsto zarośniętą liśćmi oznaczonymi złotymi plamkami. Sięgnął w jej kierunku i zerwał jeden z listków, z przyjemnością słysząc w odpowiedzi ostry, cichy wrzask.
Zrobił kilka kroków przed siebie, klątwą przewalając drzewo, które znalazło mu się na drodze. Opadło z trzaskiem.
Ciemna zieleń i szelest i zapach ziemi i ciało liści pod stopami i posmak ciemnej zieleni w jego ustach. Pogarda i nienawiść i wstręt i śmiech i nie ma wątpliwości, kompletnie żadnych wątpliwości, ponieważ jak on mógłby w siebie wątpić, wszak jest Lordem Voldemortem, najpotężniejszym Mrocznym Panem i najpotężniejszym czarodziejem, jaki kiedykolwiek stąpał po tej ziemi? Dumbledore był przy nim niczym, był niczym, zawsze był niczym, byłby niczym, będzie niczym.
Gdzieś, w labiryncie, w lesie, będzie się znajdowało serce. Voldemort je znajdzie i zniszczy.
Ruch przed siebie. Podniesienie głowy. Odrzucenie klątwą od siebie gałęzi. Śmiech z głupoty wroga, któremu naprawdę się wydawało, że będzie w stanie stawić czoła Lordowi Voldemortowi, mistrzowi i doświadczonemu legilimencie, na mentalnym polu walki.
Czas zacząć.
Harry zdawał sobie sprawę z odległego bólu. Nie miał żadnych wątpliwości, że Voldemort siał zniszczenie w jego głowie, znajdując rzeczy, które mógł zakłócić, do tego była jeszcze rana na jego ramieniu, którą przecież ponownie otworzyła jedna z klątw Mrocznego Pana, no i zawsze był ostry ból w jego pazurach, które skrobały w lodzie przed nim.
Kopał jednak dalej. Opuścił głowę i pomagał sobie zębami kiedy tylko mógł, odsuwając na bok zamarzniętą ziemię i kawałki lodu, które przyklejały mu się do podniebienia z irytującym uporem. Kiedy spluwał na bok, to powinny wylecieć z jego ust, albo stopić się i wypłynąć, ale jedyne, co robiły zamiast tego, to uczepiały się jego szczęk jako zimna woda. Harry warknął i machnął ogonem agresywnie, ale kopał dalej.
W pewnym momencie lód niespodziewanie ustąpił i Harry znalazł pod nim tunel. Tunel nie był nawet wilgotny, jak oczekiwał, był po prostu ciemny i chłodny, z kamiennymi ścianami i sufitem z utwardzonej ziemi. Harry wydał z siebie uradowany, cichy pomruk i kopał dalej, skrobiąc, rozrywając, poszerzając i otwierając coraz szerzej swoje wejście do tunelu. Pewnie dłużej by mu zajęło stworzenie dziury odpowiednio dużej dla człowieka, ale z jego nowym, niewielkim ciałem, już po kilku minutach miał wejście o odpowiednich dla siebie rozmiarach. Położył się na brzuchu na lodowatej ziemi i przecisnął, czasem nieco na siłę, do środka.
Odkrył, że znajduje się w niespodziewanie znajomym mu miejscu. Jego grube łapy zamortyzowały jego upadek z wysokości, choć zachwiał się nieco, wytrącony z równowagi, kiedy jego lewa, przednia łapa nie wylądowała jak należy. Tunel był cichy i ciemny, oświetlony tylko przez odległe światło, niczym Lumos, a kiedy Harry zaczął się rozglądać, to zobaczył, że podłoga jest usiana maleńkimi kośćmi i czaszkami. Kiedy powąchał powietrze, oszałamiający smród rozkładu zaatakował jego nozdrza. Harry syknął i parsknął, ale tym razem był z tego szczęśliwy.
Umysł Voldemorta przypominał tunel, który prowadził do Komnaty Tajemnic.
Harry wiedział już, gdzie się wybiera.
Ruszył szybko przed siebie, zadzierając do góry ogon i wybierając łapami ostrożnie drogę pomiędzy czaszkami. Szło mu to trochę niezręcznie bez lewej, przedniej łapy, ale trzy nogi i determinacja potrafiły zdziałać cuda, więc już po chwili Harry zatrzymał się przed drzwiami, oznaczonymi żmijami o szmaragdowych oczach.
Strach sparaliżował go na moment. Mimo, że cmentarz pewnie już zajął pod tym względem pierwsze miejsce, to kiedy dementorzy jeszcze się pojawiali w jego pobliżu, to Komnata właśnie była wspomnieniem, które uważał za swoje najgorsze wspomnienie ze wszystkich.
Harry odsunął od siebie swoje wspomnienia. Dobrze sobie z tym radził, ilekroć ktoś tego od niego potrzebował i to była właśnie jedna z tych okazji. Zadarł głowę wysoko i wysyczał do drzwi rozkaz w wężomowie, by te się otworzyły.
