To może nie jest najgorszy rozdział w tym marszu przez piekło, ale z pewnością znajduje się w nim najgorszy rodzaj zastosowania prawa Murphy'ego.
Rozdział sześćdziesiąty czwarty: Wszystko się wali
Albus wyczuł wpływ magii chłopca w chwili, w której ten aportował się z powrotem na obrzeżach Hogsmeade.
Już wcześniej pojawiły się różne sugestie, naturalnie: niespodziewany ryk mrocznej magii, przez który zaczął się obawiać, że Harry zginął; narastający, przepełniony tryumfem śmiech w jego głowie, który usłyszał, bez względu czy był on prawdziwy czy nie, kiedy Tom wezwał swoich śmierciożerców; żar osłon, którego zadaniem było poinformować go, jeśli w jakimś miejscu zbierze się niespotykana ilość mrocznych czarodziejów. Mógł jednak tylko poczekać i mieć nadzieję. Nie miał pewności co do tego, co się tak naprawdę działo od chwili porwania Harry'ego...
Aż do teraz.
Harry promieniował niekontrolowaną magią, podobną do światła, do gorąca, do ognia, którą można było wyczuć aż z zamku. Albus, siedzący w swoim gabinecie i starający się opracować strategie walki z Tomem, poczuł jak ten zaczyna się zbliżać niczym nundu albo nadciągająca burza. Coś się stało, coś potężnego i Albus wiedział, że albo przyjdzie mu przed tym uklęknąć – być może – albo popłynąć z tym prądem – jeśli tylko podejmie odpowiednie kroki.
Zamknął oczy i zebrał wirującą mgłę przymuszenia, ściągając ją spokojnie z powrotem do siebie. Być może kilku ludzi tu i tam w Hogwarcie zamruga i rozejrzy się w lekkim oszołomieniu, usiłując przypomnieć sobie, o czym jeszcze przed chwilą myśleli. Być może kilku innych straci marzenia, do których już zaczynali się przyzwyczajać. Dla większości z tych, którzy powoli zaczynali się skłaniać ku niemu i jego opiniach, niczym kwiaty do słońca, ten wpływ był zbyt subtelny. Nie zauważą jego braku bardziej, niż zauważali jego obecności.
Albus miał lepsze zastosowanie dla swojego przymuszenia, a jego obawy rosły w miarę, jak Harry zbliżał się do zamku. Powstrzymywał się do chwili, w której chłopiec znalazł się bliżej, w zasięgu osłon, kiedy to mógł użyć jednej z nich jako drugiej pary oczu i zobaczyć twarz Harry'ego.
Spokojny stoicyzm, przeplatany bólem tych, którzy widzieli świat bez złudzeń, powiedział mu wszystko to, czego w tej chwili potrzebował wiedzieć. Nieustający potok łez feniksa na jego ramieniu – który zmusił Albusa do odepchnięcia od siebie ataku zazdrości – był nawet wyraźniejszym znakiem. Stało się coś, co wytrąciło Harry'ego z jego równowagi i ten będzie potrzebował trochę czasu, żeby wrócić do siebie.
Czasu, który mistrz przymuszania może wykorzystać do wpłynięcia na decyzje Harry'ego, jeśli tylko zareaguje wystarczająco szybko i agresywnie.
Albus miał tylko kilka chwil, żeby podjąć decyzję. Nie miał pewności, co się stanie, jeśli spróbuje użyć przymuszenia, kiedy Fawkes nie będzie rozproszony bólem Harry'ego. Ale bez wszystkich dostępnych informacji, nie wiedział też, czy podejmuje dobrą decyzję.
Wydawało mu się jednak, że tak, bo brał pod uwagę przeszłość Harry'ego. A jeśli się tu pomyli, to miał teraz szansę na działanie, które w pewnej chwili pewnie mu się przyda, bez względu na to, jak odległe będą tego skutki.
Dmuchnął przymuszenie w skoncentrowanej, wirującej masie prosto do umysłu Harry'ego. Mimo wszystko, wciąż nie będzie ona w stanie zmusić go do podjęcia konkretnych decyzji. Po prostu skłoni go bardziej do pomyślenia nad tym, co już mu pewnie kilka razy przychodziło do głowy... pozwoli jego myślom ześlizgnąć się na bok, na stare, znajome tory... żeby poszukał schronienia w miejscu, w którym tak często to kiedyś robił...
A kiedy już było po wszystkim, wycieńczony Albus opadł na krzesło i otworzył oczy. Uśmiech pojawił mu się na ustach.
Wojna się rozpoczęła. Tom powrócił.
Ale prawdopodobnie udało mu się właśnie zapobiec jednej katastrofie, na którą Światło nie mogło sobie pozwolić – żeby mieć dwóch Mrocznych Panów, którzy będą je jednocześnie atakować.
Harry nie chciał się do tego przyznawać, ale łzy Fawkesa zaczynały działać mu na nerwy.
Feniks po prostu nie przestawał płakać. Nie powstrzymał się od nich nawet wtedy, kiedy Harry ruszył zmęczonym krokiem w kierunku Hogwartu, zauważając po drodze, że nikt nie czekał poza murami zamku. Oczywiście, pewnie większość z nich jeszcze nie wiedziała, co to oznacza, że Karkarow go porwał, albo że Voldemort powrócił. Uczniowie wrócili do szkoły, a przybyli z zewnątrz goście powracali do domów. Pewnie niewiele osób przejęło się jego zniknięciem. Możliwe, że Dumbledore wyczuł powrót Voldemorta, tak samo jak byli śmierciożercy, w dodatku uczniowie Durmstrangu szukają teraz swojego dyrektora, a Draco i Connor się o niego martwią, ale poza nimi większość czarodziejskiego świata pozostawała w niewiedzy.
Szkoda, że tak nie może pozostać na długo, pomyślał, po czym zatrzymał się z westchnieniem, kiedy Fawkes po raz kolejny złapał go pazurem za podbródek, odwrócił jego twarz w swoją stronę i zaczął śpiewać. Harry zatrzymał się, ponieważ nie ufał sobie w tym momencie na tyle, żeby iść dalej przed siebie i prowadzić unoszące się ciało Dragonsbane'a, omijając przy okazji wszystkie przeszkody.
Fawkes spróbował innej piosenki, drżącej i wznoszącej się, muskającej delikatnie powierzchnię jego umysłu. Tym razem wizje pojawiły się bardziej jako sny, niż wiadomości. Harry zobaczył, że Fawkes śpiewał o słońcu i długich, spokojnych popołudniach wypełnionych grzaniem się w cieple jego promieni. Potem pojawiły się białe korytarze, które zrobiły się wyraźniejsze, kiedy skupił na nich swoją uwagę. Harry miał wrażenie, że miało to być jakieś konkretne miejsce, co więcej, widział już je kiedyś.
I faktycznie tak było. Po chwili rozpoznał w nim Sanktuarium wieszczy, ponieważ umysł Petera został ukształtowany na jego podobieństwo.
Harry drgnął gwałtownie w tył, przerywając uchwyt Fawkesa i zmuszając go do spanikowanego rozwinięcia skrzydeł i zawiśnięcia w powietrzu. Harry odzyskał równowagę i przywrócił swój oddech do normy, po czym pokręcił głową na przejętego feniksa.
– Harry.
Harry podskoczył i obrócił się. Oczekiwał, że najpierw zobaczy Connora albo Snape'a, którzy wyjdą mu na powitanie, ponieważ jego emocje prawdopodobnie na tyle ogłuszyły Dracona, że ten wylądował w skrzydle szpitalny. Draco jednakże, nieświadom tego, co się powinno stać, stał za nim na ścieżce prowadzącej od jeziora, a po chwili rzucił się na niego i objął go mocno.
