No dobra, więc ten rozdział ma potencjalnie okropny cliffhanger. Jeśli chcecie go uniknąć, po prostu przerwijcie czytanie po zdaniu "Harry był zmęczony", a jutro przeczytacie resztę, razem z następnym rozdziałem. Ta część tych dziesięciu rozdziałów to część, która lubię nazywać "Harry jest Nieracjonalny". Jego nieracjonalność ma swoje wytłumaczenie, co zostanie wyjaśnione jeszcze w tym rozdziale, ale jest na tyle potężna, że mam wrażenie, że zasługuje na własne ostrzeżenie.

Rozdział sześćdziesiąty piąty: Nazwij to przymuszeniem, nazwij to szaleństwem

Albus zmarszczył lekko brwi. Wyglądało na to, że jego przymuszenie nie było tak skuteczne jak oczekiwał. Harry wybiegł z Hogwartu w środku nocy i zasnął w Zakazanym Lesie, co Albus zobaczył, kiedy skupił swój wzrok na sęku w pniu drzewa.

Być może powinien być cierpliwy. Ostatecznie, jeśli zaaplikuje w nim przymuszenie zbyt mocno, to Harry z pewnością je wyczuje. Musi trzymać lejce lekko i luźno, póki ich nie ściągnie i nie zatrzyma Harry'ego na jego ścieżce ku zagładzie.

Intuicja jednak drażniła go pod powiekami, podpowiadając, że nie zostało mu już wiele czasu. Tak, może uda mu się złapać Harry'ego w ostrożnie skonstruowaną pułapkę, a kłótnia chłopca z Severusem – Albus aż w swoim gabinecie wyczuł echa wściekłej, mrocznej magii – sugerowały, że wszystko działa jak należy. Tym niemniej, uczniowie opuszczą szkołę w przeciągu kilku następnych dni, a Harry nie będzie miał wymówki, żeby tu pozostać, skoro nie chciał przebywać w pobliżu Severusa. Wyjedzie gdzieś, zostawiając Albusa, w najlepszym wypadku, z niespokojną świadomością, że jego przymuszenie wciąż gdzieś w nim działa, ale nie wiedzącego jak, ani czemu.

Nie, będzie musiał podjąć się ryzyka. Przynajmniej Fawkes teraz spał, podobnie jak Harry, a łatwiej jest pozostawić po sobie odcisk na śpiącym umyśle, niż rozbudzonym. Albus zebrał jeszcze trochę swojego daru i wyrzucił go z siebie w potężnej, gęstej mgle, która opadła na śpiącego pośród wydłowęży chłopca.

Harry spiął się i zaczął mamrotać ze strachem, ale na szczęście zapadł z powrotem w sen. Albus dalej go obserwował. Nacisnął tak mocno, jak tylko śmiał. Teraz pozostało mu czekać i zobaczyć, czy jego plan odniesie skutek, czy też tylko przyniesie mu frustrację, czy Harry uratuje ten świat, czy też go pogrąży.

Miał nadzieję, że nie będzie musiał długo czekać.


Harry obudził się, czując, że coś go dziobie. Usiadł powoli, wychodząc z założenia, że to był Fawkes, póki nie zauważył feniksa, siedzącego niedaleko na gałęzi, z głową ułożoną pod skrzydłem. Harry zmarszczył brwi i rozglądał się, póki nie zauważył bladego brzucha unoszącej się obok niego płomykówki. Harry poprawił ostrożnie okulary, po czym podniósł lewe ramię, żeby sowa miała na czym wylądować.

Pazury nacięły mu jego nagą skórę i po ramieniu popłynęły cienkie strużki krwi. Harry podejrzewał, że naprawdę powinien niebawem udać się do skrzydła szpitalnego, żeby ktoś opatrzył mu te i inne rany. W tej chwili jednak miał za wiele na głowie.

Rozwinął list, powoli i niezgrabnie, i skrzywił się, kiedy rozpoznał charakter pisma.

Nie będę się przejmował powitaniami. Nie mamy na nie czasu, a ty i tak uznasz je za nieszczere.

Moje starsze rodzeństwo nie jest bezsilne bez naszego pana. Planują odciąć łeb żmii i patrzeć, jak jej cielsko wije się w bezsilnych konwulsjach. Czy chcesz pójść razem ze mną i ochronić węża, czy wolisz usłyszeć o tym później? Z przyjemnością złożę ci osobiście napisany raport z mojej wycieczki do ministerstwa. Planuję się tam udać wcześnie, żeby zobaczyć jak inni się bawią. Daj mi znać, jeśli chcesz się zabrać ze mną. Znam dwa miejsca wolne od osłon anty–aportacyjnych.

Wciąż grając w grę,

Evan Rosier

Harry potarł twarz listem, starając się zetrzeć z siebie zaspanie i mdłości, które chciały go zaatakować, jak tylko przypomniał sobie o zdradzie Snape'a. Jeśli osądzać z pozycji księżyca, wciąż pozostało kilka godzin do świtu. Nie spał długo. Nie chciał tracić czasu na rozwiązywanie łamigłówek, wysłanych mu przez śmierciożercę, który i tak pewnie był szalony.

Coś jednak w jego doborze słów zawisło mu w umyśle, łaskocząc go. To było czarodziejskie powiedzenie, a nie jeden z cytatów z poezji.

Po chwili przypomniał sobie. Kiedyś pojawił się spisek, mający na celu zamordowanie ślizgońskiego dyrektora Hogwartu, w którym użyto takich samych słów. Atak ostatecznie zakończył się niepowodzeniem, ponieważ skrytobójcy nie byli w stanie przedostać się do dyrektora przez ściany osłon.

Odciąć łeb żmii i patrzeć, jak jej cielsko wije się...

Harry otworzył szeroko oczy i usłyszał, jak jego gardło chrypie podczas wciągania zaskoczonego wdechu. Potrząsnął znowu listem i zagapił się na niego.

Tak, Rosier wspomniał o ministerstwie.

Scrimgeour. Oni chcą zaatakować Scrimgeoura.

Harry wstał, zamyślony odsyłając od siebie płomykówkę, która wzbiła się w powietrze ze zirytowanym pohukiwaniem. Jakimś cudem wydawało mu się, że śmierciożercy nie spróbują wykonać własnych posunięć, podczas gdy Voldemort będzie musiał pozostać w ukryciu, lecząc się, co było głupie. Oczywiście, że mieli jakieś plany, pewnie wydał im odpowiednie rozkazy jeszcze przed swoim powrotem. No i oczywiście, że ktoś taki jak Karkarow był na tyle przebiegły i zajmował wśród śmierciożerców na tyle wysokie stanowisko, że mógł ich zmusić do ruszenia się, nawet jeśli pozostali woleli poczekać.

