Ten rozdział właśnie zmusił mnie do kompletnego przepisania głównego założenia, jakiego miałam wobec piątej części tej historii, "Wiatru, który trzęsie morzami i gwiazdami". Zmienił go w trakcie pisania, co jest naprawdę imponującym osiągnięciem jak na rozdział, który miał tylko JEDNĄ rzecz do wykonania. Teraz, przez tę zmianę, ta rzecz została zmieciona z powierzchni ziemi.
Rozdział sześćdziesiąty szósty: Harry i Lily
– Panie Potter.
Harry podskoczył. Ze wszystkich ludzi, których spodziewał się spotkać na drodze powrotnej do skrzydła szpitalnego – listy już zostały bezpiecznie napisane i wysłane do jego rodziców – McGonagall nie była jednym z nich. Odwrócił się i zadarł głowę, żeby spojrzeć jej w oczy, po drodze sprawdzając, czy urok na jego lewej dłoni wciąż jest na swoim miejscu.
– Pani profesor – przywitał ją, pochylając głowę. – Czy coś się stało?
– Tak – powiedziała McGonagall. Z jakiegoś powodu Harry nie doceniał wcześniej, jak strasznie groźnie ta kobieta potrafi wyglądać. Jej spojrzenie nie było tak lodowate co Snape'a, ale zawierało głęboki, osobisty zawód, na widok którego Harry musiał zacząć zwalczać w sobie pokusę skulenia się. Wiedział, że robi co tylko może, ostatnie, co mu zostało. To jednak sprawi, że wiele osób będzie zawiedzionych jego decyzją, zwłaszcza, jeśli sami będą uważać, że lepiej od niego wiedzą, jak mu pomóc. – Zdaje pan sobie przecież sprawę z tego, że Madam Pomfrey nie chciała pana wypuścić ze skrzydła szpitalnego jeszcze przynajmniej przez kilka dni.
Harry zamrugał. Nie usłyszał tego osobiście od Madam Pomfrey, chociaż, żeby już być kompletnie fair, pewnie po prostu umknęło mu to w natłoku wszystkiego, co powiedziała zeszłej nocy. Kręciło mu się też już lekko w głowie z braku snu, co mogło też tłumaczyć brak skojarzenia.
– Ale nic mi nie jest, pani profesor – powiedział i zaoferował jej uśmiech, którego w żaden sposób nie musiał poprawiać nawet żadnym urokiem. Czuł się znacznie spokojniej od chwili podjęcia swojej decyzji.
– To nie jest prawda – powiedziała McGonagall. – Panie Potter, zapomina pan, że jestem animagiem. – Przymrużyła na niego oczy. Harry zastanawiał się, czy tak właśnie wygląda, czając się przy mysiej dziurze. – Czuję od pana smród, którego nie powinno tu być. – Sięgnęła i wykonała niemal ten sam gest co Snape, odsuwając na bok jego szatę i koszulkę, żeby przyjrzeć się jego ranie po ugryzieniu.
Harry zerknął w dół, gotów wyjaśnić zapach czymś, czym go nasmarowała Madam Pomfrey. Zamarł jednak i zagapił się, kiedy zobaczył czerń, wyzierającą znowu z rany. Z tego, co mu było wiadomo, nie powinno do tego dojść. Zaklęcia antyjadowe powinny być w stanie zająć się wszystkim, poza może oddechem nundu.
– Proszę ze mną, panie Potter – powiedziała McGonagall i złapała go za jego lewe przedramię, na szczęście ponad urokiem. Harry pomyślał, że naprawdę będzie musiał się przyzwyczaić do przewidywania, kiedy ludzie chcą to zrobić, po czym poprawił pozycję swojej ręki. – Skoro nie można panu ufać, że pan o siebie zadba, to osobiście odprowadzę pana z powrotem do Madam Pomfrey.
Harry wiedział, że protest na nic się nie zda, więc ruszył za nią w ciszy. Jego listy i tak już zostały wysłane. Zorganizował wszystko tak, żeby wreszcie wrócić do równowagi. Zirytowana pani profesor to było nic w porównaniu z tym, z czym się zmierzył zeszłej nocy, czy z czym będzie musiał się zmierzyć, kiedy znowu spotka się z Lily.
Przeszedł go dreszcz i Harry zorientował się, że się boi.
No, przy Voldemorcie też się bałem i zawaliłem testy. Tym razem muszę się upewnić, że je wszystkie zdam.
McGonagall dotrzymała słowa, odprowadzając go prosto z powrotem do łóżka. Jego iluzja się rozwiała, ale Harry zauważył, że i tak okazała się niepotrzebna; Draco się nie obudził. Musiał naprawdę głęboko zasnąć, skoro jego empatia nie obudziła go, kiedy Harry się od niego odsunął. Poza tym, empatia i tak zaraportowałaby mu szczęśliwe emocje, bo zmartwienia Harry'ego zostały przykryte spokojem.
Tak go właśnie oszukam, pomyślał Harry, pozwalając McGonagall ułożyć dla niego poduszki i zawołać Madam Pomfrey. Po prostu pokażę mu swoje prawdziwe emocje. Nie dowie się, aż nie będzie za późno, że nie cieszę się dlatego, że wybieram się do rezydencji Malfoyów, ale dlatego, że wracam do domu.
Dom.
To słowo brzmiało cudownie i osiadło w jego umyśle z przyjemnym ciężarem. Oczywiście, że powinien się cieszyć z tego, że wraca do domu. Jego umysł wciąż się od czasu do czasu szarpał i wyrywał, podsuwając mu myśli, że ten plan jest szalony, ale wreszcie nauczył się rozpoznawać w tym szaleństwo, które dotknęło go podczas walki z Voldemortem. Był pewien, że jest poczytalny. Był pewien, że robi co tylko w jego mocy, żeby wrócić do zdrowia. Przecież wyłącznie prawdziwa desperacja sprowokowałaby go do wezwania swojej matki z powrotem do siebie, co oznaczało, że teraz powoduje nim prawdziwa desperacja, że naprawdę jej potrzebuje.
