To jest głównie rozdział przejściowy, więc będzie strasznie przegadany. Nic na to nie poradzę.

Rozdział sześćdziesiąty siódmy: Tylko naprzód

Harry spotkał Dracona w korytarzu znajdującym się zaraz za wejściem do skrzydła szpitalnego. Draco wyglądał na zaniepokojonego, ale, ku zaskoczeniu Harry'ego, ten wyraz nie odprężył się na jego widok. Zamiast tego Draco tylko przymrużył oczy i syknął:

– Co ty wyprawiasz? Madam Pomfrey kazała ci do końca dnia pozostać w łóżku!

Harry pokręcił głową. Tak bardzo chciał się zobaczyć z Draconem, żeby mu powiedzieć o podjętej decyzji, że zupełnie szczerze zapomniał o danej matronie obietnicy.

– Wybacz. Ja tylko...

Draco złapał go za rękę i zaciągnął z powrotem w kierunku drzwi prowadzących do skrzydła szpitalnego. Przynajmniej nie podnosił głosu, kiedy warczał na Harry'ego.

– Naprawdę wydaje mi się, że powinieneś pokazać jej tę swoją rękę. Co, jeśli wda się zakażenie?

– Przecież została przyżegana...

Draco zamknął oczy.

– Albo o tym nie wiedziałem, albo jakoś wyleciało mi to z głowy – szepnął. Szturchnął drzwi skrzydła szpitalnego i zaciągnął Harry'ego z powrotem do łóżka. Harry wywrócił oczami, ale nie stawiał oporu. Wyglądało na to, że to było po prostu coś, co Draco potrzebował zrobić.

Kiedy już wszystko zostało zaaranżowane tak, by spełniało oczekiwania Dracona, Harry zaczął mówić, zanim Draco zdążył wpaść w monolog o tym, jakie to było nieodpowiedzialne z jego strony, tak sobie latać po szkole bez dłoni i z przeklętą raną po ugryzieniu.

– Chciałem ci powiedzieć, że nie będziesz potrzebował trzymać w pogotowiu zaklęć usypiających, czy pętających, czy jakichkolwiek innych – powiedział. – Nigdy więcej nie narażę się na niebezpieczeństwo bez uprzedzenia cię wcześniej o tym.

Draco zagapił się na niego. Harry przyglądał mu się statecznie. Naprawdę uważał to za solidne postanowienie, a nawet jeśli nie ośmieli się jeszcze powiedzieć Draconowi o wszystkim – Dumbledore może podsłuchiwać przez osłony i niemal na pewno robił to w tej chwili – to wciąż może mu obiecać przynajmniej tyle. To powinno złagodzić największe źródło jego stresu.

– Nie możesz tak po prostu zmienić całego swojego zachowania w ten sposób – powiedział wreszcie Draco, wyjaśniając, skąd wzięło się w jego spojrzeniu aż tyle niedowierzania.

– Owszem, mogę. – Harry zacisnął swoją dłoń w pięść i czuł, jakby lewa zrobiła to samo, mimo, że wiedział, że tak nie jest. Fawkes, który zniknął na chwilę, kiedy Lily sobie poszła, znowu pojawił się nad jego ramieniem i wydał z siebie cichy, kojący trel. Harry pozwolił mu się uspokoić, po czym uśmiechnął się blado do Dracona. – Jeśli się skoncentruję. Jeśli się postaram o tym pamiętać, zamiast po prostu ruszać bez zastanowienia. Nie mogę powiedzieć, że spróbuję przestać ratować życia innych, ale mogę z tobą o tym porozmawiać i zabrać cię ze sobą. – Zastanowił się nad tym, co Dumbledore'owi może chodzić po głowie, jeśli tego naprawdę słucha, po czym nadał swojemu głosowi miękki i potulny ton, rzucając ochłap dla swojej niewidzialnej widowni. – Przynajmniej tyle mogę zrobić po... po cmentarzu... – Odwrócił głowę, jakby przytłoczony wspomnieniami.

Draco momentalnie pochylił się do przodu, ewidentnie zdezorientowany.

– Harry?

Harry wiedział, że jego empatia podpowiada mu coś kompletnie innego od tego, co w tym momencie wyrażały jego słowa i mina.

– Mogę cię tylko prosić, żebyś mi zaufał, Draco. – Harry podniósł wzrok i spojrzał na Dracona tak intensywnie, jak tylko był w stanie. – Dałem ci obietnicę, której ode mnie chciałeś. Czy możesz mnie wreszcie zostawić w spokoju? – W połowie zdania jego głos załamał się do jęknięcia. To też pomoże mu zmylić Dumbledore'a, jeśli ten zacznie uważać, że Harry robi się znowu coraz bardziej skryty, zamiast szukać u kogoś pomocy.

Draco zamrugał raz i drugi. Wiedział, że Harry próbuje mu przekazać jakąś ukrytą wiadomość, ale wyglądało na to, że nie jest w stanie zrozumieć niczego poza Zaufaj mi. Poczekaj.

Ponieważ Harry i tak nie miał zamiaru przekazać mu niczego innego, to był z siebie zadowolony, a przynajmniej byłby, gdyby jego przyjaciel po prostu przyjął to do wiadomości, poddał się, zaufał mu i poczekał.