Chcą dokonać zamachu na ministra. Oczywiście, że tak. Cóż za odważne posunięcie, co za deklaracja potęgi! A kraj będzie się wił i miotał, niczym wąż pozbawiony łba.

Harry rzucił list na ziemię, wygrzebał się spomiędzy widłowęży i ruszył biegiem przez las w kierunku granicy osłon. Wciąż nie miał najmniejszego zamiaru aportować się, przebywając w ich obrębie, bo nie chciał wydrzeć dziury w najważniejszej ochronie, jaką mieli przeciw Voldemortowi. Mógł się jednak aportować poza nimi, co zaniesie go do ministerstwa i pozwoli w porę ostrzec Scrimgeoura. Harry'emu wydawało się, że względnie dokładnie pamięta szary pokój, do którego zaciągnęła go Sfora. To pomieszczenie nie miało wtedy osłon anty–aportacyjnych, chociaż mogli to naprawić od czasu rozwiązania Sfory.

Niech i tak będzie. Teraz, kiedy już odzyskał kontrolę nad swoją magią, Harry miał wrażenie, że przeżyje nawet odbicie się od osłon bez rozszczepienia.

Prawdopodobnie.

Odepchnął od siebie niewielki warkot niepokoju, który rozległ się w tyle jego umysłu. Zachowa się przy życiu, och tak, musi, ponieważ tu się toczy wojna, a on, dzięki treningowi od matki wiedział, jak na to odpowiedzieć. Ale miał zamiar też ochronić życia innych. Zawalił testy na cmentarzu, ale jego porażki zaczęły się znacznie wcześniej. Nie domyślił się, że to Karkarow musiał powalić aurorów i zablokować sieć fiuu tamtej nocy, kiedy zaatakowano ministerstwo, chociaż powinien był. Nie utrzymał Syriusza przy życiu, chociaż powinien był.

Nie miał zamiaru pozwolić Scrimgeourowi zginąć.

Dotarł do granicy osłon i zwolnił raptownie, kiedy zauważył, że ktoś tam stoi w świetle Lumos. Zagapił się, kiedy rozpoznał ciemne oczy i szalony uśmiech. Evan Rosier pokłonił mu się.

– Czyli jednak zabierzesz się ze mną do ministerstwa? – zawołał wesoło.

Harry obnażył zęby, nie mogąc się powstrzymać. Jego determinacja biegła na samym skraju furii, więc nie chciał zobaczyć śmierciożercy tak szybko po tym, co się wydarzyło zaledwie kilka godzin wcześniej.

– Chyba sobie żartujesz. Wybieram się tam, ale mam zamiar aportować się do miejsca, o którym sam wiem.

Rosier go wyśmiał.

– Nie chodziło mi o to, że miałbym cię zabrać aportacją łączoną, Harry... mogę ci mówić Harry?

– Nie – odpowiedział Harry szorstko i zamknął oczy, usiłując przypomnieć sobie dokładne rozmiary, kształt i kolor tego małego, pustego pokoju.

– Mógłbym ci po prostu podać opis miejsca, a ty sam byś się tam aportował – ciągnął Rosier płynnie, przerywając wspomnienia Harry'ego. – Jeden z nich to prawie już nieużywany pokoik, połączony z prywatnym gabinetem ministra. Ma cztery, szare ściany, a na środku stoi stół, przykręcony do podłogi tak, że nie da się go ruszyć. Powietrze tam pachnie krwią, bo raz pocięli tam na kawałki jednorożca i od tego czasu nie byli w stanie pozbyć się tego smrodu. Widzisz go?

Tak, Harry widział, znacznie wyraźniej od dziesięciomiesięcznego wspomnienia, które usiłował sobie przywołać. Przez chwilę rozważał, co jest dla niego ważniejsze, zaufanie Rosierowi, czy dostanie się do ministerstwa na czas.

Głos jego matki odezwał się w jego głowie, przeganiając wszelkie wątpliwości. Czasami będziesz musiał zawierać sojusze ze swoimi wrogami. Możesz im zaufać, że będą dbać o własne interesy, więc lepiej, żebyś wiedział, na czym im zależy. Kiedy ich cele i twoje się rozejdą, to możesz ich zostawić za sobą. Nie ma w tym żadnego wstydu. Jeśli chcą się postawić twojemu bratu, to są źli i nie mają żadnego honoru do stracenia.

Harry kiwnął głową, po czym, trzymając się mocno obrazu pod powiekami, aportował.

Czuł się, jakby ktoś go wcisnął do tuby, a potem zaczął powoli go z niej wyciskać. Harry już wcześniej się aportował, nawet z Londynu do Szkocji, ale wtedy znał oba miejsca, zarówno to, które opuścił, jak i to, w którym się pojawił, bardzo dobrze, w dodatku napędzała go furia na Dumbledore'a. Teraz celował w miejsce, którego nie znał za dobrze i niemal czuł, jak jego magia miota się wokół niego, z niepokojem wypatrując dla niego jakiegoś miejsca, w którym mógłby bezpiecznie wylądować, szukając pokoju, który pasował do obrazu w jego głowie.

A potem znalazł się na miejscu. Smród okrutnie przelanej krwi jednorożca, tak znajomej z pierwszego roku w Zakazanym Lesie, uderzył go w nos, więc Harry otworzył oczy i odkrył, że znalazł się w opisywanym przez Rosiera pokoju. Wylądował zaledwie kilka cali od stołu. Momentalnie ruszył ku drzwiom, mimo, że w chwilę po sobie usłyszał kolejne pyknięcie, które prawdopodobnie ogłosiło przybycie Rosiera. Harry go zignorował. Skrzywdzi go, jeśli mężczyzna go zaatakuje, ale jeśli tego nie zrobi, to Harry nie widział żadnego powodu do zachęcania go, albo zwracania na niego uwagi.

– Och, dobrze – powiedział Rosier. – Nikogo innego tu nie ma. Miałem nadzieję, że nie będzie. Pewnie skorzystali z tego drugiego.

Harry wiedział, gdzieś odlegle, że powinien był się wzdrygnąć, czy okazać jakąkolwiek reakcję na informację o tym, że tu mogli przebywać śmierciożercy. Nie zrobił tego, nie tak naprawdę. Nawet myśl o ponownym zobaczeniu Bellatrix w tej chwili ledwie do denerwowała. Był zajęty rzucaniem kontrzaklęć na zamki w drzwiach, a potem przechodzeniem do znajdującego się obok gabinetu.

Był dobrze oświetlony, a kiedy Harry podszedł do obitego fotela, stojącego za biurkiem, to było wciąż ciepłe w dotyku. Oczywiście, przecież Scrimgeour musiał pracować do późna, inaczej śmierciożercy zaatakowaliby jego dom, gdziekolwiek by on nie był.