Harry też go przytulił, pozwalając swojej ręce opaść na kręgosłup Dracona i utrzymując swoją iluzyjną dłoń lekko z boku. Będzie musiał być ostrożny. Draco znał jego emocje lepiej od dowolnej, żywej istoty, a Harry był pewien, że teraz promieniował bólem, zgrozą, wściekłością i innymi emocjami, których nie był w stanie w tej chwili nawet ogarnąć.
– Czułem ból – szepnął mu Draco do ucha. – Ale był taki odległy. Wydaje mi się, że połączenie między nami z dystansem traci na intensywności. Wiem, że ktoś cię krzywdził i chciałem ci iść na pomoc, ale Snape nawet nie wypuścił mnie z lochów, póki ból nie minął. Potem powiedział mi, że mogę cię wyglądać, a i to tylko w obrębie osłon, no i miałem wrócić do środka, gdybyś się nie pojawił przed północą, a nawet wcześniej, gdyby pojawiło się jakieś zagrożenie. – Odsunął się nieco i spojrzał Harry'emu z niepokojem w oczy. – Co się stało, Harry?
– Voldemort powrócił – powiedział Harry.
Draco pobladł i przełknął mocno ślinę.
Harry mówił dalej, starając się znaleźć równowagę między tym, co ten powinien usłyszeć i pomijaniem słów, które by go doprowadziły do histerii.
– Zabrał mnie na cmentarz i przeprowadził rytuał wskrzeszenia, w którym użył mojej krwi, żeby się odrodzić. – Zamknął oczy i wizja Voldemorta przykucniętego na jego piersi i gryzącego go wzniosła się ponad ciemność jego umysłu, choć to nie tak, że w ogóle miała szansę zniknąć. Harry drgnął gwałtownie głową, niezdolny do odsunięcia się od Dracona, bo ten za mocno go tulił, po czym potrząsnął nią mocno i kontynuował już spokojniejszym głosem. – Potem wezwał śmierciożerców. Wydał im... pewne instrukcje. – Otworzył oczy i spojrzał uważnie na swojego przyjaciela. – Draco, tak strasznie mi przykro, ale ojciec Vince'a zabierze go ze szkoły i zacznie go trenować na śmierciożercę, żeby ten był gotów cię zabić przed następnym letnim przesileniem.
Tym razem Draconowi pobladły usta – Harry jednak, z jakiegoś dziwnego powodu, miał wrażenie, że to był wyraz gniewu, a nie strachu.
– A wydawało mi się, że już to zostawił za sobą – powiedział. – Naprawdę mi się tak wydawało. Powiedział mi, że jego ojciec nie będzie więcej służył Mrocznemu Panu, więc pomyślałem... myślałem, że to znaczy... – Draco pokręcił głową. – Nieważne. Co było potem?
Tylko teraz ostrożnie.
– Voldemort wyzwał mnie na pojedynek. – Harry roześmiał się na widok miny Dracona, ale uciął ten śmiech. Na jego dźwięk Draco się na niego zagapił, a Fawkes wydał z siebie zestresowany jęk. – Wiem, wiem. Głupio z jego strony. Ale jest silniejszy ode mnie i wydawało mu się, że sobie ze mną poradzi. I pewnie nawet by wygrał, bo zabili... nie powiedziałem ci tego jeszcze, oni zabili małego chłopca, wilkołaczyca go zjadła, a ja nic nie mogłem na to poradzić i po prostu chciałem tam umrzeć. – Harry zacisnął mocno powieki, żeby zmiażdżyć coraz większy nacisk łez.
– Harry – powiedział Draco i ścisnął go tak mocno, że prawie nie mógł oddychać. – Harry... ty się za to winisz, co? – Głos mu się załamał i zjechał do mieszanki złości, zgrozy i współczucia, które uderzyło Harry'ego niczym smycz i sprawiło, że zaczął się wykręcać z uścisku. Draco tylko złapał go jeszcze mocniej, więc Harry, osłabiony magicznym i emocjonalny wycieńczeniem, nie miał innego wyjścia jak zostać na miejscu. – Och, Harry, na Merlina, nie wiń się za to. Wiem, że byś go uratował, gdybyś tylko mógł, bo ludzie tacy jak ty tak po prostu mają. – Pogłaskał Harry'ego po głowie. – A to znaczy, że naprawdę nie było niczego, co mogłeś w tamtym momencie zrobić. To nie jest twoja wina. Proszę, przestań tak myśleć. Merlinie, nic dziwnego, że tak cierpisz.
Harry pozwolił swojej głowie opaść do przodu, tak że ta leżała teraz na ramieniu Dracona. Potrzebował tego, tak przynajmniej wytłumaczył to tym częściom siebie, które chciały stanąć o własnych siłach i nie okazywać słabości, potrzebował tej chwili, żeby pozbierać się w sobie na tyle długo, żeby walczyć w tej wojnie, a to była dogodna ku temu wymówka. Niech Draconowi wydaje się, że cały ból Harry'ego był emocjonalny, to nie będzie szukał fizycznych ran.
– To nie wszystko – szepnął Harry. – Przepadłem podczas tej walki, Draco. Straciłem wszelką kontrolę nad moją magią i emocjami. Wciąż nie do końca panuję nad swoją magią. Dragonsbane Parkinson się pojawił i, no... – Podniósł różdżkę i zdjął zaklęcie kameleona.
Usłyszał, jak Draco się dławi z obrzydzenia i obrócił się, żeby spojrzeć. Było gorzej, niż pamiętał. Zmaltretowane zwłoki wyglądały niemal naturalnie na terenie cmentarza, domu zmarłych i śmierci. W świetle gwiazd i promieni księżyca, na błoniach Hogwartu, rany Dragonsbane'a – rany, które sam mu zadał, które sam stworzył, nie wolno mu o tym zapomnieć – wyglądały obscenicznie.
– Moja magia go zabiła – powiedział cicho Harry. – Przyszedł, żeby pomóc, a moja magia uznała go za zagrożenie dla mnie i to właśnie mu zrobiła. Poświęcił życie, żeby przywrócić mnie do poczytalności.
Po raz kolejny stracił dech w piersiach, bo Draco go ścisnął mocno, mamrocząc mu gorliwie do ucha.
– Nie zrobiłeś tego. To nie twoja wina. Skąd miałeś wiedzieć, że się tak pojawi, jak filip z konopi? One zrozumieją, Harry. Będą musiały. A w międzyczasie ty też musisz zrozumieć. Nie chciałeś tego zrobić. Nie jesteś winny bardziej niż ktoś, kto przepołowił mieczem swoją ofiarę, bo ta do niego podbiegła w czasie treningu. Przecież ty byś prędzej zginął w obronie innych niż dopuścił do czegoś takiego. Merlinie, kocham się.
Dla Harry'ego te słowa były niewielkim pocieszeniem – pewnie zaczną znaczyć więcej, jak już się sam pogodzi z tym, co zrobił – ale owinął je wokół siebie i wtulił się w nie. Przynajmniej oznaczały, że miał kogoś, dla kogo coś znaczył, kogoś, dla kogo jego samopoczucie było ważniejsze po prostu dlatego, że był sobą, a nie przez wzgląd na to, jaką rolę przyjdzie mu odegrać w tej wojnie.
Tak strasznie inaczej by to się potoczyło z moją matką...
Wtulił twarz w nasadę szyi Dracona i chłonął wszystko, co jego ciepło i słowa mogły dla niego zrobić, nie żądając od nich, by były czymś, czym nie są. Wreszcie podniósł głowę i kiwnął nią, żeby pokazać, że zrozumiał.
– Muszę przyzwać Hawthorn i Pansy – szepnął. – Muszę im powiedzieć o Dragonsbane'ie.