Draco pochylił głowę.

– W porządku – szepnął. – Ale wciąż nie wierzę, że dotrzymasz tej obietnicy, Harry.

– To zrozumiałe – powiedział Harry. – Najpierw musisz zobaczyć na własne oczy, jak jej dotrzymuję, prawda? – Zamknął oczy. – Chyba się teraz zdrzemnę – powiedział. – Poszedłem... Znaczy, mój umysł jest zmęczony. No wiesz, od myślenia. – To był kolejny cichy podarunek dla Dumbledore'a, żeby pomyślał, że Harry'ego kusi, żeby porozmawiać o swojej rozmowie z Lily, ale tego nie zrobi. Pozwolił, żeby jego oddech zwolnił powoli do prawdziwego snu.

Z boku doszła go pełna niedowierzenia cisza. Harry odpoczywał, czekał i miał nadzieję, że Draco nie zacznie naciskać. Tak się złożyło, że naprawdę miał zamiar dotrzymać tej obietnicy, ale jeśli Draco zrobi się zbyt podejrzliwy, to sam może się domyślić istnienia przymuszenia, przez co uzna, że obietnica była bez pokrycia, a Harry i tak będzie bez przerwy wyrywał się w stronę niebezpieczeństwa.

Poza tym, jeśli Draco dowie się o przymuszeniu albo wizycie, to może zechcieć zabić Dumbledore'a i Lily. Obietnica obietnicą, ale Harry wierzył, że Draco znajdzie jakiś sposób na obejście danego słowa, jeśli jego emocje będą pod tym względem wystarczająco silne. Jedną z opcji było powiedzenie o tym jego rodzicom, tak samo jak porwanie Harry'ego do rezydencji Malfoyów.

Harry będzie potrzebował trochę czasu na przekonanie go, że wybaczenie Lily i Dumbledore'owi, pomoc w ich leczeniu, była lepszym wyjściem od wściekłego stawiania się im. Co się stało już się nie odstanie. Harry'ego obchodziło bardziej, co z tym mogą zrobić w przyszłości i jak tylko Draco pozwoli się przekonać, że Harry potrzebuje odpoczynku, to zacznie od zmieniania postawy Dumbledore'a.

– Niech będzie – szepnął wreszcie Draco. – Niech będzie. Nie powiedziałem jeszcze o tobie Connorowi, a to wciąż nie jest wiedza powszechna, że jesteś w skrzydle szpitalnym, więc pójdę teraz do niego. – Zamilkł, ale Harry nie otworzył oczu, żeby zobaczyć jego wyraz twarzy, więc mógł tylko lekko drgnąć, kiedy Draco pochylił się nad nim i pocałował go w czoło. – Kocham cię – szepnął i wyszedł.

Harry oddychał, oddychał i oddychał, po czym sięgnął wzdłuż łączącej go z Fawkesem więzi. Fawkes, czy Dumbledore w ogóle zwraca na nas teraz uwagę?

Feniks zaczął śpiewać cichą piosenkę, którą Harry początkowo uznał za kołysankę. Uformowała ona jednak wizję w jego umyśle, w której zobaczył dyrektora przeglądającego dokumenty z lekkim uśmiechem na twarzy. Harry kiwnął płytko głową. Wyglądało na to, że Dumbledore faktycznie obserwował go podczas rozmowy z Draconem, ale teraz tego nie robił.

Powoli i ostrożnie, Harry wyjaśnił Fawkesowi, co planuje zrobić, zmieniając opinię kilka razy, w zależności od tego, czy feniks zareagował z lekkim trelem aprobaty czy karcąco. Następnie sięgnął, podczas gdy Fawkes podniósł głos, śpiewając coraz piękniejszą pieśń, i delikatnie dotknął zewnętrznych obrzeży umysłu Dumbledore'a.

Dyrektor był unoszącą się w szkole obecnością, znacznie potężniejszą od kogokolwiek innego. Jego dary magii i przymuszenia, tak samo jak jego umysł, wychodziły poza kontur jego ciała, niczym aura. Harry szedł przez nie ostrożnie, kierowany przez Fawkesa, który całe życie spędzał w świecie światła, kolorów i ognia. Starał się wyczuć jakiekolwiek oznaki, które by świadczyły o tym, że Dumbledore ich zauważył, tak żeby zdążyli uciec, zanim wyczuje kto to był.

Dumbledore jednakże dalej skupiał się na robocie papierkowej, a Fawkes pokazał Harry'emu stare drzwi, których używał w czasach, kiedy jeszcze był przyjacielem Dumbledore'a. Kilka minut później Harry stał w nieznanym mu świecie mentalnym, ukształtowanym jak Hogwart, ale z dziwnymi dekoracjami: znacznie szerszymi oknami, zwierciadłami, odbijającymi nieustannie przez nie wpadające światło słoneczne i tylko trzy herby domów, powtarzające się na przemian, przeplatające się obrazy lwa, borsuka i orła. Harry w ogóle nie był zaskoczony, kiedy zobaczył, że lew był największy na obrazach, górujący ponad orłem i borsukiem, które kuliły się i spoglądały na niego z podziwem.