Drzwi momentalnie się rozsunęły na boki, a Harry wszedł do miejsca ciemniejszego od prawdziwej Komnaty, ciemniejszego od nieba, rozciągającego się ponad zamarzniętym polem, ale wciąż rozprzestrzeniała się po nim lekka, żółtawa poświata, której źródło Harry wreszcie znalazł w sobie samym, bo żarzyła się z jego futra. Być może umysł Voldemorta był całkowicie pokryty mrokiem, być może dlatego, że on sam uważał, że tak właśnie powinno być, więc podświadomie stworzył sobie źródło światła, które mógł wszędzie zabrać ze sobą.
Wszędzie leżały przedmioty: krzywe puchary, berła, trony, korony, wysadzane szlachetnymi kamieniami medaliony, takie jak ten z godłem Slytherina, który Syriusz znalazł i który go opętał, różdżki z rzadkich drzew, stare księgi, wysadzane klejnotami miecze, zestawy pierścieni z ogromnymi kamieniami, statuetki szmaragdowych żmii o srebrnych oczach i srebrnych żmii o szmaragdowych oczach, posągi z brązu, przedstawiające groteskowe oznaki cierpienia i śmierci. Harry syknął, dowiadując się więcej na temat tego, co Voldemort sobie cenił, niż kiedykolwiek sobie tego życzył, po czym przeszedł na tyły pomieszczenia, do miejsca, w którym, w prawdziwej Komnacie, stał posąg Salazara Slytherina.
Od razu znalazł to, czego szukał. Głos Snape'a przepłynął mu przez głowę, głęboki i rezonujący.
Odkryjesz, że umysły innych czarodziejów najczęściej zalane są wspomnieniami. Nie pozwól się jednak nimi rozproszyć, jeśli kiedykolwiek uda ci się trafić do umysłu kogoś, komu naprawdę chcesz zrobić krzywdę. Możesz wtedy poszukać serca – kotwicę ich poczytalności – albo możesz poszukać centrum pamięci. Będzie go niesłychanie ciężko zniszczyć, ale jeśli uda ci się go znaleźć, to możesz przynajmniej go uszkodzić. Rozpoznasz go bez trudu, będzie wyglądać jak większa wersja wspomnień, ale ten będzie tylko jeden, wyjątkowy, w dodatku będzie lśnił.
I ten faktycznie lśnił, przekonał się Harry. Był to ogromny miecz, wbity w kamień i trzymający się w pionie dzięki pęknięciu, które ściskało mocno czubek jego ostrza, pokrytego pięcioma klejnotami. Jeden z nich miał kształt pucharu, drugi książki, trzeci różdżki, czwarty medalionu, a piąty pierścienia. Harry nie był pewien, jakie znaczenie mogą mieć te kształty, ale przypominały niektóre ze skarbów, rozrzuconych po podłodze, a te skarby musiały być wspomnieniami Voldemorta.
Teraz pozostało mu tylko odkryć, jak właściwie ma uszkodzić ogromny miecz, który wyglądał na wykonanego z hartowanej stali.
Drgnięcie ucha. Podniesienie głowy. Skosztowanie powietrza nad sobą. Mógł to zrobić, przystosował do tego swój język, adaptując swoje zmysły tak, by te przypominały zmysły biednej, martwej Nagini.
Myśl o niej sprawiła, że znowu cisnął klątwą i kolejne drzewo padło. Uśmiechnął się, bo wrzask bólu był tym razem głośniejszy. Miał zamiar zniszczyć serce umysłu Pottera, ale to nie znaczyło, że nie mógł w międzyczasie wywrzeć wielu pomniejszych ran.
Harry. Drogi Harry. Drogi, martwy Harry, który nie powinien był być na tyle głupi, żeby wyzwać go na jego własnym polu walki.
Głębiej w labirynt. Głębiej. Minąć zakręty, przepchnąć się przez ściany liści, przekroczyć ponad opadniętymi kłodami, teraz już porośniętymi mchem. Musiał gdzieś istnieć środek, musiało istnieć serce. Coś musiało gdzieś być.
Szybki ruch z boku! Podniesienie głowy, przymrużenie oczu.
Coś żywego. Coś niezmienionego, coś, co jest w stanie umrzeć. On nigdy nie zginie, nie, oczywiście, że nie. Śmierć była dla pomniejszych stworzeń, stworzeń, które wciąż były śmiertelne.
Ruszył za nim, ruszając poprzez liście niczym drapieżnik. Żywe coś uciekało, a on na nie polował. Zawsze był wspaniałym łowcą, ten Lord Voldemort. W dniach, zanim stał się zbyt wielki na takie rzeczy, miał zbyt wielu służby, która mogła się tym zająć za niego, naprawdę lubił sam wybierać się na łowy ofiar, które był gotów poświęcić w zamian za moc i wiedzę. Zawsze był w tym dreszcz emocji, we krwi, w łowach, jak w niczym innym.