Madam Pomfrey przyszła, krzątając się z lekkim uśmiechem na twarzy, który zniknął, kiedy zobaczyła ranę Harry'ego. Wskazała na nią swoją różdżką i wciągnęła raptownie powietrze, kiedy uniosła się z niej czarna, wirująca mgła.
– Co to jest? – zażądała McGonagall, mrużąc oczy na mgłę. Harry był rad, że o to zapytała. Nie chciał teraz ściągać na siebie dodatkowej uwagi. Trzymał dłoń złożoną na podołku i przyglądał się jej, oddychając tak głęboko i spokojnie, jak tylko zdołał się do tego zmusić.
– Ugryzienie zostało zakażone zmiennym jadem – powiedziała Madam Pomfrey, której głos w pierwszej chwili był obojętny, ale zaczął przyśpieszać w miarę, jak narastało jej zmartwienie. – Z początku to była trucizna, ale teraz stała się mroczną klątwą. Podejrzewam, że jeśli spróbuję znaleźć dla niej kontrzaklęcie, to w ugryzieniu pojawi się kolejna trucizna, tym razem o innym działaniu. I za każdym razem jad będzie się rozprzestrzeniał coraz szybciej.
Spojrzała surowo na Harry'ego.
– Mam kilka książek o zmiennych jadach, ale już dawno nie musiałam do nich zaglądać – powiedziała. – Póki co, ponieważ klątwa ma ten sam, powolny efekt, co oryginalna trucizna, to zostawię ją w spokoju. Potrzebuję przynajmniej jednego dnia, żeby sprawdzić moje książki, zanim nie spróbuję pana wyleczyć na dobre, a potem będzie pan musiał pozostać w łóżku przez przynajmniej cztery dni. W międzyczasie, panie Potter, proszę się nie ruszać z łóżka. Pański poziom magii może się stać ofiarą dla tej klątwy w miarę jej postępowania, jeśli nie będzie pan spał i nie pozwoli sobie zdrowieć. – Jej wzrok zrobił się jeszcze bardziej surowy, jakby podejrzewała, że Harry wybrał się gdzieś tego ranka, ale i tak zawróciła i ruszyła ku tyłowi skrzydła szpitalnego.
– Przyniosę wam coś do jedzenia i picia, Harry – powiedziała McGonagall miękko, pochylając się nad nim. – Tak, żebyś nie miał żadnych powodów do opuszczania skrzydła szpitalnego. – Jej spojrzenie było jeszcze gorsze od Madam Pomfrey, ale ponieważ Harry w dalszym ciągu milczał, nie próbując znaleźć żadnych wymówek do znalezienia się poza łóżkiem, odwróciła się i wyszła z kocią gracją.
Całe to zamieszanie obudziło Dracona, jak Harry podejrzewał, że się pewnie stanie, ale wyglądało na to, że ten nie słyszał niczego o zmiennym jadzie. Zamrugał i potarł oczy, po czym zmarszczył brwi na Harry'ego.
– Byłeś rano poza łóżkiem?
Harry ostrożnie odwrócił od niego wzrok, po czym wygładził swoje emocje, przepuszczając tylko pogodę ducha i szczęście. Draco niczego nie dowie się o nim ze swojej empatii, nie, jeśli Harry będzie miał pod tym względem coś do powiedzenia, ale może się domyślić, że coś jest nie tak, z jego posunięć.
– Byłem – przyznał Harry. – Musiał przemyśleć kilka spraw i dojść do pewnych wniosków. – Uśmiechnął się do Dracona, pozwalając sobie na radość z widoku ostrożnej ulgi, jaka pojawiła się na twarzy jego przyjaciela. Naprawdę chciał, żeby Draconowi nie przeszkadzało to, gdzie się uda na wakacje, żeby Draco nie był już na niego zły o tamten wypad do ministerstwa. Wyglądało też na to, że będzie miał przynajmniej pięć dni do ukojenia go. – Doszedłem do nich, no i, cóż, już nie jestem tak zły jak wcześniej.
– Dobrze – szepnął Draco, celowo łapiąc go za lewy nadgarstek. – To dobrze. – Zawahał się na dłuższą chwilę. – Harry, naprawdę musimy porozmawiać o tym, co zrobiłeś źle w tym swoim wypadzie do ministerstwa zeszłej nocy.
Harry westchnął.
– Czyli naprawdę chciałeś, żebym się po ciebie wtedy wrócił?
– Jak mogłeś w ogóle myśleć, że o tym żartowałem? – Draco brzmiał na wściekłego i skrzywdzonego. – Oczywiście, że tak, Harry. Zawsze, zawsze, zawsze. Szukałem cię z paniką po całej szkole, przecież dopiero co sam przeszedłeś przez piekło. – Zamilkł znowu. – Powiedziałeś kiedyś, że masz wrażenie, że zaczynasz brać ode mnie za dużo. No, jeśli będziesz tak dalej uciekał do ministerstwa i narażał się niepotrzebnie na niebezpieczeństwo, to może stać się prawdą.
Harry instynktownie spróbował się od niego odsunąć. Draco w odpowiedzi odchylił się na swoim krześle i przyglądał się Harry'emu, póki ten nie miał wyjścia, jak chociaż na niego zerknąć. Draco wyglądał równie ponuro i zdeterminowanie, jak tego dnia, kiedy przekonał Harry'ego, że go kocha, tego dnia, kiedy uwolnili jednorożce.