Odwrócił się i spojrzał na Rosiera.

– Co jeszcze wiesz o tym planie?

Rosier podniósł jedno ramię z lekkim uśmiechem.

– Tylko tyle, że szpieg miał wyciągnąć ministra z jego gabinetu, Harry. Coś tam o wskazaniu mu innych śmierciożerców, udających wiernych członków ministerstwa, jak Walden Macnair, no wiesz. – Rosier zaśmiał się. – Och, oczywiście, spotka się ze śmierciożercami. Po prostu nie tymi, których się spodziewa.

– Gdzie znajduje się to inne miejsce, gdzie moglibyśmy się aportować? – zażądał Harry, uważając, że zdrajca pewnie właśnie tam zaprowadzi Scrimgeoura.

– Jeden z gabinetów na drugim piętrze, który Walden zabezpieczał dla nas, kawałek po kawałku – powiedział Rosier. – Ten, w którym jesteśmy teraz, jest na trzecim.

Harry znowu wybiegł przez drzwi. Czuł wibrujące nuty otaczających go osłon i to nie tylko takich, które powstrzymywały przed aportacją. Podejrzewał, że przynajmniej kilka z nich poderwało ludzi na alarm przez nieoczekiwanych gości, którzy pojawili się nagle w tym gabinecie. Po raz kolejny nie miał czasu, żeby się zatrzymać i tym zmartwić.

Za drzwiami gabinetu znalazł pusty korytarz, udekorowany śpiącymi portretami, ale jak tylko nim ruszył, ktoś wyszedł przez drzwi po jego lewej. Harry poderwał różdżkę i obrócił się, lekko przykucnięty, w pozycji bojowej, niemal rzucając klątwę, nim się zorientował, że to była tylko Tonks.

Zagapiła się na niego, podczas gdy jej włosy zmieniały się z niebieskich na różowe.

– Harry? – zapytała. – Co ty tu robisz?

– Witaj, dzieweczko – odezwał się zza niej Evan Rosier. – Założę się, że smakujesz jak jagódki.

Harry rzucił w Rosiera zaklęciem paraliżującym.

– To śmierciożerca – krzyknął na Tonks – śmiertelnie niebezpieczny, nie ruszaj go. – Następnie pobiegł w dół korytarza, szukając jakichkolwiek oznaczeń, że gdzieś w pobliżu znajdują się jakieś schody albo wina. Wiedział, że powinien był to pamiętać – jego matka byłaby strasznie zawiedziona tym, że nie pamiętał – ale jego umysł rozważał w tej chwili setki rzeczy na raz i nie miał już po prostu miejsca na geografię ministerstwa.

Korytarz zakończył się drzwiami, które, po otwarciu, okazały się kryć za sobą klatkę schodową. Harry zbiegł w dół. Jedyne dźwięki, które odbijały się od ścian, to były jego własne kroki i dzięki oddech. Gdzieś odlegle zdawał sobie sprawę z tego, że rana, którą zadał mu Voldemort, znowu się otworzyła.

Uparte cholerstwo, pomyślał, po czym otworzył drzwi u stóp kolejnych schodów, upewniając się, że znalazł się na drugim piętrze.

Odgłosy walki momentalnie go uspokoiły, jak i zaniepokoiły, więc rzucił się przed siebie, myśląc o możliwych strategicznych pozycjach w takim korytarzu, starając się ustalić, jak wiele śmierciożerców tu się mogło w ogóle pojawić i powtarzając sobie raz za razem, że te dźwięki oznaczają, że Scrimgeour jeszcze nie poległ, jeszcze żyje.

Wszedł ostro w zakręt i zobaczył barykadę, ułożoną z biurek aurorów, które pamiętał z czasów swoich odwiedzin, kiedy Scrimgeour był jeszcze szefem biura aurorów. Klątwy i zaklęcia przecinały bez przerwy powietrze, celując ze środka na prawo, gdzie Harry zobaczył niewielką grupę zajadle walczących, zdyszanych aurorów.

Pośród atakujących ich śmierciożerców znajdowali się Fenrir Greyback, Walden Macnair, Karkarow i kilku przysadzistych mężczyzn, których Harry nie rozpoznawał. Siódmy mężczyzna leżał w bezruchu na podłodze. Harry nie miał czasu, żeby sprawdzić, czy to był śmierciożerca, czy auror.

Co go obchodziło to był fakt, że atakujący znajdowali się w dobrej odległości od broniących się – jeden z aurorów wzniósł osłonę, która, choć nie mogła odbijać wszystkich zaklęć, wciąż zmuszała śmierciożerców do trzymania się od nich na dystans dobrych dwunastu stóp – w dodatku znajdowali się za osłoną swoich biurek. Bez względu na zaklęcia, jakie Harry postanowi wykorzystać w tej walce, śmierciożercy mieli marne szanse na skrzywdzenie Scrimgeoura i jego sojuszników.

Jego magia warknęła radośnie, a może to był po prostu on. Harry ruszył przed siebie i wycelował różdżką.

Exculpo! – syknął, tym razem używając innej intonacji od tej, którą wykorzystał na Voldemorcie. Zaklęcie wezbrało w nim i wyleciało, wciąż nieznane i podniecone w swojej nieznajomości.

Fioletowe światło uderzyło jednego z nieznanych mu śmierciożerców w nogę i ta noga nagle przestała istnieć. Ten zawył i zachwiał się, po czym opadł ciężko na podłogę, uderzając z hukiem głową o jedno z biurek. Harry uznał, że przynajmniej o niego nie musi się w tej chwili martwić.

Karkarow obrócił się gwałtownie i zobaczył go. Jego oczy momentalnie się przymrużyły.

– Greyback. Avery. Macnair. Brać go. Ja zabiję ministra. – Obrócił się znowu, by stawić czoło Scrimgeourowi, podczas gdy pozostała trójka zaczęła agresywnie pozbywać się biurek ze swojej drogi, żeby jak najszybciej dostać się do Harry'ego.

Harry skorzystał z okazji, żeby przyjrzeć się aurorom. Dwóch z nich było rannych, ale pozostali wyglądali dobrze. Scrimgeour wyglądał wyjątkowo rześko, a Harry zobaczył, jak jego żółte oczy wbijają się w Karkarowa, jakby był w stanie wyczuć od niego największe skupisko mrocznej magii.

A potem Harry miał własne zmartwienia na głowie, ponieważ prowadzący atakującą go trójkę śmierciożerca – obcy mu, więc to musiał być Avery – już niemal go dopadł, wzywając klątwę wybuchającą, która pewnie skrzywdzi Harry'ego, jeśli tylko go sięgnie.