Skok. Przewidywanie. Zwrot. Stworzenie kierowało się w tę stronę, przejdzie tędy, a wtedy on je złapie.
Odsunął się z widoku alejki pełnej liści i czekał. Żywe stworzenie zaraz samo do niego przyjdzie.
Ale tego nie zrobiło. Stał pośród zielonych ciemności, muskany przez najlżejszy blask złota i czekał, nasłuchiwał, a mimo to żywa istota w ogóle się nie pojawiła. Dziecko, czy królik, czy smok, nie wyszło z ukrycia, a potem wydzielana przez nie odrobina światła zniknęła.
Podniósł swoją różdżkę i stworzył własne światło. Liście przesunęły się wokół niego, przez co rozległo się jeszcze więcej bezczelnego szeleszczenia. Ciskał jednym zaklęciem za drugim, a szelesty zawyły i umilkły.
Zrobiły jednak to, co do nich należało. Kiedy znowu rozejrzał się wokół, stał w kompletnie nieznanym mu miejscu, labiryncie, lesie, który zmienił swój kształt wokół niego, zmienił ścieżki i ukrył z powrotem umykające mu żywe stworzenie, o którym on już był przekonany, że musiało być sercem umysłu Pottera.
Z warknięciem – jak ten chłopiec śmiał się tak stawiać mistrzowi legilimencji? Powinien się położyć na plecach i obnażyć swój brzuch przez sam wzgląd na to, że pozwolono mu przebywać w pobliżu kogoś tak wspaniałego! – zaczął przeciskać się do przodu, zdeterminowany, żeby znaleźć znowu ścieżkę, która go doprowadzi do żywego stworzenia. Złapie je i udusi. Niech Potter poczuje ból i zapłaci swoją cenę, tak jak on musiał zapłacić swoją przez ostatnich trzynaście, spędzonych w agonii lat.
Harry obszedł miecz kilka razy i wciąż nie był w stanie znaleźć sposobu na uszkodzenie go. Nie był w stanie się po nim wspiąć; ostrze było na to zbyt gładkie, a jego krawędzie ostrze, naprawdę nie było niczym innym jak potężną klingą i tylko się potnie, jeśli tego spróbuje. Harry wolał nie myśleć o tym, co się stanie, jeśli zrobi sobie krzywdę przebywając w umyśle Voldemorta. Rękojeść znajdowała się zbyt daleko od podłogi, żeby mógł na nią wskoczyć i wylądować bezpiecznie na jelcu, a próby drapania głowni na nic się nie zdawały.
Usiadł na podłodze i z irytacją zamiótł ogonem, po czym przyszedł mu do głowy pomysł, na myśl o którym poczuł się nagle bardzo głupio.
Przecież mogłem wzlecieć do gwiazd. Cokolwiek tu sobie wyobrażę, stanie się prawdą, więc po prostu teraz muszę sobie wyobrazić potrzebę znalezienia się na rękojeści.
Harry pomyślał o tym z determinacją, naginając swój umysł w tym kierunku i ignorując wszelkie "racjonalne" myśli, które chciały mu wejść w drogę, zwracając uwagę na to, że rysie przecież nie latają. Zamiast tego skoncentrował się na wyczuwaniu gładkiego metalu pod swoimi łapami, zamiast kamienia, na podłodze zakrzywionej, zamiast płaskiej, czy na tym, jak strasznie chciał się już tam dostać, zamiast tak tu siedzieć...
I zadziałało. Świat wywrócił się wokół niego, a potem on nagle znalazł się na rękojeści, ze wszystkich sił starając się utrzymać równowagę na zakrzywionym jelcu, który owijał się wokół trzonu. Warknął z tryumfem, po czym opuścił głowę.
Przez cały czas wiedział, że jak już mu się uda dostać do rękojeści, to najłatwiej będzie mu uszkodzić miecz, wyciągając klejnoty.
Zacisnął zęby na żółtym kamieniu, prawdopodobnie topazie wyciętym na kształt pucharu, i zaczął ciągnąć. Klejnot ledwo wystawał ponad metalową powierzchnię. Zęby go już bolały od przegryzania się przez lód i skomplikowany system poprzeplatanych ze sobą korzeni, który znajdował się zaraz pod nim. Ciało mu tętniło z wycieńczenia, bólu i zwykłego pragnienia, by paść i odpocząć, a ze wszystkim innym to już niech się dzieje co chce. Zaparł się jednak tylnymi łapami i przednią prawą i ciągnął z uporem, myśląc o tym, jak wiele go kosztowało – i jak wielką cenę musieli za to zapłacić inni ludzie – żeby się tu dostać.