– Nie powiem, że nie mogę w ten sposób żyć – powiedział Draco – ponieważ to w dość oczywisty sposób nie jest prawdą. Wciąż żyję, kiedy wracasz z tych swoich szalonych eskapad. Ale nie chcę w ten sposób żyć. To niesprawiedliwe wobec mnie, Harry, nie masz żadnych powodów, żeby to robić, zwłaszcza kiedy możesz się po prostu po mnie wrócić, wyjaśnić, czemu musisz się gdzieś udać, czy kiedy możemy razem ułożyć jakiś plan. – Przygryzł wargę. – Nie jesteś jedynym, który się martwi o to, że jego słowa będą brzmiały dziwnie. Sam uważam, że to dziwnie brzmi. Ale nie wiem, jak inaczej o tym rozmawiać. – Ostrożnie przykrył kikut Harry'ego własną dłonią. – Nie robiłem do tej pory czegoś takiego, bo wiem, że nie lubisz, jak się ciebie do czegoś zmusza, ale jak tak dalej będziesz się beztrosko narażał na niebezpieczeństwo, to cię zmuszę do pozostania w miejscu, Harry.
Szlag. W żaden sposób nie uda mi się do niego dotrzeć, jeśli spróbuję z nim porozmawiać o tym, że chcę wrócić na wakacje do domu. Muszę się kryć.
Harry opuścił głowę.
– Chyba nie spróbujesz rzucić na mnie przymuszenia? – zapytał.
– Nie – powiedział Draco. – Nie złamię też żadnej z obietnic, jakie ci dałem, na przykład nie będę się źle wyrażał o twojej matce. Ale wszystko inne wciąż jest w moim zasięgu, Harry. Wywary usypiające, zaklęcia paraliżujące, uroki – okłamywanie cię, jeśli będę musiał. Nie mogę ci na to dłużej pozwalać. Myślę, że powinieneś być tego świadomy, żebyś z własnej woli mógł podejmować właściwe wybory, dlatego właśnie ci o tym teraz mówię. Następnym razem po prostu rzucę na ciebie Consopio, albo dorzucę ci trochę wywaru na sen do jedzenia i obudzisz się dopiero w rezydencji Malfoyów. – Pochylił się bliżej do Harry'ego. – Bez tego uroku iluzyjnego – dodał.
Harry przełknął ślinę. Muszę być ostrożniejszy niż mi się wydawało. On nie tylko nie puści mnie, jeśli powiem mu prawdę, muszę przede wszystkim upewnić, że nie domyśli się, że coś jest nie tak.
No cóż, w takim razie lepiej dać mu ostrożnie ułożoną w słowa obietnicę, niż potem cierpieć.
– W porządku, Draco – szepnął. – Ja... wygrałeś.
Draco podniósł brwi.
– Tak po prostu? Jakimś cudem, Harry – powiedział, przeciągając zgłoski – nie wydaje mi się, żeby udało mi się tylko kilkoma słowami odciągnąć cię od tych wszystkich twoich impulsywnych aktów heroizmu.
Harry potrząsnął głową.
– Nie. Ale rozumiem już, czego ode mnie chcesz i nie będę... nie będę cię winił, jeśli użyjesz na mnie zaklęć usypiających, czy paraliżujących, czy czegokolwiek w danym momencie nie uznasz za stosowne, jeśli naprawdę będziesz uważał, że moje życie znalazło się w niebezpieczeństwie. – Spojrzał surowo na Dracona. – Ale nie dla żadnego innego powodu.
Ulga, zalewająca oczy Dracona, była niemal bolesna w swojej intensywności. Pochylił głowę. Harry odwrócił wzrok, mając nadzieję, że Draco zrozumie, kiedy prawda wyjdzie na jaw. Nie chciał ryzykować ich więzi kłamstwem. Z drugiej jednak strony, jeśli powie prawdę, to może stracić jedyną, prawdziwą okazję do wyleczenia się i pomocy innym ludziom.
A moja matka zawsze uczyła mnie, żebym najpierw myślał o innych.
– Dziękuje, Harry – szepnął Draco, a potem McGonagall wróciła ze śniadaniem dla nich obu i surowym nakazem dla Harry'ego, że ten ma odpoczywać, więc Draco ma wracać do pokoju wspólnego Slytherinu, przez co nie mieli już więcej czasu na rozmowy, a Harry nie musiał już dłużej oszukiwać Dracona. Zjadł swoje jajka i kiełbaski, które McGonagall mu przyniosła, z głodem, który go zaskoczył, póki nie przypomniał sobie, że jego ostatni posiłek odbył się poprzedniego ranka na plaży, z Jamesem. Potem był zbyt zdenerwowany trzecim zadaniem, żeby cokolwiek zjeść w ciągu dnia.
Ta myśl sprawiła, że znowu się skrzywił. Connor.
On też będzie musiał zrozumieć.
Lily powoli wygładziła listy w jej dłoni i wydała z siebie krótki, przepełniony bólem oddech. Stała w kuchni, w domu, w Dolinie Godryka, w tym samym miejscu, w którym jej życie zmieniło się na zawsze półtora roku temu. Promienie słońca wpadały przez okno, ale nawet, jakby były tysiąc razy silniejsze, to ich blask nie byłby w stanie sięgnąć radości jej nastroju w tym momencie.
Najpierw przybył list od Dumbledore'a, w którym ten poinformował ją, że niebawem otrzyma dobre wieści i żeby przygotowała się do odwiedzenia Hogwartu. Potem przybył list od Harry'ego, w którym ten poinformował ją, że teraz, jak Voldemort powrócił, Harry uznał, że pora już wrócić do domu, żeby otrzymać nieco więcej treningu. Czy mogłaby pojawić się w szkole, żeby z nim porozmawiać? Chciałby jej najpierw zadać kilka pytań.