– Wiem. – Draco uśmiechnął się do niego lekko i odsunął o krok. Ten śmiech był skażony żalem i Harry wiedział, że ta emocja jest niemal tak potężna u Dracona co jego własna, równie akceptująca konsekwencje i wyglądająca w przyszłość. – Ale Harry, one zrozumieją. Jestem tego pewny.
Harry uśmiechnął się do niego i wtedy wydarzył się wypadek, naturalny i nie do uniknięcia. A może i dało się go uniknąć. Harry zwykle w ogóle o tym nie myślał i właśnie dlatego pozwolił, żeby teraz do tego doszło.
Potem był na siebie zły, kazał sobie pamiętać, że teraz już wiedzie inne życie, takie, w którym będzie musiał pamiętać o niektórych faktach.
Draco wyciągnął ręce, żeby złapać za jego dłonie. Zacisnął spokojnie palce wokół prawego nadgarstka Harry'ego.
Jego palce przemknęły prosto przez urok na lewej dłoni.
Draco zamrugał i zagapił się. Harry szarpnął nadgarstkiem do tyłu, czując, jak histeria zaczyna tętnić mu w gardle. Nie. Nie poradzę sobie z tym teraz. Nie mogę. Nie mogę z nim o tym teraz rozmawiać...
Usłyszał nagle warknięcie z boku i uderzył mocno w swoje emocje, zmuszając się do spokoju i ciskając złością do basenu oklumencyjnego. Nie mogę stracić nad sobą panowania, albo moja magia zaatakuje Dracona. Merlinie, przecież tego bym nie zniósł. Spokojnie, Harry. Może nie wie jeszcze, co to oznacza. Przecież to nie tak, że odcięcie ręki to pierwsze, co przychodzi komuś do głowy. Ktoś mógłby tak pomyśleć, gdyby tylko znał dokładnie historię wojny Voldemorta, ale Draco był pod tym względem większość życia trzymany w ignorancji.
Draco zamrugał jeszcze raz, a na jego twarzy wciąż było zdumienie, więc Harry zmusił się do uśmiechu. Może jednak się z tego wywinie. Roześmiał się sztucznie.
– No proszę, kto by pomyślał! – zawołał i tym razem ułożył swoją rękę nieco ostrożniej, żeby Draco mógł złapać solidną część jego kikuta, która wciąż się tam znajdowała. – Musieliśmy się jakoś minąć...
Draco wykonał szybki, nagły ruch, łapiąc go za nadgarstek i obracając jego lewą dłoń w przód i w tył. Harry stał w bezruchu, a nawet podniósł brwi, jakby chciał zapytać Dracona, co on, u licha, wyprawiał. Wciąż mu się wydawało, że jednak się wywinie. Przecież Draco nie mógł tak dobrze znać jego dłoni.
– Twój lewy kciuk nie wygina się w ten sposób – powiedział Draco, topiąc jego nadzieje, po czym wciągnął głęboki, ciężki oddech, który zagrzechotał mu w gardle, jakby jego usta były zrobione z blachy. Podniósł głowę, cal po calu, a Harry zadrżał, kiedy ich oczy się spotkały. Draco patrzył na niego z intensywnością, której Harry jeszcze nigdy u nikogo nie widział, więc nie miał dla niej porównania, może poza bystrością umysłu, o której poinformowała go jego przypadkowa legilimencja. – Harry – powiedział, ostrożnie intonując każde słowo – zdejmij urok.
Harry był w stanie usłyszeć własny oddech, uciekający mu z płuc.
– Nie ma żadnego uroku.
– Nie okłamuj mnie – powiedział Draco dokładnie tym samym tonem. – Harry, zdejmij urok, w tej chwili.
– Ja nie... – Harry odwrócił głowę, czując jak się zalewa rumieńcem, a pod powiekami znowu pojawił mu się nacisk łez. Merlinie, czemu to się musi dziać akurat teraz? To nie w porządku. Przygryzł wargę, żeby powstrzymać chlipnięcie. – Tam nic nie ma – powiedział, kiedy wreszcie zdołał otworzyć znowu usta.
– Wiem – powiedział Draco, zabierając i zmieniając słowa Harry'ego, nadając im znaczenie, którego ten wcale nie chciał tam umieścić. – W tej chwili, Harry.
Harry uważał, że powinien był być w stanie się temu postawić. Był słaby, taki słaby. Czemu nie mógł się oprzeć temu, co się działo? Czemu nie udało mu się przejść żadnego ze swoich testów tej nocy? Powinien być silniejszy, oprzeć się prośbom Dracona. Powinien był być szybszy, nie pozwolić Draconowi złapać się w ogóle za ten nadgarstek i nie dopuścić do tego, żeby wszystko dotarło do tego momentu.
– Czekam.
Harry przełknął ślinę, zaakceptował swoją porażkę i zdjął urok.
Usłyszał, jak Draco syczy pod nosem. Następnie poderwał przecięty nadgarstek Harry'ego i powoli poruszał jego przedramieniem dokoła, bez wątpienia starając się przyjrzeć kikutowi ze wszystkich możliwych stron. Harry pochylił głowę, drżąc. Dotyk Dracona bolał w miejscach, w których Bellatrix przyżegała ranę, ale nie bardziej od ugryzienia Voldemorta. Co było naprawdę cięte i bolało okrutnie, był wzrok Dracona, świadomość, że ktoś widzi go dokładnie takim, jaki jest naprawdę, a on był zbyt słaby, żeby ukryć dowody swojej porażki.
Instynktownie spróbował się z tym wycofać, skulić lewą rękę przy piersi. Draco zaparł się stopami i pociągnął, na tyle mocno, że Harry nagle poleciał do przodu i znowu wylądował w jego ramionach. Draco trzymał jego nadgarstek jedną ręką, a drugą położył na jego karku i zaczął mamrotać mu do ucha agresywną litanię.
– Nigdy się przede mną z niczym nie kryj, rozumiesz mnie? Chcę wiedzieć o wszystkim, co jest częścią ciebie. Mam gdzieś to, że uważasz to za porażkę. To nie jest porażka. Przychodź do mnie z takimi sprawami, Harry. Nie chowaj się z nimi. – Draco pogłaskał delikatnie jego nadgarstek i Harry podskoczył. – Słuchaj, przecież możemy zastąpić tę rękę nową...
– Nie możemy – powiedział Harry. Te słowa zabrzmiały jak wykrztuszone. Nienawidził siebie za to. – Bellatrix rzuciła na to jakieś zaklęcia i teraz nie mogę tam wyhodować nowej ręki, czy zdobyć zastępczą, ani nawet wyleczyć tej rany.
Draco przez chwilę stał w ciszy.
– No co za zdzira – wypalił wreszcie.
Harry zadrżał na dźwięk siły w tym głosie i tym bardziej, że to było jedyne słowo, jakim Draco ją określił, co było równie dobre co ogłoszenie wejścia na ścieżkę zemsty. Chwilę potem odsunął się i spojrzał Harry'emu w oczy, wzrokiem wciąż silnym i szczerym niczym klinga.
– Poradzimy sobie z tym, Harry – powiedział. – Razem sobie z tym poradzimy. – Wyglądało na to, że nie czuł potrzeby dodania do tego słowa "obiecuję", czy innego, podobnego. Tak samo jak jego określenie na Bellatrix, Harry podejrzewał, że te słowa miały sugerować niedopowiedzianą resztę przez sam fakt, że zostały wypowiedziane.
Harry kiwnął głową. Nie był w stanie mówić, gula w jego gardle była za wielka, ale mógł przytakiwać.
– Pojedziesz ze mną do rezydencji na wakacje – ciągnął dalej Draco, mówiąc ze spokojnym, absolutnym autorytetem, którego ton przypominał Harry'emu Lucjusza. – Popracujemy nad zdjęciem zaklęć z twojego nadgarstka. A potem...