Wreszcie kamień drgnął i zaczął się powoli wysuwać ze swojego miejsca. Harry szarpał go dalej, póki nie zyskał pewności, że ten wreszcie wypadnie, po czym go puścił i obrócił się, żeby usiąść bokiem na rękojeści.
W samą porę. Klejnot jęknął głośno i wyślizgnął się, opadając daleko w dół na podłogę Komnaty Tajemnic. Uderzył o kamień i roztrzaskał się, posyłając największe kawałki w kierunku rozrzuconych po sali skarbów.
Harry momentalnie poczuł efekt. Komnata wokół niego zadygotała, a większość pucharów i wykładanych klejnotami posągów na podłodze momentalnie zmatowiała. Mruknął, pozwalając sobie na moment zadowolenia z siebie, po czym odwrócił się, żeby zaatakować klejnot w kształcie medalionu.
Ból!
Ból go zaskoczył i rozwścieczył. Jakim prawem chłopiec go krzywdził? Ból był dla pomniejszych śmiertelników, żyjących stworzeń, które miały zginąć. On był Lordem Voldemortem i nigdy nie zginie. Podjął ku temu wystarczająco wiele kroków.
Obrócił głowę, szukając na ślepo i liście za nim zaskrzypiały. Kiedy się znowu obrócił, naciskały mu na twarzy, przesłaniając mu usta i oczy. Warknął i odepchnął je od siebie, ale ręka mu się poślizgnęła na ich śliskiej powierzchni. Były słabe i kruche i nie miały prawa mu się stawiać, ale i tak to robiły i za nic zdawały się mieć fakt, że znowu zaczął ciskać w nie klątwami, wypalając i eksplodując większość wokół siebie.
Zrobił krok w tył, tylko po to, żeby odzyskać pewność gruntu pod nogami i wyczuł tuż przy kostkach lekkie poruszenie. Tym razem, tym razem obrócił się, wyciągając rękę i chwytając stworzenie za ramię. To potknęło się, zachwiało i upadło, a wtedy już je miał i przyglądał mu się, temu sercu umysłu Pottera.
To był chłopiec, mniej więcej w tym samym wieku co Potter, o blond włosach i bladej twarzy. Na dobrą sprawę, wyglądał nieco jak Lucjusz. Obnażył zęby i warknął na niego. Nie miał pojęcia, czemu sercem umysłu chłopca miałby być Malfoy, ale już i tak zbyt wiele razy musiał zwalniać tego wieczoru. Powinien był zabić Pottera, kiedy ten jeszcze był przywiązany do kamienia.
Podniósł swoją różdżkę, przygotowany na rzucenie klątwy zabijającej, która zniszczy chłopca i resztki poczytalności Pottera.
Kamień wyrzeźbiony w kształcie medalionu roztrzaskał się i Harry machnął ogonem. Następnie zamarł, podniósł głowę i wąsiki mu zadrżały.
Coś jest nie tak. Coś w moim umyśle jest w niebezpieczeństwie.
Harry był tylko w stanie się domyślić, że Voldemort jakimś cudem odnalazł serce jego umysłu, albo może miejsce, w którym przechowywane są wszystkie jego wspomnienia. Nie miał czasu do stracenia i wiedział, co musi zrobić, zupełnie, jakby ktoś mu właśnie wyszeptał ten plan do ucha. Wyobraził sobie siebie z ołowianymi ciężarami uczepionymi do łap, po czym podskoczył do góry i opadł z powrotem na rękojeść miecza.
Mieczem zatrzęsło od wagi, ostrze jęknęło i zaczęło się lekko przechylać na bok. Harry obnażył zęby i podskoczył ponownie, chociaż tym razem niemal stracił równowagę przy lądowaniu i ześlizgnął się na ziemię. Nie wiedział, jak wiele zostało mu czasu, nim Voldemortowi nie uda się go na dobre uszkodzić, więc nie mógł się tym przejmować.
Skup się na tym, co masz przed sobą. Tym właśnie muszę się teraz zająć.
Podskoczył ponownie.
Miecz się wygiął i zaczął opadać w dół.
Harry skoczył. Tym razem skupił swój umysł na celu, który nie był częścią otaczającej go, wypełnionej skarbami Komnaty. Skupił się na swoim ciele, klęczącym w bezruchu na trawie cmentarza i wybudował w wyobraźni ten obraz. Różdżka ściśnięta w jego ręce, głowa skręcona tak, że mógł spojrzeć na Voldemorta, nogi skulone pod nim, skóra go porastała...
Jestem tutaj.
Jestem prawdziwy.
Jestem w domu.
Harry wciągnął głęboko powietrze i otworzył oczy, akurat w porę, żeby zobaczyć, jak Voldemort dostaje spazmów, jakby całe jego ciało było jednym muskułem, któremu ktoś nakazał się w tym momencie skurczyć.