Nie ma tu miejsca dla węża, pomyślał, po czym pokręcił głową. Sarkazm to nie był dobry nastrój do rozpoczęcia łagodnej obróbki przymuszenia dyrektora, po której ta stanie się bezsilna, a tak dziwna myśl może zwrócić uwagę Dumbledore'a na obcą obecność w jego umyśle.

Ostrożnie, z mentalną obecnością Fawkesa tuż obok siebie, znalazł przymuszenie, tu reprezentowane jako osłony Hogwartu. Dyrektor tak często używał tego konkretnego daru, że ta przeplatała się teraz z całą resztą jego magii. Harry miał mocną zagwozdkę nad tym, jak ją uspokoić, póki nie przypomniał sobie, że Dumbledore przecież był zadeklarowanym Światłu czarodziejem.

Sięgnął w górę i dotknął mentalnego obrazu Fawkesa, prosząc go o użyczenie mu jednego ze swoich błyszczących piór – nie o prawdziwe pióro, rzecz jasna, ale magię i wolę feniksa, skoncentrowaną w obrazie. Fawkes zanucił radośnie i pozwolił, żeby jedno piórko opadło mu na dłoń.

Harry zaczął nim machać, rozpalając niewielki płomień na samym jego czubku. Osłony momentalnie się ożywiły, przymuszenie Dumbledore'a jako pierwsze zareagowało na mentalnego intruza, a Harry poczuł, jak dyrektor podnosi głowę, mrugając.

Harry zareagował na to, wyciągając płomień z pióra Fawkesa i wysyłając go w świetlistych kręgach, które owinęły się wokół przymuszenia. Nawet wtedy nie stworzył sieci; nie sądził, żeby mógł się do tego zmusić i czuć się potem dobrze w kwestii leczenia. Nakazał światłu krążyć w strumieniu, delikatnym i fascynującym – i znajomym Dumbledore'owi. Pomyśli po prostu, że jego feniks znowu stara się z nim powiązać.

Osłony ugięły się, żeby podążyć za strumieniem. Dumbledore myślał teraz o Fawkesie, czego Harry domyślił się z mijających do wspomnień. Nie zorientował się – oczywiście, nie byłby w stanie, bo nie przebywał w tej chwili we własnej głowie i nie mógł być świadkiem tego, co robił Harry – że osłony przymuszenia płynęły wzdłuż strumieni światła, przytłumione swoim zainteresowaniem nimi. Wiedziały już, że w umyśle znajdowała się z nimi jeszcze jedna obecność, ale to była taka, która kiedyś była im przyjazna. A jej światło było takie oszałamiająco piękne. Osłony z przyjemnością witały w umyśle swojego pana wszystko, co mogło dodać mu blasku. Część daru Dumbledore'a była teraz skupiona na śledzeniu tego dodatkowego światła, niektóre z jego myśli zaczną zbaczać w tym kierunku, zamiast rozważania innych spraw, a on sam nigdy się nie domyśli, co się tak naprawdę dzieje.

A ponieważ część jego umysłu, która była teraz zajęta, była powiązana przede wszystkim z jego pragnieniem przymuszania ludzi, to powinno też znacznie zmniejszyć jego intencje do robienia tego.

To delikatna obrona, ale póki co wystarczy, pomyślał Harry, wyślizgując się z umysłu Dumbledore'a i wracając z powrotem do swojego. Fawkes ruszył za nim, śpiewając nisko i spokojnie. To był dobry pomysł i feniks był rad, że mógł pomóc w jego wykonaniu.

Harry i tak poczuł ukłucie poczucia winy. Żałował, że nie może tak po prostu porozmawiać o tym z Dumbledore'em, zamiast w jakikolwiek sposób zmieniać jego wolną wolę. Nie sądził jednak, żeby Dumbledore wysłuchał go w stanie, w którym się tym momencie znajdował, i prawie na pewno zareagowałby odnowieniem przymuszenia. Harry musiał być ostrożny, musiał się kryć. Był przekonany, że z czasem uda mu się uwolnić dyrektora z klatki, w której ten sam się zamknął.

Snape pewnie by uznał, że on nie jest tego godny, pomyślał sennie, bo mentalny wysiłek połączony z magicznym go wymęczyły. Ale mogę wybaczyć mu to, co mi zrobił, jeśli tylko chcę, a nie do mnie należy karanie go za to, co zrobił innym. Mogę się za to upewnić, że nie popełni już więcej takich zbrodni. A to jest sprawa godna wysiłku, bez względu na to, co by Snape nie myślał na ten temat.


Harry obudził się pod wieczór. Przez kilka chwil leżał w ciszy, ciesząc wzrok zakrzywiającym się, fioletowym światłem, podczas gdy jego umysł był idealnie pusty i idealnie spokojny. Jedyną inną istotą w skrzydle szpitalnym oprócz niego był Fawkes, co wzmagało poczucie odpoczynku.

A potem drzwi otworzyły się zamaszyście i Connor wszedł gniewnie do szpitala, maszerując szybko między łóżkami i przez całą drogę nie spuszczając wzroku z Harry'ego.

Harry skrzywił się, kiedy usiadł i zobaczył, że wzrok jego brata momentalnie przeskakuje na jego bark, w miejscu, w którym była rana po ugryzieniu, a potem na jego lewą dłoń. Harry skrzywił się ponownie i stłumił w sobie pokusę jęknięcia. Draco powiedział mu o wszystkim, co?