Czasami, czasami, och, jak strasznie nienawidziła się za to, jej długa wiara chwiała się i niemal pękała podczas długich miesięcy, jakie przyszło jej tu spędzić w samotności, z wyjątkiem skrzatów domowych, które przydzielił jej Albus. Listy od Jamesa i Albusa ledwie służyły jako pocieszenie, kiedy nie otrzymywała żadnego słowa od swoich synów. Zaczynała myśleć, czasami, kiedy siedziała sama w ciszy, że może jednak popełniła gdzieś jakiś błąd w tym, jak wychowała Harry'ego i Connora.
Nie chciała o tym w ten sposób myśleć, ponieważ za daleko zawędrowała tą ścieżką, żeby się teraz przyznawać do błędu, o ile się myliła.
Ale teraz jej wiara została odnowiona, mieniąc się w jej umyśle niczym diament, a jej serce wyleczyło się w jego promieniach.
Albus miał rację. Harry prędzej czy później wróci do domu. A jeśli spędzę z nim osiem tygodni sam na sam, albo tylko z nim i z Jamesem, to uda mi się naprawić wszelkie złe lekcje, których się nauczył w zewnętrznym świecie – powiem mu prawdę na temat jego samego i zmuszę do przyjęcia jej do wiadomości. Pomogę mu uniknąć jego losu, nie dam mu zostać Mrocznym Panem.
Wszystkie moje poświęcenia wreszcie doznają rekompensaty, wszystkie moje błędy zostaną wynagrodzone.
Harry powoli otworzył oczy. Już od jakiegoś czasu zdawał sobie sprawę, że oprócz niego w pomieszczeniu znajdował się ktoś jeszcze i wiedział nawet, kto to był, ale czekał, bo chciał się upewnić, że nikt inny nie wejdzie do skrzydła szpitalnego. Wyglądało jednak na to, że nie, Draco był wciąż w pokoju wspólnym Slytherinu, Snape zorientował się, że odwiedzanie go to kiepski pomysł, a Madam Pomfrey była kompletnie pochłonięta szybkim odświeżaniem wiedzy na temat zmiennych jadów. Harry nie był w ogóle pewien, czy Connor w ogóle zdaje sobie sprawę z jego kondycji – Draco przyznał, że nie był w stanie go znaleźć poprzedniej nocy, więc pewnie wydaje mu się, że Harry gdzieś chodzi po szkole – dlatego też nie martwił się, że jego brat go nagle odwiedzi.
Harry usiadł wreszcie i kiwnął do Dumbledore'a.
– Proszę pana – powiedział. – Ufam, że wie pan już o tym, że napisałem do swojej matki?
Dumbledore zamrugał. Harry chwilę później też zamrugał. Dlaczego wydawało mi się, że on o tym wie? Nie był pewien, ale to przekonanie tkwiło w jego głowie, niewzruszone i niezmienne, niczym fakt, że Lucjusz odwróci się od niego w chwili, w której zobaczy jego okaleczoną rękę.
– Ach, tak, wiem, Harry – powiedział dyrektor po chwili. – Jak już pewnie sam się domyśliłeś, nałożyłem na skrzydło szpitalne wariację zaklęcia, które chroni Hogwart przed mugolskimi oczami. Ktokolwiek, kto nie jest twoją matką, myślącą o tym, żeby cię odwiedzić, odkryje nagle, że musi się koniecznie zająć czymś innym i nie przyjdzie im do głowy zajrzeć tutaj, póki twoja rozmowa z Lily nie dobiegnie końca.
Harry odprężył się.
– To dobrze. Dziękuję panu. – Czuł, ponieważ nie był w stanie tego w sobie powstrzymać, nieprzyjemne łaskotanie, które przebiegło mu po plecach na myśl o przebywaniu sam na sam z Dumbledore'em, albo nawet z Lily, w pokoju, w którym nikt inny nie może go znaleźć, ale wciąż powtarzał sobie z uporem, że tak będzie najlepiej. To była cięższa droga, niż wybranie się do rezydencji Malfoyów, ale czy trudniejsze ścieżki nie okazywały się zwykle tymi właściwymi?
Tak, powiedział sobie stanowczo. Negocjacje z magicznymi stworzeniami są cięższe od więzienia ich pod sieciami. Tworzenie jest cięższe od niszczenia. Wybaczenie jest cięższe niż bycie na kogoś złym do końca życia. Moje życie jest pełne ciężkich do przebycia ścieżek, jakbym się nie obrócił.
– Zostawię was samych na czas rozmowy – powiedział Dumbledore, ściągając uwagę Harry'ego z powrotem na siebie. – Wyraziła pragnienie porozmawiania z tobą bez żadnych świadków.
Harry kiwnął głową. Na to właśnie miał nadzieję, ale nie był pewny, czy ma prawo tego żądać.
– Dziękuję panu – powtórzył. Następnie nabrał głęboko tchu. Jego matka pewnie już tu była, inaczej Dumbledore nie rzuciłby zaklęcia. Oczywiście, ponieważ Lily nie miała już swojej magii, Harry nie byłby w stanie odróżnić jej osoby od kogokolwiek innego. – Jestem gotów, żeby się z nią zobaczyć.
Dumbledore przyglądał mu się przez chwilę w zamyśleniu. Harry pilnował, żeby jego twarz pozostawała spokojna, a postanowienie rezolutne. Byłna to gotów, bez względu na to, jakby wściekłe swędzenie, rozlegające się gdzieś w tyle jego głowy, nie twierdziło, że tak nie jest.
– Niech będzie, Harry – powiedział wreszcie Dumbledore, po czym podszedł do drzwi skrzydła szpitalnego. – W takim razie wpuszczę ją do środka.
Harry położył się z powrotem na swoich poduszkach i czekał. Jego rana bolała tylko trochę bardziej niż wcześniej; Madam Pomfrey miała rację, twierdząc, że póki nie spróbują walczyć z zalegająca w niej klątwą, to jad nie będzie się rozprzestrzeniał szybciej od zwykłej trucizny. Tak wiele słońca wpadało przez okna skrzydła szpitalnego. Przyglądał się mu i usłyszał odległą pieśń, tak czystą i niewinną, że przypomniała mu o Fawkesie, ale po chwili oddaliła się od niego i zamilkła.