Nie był w stanie sobie przypomnieć, co miał zamiar zrobić. Przed nim był chłopiec, ale nie był w stanie sobie przypomnieć, kim ten chłopiec był. Rozejrzał się wokół i zagapił się na otaczające go liście, zastanawiając się, co one tu robią. Czy znalazł się w jakimś labiryncie? W Zakazanym Lesie? Może był z powrotem w Albanii, albo w nieoswojonych dżunglach Afryki?
Chłopiec wycofał się przed nim, po czym obrócił na pięcie i uciekł. On został na miejscu, nawet nie próbując za nim iść. Inne wspomnienia rozpadały się wokół niego na kawałki, spadając gdzieś w dół, wirując niczym chmury burzowe.
Gdzie on właściwie był? Jak się nazywał?
Jedna rzecz mu została, która wydawała się być w nim stała, nawet kiedy wszystkie inne wspomnienia mogły zniknąć na zawsze: strach przed śmiercią i świadomość, że bez względu na wszystko, on nie mógł umrzeć w ten sposób. Śmierć nie była dla niego.
Sięgnął przed siebie, nie we wspomnieniu, ale z pewnym siebie ruchu, jakby przez kogoś kierowanym, w ten sam sposób, w jaki poruszyłby własną prawą ręką. Dotknął więzi, która łączyła go z jakimś sekretnym miejscem, miejscem, które trzymało jedno z najważniejszych rzeczy w jego życiu. Pociągnął za tę więź, a ta mu odpowiedziała, obiekt, do którego była przywiązana, ściągnął go do siebie.
Zniknął, płynąc poprzez więź, a jego umysł poskładał się do snu, zachowując te resztki wspomnień, które mu pozostały.
Harry patrzył, jak nieruchome ciało Voldemorta rozmyło się i zniknęło. Jego puste, czerwone oczy zamknęły się na chwilę przed jego rozpłynięciem się w powietrzu. Harry wiedział, że to nie mogła być normalna aportacja i podejrzewał, że ten miał jakieś środki zaradcze, które miały go powstrzymać przed kompletną utratą pamięci.
No bo oczywiście, że tak, pomyślał z goryczą, opierając się na swoim lewym łokciu i oddychając ciężko, ale statecznie. Przecież inaczej byłoby za prosto.
– Potter.
Harry obrócił się płynnie, podrywając różdżkę i celując w nią przed siebie. Rosier podniósł ręce na wysokość swojej twarzy, z drwiną pokazując, jak bardzo się go boi. Jego śmiech był głęboki, spokojny i rozbawiony.
– Miło widzieć, że udało ci się przeżyć – powiedział. – Aż mnie dreszcze przechodzą na myśl, jak nudne stałoby się moje życie, gdyby ci się nie udało.
– W co ty właściwie grasz? – szepnął Harry, obracając głowę dokoła, żeby zobaczyć co się stało z resztą śmierciożerców. Zniknęli, ale większość leżących nieruchomo ciał to byli martwi, których Dragonsbane poderwał do życia, a którzy polegli, kiedy jego magia zniknęła, albo ich przeciwnicy uciekli, albo jak sam nekromanta zginął. Tylko jedno ciało było odziane w czarne szaty, a jego maska zsunęła się do połowy; to był jeden z męskich śmierciożerców, których Harry nie znał. Harry odetchnął ciężko, zastanawiając się, czy powinien się z tego cieszyć, czy nie, że Bellatrix Lestrange przeżyła.
– W grę życia – oznajmił Rosier bez śladu ironii w głosie. – Tę, o której ci już mówiłem, w tę, w którą wszyscy grają. Tę, w którą sam mógłbyś zagrać, Potter, gdybyś tylko był nieco bardziej oddany życiu, niż umieraniu. – Przechylił głowę i przyjrzał się twarzy Harry'ego. – Ale może się wreszcie przebudziłeś i jesteś gotów żyć. Naprawdę by mnie to uradowało, gdybyś był. – Zaklaskał w ręce i uśmiechnął się niczym uradowane dziecko.
Fawkes obniżył znowu lot, a jego pełna trelu pieśń i tak przykryłaby wszelką odpowiedź, której Harry mógłby chcieć w tej chwili udzielić. Obrócił się, kiedy feniks usiadł mu na ramieniu i wbił w niego wzrok. Fawkes przyglądał mu się z łzami łagodnie płynącymi mu z ciemnych oczu. Harry przyglądał im się przez chwilę i zastanowił, czy powinien pozwolić im opaść na niego w chwilach, zanim to zrobiły.
Postanowił im pozwolić. Będzie potrzebował trochę duchowego ukojenia po... potem. I wiedział już, że musi żyć dalej. Musiał się jakoś dostać z powrotem do Hogwartu, uspokoić Dracona, Snape'a i Connora, że wciąż żyje, powiadomić wszystkich o powrocie Voldemorta i o rozkazach, jakie wydał swoim śmierciożercom, no i skontaktować się z Hawthorn i Pansy w sprawie...