Jeśli tylko go sięgnie.

Harry przetoczył się na bok i schował za jednym z biurek. Był na tyle niewielki, że mu się udało, zdawał też sobie sprawę z tego, że ma szczęście, że akurat trafił na biurko, które nie miało nic pod spodem. Skulił się za nim i usłyszał jak Greyback warczy, a Macnair odpowiada na zadane przez Avery'ego pytanie, klnąc przy tym szpetnie. Najwyraźniej stracili go na jedną, cenną chwilę z oczu.

Harry uśmiechnął się i wiedział, że to był dziki uśmiech.

Zawsze korzystaj z tego, co masz pod ręką. Tego mnie nauczyła.

Prawą dłonią wykonał gest w kierunku biurka i zaintonował niewerbalne zaklęcie lewitacyjne. Osłaniające go biurko wzniosło się w powietrze, obracając się powoli. Avery ryknął z tryumfem, kiedy go zauważył.

Harry puścił mu oczko, uśmiechnął się, po czym miotnął w nich biurkiem tak mocno, jak tylko mógł.

Greyback odskoczył z drogi ze zręcznością wilkołaka, a Macnair wzniósł zaklęcie tarczy, które byłoby w stanie utrzymać napór znacznie większych ciężarów od zwykłego biurka. Avery, zaskoczony i idący w kierunku Harry'ego, nie miał tyle szczęścia. Biurko uderzyło go z całym pędem w twarz i tors, odrzucając go do tyłu i posyłając go na ścianę. Harry przyciągnął do siebie biurko z powrotem, tak żeby to nie zmiażdżyło mu nóg, obrócił je i tym razem rzucił nim w tył głowy Karkarowa.

Macnair jednak przewidział jego plan, bo zawołał "Wingardium Leviosa!" i przejął kontrolę nad biurkiem. Następnie odesłał je z powrotem w Harry'ego.

Zaklęcie tarczy Harry'ego odbiło od niego biurko bez problemu, uderzając w jednego z pozostałych na tyle mocno, że połamało sobie nogi. Harry stał, patrząc w dół. Papiery wysypywały się z biurka, nie można było ich wykorzystać jako pocisków, ale może przydadzą się do odwrócenia uwagi, jeśli poderwie je swoją magią i zmusi do lotu wokół wszystkich...

Wtedy zauważył Fenrira Greybacka, przykucniętego w korytarzu obok niego i warczącego. Już się podrywał na nogi, więc Harry musiał przelać całą swoją siłę w to zaklęcie tarczy. Niewiele zaklęć mogło zadziałać na wilkołaka, nawet w jego ludzkiej formie, więc będzie musiał się chwilę nad tym zastanowić.

– Heej, psinko, psinko, psinko! – odezwał się ktoś śpiewnie zza nich obu.

Harry zagapił się, a Greyback obrócił się w miejscu. Rosier stał obok drzwi, machając różdżką w dłoni i cmokając językiem.

– Patrzcie no, jaki dobry chłopiec! No chodź do mnie, szczeniaczku, no chodź, dostaniesz nagrodę – zawołał i podniósł coś, co dla Harry'ego wyglądało jak cukierek w kształcie kości.

Rosier znał swojego przeciwnika. Greyback zawył w nieskończonej furii, wskoczył na pobliskie biurko i rzucił się na Rosiera. Rosier odskoczył w bok ze śmiechem i podpalił Greybacka.

Harry obrócił się, uważając, że bez względu na to, kto nie wygra tej walki, to tylko mu się przysłuży. Rozejrzał się szybko za Macnairem, używając swojej magii do podniesienia papierów...

I zobaczył, jak Macnair przesuwa się lekko w bok, starając się znaleźć w zasięgu osłony, która ochrania aurorów. Karkarow wciąż znajdował się przed nim, przerzucając się klątwami z ministrem. Scrimgeour zdawał się w pełni pochłonięty walką i Harry wątpił, żeby zauważył Macnaira w porę. Jego aurorzy go obserwowali.

Harry krzyknął ostrzeżenie, ale jego głos utonął pod krzykiem Macnaira:

Sanguinolentus!

Klątwa krwawego cięcia była czerwona, sycząca i bulgocząca. Harry zobaczył, jak ta wylatuje z końca różdżki Macnaira i leci w kierunku ramienia Scrimgeoura niczym wściekła gwiazda. Harry wyrzucił rękę przed siebie i spróbował przejąć kontrolę nad klątwą i odrzucić ją w bok, bo widział jak Voldemort to robił, ale podejrzewał, że zawiódł, albo po prostu nie wiedział, jak ta zdolność w ogóle ma działać, bo zaklęcie nawet się nie zachwiało na swojej drodze.

Scrimgeour zginie.

A potem ktoś nagle skoczył między nim i klątwą, przyjmując ją na własne ramię. Opadł momentalnie, krwawiąc obficie, ale Harry i tak zdążył zauważyć jego czerwone włosy.

Percy.

Macnair wydał z siebie bezsłowny wrzask frustracji, Harry tak samo, a Scrimgeour wyrzucił z siebie ryk wojenny. Zmusił Karkarowa do wycofania się, rzucając mu klątwę wybuchającą pod nogi i eksplodując podłogę, na której ten stał, obrócił się na swojej kulawej nodze, przykucnął nad Percym i wycelował różdżką w Macnaira. Harry widział, jak w jego oczach płonie żądza mordu. To byłoby takie proste w chwili, w której jego podopieczny właśnie wykrwawiał się na śmierć.

Zamiast tego pozostał aurorem i jedyne zaklęcie, które rzucił w Macnaira, powalając go, było:

Petrificus Totalus!

Macnair padł na podłogę. Harry obrócił się, żeby stawić czoła Karkarowowi, ale ten już uciekał. Greyback i Rosier zniknęli z pola widzenia, a ostatni, nieznany mu śmierciożerca, który przybył tu z Karkarowem, wciąż leżał bezwładnie obok tego, którego Harry pozbawił nogi.

– Feverfew, Mallory, brać go – powiedział Scrimgeour, racjonalny jak zawsze, po czym pochylił się nad Percym.

Harry podbiegł do nich czym prędzej, ignorując spojrzenia, które rzucili mu aurorzy Feverfew i Mallory, kiedy się z nimi minął. Może i uznają, że to dziwne, że się tu znalazł, może nawet uważają za jeszcze dziwniejsze, że nie ruszył z nimi na łowy, ale Harry znał swoje obowiązki. Karkarow był tylko jednym człowiekiem do złapania.

Życie Percy'ego było znacznie od niego ważniejsze.