– Poprosiłem Malfoya o rzucenie zaklęcia, które powie mi, kiedy się obudzisz – zagaił Connor, siadając na krześle obok łóżka. Sporo osób się dzisiaj już przewinęło przez to krzesło, pomyślał Harry, starając się odciągnąć swój umysł od nadciągającej rozmowy, która nie miała szans się dobrze skończyć. – A potem poprosiłem go, żeby zostawił nas samych na czas tej rozmowy. Zrobił obie te rzeczy. Miło z jego strony. – Zamilkł na moment. – Nie powiedziałem mu o jednej sprawie.

Harry zmarszczył brwi, niezdolny do wyobrażenia sobie, o co mogło chodzić. O tym, jak bardzo się o mnie martwił? Myśl, że jego brat miałby się martwić akurat o niego bardzo mu schlebiała, ale z wbitego w siebie wzroku, jaki Connor dalej mu posyłał – przez jeden moment, a potem następny i następny – Harry wątpił, żeby to o to chodziło.

– No więc? – zapytał wreszcie Harry, starając się to obrócić w żart. – Miałem już dość napięcia wczoraj, Connor, nie pozostawiaj mnie w niepewności.

Connor zgrzytnął zębami tak mocno, że aż można to było usłyszeć.

– Dostałem list od Jamesa – powiedział. – To był krótki list. Nie potrzebował wielu słów, żeby wylać na mnie jakiś bełkot, że już wszystko zostało naprawione i że podczas wakacji wszystko będzie jak dawniej. – Pochylił się do przodu, póki nie znalazł się o jakieś trzy cale od twarzy Harry'ego, wciąż przyglądając mu się uważnie. – Powiedział, że chcesz spędzić wakacje z nim i Lily w Dolinie Godryka albo w Lux Aeternie.

Harry syknął, wciągając powietrze przez zęby. Nigdy by się nie spodziewał, że James okaże się na tyle głupi, żeby napisać o tym Connorowi. Chociaż jasne, pewnie wydawało mu się, że Connor się z tym zgodzi tak długo, jak będzie uważał, że Harry szczerze tego chciał.

Connor jednak w ostatnich miesiącach stał się bardziej podobny do Dracona i Snape'a, niż do Jamesa. Były takie chwile, w których nie ufał Harry'emu i jawnie mu się stawiał, zwłaszcza kiedy wydawało mu się, że tak będzie najlepiej.

A Harry wiedział, jak nikt inny, jak strasznie uparty potrafi być jego brat.

– Słuchaj, Connor... – zaczął kojąco Harry. Uważał, że Dumbledore zrozumie, jeśli będzie mówił w ten sposób. Nie mógł powiedzieć Connorowi prawdy, a jeśli powie na głos to, co powinien oficjalnie myśleć, to Connor rozpowie to pewnie innym ludziom, a Harry naprawdę nie miał ochoty się z tym teraz mierzyć, zwłaszcza, jeśli Snape się dowie.

Nie znoszę tego krycia się ze wszystkim. Ale muszę się do tego uciekać, inaczej to, co wszyscy uznają za prawdę naprawdę się spełni. Dumbledore pewnie spanikuje i narzuci na mnie przymuszenie tak silne, że nie będę w stanie się spod niego wyrwać...

Chwila. McGonagall. Ona ma jakąś kontrolę nad osłonami. Jeśli zrobimy to, kiedy dyrektor będzie zajęty, albo razem z Fawkesem wzmocnimy nasz uchwyt nad nim, to mogę ją poprosić o zmanipulowanie osłonami tak, żeby nie był w stanie nas usłyszeć. Wtedy będę w stanie powiedzieć Connorowi i Draco całą prawdę.

Harry odprężył się. Connor nie przegapił tej zmiany. Otworzył już usta do narzekania, ale teraz wyprostował się i zamknął je, a jego orzechowe oczy błysnęły surowo.

– Co jest? – zażądał.

– Profesor McGonagall już mi dzisiaj zrobiła na ten temat kazanie – powiedział Harry, pozwalając, żeby w jego głosie znowu pojawił się jęk. – Jeśli naprawdę chcesz mnie pouczać, to zapisz się do niej za korki z tego. Albo lepiej, po prostu ją tu przyprowadź. – Wywrócił oczami, po czym wbił w Connora spojrzenie równie intensywne co to, które wcześniej rzucił Draconowi, starając się mówić samym wzrokiem. – Jestem pewien, że nie będzie mogła się doczekać, żeby usłyszeć to, co chcesz mi powiedzieć. Tak samo Draco. Cała wasza trójka pewnie umiera z oczekiwania na usłyszenie mojej odpowiedzi. – Pozwolił swojej głowie opaść na poduszki i odwrócił ją, jakby nadąsany.

Czuł milczące niedowierzanie Connora obok siebie. Pomyślał pewnie jednak, że przecież i tak nie ma nic do stracenia. Harry się przecież nigdzie nie wybierał.

– W porządku – powiedział. – W porządku. Nie wiem, co tu się dzieje, Harry, ale coś w bardzo wyraźny sposób jest na rzeczy. – Jego głos znowu zrobił się surowy, jakby nie miał zamiaru pozwolić Harry'emu teraz zmienić zdania na ten temat. – Ale jak tu z nimi wrócę, to naprawdę oczekuję, że usłyszę wszystko, co masz na ten temat do powiedzenia.