W sprawie.
Harry zmusił się do odwrócenia i przyjrzenia ciału Dragonsbane'a.
Nie mogło być żadnych wątpliwości, że był martwy. Nawet nekromanta nie był w stanie przeżyć z tak wielką dziurą w samym środku mostka i mając sieczkę z większości organów wewnętrznych. Harry czuł lekkie poruszenie magii w powietrzu i wiedział, że jego magia go obserwuje, po części poza jego ciałem i po części w nim, nie pojmując, że to co zrobiła było złe, nie docierało to do niej bardziej, niż mogłoby dotrzeć do dzikiej bestii.
Harry czuł, jak krańce jego żalu łagodnieją i rozmywają się pod wpływem łez Fawkesa. Pochylił głowę i zakrztusił się przytłaczającą go goryczą.
Fawkes śpiewał i Harry zobaczył wizję tego, co feniks chciał mu przekazać. Fawkes chciał mu pokazać, że lód, który skuł mu pióra na ogonie, zmienił się w zwykłą wodę zaledwie kilka chwil później, że Harry w żaden sposób tak naprawdę nie zrobił mu krzywdy. Chciał, żeby Harry pozwolił sobie na płacz, na żałobę, a potem wrócił do Hogwartu, żeby znaleźć ukojenie w ramionach ludzi, którzy go kochali. Chciał, żeby Harry zasnął, udał się gdzieś, gdzie będzie bezpieczny i nauczył się, jak się pogodzić ze wszystkim co tu zrobił, żeby się położył i powstał ze spokojem ducha.
– Przykro mi – powiedział Harry, utrzymując swój głos łagodnym. Fawkes chciał dobrze. Oczywiście, że tak. Feniksy nie były w stanie kłamać, nawet jeśli czasami przemawiają albo śpiewają na sposoby, których niezwiązany z nimi człowiek nie jest w stanie zrozumieć. – Nie mogę tego zrobić.
– Czego zrobić? – zapytał Rosier, brzmiąc na zainteresowanego.
Harry podniósł głowę, a jego magia warknęła wokół niego, przypominając sobie, jak Rosier sprawdzał więzy na jego lewym nadgarstku, czy są wystarczająco ciasne.
– Idź sobie – powiedział Harry. Jego głos może nie był w tym momencie szczególnie łagodny, bardziej zmęczony, a na jego dźwięk pieśń Fawkesa zrobiła się zaniepokojona. – Nie mam teraz do ciebie sił. – Podniósł różdżkę.
Rosier prychnął lekko.
– Jak sobie chcesz. Nie musisz tak dramatycznie do tego podchodzić. – Przechylił głowę i spojrzał Harry'emu prosto w oczy. Harry z lekkim niepokojem zauważył, że momentalnie znalazł się w umyśle śmierciożercy, przeczesując jego pobieżne myśli. Wyglądało na to, że jego legilimencja chwilowo wychodziła poza jego oczy, latała nie spętana wokół niego w powietrzu, zupełnie jak cała reszta jego bezróżdżkowej magii. A może po prostu jego magia wyżywała się, wykorzystując tę zdolność, ponieważ w ten sposób przynajmniej miała coś do roboty.
Tak czy inaczej, Harry nagle pojął implikacje rozbawienia i wesołego podekscytowania, znajdującego się w oczach Rosiera. Bez względu na to, co się z nim teraz nie stanie, jego życie właśnie stało się niepomiernie ciekawsze. Uważał, że Mroczny Pan wciąż żył, a Harry żył w bardzo ciekawy sposób. Będzie musiał uciekać, bo jego starzy towarzysze rzucą się teraz za nim w pościg. O rany, ale fajnie.
Rosier przerwał ich kontakt wzrokowy i odwrócił się, brzmiąc na nieco rozbawionego.
– Mój pan stworzył fałszywy taniec sojuszu – powiedział spokojnie. – Oszukał Światło i otrzymał od niego moc, które słońce daje podczas przesileń i równonocy. Mówiłem ci, żebyś uważał na słońce. Teraz ci mówię, żebyś przyglądał się niebu. Pradawne siły Światła niebawem się dowiedzą, co się stało naprawdę, a mówię ci, im się nie podoba idea bycia oszukiwanym, nie mniej niż dziki Mrok Walpurgii lubi, kiedy się go więzi. – Wyszczerzył się do Harry'ego, oglądając się na niego przez ramię. – Niebawem oba spróbują się odwinąć i przywalić mojemu panu. Wydaje mi się, że pierwsze wiatry już zostały wezwane, a one poruszą inne. Będziemy mieli burzę i to pewnie niejedną.
– Czemu mi o tym wszystkim mówisz? – zapytał Harry.
Na twarzy Rosiera pojawił się jeszcze szerszy uśmiech.