– Co? Nie mogę, Draco! – Harry wywinął się, wykorzystując jeden z ruchów, których Lily go nauczyła, kiedy Draco spróbował go przy sobie przytrzymać, po czym odsunął się od niego. Stali tak przez chwilę naprzeciw siebie, Draco z głową lekko przechyloną na bok i wzrokiem przeskakującym między oczami Harry'ego i jego nadgarstkiem, a Harry z lekko zgiętymi kolanami, jakby w oczekiwaniu na atak. Jego magia spięła się wokół niego, po czym opadła niespokojnie, niczym zakłócona mgła. Harry nabrał głęboko tchu i wyjaśnił, odnawiając urok na swoim lewym nadgarstku. – Popatrz na to z mojego punktu widzenia. Twoi rodzice nie ustaną, dopóki nie poznają prawdy na temat mojej dłoni, prawda?
– Oczywiście, że nie – powiedział Draco, ale z jego tonu było oczywiste, że nie pojmuje, w jaki sposób to ma się wiązać z tym, że Harry nie może zostać z nim podczas wakacji. – W rezydencji nawet znajduje się kilka pokojów, które są zaczarowane, żeby zdjąć uroki z gości. Szybko by zauważyli, nawet niespecjalnie się starając.
Harry kiwnął głową.
– I o ile mógłbym jeszcze zaufać twojej matce z tą wiedzą – może, gdybym musiał – to nie mogę zaufać twojemu ojcu. To może go nawet przekonać do tego, że jestem słaby i nie wart kontynuacji sojuszu.
Draco otworzył usta. Harry czekał.
Draco zamknął usta. Harry kiwnął głową.
– Może i tak – przyznał niechętnie Draco i potarł swoje czoło. – Nie sądzę, ale możliwe jest, że wykorzysta w jakiś sposób tę wiedzę dla własnych korzyści. Nie może cię w tej chwili porzucić. Ale boję się pomyśleć, do czego może być zdolny, wciąż pozostając w granicach warunków narzucanych przez taniec sojuszu. – Draco przytaknął, powoli. – W takim razie zostaniesz ze Snape'em.
Fawkes wydał z siebie ciche, smutne nucenie, na dźwięk którego Draco poderwał z zaskoczeniem wzrok i Harry domyślił się, że on też pewnie zobaczył ulotny obraz bladych kanap i jasno oświetlonych pokojów Sanktuarium.
– Ze Snape'em – powiedział stanowczo Harry. – Nie z wieszczami. – Zmarszczył brwi na Fawkesa i ruszył przed siebie. Jak tylko znajdzie się w zamku, pójdzie się spotkać ze Snape'em, jeśli tylko będzie to możliwe. Jego opiekun zasługiwał na to, żeby się dowiedzieć o jego bezpiecznym powrocie. Albo, jeśli najpierw wpadnie na Connora, to go uspokoi. Tak czy inaczej, zaraz po tych spotkaniach będzie musiał napisać list do Scrimgeoura, a potem kolejny, do Hawthorn.
Wszystko jednakże potoczyło się w zupełnie innej kolejności, ponieważ stojąca przy wrotach do zamku, czekająca na niego postać, okazała się być Hawthorn Parkinson.
Draco szepnął Harry'emu cicho, że przekaże Snape'owi i Connorowi wieści o jego powrocie, po czym opuścił ich bez słowa. Harry kiwnął głową, po czym ruszył za Hawthorn w milczeniu do małego pokoju na trzecim piętrze, z którego istnienia nie zdawał sobie nawet sprawy. Ciało Dragonsbane'a ciągle unosiło się zaraz za nim. Hawthorn nawet nie obejrzała się na ciało swojego męża. Harry nie wiedział, co to może znaczyć. Być może była tak wściekła, że uważała, że go zabije, jeśli tylko spojrzy?
Hawthorn otworzyła drzwi do pokoju. W środku ogień płonął w kominku, wyraźnie świeżo zamiecionym z popiołu i brudu. Trzy krzesła stały w trójkącie, jedno z nich naprzeciw pozostałej dwójki. Pansy siedziała na jednym z nich z rękami założonymi na podołku i lekkim zamyśleniem na twarzy.
Harry chciał się zatrzymać, ostrzec ją, rzucić kolejne zaklęcie kameleona, zrobić cokolwiek, co mogłoby ją przygotować na widok Dragonsbane'a. Hawthorn tego nie chciała. Po prostu przejęła Mobilicorpus, wprowadziła Dragonsbane'a do pokoju, po czym pozostawiła go unoszącego się przed kominkiem, tuż obok krzesła Pansy.
Twarz Pansy nabrała koloru serwatki, a ona sama po chwili zaczęła płakać. Harry pochylił głowę. Uważał, że zdecydowanie powinien przez to przejść, inaczej już wcześniej by uciekł, ale naprawdę ciężko było mu stać w tym momencie z nimi w pokoju. Musiał przyzwać do siebie obrazy kilku basenów rtęci, żeby upewnić się, że jednak da sobie z tym radę.
Hawthorn obróciła się. Harry widział, że jej usta były niemal białe, ale reszta jej twarzy nie była w żaden sposób bledsza niż zazwyczaj. Przykucnęła obok Pansy i objęła ją. Pansy obróciła się i ukryła twarz w ramieniu swojej matki, owijając ręce wokół jej karku tak mocno, jakby chciała ją udusić, a przez cały ten czas płakała, płakała i płakała.
Ze wszystkich niegodnych takiej chwili emocji, ostatnim, którego Harry się po sobie w tej chwili spodziewał, była zazdrość. Ale ją poczuł, zaakceptował, po czym wrzucił z powrotem do basenu oklumencyjnego. Opuścił wzrok i czekał.
Wreszcie Pansy uspokoiła się. Usiadła prosto, a jej matka stworzyła materiałową chusteczkę, żeby otrzeć jej twarz. W tym samym czasie, Hawthorn wstała i zajęła krzesło obok swojej córki. Harry płynnym ruchem zajął to, które stało naprzeciw.
– Powiedz nam – powiedziała Hawthorn, głosem suchym i cichym – co się stało na cmentarzu.
Harry zamrugał, zastanawiając się, skąd wiedziała, że to był cmentarz i zaczął mówić. Wyrecytował im to samo, co powiedział wcześniej Draconowi, pomijając odcięcie ręki, po czym opowiedział im historię tego, jak zamordował Dragonsbane'a. Przez cały czas nie odrywał wzroku od twarzy Hawthorn, a ona w żadnym momencie nie zmieniła wyrazu twarzy.
Pansy załkała cicho w samym środku historii, na czego dźwięk Harry niemal sam zaczął płakać, ale powiedział sobie, że w tej chwili nie ma żadnego do tego prawa. Złamał termin ich sojuszu. Zamordował męża Hawthorn, ojca Pansy. Był tu wyłącznie po to, żeby odpowiedzieć za swoje zbrodnie. Dlatego dokończył historię z białą z napięcia twarzą i żelazną determinacją, po czym ucichł, kiedy już skończył mówić. Zastanawiał się, co spróbują mu zrobić. Był gotów nie bronić się przed czymkolwiek, poza śmiertelnymi klątwami, a kiedy do nich dojdzie, po prostu ucieknie z pokoju, bardziej w celu ochronienia tych dwóch kobiet przed jego własną magią, niż po to, żeby ratować własne życie.
Tak, kobiet, pomyślał, ugodzony tą nagłą myślą, kiedy wreszcie spojrzał Pansy w oczy. Teraz już jest jedną z nich. Wszelkie ślady dzieciństwa zniknęły z jej twarzy.