Harry obszedł biurko i przyklęknął przy Scrimgeourze. Minister, z twarzą bladą, ale kompletnie pozbawioną wyrazu, uciskał ranę na ramieniu Percy'ego, starając się powstrzymać krwawienie. Bez skutku. Harry wiedział, że przy Sanguinolentusie to było niemożliwe do zrobienia. Rana po prostu będzie krwawić bez końca, opierając się wszelkim naciskom czy tamowaniu, póki pacjent nie umrze.

Opierała się również większość magii leczącej, a Harry znał tylko najbardziej podstawowe zaklęcia. Wiedział jednak co innego może w tym momencie zadziałać.

Zamknął oczy. Fawkes? Po raz pierwszy spróbował wezwać do siebie feniksa. Fawkes, potrzebuję cię teraz!

Feniks pojawił się ponad nim w kuli ognia i wydając z siebie zaskoczony skrzek, zupełnie jakby Harry obudził go z głębokiego snu. Zamachał skrzydłami i opadł na ramię Harry'ego, kiedy ten wystawił je dla niego, po czym momentalnie zrozumiał, co się dzieje.

Jego oczy wezbrały od łez i opadły na ranę. Scrimgeour zabrał swoje dłonie w milczeniu, żeby nie przeszkadzać w leczeniu. Harry przez chwilę nie miał nawet odwagi oddychać, po czym zamknął oczy, kiedy zorientował się, że krwawienie powoli ustaje. Klątwa krwawego cięcia niemal kosztowała Percy'ego ramię, ale zaleczy się, nawet jeśli długo to potrwa, dzięki łzom feniksa. Percy będzie musiał spędzić trochę czasu w infirmerii ministerstwa, albo w świętym Mungu z powodu utraconej krwi, ale i tak wszystko skończy się znacznie lepiej niż mogło.

Harry poczuł, jak Scrimgeour dotyka jego ramienia. Zamrugał, otwierając oczy i spojrzał na ministra.

– Ty też jesteś ranny – powiedział Scrimgeour, nie akcentując żadnego ze słów w żaden sposób, wbijając wzrok w pierś Harry'ego.

Harry zamrugał i spojrzał w dół. Jego szaty znajdowały się w kompletnym nieładzie, a jego koszulka pod spodem była przesiąknięta krwią. Odciągnął powoli materiał od rany na ramieniu i skrzywił się, kiedy zobaczył, że brzegi ugryzienia zrobiły się czarne i zaczęły śmierdzieć. Pewnie Voldemort miał na zębach jakąś truciznę.

Przypomniał sobie nagle, że Fawkes wcześniej bez przerwy płakał na ranę i choć ta się zamknęła i niemal przestała boleć, to się nie zaleczyła.

– Jaka klątwa ci to zrobiła? – zapytał Scrimgeour, dzieląc uwagę pomiędzy Harry'ego i Percy'ego. Łzy Fawkesa płynęły już wolniej. Scrimgeour otarł krew z rany, odsłaniając długą, poszarpaną bliznę, ciągnącą się wokół ramienia i piersi Percy'ego niczym lina. W jego oczach było teraz pełno emocji, nadziei, dumy i strachu, kiedy tak patrzył na tego młodego człowieka, który niemal zginął, ratując mu życie. Harry odwrócił uprzejmie wzrok, pozwalając im na ich prywatny moment.

– To nie klątwa – odpowiedział po chwili. – Voldemort mnie ugryzł.

Odwrócił wzrok akurat w porę, żeby zobaczyć, jak Scrimgeour podskakuje, jakby porażony piorunem, tak samo jak reszta aurorów, stojących wokół nich pośród biurek. Harry wywrócił oczami. To tylko imię. Dopiero to, co im teraz powiem, powinno ich zszokować... a może i nie, przecież przed chwilą przeżyli atak śmierciożerców.

– Voldemort powrócił – powiedział cicho. – Wskrzesił się z pomocą mrocznego rytuału przesilenia letniego...

– Nie ma żadnych mrocznych rytuałów, które można wykonać w letnie przesilenie – przerwała mu jakaś wysoka aurorka. Wyglądała, jakby wciąż było gotowa do walki.

Harry wywrócił na nią oczami.

– W porządku, no to był to skorumpowany rytuał letniego przesilenia. – Poczuł, jak oddech mu przyspiesza, ale nie pozwolił sobie na to. Nie pozwoli się kierować swoim emocjom, nie zacznie zachowywać się jak dziecko na oczach ministra. I tak suchość jego tonu wyprowadziła ich nieco z równowagi. – Semantyka była w tamtym momencie naprawdę moim najmniejszym problemem, bo kiedy do tego doszło, byłem przywiązany do ołtarza, znajdującego się na samym środku cmentarza.

– Mów dalej. – Oczy Scrimgeoura były przymrużone, chłonące otaczające ich światło i wszystkie informacje. To były oczy kogoś, kto szykował się na wojnę.

Harry opisał rytuał tak konkretnie jak tylko mógł, mówiąc o wszystkich detalach planów Voldemorta, o tym, że w tej chwili jest niegroźny przez wzgląd na nagłą utratę pamięci, ale to prawdopodobnie nie potrwa już długo. W samym środku historii wrócili aurorzy Feverfew i Mallory, ciągnąca za sobą Tonks, żeby zaraportować, że zgubili Karkarowa i nigdzie nie byli w stanie znaleźć śladu po Greybacku i Rosierze. Avery, Macnair i dwójka przysadzistych śmierciożerców będą ich jedynymi więźniami, ponieważ zdradziecki członek ministerstwa, który przyprowadził tutaj Scrimgeoura, zginął w pierwszej wymianie klątw.

Harry ostrzegł ich przed dwoma nieosłoniętymi pokojami.

– Zajmę się tym – powiedział Scrimgeour.

Kiedy Harry tak mu się przyglądał, to niemal mógł się odprężyć. Naprawdę się tym zajmie. Jestem dumny z tego, że mam takiego człowieka po swojej stronie od samego początku wojny z Voldemortem. Sama myśl o tym, jak Knot by się wszystkim niesprawnie zajął, sprawiła, że przeszły go dreszcze.

Akurat ten moment Percy wybrał, żeby jęknąć i otworzyć oczy, a jego mina, kiedy zorientował się, że zarówno on, jak i Scrimgeour, wciąż żyją, tylko dopełniła zadowolenie Harry'ego.

Tak wiele odwagi i dobroci można znaleźć w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, pomyślał, przyglądając się momentowi, w którym Scrimgeour poddawał Percy'ego jakiemuś kolejnemu, milczącemu testowi. O tym właśnie musimy pamiętać, kiedy się będziemy wybierać na tę wojnę. To nas właśnie zaprowadzi z powrotem do pokoju.