– Witaj, Harry.
Harry nabrał tchu i spojrzał na swoją matkę.
Wyglądała znacznie bardziej krucho niż wtedy, kiedy widział ją po raz ostatni. Nie trzymała żadnej, świecącej kuli tym razem, tylko cienki kawałek pergaminu. Harry uznał, że to pewnie musiał być list od niego. Podeszła do niego bez kuśtykania, a Harry był rad, widząc, że ukąszenie jego węża nie pozostawiło na niej śladów. Spojrzała mu spokojnie w oczy, zajmując krzesło, na którym wcześniej siedział Draco.
– Powiedziałeś, że chciałeś mi zadać kilka pytań – szepnęła. – Cokolwiek, Harry. Skoro postanowiłeś wreszcie wrócić do domu, to jestem gotowa powiedzieć ci cokolwiek co tylko zechcesz, nie będę przed tobą niczego ukrywać.
Harry kiwnął sztywno głową. Powinien się cieszyć, słysząc jej deklarację, zwłaszcza, że miał zamiar jej zadać kilka wyjątkowo dociekliwych i osobistych pytań. Nie wiedział, czemu w gardle zaległa mu potężna gula, czemu musiałby wykrztusić każde słowo, czemu Lily, przyglądająca mu się z cierpliwymi, zaniepokojonymi oczami sprawiała, że wywracało mu się w żołądku.
Pieśń zamigotała mu w uszach. Harry potrząsnął głową, a jego gardło i głowa się nagle oczyściły, a żołądek uspokoił. Czemu on właściwie się przed chwilą czuł tak okropnie?
– Chcę się dowiedzieć, czemu w ogóle zgodziłaś się nas poświęcić – powiedział cicho. – Co przekonało cię, żebyś zostawiła Dolinę Godryka otwartą przed Voldemortem tej nocy, kiedy nas zaatakował? Czemu postanowiłaś poświęcić się sprawie wojennej w ten konkretny sposób?
Lily zamrugała na niego, a jej usta otworzyły się na moment ze zdumienia. Następnie zaśmiała się ochryple.
– Muszę przyznać – powiedziała – nie spodziewałam się, że akurat o to mnie zapytasz.
– Znam trening, który mi zaoferowałaś – powiedział Harry. – Znam kryjącą się za nim filozofię. Chcę się dowiedzieć, skąd otrzymałaś tę filozofię. Czemu wydawało ci się, że to najlepsze wyjście?
Lily odchyliła się na krześle, kiwając głową. Zaplotła dłonie na swoim brzuchu.
– W porządku, Harry. Powiedziałam ci już kiedyś, nie wiedziałam niczego na temat magii aż do moich jedenastych urodzin. Pochodzę z mugolskiej rodziny, tak, ale to nie był nawet ten rodzaj rodziny, której bawiło opowiadanie mi i Petunii głupot o świętym Mikołaju czy króliczku wielkanocnym. Moi rodzice byli bardzo roztropnymi ludźmi i nie tolerowali tego, co sami nazywali "przesądnymi bzdurami". Tym niemniej, wierzyli w rzeczy, które byli w stanie zobaczyć na własne oczy, więc musieli przyznać, że magia istnieje, kiedy ta została wykonana na ich oczach. Dlatego też bardzo cieszyli się z tego, że mają czarownicę w rodzinie, byli ze mnie strasznie dumni.
Lily przerwała, żeby nabrać tchu. Harry znowu odwrócił głowę. Nie był pewien, czemu, ale spodziewał się, że światło słoneczne będzie się koncentrowało na tym konkretnym oknie, aktywnie wypalając dziurę w kamieniu, zamiast po prostu potulnie na niego opadać.
– Moja siostra nie była z tego zadowolona – powiedziała miękko Lily. – Starałam się tym nie przejmować, ale wcześniej byłyśmy sobie naprawdę bliskie, więc jej zazdrość strasznie bolała. Ciągle powtarzała, że to zupełnie, jakby wróżki mnie od niej kradły. Dlatego przyszłam do tego magicznego świata, gotowa w pełni zaakceptować ludzi, których tutaj spotkam, skoro okazało się, że straciłam siostrę w chwili, w której się dowiedziałam, że mam w sobie magię. Na miejscu jednak odkryłam, że znajduję się gdzieś pośrodku świata, w którym wszystko jest spolaryzowane i w którym nie będę w stanie znaleźć tego rodzaju szczęśliwej akceptacji, na którą miałam nadzieję. Voldemort dopiero zbierał siły – nie był niczym więcej jak plotką i imieniem, ale większość ludzi powyżej szesnastego roku życia wiedziała, że zbliża się wojna. Nawet my, pierwszoroczni, przeczuwaliśmy, że coś jest nie tak, że coś mrocznego płonie w powietrzu. W dodatku dowiedziałam się, że fakt, że pochodzę z mugolskiej rodziny wciąż ma znaczenie, mimo, że trafiłam do Gryffindoru. Uczniowie, którzy chcieli wykazać się swoją tolerancją, głośno mnie powitali, nawet jeśli nie byli to tacy ludzie, z którymi bym się kiedykolwiek zaprzyjaźniła. Pozostali uczniowie patrzyli na mnie z wyższością, robili mi psikusy, wyzywali mnie, wszystko przez dziedzictwo, z którego istnienia nie zdawałam sobie nawet sprawy przed przyjazdem do Hogwartu. Byłam sama w świecie, którego nie rozumiałam i mimo, że starałam się uczyć wszystkiego i zadawałam różne pytania, to wciąż niewiele zmieniało. A kiedy zaczęła się wojna, większość ludzi nie chciała o niej rozmawiać, zupełnie, jakby to w jakiś sposób miało przyciągnąć ją bliżej do nich.