– Przecież ciągle ci to powtarzam, Potter – powiedział. – Szkoda tylko, że nigdy mnie nie słuchasz. Wszystko jest grą. – Aportował się z głośnym trzaśnięciem.
Dopiero, kiedy zniknął, do Harry'ego dotarło, że pewnie jednak powinien był go zabić. Harry pokręcił głową. Naprawdę... nie miał ochoty przyczyniać się tej nocy do kolejnej śmierci. Już dwukrotnie był w jej czasie mordercą, raz z własnej ręki, a raz przez brak reakcji.
Wbił wzrok w Dragonsbane'a, podczas gdy Fawkes wylewał na niego coraz więcej łez. Harry nie wykorzystał klarowności umysłu, którą otrzymał od feniksa, w sposób, w jaki ten od niego oczekiwał. Zamiast tego wyłożył przed sobą wszystkie fakty i przyjrzał im się, spokojnie, potrzebując ustalić co właściwie musi zrobić, kiedy już opuści cmentarz.
Jedno było jasne. Był winny tego, co tu się stało. Powinien był być w stanie to powstrzymać, a tego nie zrobił. Zawalił swoje testy i inni musieli za to zapłacić. Dragonsbane poświęcił życie, żeby sprowadzić go z powrotem do poczytalnego stanu umysłu, żeby dopilnować, że Harry nie stanie się Mrocznym Panem – co było czymś, co on powinien był być w stanie zrobić sam.
Jak wiele porażek?
Pięć.
Harry obrócił głowę i spojrzał na swój lewy nadgarstek. Fizyczna porażka.
Zerknął na Dragonsbane'a. Porażka emocjonalna, magiczna i moralna, z czego tą ostatnią dzielił z na wpół pożartym chłopcem, leżącym obok grobu Toma Riddle'a.
No i porażka mentalna, ponieważ pozwolił Voldemortowi poczynić takie spustoszenia w jego umyśle.
Harry pokręcił głową i zamknął oczy. Dwie sprawy były jasne. Był winny tego, co tu się stało i miał zamiar się upewnić, że już nigdy do czegoś takiego nie dojdzie.
Od tego momentu będzie szedł wyłącznie przed siebie. Będzie silny. Nie zawali żadnego następnego testu. Od razu przyzwie Hawthorn i Pansy i powie im prawdę o tym, co się stało Dragonsbane'owi. Podejrzewał, że to zakończy ich sojusz, że staną się po tym jego zajadłymi wrogami. Niczego innego się po nich nie będzie spodziewał. Zaakceptował to. Gdyby to nie sprawiło, że nie byłby w stanie potem pomagać innym ludziom, to pozwoliłby im się zabić. Niestety, było jak było, więc jedyne, co mógł im zaoferować, to że zapłaci im za to cenę i będzie się opierać, jeśli zażądają jego życia.
Zwróci im ciało Dragonsbane'a.
– Mobilicorpus – wyszeptał i rzucił zaklęcie kameleona na ciało, kiedy to wznosiło się w powietrze. Nie chciał, żeby wszyscy gapili się na rany Dragonsbane'a i zastanawiali się, jak je otrzymał, kiedy Harry aportuje się z powrotem do Hogwartu. Osłony anty–aportacyjne Voldemorta zniknęły razem z nim, więc teraz już mógł sobie na to pozwolić.
Fawkes niespodziewanie, z paniką, złapał podbródek Harry'ego swoim pazurem i obrócił jego twarz w swoim kierunku. Harry zamrugał na niego, zastanawiając się, o co może chodzić.
Fawkes znowu zaśpiewał, ocierając swoje pióra o policzki Harry'ego. Harry czuł tę pokusę, żeby się rozpłakać i zrobić całą resztę tego, co feniks uważał za leczenie.
– Wybacz – szepnął Harry. – Powiedziałem ci już, nie mogę. Nie mogę sobie na to pozwolić. – Zamknął oczy i wrócił do swojej mantry.
Trzy sprawy były jasne. Był winny tego, co tu się stało, miał zamiar się upewnić, że już nigdy do czegoś takiego nie dojdzie i miał już lepsze pojęcie na temat własnych słabości.
Wiedział, że będzie musiał się udać do Dracona i Snape'a. Potrzebował ich pocieszenia po tym wszystkim co tu zaszło. Byłby silniejszym człowiekiem, gdyby tego nie potrzebował, ale zdawał sobie sprawę z tego, że padnie z wycieńczenia, jeśli spróbuje sobie poradzić bez tego. Dlatego pójdzie do nich i dopisze tę słabość na swoją prywatną listę, przyjmując ją do wiadomości i pamiętając o niej w przyszłości.
Przez chwilę czuł w ustach posmak ciężkiej goryczy, ale odepchnął ją mocno od siebie. Zgorzkniałość tu w niczym nie pomoże. Zgorzkniałość tylko będzie go ciągnąć do tyłu i ma sporą szansę na wciągnięcie go z powrotem do szaleństwa. Szaleństwo też mu w niczym nie pomogło. Będzie szedł przed siebie. Zrobi, co tylko będzie w stanie i zmusi się, do podejścia do tego wszystkiego racjonalnie.