Ignorował, w miarę możliwości, fakt, że Fawkes płakał na ranę po ugryzieniu i tylko zdołał ją z powrotem zamknąć, ale nie był w stanie załagodzić jej czerni i smrodu.


Harry szedł ze zmęczeniem w kierunku zamku już drugi raz tej nocy, Fawkes ciążył mu na ramieniu. Przynajmniej tym razem nie ciągnę za sobą martwego ciała, pomyślał Harry. Podejrzewał, że powinien to liczyć jako poprawę sytuacji.

Skręcił za ostatni zakręt na swojej drodze i zobaczył, że Snape na niego czeka.

Harry warknął. Jego magia gotowała się wokół niego przez chwilę, póki jej nie uspokoił. Nie będzie tym razem starał się ją ograniczyć tylko do swojego ciała, nie była też już zagrożeniem, które mogło niespodziewanie zaatakować kogoś, ale nie chciał udusić Snape'a, czy miotnąć nim o ścianę. Ten człowiek go zdradził. To oznaczało, że nie zasługiwał nawet na to, żeby Harry poświęcił mu uwagę.

Ruszył, żeby go ominąć, ale Snape odezwał się, jakby wydawało mu się, że ma jakiekolwiek prawo do zademonstrowania jakiejś troski.

– Gdzieś ty był?

Harry go zignorował i tylko odsunął się od niego dalej. Snape stał w bezruchu. Harry uznał to za znak, że nie spróbuje go dotknąć, więc był kompletnie zaskoczony, kiedy Snape pociągnął raz nosem, po czym sięgnął w dół i odsunął gwałtownie na bok jego szaty i koszulkę – już sztywną od krwi.

– Co to jest? – szepnął Snape, przyglądając się ranie po ugryzieniu.

– Nie twoja sprawa. – Harry pochylił głowę i odsunął się od niego z szarpnięciem. – Może ty idź po prostu spać, co, Snape? Dowiesz się o wszystkim rano, a przynajmniej na tyle, na ile Madam Pomfrey zechce ci powiedzieć coś o czyjejś ranie. Właśnie się do niej wybieram. Dobrej nocy, Snape – dodał, kiedy Snape się nie ruszył.

– Gdzieś ty był? – zażądał ponownie.

– Nie. Powiem. Ci. – Może po tym, jak mu odciąłem dopływ krwi do mózgu, teraz ciężko mu się myśli i potrzebuje przypomnienia.

– Ale mi chyba już powiesz? – To był głos Dracona, który wyszedł zza Snape'a z różdżką, na końcu której świeciło Lumos, rywalizujące z odległym blaskiem świtu na horyzoncie. Coś było jednak z nim nie tak, ponieważ jego twarz była spięta i blada, a jego głos był zachrypnięty z wściekłości. Harry podniósł brwi. Jest na mnie zły? Czemu? Przecież Snape musiał mu powiedzieć, czemu wcześniej uciekłem, a przecież wróciłem już i nic mi nie jest.

– Udałem się do ministerstwa – powiedział Harry. – Otrzymałem ostrzeżenie, że śmierciożercy spróbują dokonać zamachu na ministra. Poszedłem tam, żeby ich powstrzymać.

– Skąd otrzymałeś to ostrzeżenie? – Draco podchodził coraz bliżej i bliżej, a Harry stłamsił w sobie pokusę wycofania się przed nim. Wiedział, że nie zrobił niczego złego. Niby jak miałby? Ryzykował życiem, żeby uratować czyjeś inne i choć ostatecznie to nie on przyjął na siebie klątwę Sanguinolentus, to jego pomoc zmieniła tor bitwy, w dodatku miał okazję ostrzec Scrimgeoura przed powrotem Mrocznego Pana. Harry uważał to za naprawdę dobrze wykonaną robotę.

– Rosier wysłał mi list...

– Zaufałeś słowu śmierciożercy? – Draco wrzeszczał teraz, stojąc zaledwie kilka stóp od niego i to było naprawdę niepokojące, bo Harry wciąż nie pojmował, co on zrobił takiego złego. – Harry, czemu w imię Merlina nie wróciłeś tutaj, żeby zabrać mnie ze sobą? Albo McGonagall? Albo choćby Dumbledore'a? Nie podniosłeś żadnego alarmu, nic, po prostu na ślepo rzuciłeś się na coś, co mogło być pułapką?

– Ale to nie była pułapka – powiedział Harry.

– Czyli ufasz Rosierowi? – Draco patrzył na niego, jakby miał zamiar zwyzywać go od kretynów, jeśli odpowie teraz tak.

– Oczywiście, że nie – powiedział Harry. – Ale zaoferował mi opis jednego z dwóch pokojów w ministerstwie, które nie były osłonięte przeciw aportacji, więc...

– Czy do ciebie nie dociera, że aportowałeś się w miejsce znane śmierciożercom? – Snape miał czelność przyłączyć się do tej kłótni, a był tak blady, że wyglądał, jakby był bliski pochorowania się. Harry łypnął na niego z pogardą, pod którą ukrył ból. Czego on chce? Przecież mu na mnie nie zależy, tyle przynajmniej jest jasne, więc po co jeszcze usiłuje wtrącać swój wielki nochal w moje sprawy?

– Dociera – wypalił Harry. – Ale to był wybór między siedzeniem na dupie, a ratowaniem ministra...

– Przecież mogłeś tam zginąć – powiedział Draco, łapiąc go za lewy nadgarstek w cichym przypomnieniu o tym, co jeszcze mogłoby mu się przytrafić, gdyby śmierciożercy go złapali. – Merlinie, Harry, czy ty nigdy nie myślisz? – Złość już zniknęła z jego głosu, pozostawiając chłodny zawód, który bolał jeszcze bardziej. – Porwano cię, to nie była twoja wina, oczywiście, ale potem sam, z premedytacją, po raz kolejny wystawiłeś swoje życie na niebezpieczeństwo. A teraz jeszcze to. – Kiwnął w kierunku rany po ukąszeniu, znajdującej się na szczycie mięśnia kapturowego na barku Harry'ego. – W ogóle nie widziałeś się tego wieczora z Madam Pomfrey. – Zerknął na światło zalewające niebo na wschodzie. – Tej nocy.

– Byłem zajęty – powiedział Harry.

– Niby czym? – Draco pochylił się w kierunku jego twarzy. – Ty masz jakiekolwiek pojęcie o tym, jak się o ciebie martwiłem? Przeszukałem cały zamek, najpierw cię czułem, a potem nagle nigdzie cię nie było...

– Wyzwoliłem widłowęże – powiedział Harry, tak, żeby mógł się skoncentrować na odpowiadaniu na pytania, a nie tym, co zrobił Draconowi.

Draco zamknął oczy.

– Harry – powiedział. – Merlinie. Nikt nie każe ci już dzisiaj zaczynać tej wojny.