– Powiedz mi, Harry – odezwała się wreszcie Hawthorn – czy znaki, które pokazywał ci mój mąż, wyglądały w ten sposób? – Podniosła dłonie i zaczęła nimi migać, powoli, przez całą sekwencję znaków. Harry przymrużył oczy, upewniając się, że jej lewa dłoń była obrócona tak samo jak wcześniej Dragonsbane'a, czy że palec wskazujący i kciuk jej prawej dłoni uderzyły o siebie dokładnie trzy razy, a nie dwa.
– Tak – powiedział po chwili. – Pokazał mi je kilka razy. Nie rozumiem tylko, czemu pokazał je akurat mnie. – Przełknął. – Nie znam języka migowego.
Pansy syknęła, dźwiękiem, który zdawał się początkowo pochodzić z daleka i stopniowo się przybliżał, zupełnie jak śmiech Voldemorta podczas wskrzeszenia. Harry zadrżał i strząsnął z siebie to porównanie.
– A tobie skąd przyszło do głowy, że to akurat ty miałeś to zrozumieć? – wypaliła. – Ty samolubny...
– Pansy, dość. – Hawthorn wzmocniła ostatnie słowo warknięciem. Pansy rzuciła swojej matce spojrzenie przepełnione zdradą, ale Hawthorn nie poświęciła mu żadnej uwagi. Patrzyła tylko dalej ze spokojem Harry'emu w oczy i Harry'emu przyszło do głowy, że po raz pierwszy widzi Czerwoną Śmierć. – Harry. Dragonsbane powtórzył ci te znaki nie bez powodu. One oznaczają "Nie żałujcie mnie. Oto mój los. Teraz umrę."
Harry poczuł, że zaczyna się kulić na swoim krześle.
– Ja... to niemożliwe. Czemu...
Hawthorn zamknęła oczy, co było najwyraźniej jedynym świadectwem słabości, jakie była gotowa okazać.
– Nekromanci widzą śmierć każdego czarodzieja i czarownicy, z którymi wejdą w kontakt, Harry – powiedziała cicho. – Nie mogą im jednak powiedzieć, kiedy do niej dojdzie i w jakich okolicznościach. To samotne życie. Ale wiedzą też o własnej śmierci. I żyją pomimo tej świadomości. To życie wymaga od nich więcej odwagi, niż jestem w stanie zrozumieć. – Otworzyła oczy i po raz pierwszy pojawiły się w nich łzy. – Czy mówiłam ci – wymamrotała – że mój mąż nie był Ślizgonem, mimo, że tak wielu ludzi zakładało i twierdziło, że musiał nim być, że czasem sama w to wątpiłam? Był Gryfonem.
– On nie... – Harry zamilkł. Wnioski nasuwały się same. Pojawił się na tym cmentarzu wiedząc, że tam zginie.
– Podejrzewałam – ciągnęła dalej Hawthorn, głosem cichym i nieprzeniknionym. – Nie wolno powiedzieć im o tym wprost zwykłym, pomniejszym śmiertelnikom, ale przez cały ubiegły rok widziałam znaki. Napisał wiele długich listów do tych, których kiedyś musiał porzucić, ludzi, którzy go znali w poprzednim życiu jako... no, jego poprzednie imię nie ma już znaczenia, ponieważ poddał je, żeby wybrać sobie imię podobne mojemu i przyjąć moje nazwisko. Przygotował zawczasu swoje konta bankowe. Rozmawiał coraz częściej i częściej z pewnym szczególnym duchem, którego imienia nie mógł mi podać, ale który opowiadał mu wiele o tobie, ponieważ sam zginął, broniąc cię przed szczególnym nieszczęściem.
Harry pochylił głowę. Syriusz.
– Podejrzewałam – powiedziała Hawthorn miękko. – Kiedy mój Znak zaczął mnie piec tego wieczoru, kazał mi się aportować z nim do Hogwartu, a potem... ruszył za powiązaniem, zawartym między moim Znakiem i Mrocznym Panem. W jakiś sposób. Wciąż nie wiem, jak on to zrobił. – Pociągnęła lekko nosem, jakby chłonąc zapach żalu. – Wtedy właśnie moje podejrzenia zmieniły się w pewność.
– Skąd wiedziałaś, że pokaże mi właśnie te znaki? – szepnął Harry.
– Ponieważ sama widziałam, jak używał ich inny nekromanta – powiedziała Hawthorn. – Są zawsze te same, znaki, które nekromanta pokazuje tuż przed śmiercią, bez względu na to, czy w pobliżu znajduje się ktoś, kto jest w stanie je zinterpretować. – Wyciągnęła rękę w jego kierunku i przytrzymała ją w bezruchu w powietrzu między nimi. Harry nie miał pojęcia, czy chciała, żeby ją za nią złapał, czy nie, więc się nie ruszył. – Harry, musisz coś zrozumieć. Nekromanci nie podchodzą do śmierci jak my. To nie jest koniec życia i oni doskonale zdają sobie z tego sprawę. To po prostu kolejny etap, który pod wieloma względami cenią sobie znacznie bardziej od życia. Mówiąc "Teraz umrę", zgłaszają swoje uczestnictwo do rytuału znacznie potężniejszego od czegokolwiek co mogliby im pokazać żyjący. Właśnie dlatego żaden nekromanta nie spróbowałby się uchylić od własnej śmierci, nawet gdyby to było możliwe, ale podejrzewam, że nie jest. To jest dla nich moment nie do uniknięcia, moment, w którym ich wizje się kończą. – Hawthorn odwróciła głowę. – Harry, byłeś częścią tej chwili, w której mój mąż zamknął oczy na tym świecie. Podarowałeś mu przejście do śmierci. Oddałeś mu większą cześć niż sobie w ogóle wyobrażasz.
Harry ukrył twarz w dłoniach. Świadomość, że jednak nie jest mordercą, była dla niego czymś tak wstrząsającym, że nie był pewien, jak sobie z tym w tej chwili poradzić. Musiał pomyśleć o czymś innym i po chwili znalazł właściwe słowa.
– Skąd wiedziałaś, że wszystko miało miejsce na cmentarzu?
– Słyszałam to, co ci powiedział podczas poprzedniej nocy Walpurgii – powiedziała Hawthorn. – Kiedy mnie opuścił, żeby się udać do ciebie, wiedziałam, że wybiera się do domu swoich krewniaków. On umarł na cmentarzu, Harry, pośród tych, których kochał i szanował. Żaden nekromanta nie mógłby sobie życzyć lepszej śmierci. – Zamilkła na moment, po czym odezwała się: – Harry. Popatrz na mnie.
Harry podniósł głowę, mrugając. Hawthorn podciągnęła lewy rękaw i przejechała palcem po srebrnej bliźnie, która przekroiła Mroczny Znak na pół. Harry zadrżał, czując podobną, łaskoczącą sensację na swojej własnej bliźnie.
– Nasz sojusz nie został złamany – powiedziała Hawthorn – inaczej twoja blizna by się otworzyła i wykrwawiłbyś się na śmierć. Tak się nie stało. Wydaje mi się, że to dlatego, że mój mąż był nekromantą i wiedział o tym, gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach umrze na długo przed twoim pojawieniem się na tym świecie. Mogłeś go zabić celowo, a to wciąż utrzymałoby warunki naszego sojuszu. – Pochyliła głowę, a jej bursztynowe oczy były pełne światła. – Wciąż jesteśmy sojusznikami.
Harry zagapił się na nią, nie potrafiąc sobie wyobrazić, co mógłby powiedzieć w takiej chwili.
Ktoś inny wiedział.
– Ja nie – powiedziała Pansy, głosem wysokim i chwiejnym.
Hawthorn obejrzała się na swoją córkę.
– Co?
– Nie chcę być w sojuszu z kimś takim. – Pansy poderwała się na nogi i skrzyżowała ręce na piersi. Posłała Harry'emu cięte spojrzenie, po czym odwróciła głowę w bok. – On zabił mojego ojca. I może sam sobie to wybrał, może tak zawsze miało być, ale to był mój t–tata i ja go kochałam, a Harry go zabił, więc już nie chcę być z nim dłużej w sojuszu.