– Byłaś sama – powiedział Harry, bo było to uczucie dobrze znajome. Pieśń powróciła i musiał na chwilę zamknąć oczy. Promienie słońca leżały na nim, ciężkie niczym dłoń. – Czy to wtedy zaczęłaś studiować historię czystokrwistych?
Otworzył oczy na czas, żeby zobaczyć jak Lily kiwa głową.
– Owszem. Zaczęłam też lepiej rozumieć moich wrogów, jak i zorientowałam się, że nie każdy czystokrwisty był wrogiem – ale też, że nigdy nie stanę się jedną z nich. Och, Harry, rodzina Jamesa była dla mnie miła i powitała mnie z szeroko otwartymi ramionami, tak samo jak dzieci z innych, świetlistych, czarodziejskich rodzin, ale w każdym ruchu, każdym słowie okazywali, że nie jestem, tak do końca, tego samego gatunku co oni. Wszyscy zachowywali się protekcjonalnie, niczym lordowie, a ja byłam przy nich zwykłą prostaczką. Istniały też głupie przekonania, że mugolaccy czarodzieje i czarownice nigdy nie będą tak potężni jak czystokrwiści – mniejsza z tym, że charłaki pojawiały się w czystokrwistych rodzinach, kiedy te się zbyt blisko krzyżowały. Podczas mojego trzeciego roku pojawił się czas w moim życiu, w którym rozważałam porzucenie magicznego świata na dobre.
– I co się stało? – zapytał Harry. To miało dla niego znaczenie, oczywiście, że miało. Chciał usłyszeć historię swojej matki zanim uda się do domu, zrozumieć, jak wiele ona poświęciła i zobaczyć, jaki efekt wywołają na nim jej słowa. Wydawało mu się, miał nadzieję, że jej słowa go skrzywdzą. Wówczas przebywanie w jej obecności będzie kolejnym testem, który będzie musiał zdać.
Nie spodziewał się, że okaże się bardziej zaabsorbowany pieśnią i światłem słońca, niż jej słowami.
– Albus zawołał mnie do swojego gabinetu, razem z niewielką grupą uczniów z mugolskich rodzin, żeby porozmawiać z nami o roli, jaką mogliśmy odegrać w wojnie. – Lily uśmiechnęła się z rozmarzeniem, patrząc na ścianę. – Powiedział nam, że zauważył, że chcemy coś zrobić, ale jesteśmy sfrustrowani naszym brakiem wiedzy o magicznym świecie, albo po prostu brakiem zdolności, bo jesteśmy tylko dziećmi. Zapytał nas, czy chcemy się stać kimś więcej jak tylko dziećmi. Razem z kilkoma innymi uczniami powiedziałam tak.
Harry czuł, jak powietrze ucieka mu z płuc i wraca z powrotem. Nie dyszał ciężko, jak wtedy, kiedy starał się powstrzymać łzy. Miał wrażenie, jakby coś ciepłego uciskało sam środek jego piersi – znacznie poniżej rany, więc to nie mogło być to – i miało wpływ na mgłę w jego głowie, która zaczęła się zwijać i wzburzać.
Lily kontynuowała, wyraźnie w pełni zaabsorbowana własną opowieścią.
– Więc zaczęliśmy trenować w tajemnicy, zwykle nie zaklęcia – Albus nie chciał, żebyśmy ruszyli do boju, póki nie będziemy wystarczająco dorośli – ale etykę poświęcenia. Albus powiedział nam, co nadchodzi i większość z jego przewidywań naprawdę się sprawdziła, jak na przykład mroczne zaklęcia, których Voldemort używał. Powiedział nam, że przyszłość będzie okropna, ale że możemy być latarniami, które rozproszą jej ciemności. Wielu dorosłych czarodziejów było złapanych w tę samą pułapkę co nasi koledzy ze szkoły, chcieli pozostać neutralni w nadziei, że Voldemort ich nie zauważy. – Lily prychnęła. – Nie zdało im się to na wiele, kiedy zaczął ich po prostu wyżynać. Ale i tak tego próbowali, zawsze myśląc, że może i to się przytrafiło rodzinie znajdującej się w sąsiednim rudymencie, ale pewnie nie przydarzy się im. Dlatego to my musieliśmy wziąć na siebie ciężar niesienia nadziei. Albus powiedział nam, że im młodsi będziemy, kiedy zaczniemy się do tego przyzwyczajać, tym łatwiej nam to przyjdzie.
Wyciągnęła ręce przed siebie i ściągnęła je z powrotem, jakby złapała jakieś niewidzialne dziecko w objęcia. Harry przyglądał się jej, lekko oszołomiony. Pieśń płonęła mu w uszach, brzęczała w żołądku, a tuż przed jego oczami była powolna, lekka, biała poświata, niczym powidok, który świecił, zamiast zanikać.
– Kiedy skończyliśmy szkołę, byliśmy gotowi do walki, tak samo jak wielu innych, młodych Gryfonów, których Albus wytrenował. A potem pewnego dnia powiedział mi o przepowiedni – zawsze ufał mi bardziej od pozostałych – a potem, kiedy wy się urodziliście, wiedziałam, że istnieje dobra szansa na to, że to może chodzić o was. – Lily nabrała głęboko tchu i zamknęła oczy. Harry odkrył, że tęskni za ich czystą, jasną zielenią, nawet jeśli teraz przesłaniały ją łzy. Pomagała mu się skupić na czymkolwiek poza światłem. – Przyszło mi to naprawdę ciężko, ale ostatecznie zdołałam zostawić was samych, abyście zmierzyli się z Voldemortem. Albus zaszczepił we mnie tę odwagę i znalazł mi moje miejsce na tym świecie. I ostatecznie wszystko się stało tak, jak przewidział. Przeżyliście. Ścieżka prowadząca do ostatecznego zniszczenia Voldemorta została ułożona. Czy ty zdajesz sobie sprawę, Harry, jak wiele dla mnie znaczy to, że to właśnie po części dzięki mojemu poświęceniu będziesz w stanie zniszczyć potwora, który sprawił, że moje dzieciństwo w czarodziejskim świecie było takim piekłem?