– Ale pierwszy atak w tej właśnie wojnie nadszedł właśnie dzisiaj – powiedział Harry. Usiłował zrozumieć, naprawdę, ale ich zmartwienia dotyczyły kompletnie innych spraw niż jego. Tak, zdawał sobie sprawę z tego, że skrzywdził Dracona i nie chciał, żeby więcej do tego doszło. Ale Draco mówił, jakby Harry naprawdę powinien znaleźć wtedy trochę czasu, żeby wrócić do zamku i porozmawiać z nim o tym, a Harry był przekonany, że Draco by go wtedy nie puścił do ministerstwa, podobnie jak McGonagall i Snape mu na to nie pozwolili tej nocy, w której Rosier i Greyback zaatakowali więzienie. Czy Draco nie pojmował, że teraz, kiedy Voldemort powrócił, wszystko będzie musiało się zmienić, że Harry będzie musiał walczyć z tym złem za każdym razem, kiedy ono się pojawi? – Przecież tego sobie nie zaplanowałem.

Draco zaskoczył go, obejmując go ramieniem i przechylając głowę, żeby szepnąć mu do ucha.

– Harry, jesteś ranny i wykończony, wydaje mi się, że nie miałeś nawet czasu zapłakać nad stratą Dragonsbane'a i dopiero co pokłóciłeś się ze Snape'em. Musisz trochę odpocząć, albo się załamiesz. – Draco zawahał się na chwilę, po czym dodał: – Może i załamanie emocjonalne nawet wyszłoby ci w tej chwili na dobre, ale wiem, że póki tu będziesz, to sobie na to nie pozwolisz. Pojedź ze mną do rezydencji na wakacje. Przemyślałem sobie to wszystko i naprawdę nie wydaje mi się, że mój ojciec się od ciebie odwróci.

Oczywiście, że to zrobi. – To był kolejny pewnik, którego Harry się uchwycił, nawet jeśli wysunął się on niczym góra lodowa spomiędzy mgły. – A tego naprawdę nie chcę ryzykować, Draco. Proszę.

Draco pokręcił powoli głową.

– Twoją drugą, najlepszą opcją był Snape, a teraz nawet on odpadł. Gdzie ty chcesz się podziać na wakacje, Harry?

– Nie wiem. – Harry nacisnął na ramię, które go obejmowało. – Potem się nad tym zastanowię. Obiecuję. Zastanowię się. – Czuł, jak łzy wzbierają mu pod powiekami, co było alarmujące, bo przecież jeszcze półtora godziny temu był taki pewny siebie. Draco prawdopodobnie miał rację, naprawdę potrzebował trochę czasu, spędzonego w miejscu, w którym mógłby odpocząć po tej burzy. Nie sądził jednak, przynajmniej w tym momencie, że zniósłby intymność, jaka narodziłaby się ze spędzenia ośmiu tygodni z Draconem. Jeśli już, to miałby niesłychane poczucie winy za każdym razem, kiedy aportowałby się na pole walki, nie zabierając ze sobą Dracona – a za każdym razem, kiedy by to zrobił, to szalałby ze zmartwienia o Dracona, który ze swoją empatią mógłby zebrać na polu walki znacznie więcej innego rodzaju ran. Musiało istnieć jakieś rozwiązanie, które nie było Sanktuarium, nie było rezydencją Malfoyów i nie było Snape'em, choć Harry nie wiedział jeszcze, jakie.

Draco westchnął na niego.

– Odprowadzę cię do skrzydła szpitalnego – powiedział. – I zostanę tam z tobą. Przecież to nie tak, że mamy jutro lekcje.

Odwrócił się, żeby poprowadzić Harry'ego dalej korytarzem. Snape ruszył za nimi, zrównując z nimi krok. Kiedy znaleźli się zaledwie kilka kroków od wrót, prowadzących do hali wejściowej, Snape odchrząknął.

– Harry...

– Przestań. – Harry nawet się na niego nie obejrzał. – Nie mam ci nic do powiedzenia.


Harry był zmęczony.

Był zmęczony, ale nie chciał spać. Leżał na łóżku w skrzydle szpitalnym i gapił się w sufit. Miał oczy zamknięte tak długo, że oszukał Madam Pomfrey, która zaaplikowała jego ranie kilka zaklęć antyjadowych, opisując jego stan zszokowanymi krzyknięciami, a nawet rozważała podanie mu wywaru nasennego, póki Harry nie przekonał jej, że już sam zapadł w głęboki sen. Draco pozostał przy nim, tak jak obiecał, ale sam też niewiele odpoczął tej nocy. Nie minęło dużo czasu, nim głowa nie opadła mu na skrzyżowane ręce i nie zasnął na stojącym obok łóżka Harry'ego krześle.

W międzyczasie umysł Harry'ego nieustannie biegł po torze myśli, który zdawał się wybiegać z samoistnie powstałej mgły w jego głowie, ale jego myśli i tak pozostawały przejrzyste i wyraźne.

Nie przestaną na mnie naciskać. Snape się zachowuje, jakby się spodziewał, że mu wybaczę. Jeśli pozostanę w Hogwarcie, to pewnie tak zrobię, bo właśnie taki jestem słaby, a on zawsze będzie się wtrącał, ilekroć spróbuję zrobić coś dla wojny.

Narcyza też będzie naciskać, tak samo jak Draco, jeśli udam się do rezydencji Malfoyów. Nie obchodzi mnie, co on myśli o Lucjuszu. Jeśli już coś, to ten pewnie uzna, że utrata ręki mnie zniekształca. Harry ostrożnie ułożył swój przecięty nadgarstek. Nie pokazał go w ogóle Madam Pomfrey, ku wielkiemu zgorszeniu Dracona. Był wyjątkowo wyrozumiały względem tego, dlaczego Harry pragnął się ukryć z tą raną, ale w dość oczywisty sposób okazywał, że wolałby, żeby Harry pokazał to komuś jeszcze. Harry miał wrażenie, że i temu się w końcu ugnie, jeśli Draco będzie naciskał na niego w chwilach mentalnego wycieńczenia. A to przecież skończy się katastrofą, nie tylko w kwestii Lucjusza, ale też jego innych sojuszników. Wśród starych, mrocznych, czystokrwistych rodzin istniało wiele uprzedzeń dotyczących ludzi brzydkich, zniekształconych, czy złamanych. Czarodzieje ze sztuczną nogą i okiem, jak Moody, czy kulejący, jak Scrimgeour, byli mile widziani – ale tylko pośród świetlistych. Mroczni czystokrwiści woleli udawać, że tego rodzaju szkody wśród nich nie następują, w ten sam sposób, w jaki udają, że rozwody, ponowne małżeństwa, albo potężni czarodzieje i czarownice, urodzeni w mugolskich rodzinach, to jest coś co nie istnieje.