Harry słuchał w milczeniu, jak Hawthorn starała się odwieźć swoją córkę od tego pomysłu. Pansy pozostała niewzruszona. Harry wiedział, że nie zmieni zdania na długo przed tym, jak Hawthorn skończyła swoje namowy. Nie szkodzi. I tak już otrzymał więcej, niż miał prawo oczekiwać, bo Hawthorn wciąż w niego wierzyła. Harry miał wrażenie, że obie wiedziały, że Dragonsbane pewnego dnia umrze, tak samo jak Dragonsbane, ale Pansy myślała o tym jako o "dalekiej przyszłości", podczas gdy Hawthorn podejrzewała samą datę. Pansy po prostu szła w tej chwili ścieżką własnych przekonań i tego, w co wierzyła. Tak właśnie powinno być. Jeśli w ten sposób starała się pogodzić z ciosem, który zadał jej widok martwego ciała jej ojca... cóż, to również był jej wybór, tak samo jak wyborem jej matki było pokazanie jej w ten sposób Dragonsbane'a.
Ostatecznie Pansy obnażyła swoje lewe przedramię i przycisnęła je do blizny na ręce jej matki, podczas gdy Hawthorn mamrotała z żalem:
– Zwolniona z więzów krwi, zwolniona z więzów ciała, zwolniona z więzów sojuszu. Niech twoja samotna ścieżka okaże się prosperującą, moje dziecko.
Pansy zachwiała się lekko na nogach, kiedy rytuał dobiegł końca. Harry poczuł to samo, jakby ktoś przeciął napiętą między nimi więź, z której istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy. Pansy kiwnęła mu chłodno głową, po czym zwróciła się ku drzwiom.
Kiedy się przy nich znalazła, odwróciła się.
– Oddam cześć mojemu ojcu – ogłosiła. – Zrobię to, z czego byłby dumny.
Spojrzał jej w oczy i po raz kolejny jego legilimencja wystrzeliła z niego, odczytując intencje Pansy. Miała zamiar zostać nekromantką.
Harry zamrugał, kiedy Pansy wychodziła z pokoju. To była niezwykła ambicja, nie był pewien, czy było w niej dość samozaparcia, żeby przy niej pozostać. Tym niemniej życzył jej szczęścia.
– Harry?
Harry obrócił się w kierunku Hawthorn i pokłonił się przed nią głęboko.
– Dziękuję – powiedział po prostu. – Ja... być może teraz ta rana nie będzie biegła we mnie równie głęboko. – Nie wiedział tego na pewno, ale świadomość, że Dragonsbane wiedział o czekającym go losie i przyjął go z otwartymi ramionami, prawdopodobnie odsączy nieco jadu.
Hawthorn przyjrzała mu się, mrużąc oczy.
– Czy wszystko w porządku? – zapytała. – W twoim zapachu jest tak wiele bólu i zmęczenia.
Harry zmusił się do uśmiechu.
– Nic mi nie jest – odpowiedział. – Wszystko mnie boli i jestem zmęczony, ale jak tylko zobaczę się z moim opiekunem – nie mógł sobie odmówić złożenia wizyty Snape'owi, nie teraz – to pójdę do skrzydła szpitalnego i odpocznę, obiecuję.
– Mam nadzieję. – Hawthorn wstała, po czym sięgnęła ku niemu. Harry pozwolił się jej przytulić głównie dlatego, że był zanadto zaskoczony, żeby temu zapobiec. – Uważaj na siebie – szepnęła mu do ucha. – Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że udało ci się przeżyć, jak bardzo cię potrzebujemy.
– Chyba się domyślam – mruknął Harry, myśląc o tym, w jaki sposób będzie mógł wykorzystać swoją moc w wojnie. Wciąż była w nim jakaś część, bardzo mała część, która naprawdę cieszyła się z tego, co nadchodziło.
Do walki w tej właśnie wojnie trenowałem całe swoje życie.
Harry spotkał Fawkesa niedaleko za drzwiami pokoju, do którego zabrała go Hawthorn. Wypuściła go, wreszcie, po wyciągnięciu z niego kolejnej, poważnej obietnicy, że pójdzie do skrzydła szpitalnego jak tylko skończy ze Snape'em, po czym sama ruszyła, lewitując za sobą ciało Dragonsbane'a, w kierunku granic osłon, tak żeby mogli się aportować z powrotem do Ogrodu. Nie dała po sobie w żaden sposób poznać, że zauważyła brak jego lewej dłoni, za co Harry był niesłychanie wdzięczny.
Fawkes ochrzaniał go całym strumieniem nut, kiedy ruszyli w kierunku lochów. Harry'emu przewijało się przez głowę tak wiele obrazów, że nie był w stanie nawet określić, za co konkretnie w tej chwili zbiera ochrzan.
– Zamkniesz ty się wreszcie? – mruknął na feniksa, kiedy wszedł w główny korytarz, prowadzący do gabinetu Snape'a.
– Wydaje mi się, że jest bardzo rozsądny – rozległ się suchy głos jego opiekuna. – Ostatecznie nosisz na sobie wiele ran, a już wielokrotnie pokazywałeś, że wolisz je ignorować.
Harry poderwał wzrok z ulgą. Snape szedł szybko ku niemu alkową. Spojrzał mu w oczy.
I jego legilimencja znowu wyskoczyła, podchwytując zgrabnym ruchem wspomnienia z umysłu Snape'a. Obrazy przeleciały Harry'emu przed oczami, myśli o tym, że Snape chce go chronić przed samym sobą, żal spowodowany tym, że nauczył go opierania się klątwie De Profundis, obawa, że Harry odkryje prawdę o nałożonym na Dracona przymuszeniu...
Chwila.
Harry poczuł, że zaczyna się trząść. Jego oczy pozostały jednak w jednym miejscu i teraz, kiedy jego legilimencja miała ustalony cel, ruszyła przed siebie, zgrabnie wyłapując coraz więcej wspomnień dotyczących tego, co chciał zobaczyć.
Snape dał Draconowi książkę eliksirów. Wiedział, od samego początku, że ta książka zobowiązywała każdego, kto ją otworzył, do ukończenia konkretnego eliksiru. Rzucała przymuszenie na czytającego, które sprawiało, że ten ignorował większość innych spraw, póki eliksir nie został uwarzony do końca.
Rzucała przymuszenie na czytającego.
Przymuszenie.
A Snape o tym wiedział.
On wiedział.
Harry poczuł, jak jego usta się otwierają, tak że krzyczał bez tchu, bez dźwięku. Jego magia wystrzeliła z niego i chwyciła za Snape'a, chwilowo jeszcze go nie krzywdząc; Harry był wciąż w zbyt głębokim szoku, żeby życzyć sobie czyjegoś bólu. Magia po prostu zawiesiła Snape'a w powietrzu i obróciła nim dokoła, przyglądając mu się, jakby był jakimś godnym pogardy robalem.
Wreszcie furia Harry'ego przebiła się przez szok i wbiła w niego z pełnym pędem.
Zrobił krok przed siebie i zobaczył, że Snape zaczyna się krztusić, bo magia uformowała parę ogromnych dłoni, które złapały go za gardło. Harry'emu wydawało się, że ktoś jeszcze się pojawił i przemawia teraz za niego, ale po chwili zorientował się, że nie, to naprawdę był po prostu jego własny głos, który dochodził z jego ust. Najwyraźniej magia uznała, że w tym konkretnym zadaniu nie potrzebował pomocy.