Harry nie byłby w stanie odpowiedzieć, nawet gdyby chciał. Światło płonęło już wszędzie wokół niego i w jego głowie też, jeśli pieśń była pod tym względem jakąś wskazówką. Przyszło mu do głowy, że to mogłoby mieć jakiś związek z siecią feniksa, ale nie pojmował, czemu Dumbledore albo Lily mieliby próbować rzucić ją na niego akurat teraz, kiedy już sam się zgodził na to, żeby porozmawiać ze swoją matką i wybrać się na wakacje do domu.
Światło zbliżyło się do niego. W panice uderzył w nie mentalnie, starając się powstrzymać jakąkolwiek sieć przed uzyskaniem władzy nad jego umysłem.
Uderzył w blokadę, z której istnienia nie zdawał sobie nawet sprawy. To było niczym wpadnięcie na krzesło w ciemnym pokoju. Wciągnął raptownie powietrze i uderzył ponownie, instynktownie, starając się zniszczyć tę blokadę.
Pękła.
Przymuszenie się rozpadło i jego miejsce zalało światło słoneczne.
Tym razem był w stanie usłyszeć pieśń wyraźnie, w pełni jej bogactwie i barwie. Fawkes, oczywiście, że to był on, śpiewał do niego poprzez ich więź, wysyłał mu światło słoneczne, z którym wszystkie feniksy były powiązane, starając się obudzić Harry'ego. Harry nie był pewien, czy Fawkes chciał, żeby Harry spanikował i odruchowo sam się uwolnił, czy też po prostu chciał sprowadzić na na niego klarowność widzenia, ale tak czy inaczej zadziałało.
Harry otworzył oczy i nagle był w stanie zobaczyć, że wszystko było skąpane w świetle czystego, bezlitosnego światła, więc spojrzał wprost na swoją matkę.
Zobaczył, czym teraz dla niego była i z szoku opadł z powrotem na poduszki. Nic dziwnego, że jej słowa nie wywarły na nim żadnego wrażenia. Była...
Była...
Była mała.
Wszystko w niej było małe i to nie tylko dlatego, że nie miała swojej magii. Pozycja, w jakiej siedziała na krześle, którą kiedyś pewnie uznałby za szlachetną osobę pochylającą głowę w obliczu okoliczności, była żenująco potulna. Na jej twarzy nie było honoru, czy dumy, tylko strach i żałosna nadzieja, że może jeszcze odzyska to, co kiedyś utraciła, moc i kontakt z magią. Wyciągnięta ku niemu ręka nie sięgała, po prostu zagarniała dla siebie.
Harry tego nie pojmował. Przecież jeszcze w czasie Bożego Narodzenia byłem na nią wściekły, była w stanie mnie skrzywdzić. Co się tak strasznie zmieniło w moim umyśle, że tak bardzo zmieniłem swoje podejście do niej?
Ponieważ w miesiącach, które nastąpiły po ich spotkaniu, był szczęśliwy, o czym zorientował się, kiedy trel Fawkesa przeszył go na wskroś, niosąc prawdę w żyłach niczym krew. Nie pozostawił dla Lily miejsca w swoim życiu. Nie potrzebował jej już. Być może miesiąc, czy dwa miesiące temu jeszcze by się do niej zwrócił, ale od tamtego czasu wyzwolił południowe gobliny, miał tę więź z Draconem, zorientował się...
Zorientował się, że Snape go zdradził, stracił rękę, popełnił i zobaczył morderstwo.
Harry skrzywił się. Nie wszystkie doświadczenia w ostatnich miesiącach były szczęśliwe.
Ale wyrósł już ponad nią. Zawsze będzie nosił na sobie znamiona jej treningu. To była prawda i to pewnie właśnie mieli na myśli ludzie tacy jak Milicenta, którzy uważali, że Harry był naznaczony przez swoją przeszłość.
Ale już jej dłużej nie potrzebował. A teraz już usłyszał jej historię.
Zalał go strumień ciepłej emocji, zrodzonej z oddzielnego źródła od wolności, którą obdarzył go Fawkes. Było to współczucie.
Lily znajdowała się, w pewien sposób, pod swoją własną siecią, choć Harry nie sądził, żeby Dumbledore użył na niej przymuszenia. Nie mógł wiedzieć, tak długo przed przepowiednią, że ta jedna dziewczynka z mugolskiej rodziny stanie się taka ważna, miał wtedy pod ręką lepsze bronie, które nie były aż tak ryzykowne. Harry nie miał żadnych wątpliwości, że Dumbledore wytrenował Lily tak, jak ona mu przed chwilą opisała, i właśnie ten trening okazał się być siecią na umyśle Lily, więżąc jej wolną wolę i sprawiając, że wydawało jej się, że jej życie ma jakiekolwiek znaczenie tylko w kontekście wojny.
Ona jest taka mała. Poświęciła swoją wolną wolę i nakłaniała innych do podobnych poświęceń w imię fałszywego ideału. Zmarnowała swoje życie. Czemu nie miałoby mi być jej żal? Skrzywdziła mnie, tak, ale przecież mogę postanowić jej to wybaczyć. I to właśnie postanawiam.
Skoro już o tym mowa, skąd właściwie Dumbledore wytrzasnął tę etykę poświęcenia? Czyżby i on był ofiarą swojego własnego mentora, który pewnie był ofiarą swojego i tak dalej i tak dalej? Harry wciągnął głęboko powietrze. Jeśli tak, to to, co mi zrobili, bez względu na to, jakby celowe to nie było, to był po prostu efekt końcowy długiego ciągu ludzi, którzy namawiali innych do poświęcenia. Być może żadnemu z nich nie udało się spod tego uciec. A ja mam po prostu szczęście, bo mogę być tym, który przerwie ten łańcuch tu i teraz.