Wyjaśni im swoją magiczną porażkę – ponieważ jego magia mogła zagrozić innym, zwłaszcza teraz, zanim nie znajdzie sposobu na odzyskanie nad nią kontroli – emocjonalną porażkę – ponieważ to przez nią jego magia stała się tak niebezpieczna – i moralną porażkę – ponieważ zasługiwali na to, żeby się dowiedzieć, co zrobił.
Fizyczna i mentalna porażka...
Te należą tylko do mnie.
Harry wiedział, że nie będzie w stanie ich tak od razu wyjaśnić. Będzie potrzebował nieco czasu, żeby się do nich przyzwyczaić i samemu z nimi uporać, a jeśli wyjaśni je Draconowi albo Snape'owi, to ci zaczną się upierać, że Harry powinien się zrelaksować i zacząć leczyć tak, jak to zasugerował Fawkes. A Harry nie mógł. Po części dlatego, że tu wchodziła kwestia czasu, byli w stanie wojny i ta wojna będzie go potrzebować. Harry po prostu nie miał czasu na padnięcie na pysk i potem pracowanie na zwiększonych obrotach, co tylko doprowadzi go do kolejnego padnięcia.
Po części dlatego, że to by była po prostu kolejna słabość.
Nie mogę. Po prostu. Nie zniosę ich współczucia, którym mnie zarzucą na widok tych porażek. Za inne, tak, ponieważ mogę nimi komuś zaszkodzić, więc jest szansa, że mnie za nie potępią. Łatwiej sobie radzić z oskarżeniami, niż ze współczuciem. W pewnej chwili powiem im prawdę. Po prostu jeszcze nie teraz.
Harry zerknął w bok i zamyślił się. Bellatrix powiedziała, że wszelkie próby zastąpienia tej ręki zawiodą – pewnie po to, żeby jego cierpienie i mentalne katusze były równe jej przez te miesiące, kiedy musiała się obyć bez ręki – ale nic nie wspomniała o tym, że nie mógłby jej czymś przykryć.
– Dissimulo manus! – mruknął i machnął swoją różdżką. Urok dłoni wyrósł zaraz nad jego kikutem. Harry ostrożnie dopasował go, tak żeby ręka wyglądała dokładnie tak, jak sam ją zapamiętał i po chwili uznał z dumą, że nikt nie zauważy, że to tylko iluzja.
Powiem im, powtórzył, żeby uspokoić wściekłe, przepełnione żalem nucenie Fawkesa. Po prostu jeszcze nie teraz. Później, kiedy już sam będę gotów się z tym uporać. Teraz nie mogę sobie pozwolić na to, żeby się psychicznie załamać, ale będę o tym myślał, odrobina po odrobinie i jak wreszcie będę gotów, to im o tym powiem.
Zawahał się, zastanawiając przez moment, czy powinien zabrać ze sobą również okaleczone ciało chłopca, ale nie miał pojęcia, skąd to dziecko się wzięło, ani do kogo należało. Przynajmniej ciało Dragonsbane'a mógł oddać tym, którzy przeżyli jego śmierć. Może się skończyć tak, że odciągnie chłopca jeszcze dalej od jego domu, jeśli zabierze go do Hogwartu, zwłaszcza jeśli to był mugol. Ostatecznie, Harry łagodnie rzucił urok na ciało chłopca, żeby się upewnić, że nikt go tam nie znajdzie i wiedział, że to będzie po prostu jedna z informacji, które zawrze w liście do Scrimgeoura, opisując mu tę noc.
Opowieść o swoich porażkach, którą będzie musiał przekazać tym, którzy muszą o niej wiedzieć. Informację o tym, że Voldemort powrócił, muszą poznać wszyscy u władzy, tak szybko jak to będzie możliwe. Utrata jego ręki i szkody w jego głowie będą musiały chwilowo pozostać między nim, Fawkesem i śmierciożercami.
Harry pokręcił głową i nabrał głęboko tchu, zbierając w sobie siły. Na pewno nie będzie próbował się przebić przez osłony Hogwartu. Teraz, po powrocie Voldemorta i ze śmierciożercami w ruchu, te osłony będą ważniejsze niż kiedykolwiek. Harry nie sądził, żeby udało mu się uszkodzić pamięć Mrocznego Pana na stałe, po prostu kupił im nieco czasu.
– Gotów? – zapytał Fawkesa.
Fawkes zapłakał na niego.
Harry pokręcił lekko głową, pozwolił, żeby jego prawa dłoń spoczęła na unoszącym się ciele Dragonsbane'a i aportował ich wszystkich, Harry'ego, ciało i feniksa, z głośnym trzaskiem.