Wstał i wyszedł ze skrzydła szpitalnego, mniej dramatycznie niż kiedy do niego wchodził. Harry przewrócił się z powrotem na plecy i powoli odetchnął.

Czy on jest zajęty, Fawkes?

Feniks wydał z siebie uspokajające nucenie, więc Harry zebrał się w sobie, mając nadzieję, że Connor szybko znajdzie McGonagall i Dracona i wróci z nimi w porę.


Cała trójka weszła znacznie wcześniej, niż się Harry tego spodziewał – a przynajmniej zanim się zdążył na nich w pełni przygotować. Spróbował uśmiechnąć się do nich nerwowo, ale to spełzło mu z twarzy, kiedy zobaczył niebezpieczny błysk w oczach Dracona. Wygląda na to, że Connor powiedział mu o Jamesie. Harry przełknął ślinę.

Draco nawet nie zaczekał. Ruszył w kierunku jego łóżka, wyciągając po drodze różdżkę i spróbował rzucić zaklęcie paraliżujące na Harry'ego.

Expelliarmus! Panie Malfoy! – McGonagall nie krzyknęła tych słów, bardziej je syknęła. Złapała różdżkę Dracona i spojrzała na niego surowo. – Podejrzewam, że ma pan dobry powód do rzucania klątw na pana Pottera? – Harry widział na jej twarzy niesympatyczne linie. McGonagall nigdy nie lubiła Dracona, a Harry nie był pewien, dlaczego, poza tym, że ten bez przerwy uśmiechał się do niej krzywo, kpił z niej za jej plecami i w dość oczywisty sposób dawał wszystkim do zrozumienia, że potrafiłby transmutować wszystko w cokolwiek innego i to bez jej instrukcji...

Tak, teraz jak o tym myślę, to w sumie już mnie to nie dziwi.

– On się zachowuje nieracjonalnie, pani profesor – powiedział chłodno Draco. – Ostrzegałem go, co się stanie następnym razem, jak tego spróbuje. I nie dotrzymuje też obietnic – dodał, rzucając Harry'emu ostrze spojrzenie, które nie do końca kryło bólu pod gniewem.

– Wice dyrektorko – odezwał się Harry, ściągając tym na siebie badawcze spojrzenie McGonagall. Wiedział, że Dumbledore nie zwraca teraz na nich uwagi, ale lada chwila może do tego wrócić, przez co ciężko mu było prosić o to, czego od niej teraz chciał. – Czy mogłaby pani... znaczy, czy robi pani postępy w kwestii osłon?

Connor zagapił się. Draco zamrugał, po czym kiwnął głową, jakby zrozumiał.

McGonagall pojęła to szybciej niż którykolwiek z nich, jeśli osądzać to po tym, jak otworzyła nieco szerzej oczy. Harry zastanawiał się, czy ona naprawdę była do końca tak strasznie gryfońska, jak mu się zawsze wydawało.

– Owszem, panie Potter – powiedziała. – Czy życzy pan sobie demonstrację?

– Jeśli to pani nie przeszkadza – powiedział Harry, opadając z ulgą z powrotem na poduszki. Musiał zwalczyć w sobie skrzywienie, bo to nadwyrężyło ślad po ugryzieniu. Madam Pomfrey powiedziała mu, że będzie w stanie wyleczyć je już jutro, a może nawet dzisiaj, a to oznaczało, że po prostu będzie musiał do tego czasu żyć z tym bólem.

McGonagall kiwnęła głową, po czym linie czerwieni i złota owinęły się wokół jego łóżka. Harry przyjrzał im się, ale nie były mu znajome; wiele skomplikowanych osłon to tak naprawdę były ponakładane na siebie warstwami zaklęcia obronne, a nie same z siebie, pojedyncze, do tego mogli je zrozumieć tylko czarodzieje, którzy je rzucili, albo dodali do istniejących swoją esencję. Harry zapytał Fawkesa, czy te osłony powstrzymają dyrektora przed słuchaniem go, a feniks wydał z siebie potwierdzający trel. Harry odprężył się jeszcze bardziej.

– Dyrektorowi wydaje się, że jestem jego małą, grzeczną marionetką – powiedział. – Nie jestem, nie tak naprawdę. Ale przez następnych kilka dni będę musiał udawać, że tak jest, inaczej zacznie coś podejrzewać.

– I to ma mieć coś wspólnego z tym, że nagle zachciałeś wrócić do swoich rodziców? – Głos Dracona był niczym uderzenie młota.

– Postanowiłem tego nie robić, spokojnie – powiedział cicho Harry. – Nie wiem jeszcze, gdzie zostanę na wakacje, ale ta opcja z pewnością odpada. – Zawahał się, po czym uznał, że żadne wyjaśnienia na nic mu się tu nie zdadzą, jeśli nie powie im całej prawdy. Przynajmniej przy McGonagall, odpowiedzialnej dorosłej, Draco raczej nie rzuci się na dyrektora, starając się go przekląć. – Dumbledore rzucił na mnie przymuszenie, które zakorzeniło się w moich osłabionych emocjach i współpracując z moim treningiem sprawiło, że uznałem to za dobry pomysł. Fawkes mnie spod niego uwolnił tego popołudnia.