Jestem vatesem i mogę sobie pozwolić na zdystansowanie się do sprawy.
Kiedy jednak Fawkes zmaterializował się na jego ramieniu, Harry'emu uświadomił sobie dwie sprawy.
Nie mogę pozwolić, żeby Dumbledore domyślił się, że wyrwałem się spod jego przymuszenia, ani nawet, że zdaję sobie z niego sprawę. Po prostu spróbuje mnie znowu uwięzić. Nie mogę zamieszkać z Lily na czas wakacji – teraz to widzę – ale zmusi mnie do tego, jeśli tylko zauważy, że nie planuję się tam wybrać. Mam okres łaski, te dni, w czasie których Madam Pomfrey powiedziała mi, że będę musiał tu zostać i wyleczyć moją ranę. W tym czasie będę udawał, że znajduję się pod przymuszeniem i zastanowię się, gdzie się udać zamiast tego na wakacje i w jaki sposób zmusić Dumbledore'a do trzymania się z dala od mojego umysłu.
Druga sprawa była jeszcze bardziej zaskakująca. Harry pochylił głowę.
– Rozumiem, mamo, dziękuję – powiedział cicho, rozważając wszystkie komplikacje drugiej kwestii.
Vates jest vatesem dla wszystkich i wszędzie, niszczy każdą sieć. Może moja największa odpowiedzialność leży względem magicznych stworzeń, ale to nie znaczy, że muszę uwalniać tylko je. Muszę się zawsze upewniać, że mam zgody czarodziejów i czarownic wydane z wolnej woli i jeśli znajdę je związane, powinienem wyzwolić i je. Ale czy to nie znaczy... czy to nie znaczy, że powinienem być też vatesem dla Dumbledore'a i Lily, postarać się uwolnić ich spod sieci absurdów, które unieruchamiają ich umysły?
Przez chwilę zrobiło mu się mdło, kiedy Lily złapała go za rękę i łamiącym się głosem wyszeptała swoje podziękowania, ale nie widział innego wyjścia. Jeśli zacznie robić wyjątki, to może nigdy z nimi nie skończyć i w pewnej chwili uznać, na przykład, że sieć północnych goblinów jest zbyt ciężka do zdjęcia, więc te powinny już na zawsze pozostać uwięzione. Zostanie nawet vatesem Voldemorta i Bellatrix, jeśli ci przyjdą do niego, szczerze się korząc, chociaż to było akurat mało prawdopodobne. Dlatego też powinien zostać vatesem dla Dumbledore'a i Lily.
Ale to również oznacza, że muszę ich zacząć powstrzymywać przed okaleczaniem wolnej woli innych ludzi. A to muszę zacząć robić czym prędzej. Lily będzie prosta. Po prostu powiem jej, że udam się do Doliny Godryka na wakacje, a ona wróci do domu, uspokojona na jakiś czas.
Ale Dumbledore...
Fawkes zanucił do niego zachęcająco, a Harry uśmiechnął się do niego i pogłaskał go po piórach.
– Pewnie przyszedł do ciebie, kiedy już się sam zorientowałeś, że jesteś Chłopcem, Który Przeżył – powiedziała Lily. – Tak było, prawda? Przypomnienie, że twój główny sojusz leży po stronie Światła.
Fawkes skrzeknął na nią z pogardą, ale Lily przecież nie mogłaby wiedzieć, że to była pogarda. Harry tylko kiwnął głową, podczas gdy jego umysł zwrócił się na Dumbledore'a.
Jeśli Fawkes mi pomoże, to chyba uda mi się ograniczyć jego przymuszanie. A mój podstęp powinien pomóc mi też z nim samym. Wciąż jest strasznie skupiony wokół kontrolowania mnie, więc raczej nie spróbuje zrobić tego komukolwiek innemu. Poudaję grzeczną marionetkę przez kilka dni, co powinno go uspokoić. Potem pomyślę bardziej poważnie o tym, jak go ustawić na drodze, która pomoże mu zorientować się, co zrobił, dzięki czemu zacznie się leczyć.
Ta myśl, ten plan, były niczym koło ratunkowe, powoli ściągające go na brzeg. Harry był w stanie się w pełni odprężyć, po raz pierwszy od chwili, w której Karkarow teleportował się z nim poprzedniego dnia. Zawsze najlepiej wychodziło mu własne leczenie, kiedy sam pomagał w tym innym ludziom. Tym razem też tak do tego podejdzie.
Oczywiście, jeśli mam być wyzwolicielem, to będę musiał też z czasem pozbyć się wszystkich zbędnych podchodów.
Niezbędnym jednak wydało mu się pochylenie się do swojej matki i pocałowanie jej w policzek.
– Postanowiłem wrócić z tobą do domu, ale muszę tu zostać jeszcze przez pięć dni, póki Madam Pomfrey nie zaleczy w pełni mojej rany po ugryzieniu, jaką otrzymałem od Voldemorta. – Dotknął swojej piersi. – Do zobaczenia w domu?
Lily uśmiechnęła się do niego ciepło.
– Oczywiście, Harry. – Delikatnie przejechała dłonią tuż nad powierzchnią jego rany. – Gdybym tylko wciąż miała swoją magię, to chyba byłabym w stanie to zaleczyć – powiedziała cicho.
Harry tylko pochylił głowę i siedział w ciszy, póki nie wyszła.
Nastąpiło tak wiele poświęceń, a żadne z nich nie sprawiło, że Lily stała się odważniejsza, czy Dumbledore mądrzejszy. Musimy z tym wreszcie skończyć.
A to oznacza, że muszę sobie uciąć małą pogawędkę z Draco.