I nie mogę się udać do Sanktuarium, bez względu na to, co by Fawkes nie myślał na ten temat, podsumował Harry. Oni też będą mnie naciskać i nie pozwolą mi wyjść, kiedy tylko będę chciał. Peter mi nawet pisał, że Sanktuarium otaczają cienie i iluzje, więc jeśli to jest prawda, to pewnie nie mógłbym tego zrobić, nawet jakbym się uparł. W dodatku wieści docierałyby do mnie ze znacznym opóźnieniem. Nie mogę się w tej chwili znaleźć tak daleko od czarodziejskiego świata.

Potrzebował miejsca, w którym będzie mógł paść i powoli zacząć się leczyć. Tyle było dla niego oczywiste. Potrzebował również miejsca, w którym ludzie nie będą na niego naciskać, żeby przyśpieszyć jego psychiczne załamanie, nie będą na niego naciskać, żeby je przedłużyć, jak ono już nastanie i z którego będzie mógł się wyrwać do walki, ilekroć otrzyma wizję, czy ostrzeżenie od swoich sojuszników. W gruncie rzeczy, potrzebował miejsca, w którym ludzie nie będą mieli pojęcia, kim on tak naprawdę jest.

Jego ciało spięło się, a jego oddech przyśpieszył.

Lily.

Myśl zdawała się w pierwszej chwili szalona, ale kiedy spróbował ją od siebie odgonić, to zawróciła i unosiła się przed jego umysłem, żądając, żeby przynajmniej ją rozważył.

Nie zna mnie. Nie ma pojęcia, kim jestem. Labirynt mi o tym powiedział. Nie zobaczy niczego, czego sam jej nie pokażę. Nie zauważy nawet, że nie mam lewej dłoni. Nie zwróci uwagi na moje emocjonalne załamania. Mógłbym wybuchnąć przed nią płaczem, a ona będzie miała to gdzieś. Pewnie wręcz powie mi, że mam przestać się mazać i wrócić na pole walki, jak strażnik, na którego mnie wychowała.

Im dłużej Harry o tym myślał, tym więcej powodów mu się podsuwało, jakby mgła wypuszczała je kolejno z siebie, aż nie zaczęły mu zalewać gęsto umysłu.

Jeśli będę potrzebny w walce, to nie spróbuje mnie powstrzymać. Rozumiem, czemu Draco się zmartwił, naprawdę, ale też nie spodziewałem się tego, że będzie oczekiwał, że będę za każdym razem przylatywał do niego. A przecież będzie się upierał, że powinniśmy razem ruszać na pole walki, albo żaden z nas. Jeśli on zginie...

Przez chwilę musiał przestać myśleć. Dreszcz, jaki przeszył jego ciało na samą myśl, był gotów go złamać, gdyby tego nie zrobił.

Nie mogę do tego dopuścić.

No i jest jeszcze jedna sprawa, kolejna przewaga, której nie zyskam nigdzie indziej. Muszę odzyskać siły i pewność siebie. Doznałem zbyt wielu porażek na cmentarzu. Muszę znaleźć jakieś testy, z którymi jestem w stanie sobie poradzić. Lily wystawi mnie na próby, które już wiem, że mogę zdać, ponieważ już kiedyś oparłem się jej próbom złamania mnie.

Jego umysł wzburzył się, przesunął i przez chwilę wszystko zdawało się być do góry nogami. Czy jemu już do końca odbiło, że w ogóle to rozważa? Zgłupiał do reszty, czy co? Powinien udać się razem z Draconem do rezydencji Malfoyów. Prestiż, który może stracić w oczach Lucjusza, to nic w porównaniu do szkód, jakie może wyrządzić mu matka...

Potem jednak mgła wróciła, czy raczej odsłoniła więcej myśli, i Harry pokręcił głową.

Nie odbiło mi, ale pewnie pozostali będą tak uważać. Potrzebuję okresu spokoju, podczas którego nikomu nie będzie na mnie zależało, nikt nie będzie wiedział, kim jestem naprawdę, a Labirynt zapewnił mnie, że ona spełnia oba te warunki. Jest jedynym, rozsądnym kandydatem. Jeśli udam się do Ogrodu czy Obsydianu, czy innego domu moich sojuszników, to może nie otrzymam takiego poziomu troski, jak w rezydencji Malfoyów, ale i tak będą na mnie naciskać. W dodatku Snape może odwołać się do swoich praw jako mojego opiekuna i zabrać mnie od nich, jeśli naprawdę się uprze. Jeśli jednak z własnej woli wrócę do swoich rodziców, to nie będzie w stanie niczego zrobić.

Potem przypomniał sobie kolejny fakt, który sprawił, że wszystko ułożyło się w idealną całość.

James wciąż kocha Lily. To oznacza, że będzie po mojej stronie, jeśli powiem mu, że naprawdę chcę się z nią pogodzić. Będzie chciał mieć zarówno swoją żonę, jak i swojego syna w tym samym domu. Widziałem to przecież na plaży wczoraj rano. Przez krótką chwilę Harry poczuł się niesłychanie stary, zmęczony i odmieniony, że to wszystko miało miejsce w przeciągu zaledwie jednej doby, ale potem światło pewności powróciło. Jeśli moi rodzice staną za mną murem, to Snape nie będzie miał szans, bez względu na to, czy jest moim legalnym opiekunem, czy nie, a Draco obiecał, że nie skrzywdzi żadnego z nich, ani nie będzie rozmawiał z nikim o czymkolwiek, co mi powiedzieli, więc on też mi się nie postawi.

Harry kiwnął głową, kiedy cały pomysł zaczął się osadzać na dobre w jego umyśle. Wiele osób odbierze to jako oznakę szaleństwa – sam przecież jeszcze przed chwilą uważał, że te myśli są szalone i nie należą do jego umysłu – ale widział teraz przed sobą prostą ścieżkę. Zrobi to po to, żeby wyzdrowieć, żeby mieć osiem tygodni, w czasie których pogodzi się z tym, co się stało, bez niepotrzebnych nacisków z zewnątrz.

Stworzył iluzję samego siebie, leżącego w łóżku, po czym wymknął się, w poszukiwaniu pergaminu i atramentu. Musiał napisać dwa listy.


W swoim gabinecie Albus wzniósł toast ogniu, powietrzu i samemu sobie.

To był niezwykle ciężki taniec, który strasznie go wymęczył, bo zmagał się głównie z silną wolą chłopca, ale mgła przemknęła się przez pęknięcia w emocjonalnym wycieńczeniu Harry'ego i jego niepewności. Przymuszenie zadziałało.