– Czyli podczas odwiedzin Lily? – zażądał Connor. – James mi pisał o tym, że miała to w planach.

Harry zmarszczył brwi. Niepokoi mnie fakt, że przyzwyczaił się do nazywania ich po imieniu, zamiast tym, kim dla niego byli. Jeszcze niedawno nazywał Jamesa tatą. Nie winię go za to, że nie chce się zdawać dłużej z Lily – sam też bym go nie chciał przy niej zobaczyć – ale mam nadzieję, że dam jeszcze radę uratować jego relację z Jamesem.

Miał jeszcze inny powód, dla którego żałował, że Connor się w ogóle na ten temat odezwał, bo chwilę potem Draco wydał z siebie dźwięk, który przypominał jednocześnie mieszaninę jęku, westchnienia i łkania.

– Harry – szepnął. – Naprawdę aż tak się cofnąłeś?

– Od teraz już tylko naprzód – powiedział ze zniecierpliwieniem Harry. – To było przymuszenie, przecież już ci powiedziałem.

– Gdzie pan w takim razie wyjedzie na te wakacje? – McGonagall miała wąsko zaciśnięte usta, ale jej twarz, wbrew oczekiwaniom Harry'ego, nie była blada. Zamiast tego, jej oczy lśniły. Wyglądała, jakby szykowała się do bitwy.

– Nie wiem – powiedział Harry. – Jeszcze nie postanowiłem.

– Rezydencja – szepnął Draco. – Harry, przecież nie masz wyjścia, o ile nie zmienisz zdania na temat profesora Snape'a.

Fawkes zanucił na ramieniu Harry'ego, po raz kolejny przywołując obraz alternatywy – wizję Sanktuarium – do jego umysłu. Harry odrzucił od siebie tę wizję, roztrzaskując ją w odłamki światła, nie tak mocno, żeby skrzywdzić feniksa, ale wystarczająco, żeby jego odmowa była dobitna.

– Nie – powiedział na głos. – Zarówno Snape jak i wieszcze zmuszą mnie do cofnięcia się. Mają obsesję na punkcie przeszłości. Ja muszę iść naprzód. Nie mogę wrócić na czworaka do Lily, nie mogę być posłuszny Dumbledore'owi tak, jak on tego ode mnie oczekuje i nie mogę się dłużej rozwodzić nad moją przeszłością. Postanowiłem wybaczyć Lily i Dumbledore'owi...

Co.

Draco powiedział to, jakby nie był w stanie w to uwierzyć, jakby nie śmiał w to uwierzyć, jakby sama rzeczywistość musiałaby ulec zmianie, żeby zmienić te słowa i sprawić, że Harry stanie się osobą, która nie wybacza i nalega, żeby ludzi spotkała kara. Miał teraz szeroko otwarte oczy i lśniły one nie mniej od mcgonagallowych, ale Harry wiedział, że robią to z kompletnie innego powodu.

Harry nabrał głęboko tchu.

– Draco, posłuchaj mnie.

– Nie chcę – szepnął Draco. – Nie chcę, Harry. To jest... to jest jakieś szaleństwo. Zostawiłeś ich przy życiu już nie wiem nawet ile razy, a oni wrócili, starając się wbić ci nóż w plecy naprawdę już nie wiem, ile, kurwa, razy. – W tym momencie już krzyczał i gdyby Harry sam miał empatię, to był niemal pewien, że byłby oszołomiony emocjami Dracona. – Nie. Nie. Nie zgadzam się na to, Harry.

– Draconie – powiedział Harry. Nie znosił tego robić, ale tylko w ten sposób był w stanie ściągnąć na siebie uwagę Dracona i być może powstrzymać go od przysporzeniem komukolwiek innemu bólu. – Obiecałeś, że zostawisz ją w spokoju.

– Ale niczego nie mówiłem o nim – warknął Draco.

– Nim sam się zajmę. – Harry niemal roześmiał się na widok jego miny, ale pierwsze szarpnięcie jego mięśni sprawiło, że ukąszenie zaczęło boleć jak cholera, więc stłumił w sobie śmiech. – Naprawdę wydawało ci się, że postanowię iść przed siebie i zostawić go w spokoju? Nie. Na początek ograniczyłem wpływy jego przymuszenia. Będę musiał działać stopniowo. Jest strasznie ostrożny, tylko dzięki Fawkesowi mam połączenie z jego umysłem. Ale poradzę sobie z nim. Chcę przypilnować, że nie tylko przestanie krzywdzić mnie, ale też innych. Zrobię co tylko będzie w mojej mocy, żeby go zmusić do porozmawiania ze mną i ujrzenia na własne oczy, że to, co zrobił, było złe.

– A ona? – Głos Dracona był niski i nieprzyjemny.