– Wiedziałeś – powiedział głos. – A mimo to i tak dałeś mu tę książkę, a kiedy dałem ci szansę powiedzenia mi prawdy o przymuszeniu, tej nocy, kiedy Draco przypadkiem o niej wspomniał, okłamałeś mnie. Celowo. Z premedytacją. – Harry czuł, jak jego furia wzrasta i zdawał sobie sprawę, jak łatwo byłoby w tej chwili zabić, a tym razem przynajmniej wiedziałby też dlaczego by zabił. – A ty użyłeś przymuszenia i w dodatku użyłeś go na nim. Czy do ciebie w ogóle dociera, jak wiele on dla mnie znaczy?
Twarz Snape'a zaczynała robić się sina. Harry przez chwilę zastanawiał się, czemu, bo przecież te dłonie nie trzymały go aż tak długo, ale potem przypomniał sobie, że tu chodzi przede wszystkim o nacisk, a nie na czas.
Jego furia zadrżała. Jego magia szeptała wokół niego. Tak łatwo byłoby go w tej chwili zabić, tak łatwo...
Ale to tylko przyniosłoby mu więcej bólu, a Harry już wystarczająco tej nocy cierpiał, zwłaszcza, że maska człowieka, któremu wydawało mu się, że mógł zaufać, opadła, odsłaniając twarz zdrajcy, a zaufanie rozpadło się na kawałki, roztrzaskując w nicość.
Otworzył swoją dłoń, starając się wykonać ten sam ruch obiema rękami, żeby pokazać swojej magii co powinna zrobić i palce na gardle Snape'a go puściły. Snape po prostu opadł bezwładnie na podłogę i przez chwilę leżał w bezruchu. Następnie Fawkes opuścił ramię Harry'ego i podleciał do niego, płacząc na sińce. Harry wiedział, że ten przeżyje.
A wtedy ból obezwładnił furię i jego magia wyła po prostu wokół niego, wydając z siebie wrzask oszalałej, rannej bestii.
– A ja ci ufałem – szepnął, po czym odwrócił się i uciekł.
Wypadł przez drzwi szkoły, szlochając, ale bez większych problemów łapiąc oddech. Jego magia zdawała się wydawać z siebie dość hałasów za ich obu, zamiatając okolicę wokół niego, wznosząc się niczym potężne skrzydła ponad jego głową, które pojawiły się jak tylko znalazł się na otwartej przestrzeni, wyjąc statecznie, dźwiękiem, który mógłby z siebie wydawać wilkołak w żałobie.
Harry ruszył chwiejnie w kierunku Zakazanego Lasu, prawdopodobnie obierając podobną trasę co pod koniec drugiego roku, gdy jego magia w podobny sposób wyrwała mu się spod kontroli i pulsowała wokół niego. Tym razem jednak nie dotarł równie daleko. Opadł na kolana i płakał, podczas gdy jego magia wokół falowała, śpiewając i wyjąc.
Coś zaśpiewało w odpowiedzi.
Harry otarł szybko łzy dłonią i odchylił głowę, żeby przyjrzeć się czarnemu niebu. Księżyc zniknął za chmurą. Nawet gwiazdy wydawały się jakieś przytłumione. Ciemność, która znajdowała się pomiędzy gwiazdami, teraz pulsowała, migotała i trzęsła się, a Harry coraz wyraźniej słyszał pieśń mrocznej magii, sięgającej ku niemu ochoczo.
Chodź z nami. Jedź z nami. Cóż cię może jeszcze przed tym powstrzymywać? Poznasz radość braku ograniczeń, a oni przecież i tak już cię nigdy nie przyjmą do siebie z powrotem, te wszystkie stworzenia, które z taką chęcią żyją pośród murów i limitów. Chodź.
Harry zadrżał, objął się rękami i pochylił głowę. Wiedział, że jeśli stanie się częścią mrocznej muzyki, to nigdy więcej nie będzie musiał się martwić o to, że kogoś jeszcze skrzywdzi. Wciąż będzie mogło do tego dojść, ale wtedy nie będzie się tym przejmował. Albo straci swoją magię, przebywając pośród potężnych fal otaczającej go mocy, stanie się jednym z tą rzeką, wiatrem i pieśnią.
Uciekłby oskarżeniom o morderstwo.
Uciekłby od świadomości, że Snape go okłamał, że znowu może ufać tylko jednej osobie, że bezpieczne miejsce, w którym miał nadzieję odpocząć, przepadło niczym dom w czasie powodzi.
Tak naprawdę tego nie chciał, między innymi przez tą część jego, która mówiła mu, że powinien żyć dla dobra wojny i skupić się na tym, żeby już więcej nie popełnić swoich błędów. Ale to nie było aż tak silne jak część, która pragnęła ucieczki, jakiejkolwiek ucieczki, przed tym, czego dopiero co się dowiedział.
Poczuł, jak mroczna magia ląduje obok niego i kroczy w jego stronę. Harry spojrzał. Przybrała formę potężnego, czarnego wilka, z jego własnymi, zielonymi oczami, oznaczonego srebrną błyskawicą na czole. Warknął na niego i zatańczył przednimi łapami, zapraszając go, po czym odchylił łeb tak, żeby wciąż mógł patrzeć na niebo. Harry wstał, dygocząc, i zrobił krok przed siebie. Jeśli się z nim uda, to nigdy więcej nie będzie mu zimno, bo zapomni czym jest ciepło.
Fawkes pojawił się ponad nim w kuli ognia, śpiewając głośno i z protestem. Wilk zawył, kiedy światło padło na niego i zrobił niemrawo krok do tyłu, kucając, jakby był gotów rzucić się na feniksa.
Harry odzyskał swoją poczytalność po raz drugi tego wieczoru. A może po raz trzeci, skoro stracił ją już dwukrotnie? Myślał o tym i o innych, równie nieważnych sprawach, kiedy się odwrócił i ruszył biegiem w kierunku Zakazanego Lasu.
Jego magia podskakiwała obok niego, zaskoczona, ale wciąż trzymając się blisko. Fawkes leciał ponad nim, śpiewając. Harry czuł, jak magiczne stworzenia, którym zwykle przeszkadzałby swoją obecnością, uciekają przed nimi, nie chcąc wchodzić w drogę komuś, komu towarzyszył najpotężniejszy sprzymierzeniec Światła i mroczna furia.
Po chwili zdał sobie sprawę z ruchu obok niego i obrócił głowę. Sunął obok niego trzygłowy wąż, z wszystkimi trzema głowami zwróconymi ku niemu. Widłowąż.
– Przyszedłeś nas wreszcie uwolnić? – brzmiało ich podekscytowane powitanie. – Powiedzieliśmy ci, żebyś wrócił do nas, kiedy usłyszysz śpiew. Chcieliśmy, żebyś go posłuchał.
Oddech Harry'ego urwał się w szlochu, a on sam się zatrzymał. Od wielu miesięcy nie pamiętał tej części spotkania w lesie, ale teraz wspomnienie zapłonęło w jego umyśle, hardo i klarownie, niczym podpalona partytura. Kiwnął powoli głową. Jego magia zatańczyła obok niego, spoglądając to na niego, to na węża.
– Chodź – rozkazał mu radośnie widłowąż, po czym wślizgnął się w głąb lasu. Harry ruszył za nim, potykając się od czasu do czasu o dziury w poszyciu. Nawet przy świetle pochodzącym z piór Fawkesa, które zrobiło się jaśniejsze, gdy ten wylądował na ramieniu Harry'ego, pod grubymi konarami wciąż było tak ciemno, jakby się znajdowali pod jeziorem.
Wreszcie dotarli do wzgórza, na którym spotkał się z widłowężami ostatniej jesieni. Były zebrane teraz w półkolu, a kiedy go zobaczyły, podniosły głowy i zasyczały głęboko.