– Jeszcze nie wiem – przyznał Harry. – To pewnie będzie zależało od tego, gdzie się udam na wakacje. W miarę możliwości będę ją ignorował przez osiem tygodni, tak żebym sam mógł trochę odpocząć i zdecydować, jak to najlepiej rozwiązać. Przede wszystkim upewnię się, że nie będzie w stanie sięgnąć mojego brata, ani kogokolwiek innego, kogo będzie chciała sobie obrać za cel, a potem będę z nią sobie radził listownie. Wydaje mi się, że tak długo, jak będzie wierzyła, że ma jeszcze jakiś wpływ na mnie, to zawsze będę jej priorytetowym celem.

– Strasznie źle się tym wszystkim zajmujesz – szepnął Draco.

– A jak, według ciebie, powinienem się tym zająć w takim razie? – zapytał Harry, po czym podniósł rękę. – Nie, czekaj, nieważne. Zasugerowałbyś, żebym wyjawił czarodziejskiemu światu wszystko, co się stało. – Pokręcił głową. – To nie będzie sprawiedliwość, Draco. Nikt im wtedy nie zaoferuje leczenia i zrozumienia. Wszyscy ich wtedy po prostu rozszarpią na strzępy.

– Ale oni na nic innego nie zasługują! – Draco zdawał się nawet nie orientować, że właśnie łamał swoją obietnicę, że nie będzie się źle wyrażał o Lily. Jego twarz zrobiła się tak dzika, że Harry go nie rozpoznawał. Och, jasne, to był wciąż Draco – po prostu część jego, której Harry jeszcze nigdy wcześniej nie spotkał. Draco był zazwyczaj strasznie wobec niego łagodny, tak bardzo go rozumiejąc i skłaniając go do wykonania kolejnych kroków dopiero, kiedy był na to gotowy. Nie teraz. Teraz to tak bardzo nie był ten Draco.

– Wybacz, ale naprawdę nie sądzę, żeby rozerwanie na strzępy dyrektora Hogwartu przysporzyło się jakkolwiek nadchodzącej wojnie – powiedział Harry, zamrażając własny głos. – Wybacz, ale nie widzę, jak mogłoby się to przydać Lily, która nie ma nawet własnej magii, żeby się obronić, a która zostanie wywleczona na pierwsze strony "Proroka Codziennego" i zmuszona do udawania kogoś, kim nie jest. Nie. Zajmę się tym, Draco. Zmuszę ich do zobaczenia ich własnych błędów i nie będę pod tym względem delikatny. I mam zamiar użyć na nich siły, w ten sam sposób, w jaki użyłbym jej na Voldemorcie i innych ludziach, którzy udowodnili mi, że są skłonni do przekraczania pewnych granic. Będę się potem czuł winny, ale i tak to zrobić. Zajmę się tym.

Draco tylko gapił się na niego, dysząc ciężko.

– A teraz chcę cię poprosić o kolejną obietnicę – powiedział Harry.

– Choćbyś nie wiem, na co chciał, żebym to przysięgał. – Harry miał wrażenie, że Draco jeszcze nigdy nie przypominał smoka, z którego wzięło się jego imię, jak w tym momencie. Przypominał Harry'emu walijskiego zielonego, tak wiele w nim był zdystansowanej dumy, jak i złości. – Nie złożę ci obietnicy, że nie skrzywdzę Dumbledore'a.

– Nie o to mi chodziło, palancie – powiedział Harry, wywracając oczami. – Chcę cię poprosić, żebyś nie mówił o tym wszystkim Snape'owi.

Draco zamarł w tym momencie na chwilę, jakby przyszło mu do głowy coś, o czym Harry nie wiedział. Pochylił głowę. Harry czuł konflikt, który nim szarpał i wiedział, że próba wpłynięcia na niego w tej chwili byłaby błędem. Czekał.

Wreszcie Draco podniósł głowę i zaczął syczeć przez zęby.

– Dobra. Dobrze, niech cię szlag. Ale tylko dlatego, że masz jakiś plan i dlatego, że obiecałeś mi, że już nigdy więcej nie będziesz się pakował w kłopoty beze mnie. Ale ta obietnica zostanie zerwana, jeśli kiedykolwiek, kiedykolwiek zrobisz jeszcze coś tak głupiego jak pozwolenie swojej matce odwiedzić się bez uprzedzenia mnie o tym.

– Byłem wtedy pod przymuszeniem, już więcej do tego nie dojdzie, więc Lily też mnie więcej nie odwiedzi – powiedział Harry, czując, jak zalewa go potężna fala ulgi. – Dziękuję ci, Draco.

Spojrzał na Connora i McGonagall.

– Nie wracam do nich na te wakacje – powiedział. – Obiecuję wam to. Czy to wam wystarczy? Czy macie jeszcze jakieś pytania, jakie chcielibyście mi zadać?

Oboje pokręcili głowami. Harry nie wiedział, czy to znaczyło, że naprawdę byli usatysfakcjonowani, czy też może po prostu potrzebowali więcej czasu na przyswojenie sobie nowych informacji. Harry miał wrażenie, że McGonagall pewnie potem zada mu więcej pytań, bo już miała własne domysły w kwestii jego przeszłości. Wiedział, że będzie w stanie zaoferować jej więcej informacji.

– Czy chcesz, żebym zostawiła tę osłonę wokół twojego łóżka, Harry, żeby Albus nie był w stanie cię szpiegować? – zapytała McGonagall.

Harry pokręcił głową.