– Zniszcz naszą sieć – powiedziały te, które go prowadziły, obracając się i spoglądając na Harry'ego. Wszystkie trzy głowy syczały jako jedna, przez co ich wężomowa nabierała echa – porównywalnie, choć ze znacznie mniejszy efektem, do falującego głosu Wielu. – Została upleciona z pieśni, z muzyki Światła, którą słyszymy, ale której nie jesteśmy w stanie śpiewać. Nauczymy cię mrocznej muzyki, jak jej słuchać, ale się jej nie poddawać. Widłowęże były kiedyś wspaniałymi pieśniarzami. Z twoją pomocą znowu będziemy się mogli nimi stać.
– Dobrze – powiedział po prostu Harry, niepewny nawet tego, na co on właściwie się zgadza, ale zdając sobie sprawę z tego, że to odciągnie jego myśli od powodu, przed który w ogóle się tu znalazł, więc przyklęknął, żeby pozwolić swojemu ciału odpocząć, podczas gdy jego umysł będzie zajęty.
Zobaczył ich sieć niemal od razu, była grubsza od tej Wielu i rozchodziła się na wiele, lśniących nitek, które owijały się luźno wokół każdego widłowęża, tak że były w stanie złapać wszystkie trzy głowy na każdym wężu – albo dwie, w przypadkach, w których dwie pozostałe głowy widłowęża odgryzły tę w stanie krytycznym. Harry sięgnął ku nim i ułożył swoją magię ostrożnie wokół sieci. Posłuchała się go, wyraźnie teraz bardziej zaniepokojona niż rozżalona, niepewna tego, co on właściwie planuje.
Fawkes zaczął śpiewać.
Harry nabrał głęboko tchu, kiedy widłowęże odpowiedziały na to sykliwym nuceniem, zmieniając się w pozbawioną rytmu muzykę, która brzmiała, jakby ktoś obijał suchy groch wewnątrz bębna. Dwie pieśni zmieszały się, płynąc obok siebie i wchodząc do jego uszu w dwóch oddzielnych strumieniach. Jednym była chaotyczna symfonia mrocznej muzyki, którą już znał.
Druga była potężna i rześka, choć z cichymi nutami furii. Harry podejrzewał, że to musiała być pieśń magii Światła, która w tej chwili była wściekła na to, że Voldemort ją wykiwał i szykowała się do odwetu na nim.
Ruszył ścieżką pieśni Fawkesa. Nie dało się tego inaczej opisać. Feniks był związany z nim dzięki ich ustanowionemu połączeniu, oraz ze Światłem poprzez swój głos, więc Harry mógł podążyć za tym łańcuchem, zakotwiczonym w trzech miejscach, aż nie znalazł się pośród ryczącej, złotej rzeki, śpiewającej, kiedy wpadała do morza, kiedy słońce i księżyc wstawały, pojawiały się w pełnej krasie i zachodziły. Harry pomyślał, że to musi być pieśń światów, tworzona przez ruch świateł na niebie. Gwiazdy też śpiewały, ale głosami zbyt wysokimi i zimnymi, żeby można było z nich skorzystać. Feniks śpiewał w tej chwili przede wszystkim do słońca, a księżyc mógł się przysłużyć jako kolejny śpiewak, ponieważ zbierał światło słońca i odbijał je z powrotem.
Harry zastanawiał się, jak wiele stworzeń śpiewało na tym świecie, jak wiele jeszcze nie usłyszał.
Niewielki, złoty strumyk przyłączał się do wielkiej rzeki i Harry bez problemu go zauważył, nie dlatego, że on tam w ogóle był, ale dlatego, że był skażony. Sieć rozciągała się przez jego środek niczym tama, sączyły się z niej czarne pasma. Harry zmarszczył nos. To była skorumpowana magia Światła. Ktokolwiek to zrobił, działał w pośpiechu, zebrał kilka splątanych sieci, oplótł je wokół paru badyli, posklejał wszystko mchem i upuścił całość na strumyk.
Łagodnie zanurzył rękę w strumieniu i podniósł tamę, po czym zaczął, kawałek po kawałku, odkładać jej części na brzeg. Wyczuwał, że w miarę jak to robi, sieć na widłowężach stopniowo się rozpada, a sama muzyka Światła mu w tym pomagała, bo strumyk chciał być wolny i móc płynąć swobodnie. Harry wybierał i wyciągał, zbierał i układał, aż wreszcie kawałek po kawałku, czarne pasma zniknęły ze złota. Strumyk zaświergotał na niego i zaśpiewał niczym drozd o świcie.
Miał wrażenie, że podczas gdy on pracował nad muzyką Światła, widłowęże dotknęły muzyki Mroku. Pokazywały mu ją, rozbierając ją na kawałki i odsłaniając przed nim wzory, które biegły pod pozornym chaosem. To właśnie chaos sprawiał, że mrocznej muzyce tak ciężko się było oprzeć. Wydawała się wiecznie niezmienną dzikością i tak długo, jak tak będzie, ludzki umysł po prostu w niej przepadnie, zaintrygowany pomysłem, że już żadna z jego chwil nie będzie taka sama jak inna. Istniały w tym jednak pewne wzorce, niektóre nuty się powtarzały, inne pojawiały się i uciekały ze zmienną częstotliwością, ale jak już je poznał, to mógł zacząć słuchać tej muzyki bez strachu.
Jego bezróżdżkowa magia się z nim zgodziła.
Harry czuł, jak jego magia studiuje wiedzę o mrocznej muzyce, zaintrygowana, zaimponowana i ukojona myślą, że wreszcie ją zrozumieli. Kiedy widłowęże śpiewały i uczyły go, chór za chórem, wers za wersem, jego magia też się tego nauczyła. Kiedy Harry wstał, zabierając ze sobą materiał, który wybrał z dna strumienia, wszystko trzymając w jednej ręce, jego magia zaczynała się przyzwyczajać do tego, że teraz wszystkie manualne zajęcia będą musieli wykonywać tylko jedną dłonią i uznała, że może to jednak nie jest aż takie złe. Kiedy Fawkes śpiewał, jego magia szturchnęła więź między nim i feniksem, akceptując ją, po czym zwinęła się znowu w jego ciele, niczym niespokojny kot, któremu wreszcie udało się wrócić do domu.
Harry śpiewał, pracował i uczył się, nie pozwalając sobie przyjąć do wiadomości powrotu swojej magii, póki już dłużej nie mógł tego od siebie odepchnąć. Wówczas otworzył oczy i zobaczył, że widłowęże ślizgają się swobodnie wokół niego, Fawkes właśnie kończył pieśń, siedząc na jego ramieniu, a jego bezróżdżkowa magia była znowu spętana w granicach jego ciała, jako część niego, tracąc swoją wolną wolę na rzecz podziwu wobec wiedzy i świadomości, że jest jego magią.
– Dziękujemy – powiedziały widłowęże. – Dziękujemy. Nie będziemy teraz atakować innych ludzi. Mamy z powrotem naszą pieśń. Tylko tego chcieliśmy. A teraz możesz już iść spać, maleńki, bo wreszcie udało ci się wrócić.
Harry chciał zaprotestować, że wcale nie potrzebuje iść spać – póki nie spróbował wstać i nie przewrócił się, a Fawkes dziabnął go w ucho tak mocno, że aż pociekła mu krew. Wtedy zadecydował, że może jednak potrzebuje.
Zwinął się na środku polany, widłowęże owinęły się wokół niego w leniwej, ciepłej gromadzie, a on odpłynął w sen na muzyce, która brzmiała jakby ktoś obijał suchy groch we wnętrzu bębna i nie pozwalała mu myśleć o czymkolwiek innym, co mu się przydarzyło tej nocy letniego przesilenia.
Bez względu na to, co by się ze mną nie działo, zawsze będę vatesem. Przynajmniej tyle.