– Nie. Zauważy, że coś jest nie tak, jeśli nie będzie w stanie mnie zobaczyć przynajmniej od czasu do czasu. Ale i tak dziękuję, pani profesor.

McGonagall kiwnęła głową, po czym zwróciła Draconowi jego różdżkę, spoglądając na niego ostrzegawczo. Osłona opadła – akurat w porę, kiedy Madam Pomfrey weszła, żeby przynieść mu tacę z jedzeniem, mrucząc pod nosem coś o zmiennych jadach i pozycji księżyca, po czym szybko wróciła do siebie. Connor ścisnął dłoń Harry'ego, mocno, po czym wyszedł szybko ze skrzydła szpitalnego. McGonagall ruszyła powoli w jego ślady, po czym przy drzwiach odwróciła się jeszcze w stronę Harry'ego.

– Zawsze może pan przyjść do mnie, jeśli pan chce jeszcze o czymś porozmawiać, panie Potter – powiedziała. – Mam nadzieję, że zdaje pan sobie z tego sprawę.

– Tak, pani profesor – powiedział Harry, niechętnie przyznając, że zaserwowany mu przez Madam Pomfrey rosół wołowy pachniał po prostu przepysznie. – Dziękuję.

Pochyliła przed nim głowę, trzymając ją w dole nieco dłużej niż było to formalnie konieczne, po czym wyszła.

Harry spróbował się podzielić swoim posiłkiem Draconem, kiedy ten obchodził łóżko, żeby usiąść na krześle, ale Draco tylko pokręcił głową.

– Już wcześniej zjadłem – powiedział – właśnie dlatego, że wydawało mi się, że spróbujesz czegoś takiego. Zjesz to do ostatniej kropli, Harry. – Zamilkł, po czym przeczesał włosy Harry'ego, odsłaniając mu czoło. Harry zamarł, zastanawiając się z zaskoczeniem, czemu Draco miałby chcieć zobaczyć jego bliznę w kształcie błyskawicy.

Draco faktycznie patrzył się na bliznę, ale Harry miał wrażenie, że tak naprawdę jej nie widział. Przyglądał się czemuś innemu. Wreszcie zamknął oczy i położył dłoń na ramieniu Harry'ego.

– Merlinie, Harry – szepnął. – Czy ty nigdy nie zaznasz żadnego odpoczynku? Żadnego spokoju?

Harry był w stanie zrozumieć, czemu to powiedział. Strasznie dużo się wydarzyło w przeciągu kilku ostatnich dni. Wiedział jednak, jak na to odpowiedzieć – prawdą.

– Właśnie dlatego zdecydowałem się na takie, a nie inne plany, Draco. Jak będzie po wszystkim, zaznam spokoju właśnie dlatego, że pomogłem innym ludziom. Uwielbiam być vatesem i pomagać innym, wiesz przecież.

Draco usiadł ciężko, nie otwierając oczu.

– Chodziło mi o zwykły odpoczynek, na przykład teraz – szepnął. – Odrobinę szansy na wzięcie się w garść.

Harry zmarszczył brwi w niezrozumieniu, kiedy zabrał się do jedzenia.

– Jestem w skrzydle szpitalnym – powiedział, między łyżkami. – Odpoczywam.

Draco wydał z siebie niewielki pół–śmiech, pół–szloch i otworzył znowu oczy. Jego wzrok zaskoczył Harry'ego. Wyglądał jak jego własny, znacznie starszy od większości oczu otaczających ich nastolatków.

– Oczywiście, że tak – powiedział. – Przynajmniej mogę pozostać przy tobie i upewnić się, że naprawdę odpoczniesz.

Siedział tam, trzymając Harry'ego za rękę i mówiąc cicho do niego. Milicenta wpadła w odwiedziny, a potem Blaise, a ponieważ Draco stanowczo odmawiał opuszczenia Harry'ego, zostali wysłani do biblioteki w poszukiwaniu książek, które Harry chciał przeczytać: tak się składało, że były to głównie książki dotyczące usuwaniu mrocznych inkantacji. Harry nie był pewien, czy będzie w stanie złamać zaklęcia, które Bellatrix rzuciła na jego nadgarstek, ale i tak miał zamiar próbować.

Dopiero, kiedy zaczął przysypiać w połowie strony zorientował się, że popełnił istotny błąd taktyczny.

Ani McGonagall, ani Connor nie obiecali, że nie powiedzą o niczym Snape'owi.


– Panie Potter. Panie Potter, czy pan mnie słyszy?

Harry spiął się sennie i otworzył oczy, zaciskając lekko dłoń. Wydawała się jakaś niewłaściwa, dziwnie zimna, póki nie zdał sobie sprawy z tego, że Draco został przeniesiony z krzesła, na którym zasnął, na sąsiednie łóżko, więc nie mógł już jej dłużej trzymać. Na jego ramieniu Fawkes wydał z siebie senny trel. Madam Pomfrey stała obok Harry'ego, trzymając wysoko różdżkę. Była oświetlona przez Lumos, a jej twarz wyglądała na wymizerowaną.

Naprawdę długo zajęło Harry'emu skupienie się na niej. Słyszał w śnie zew, wznoszących się, nadbiegających i opadających głosów. Przypominało mu to ocean, ale ocean nie śpiewał w ten sposób. To wystarczało, by zająć całą jego uwagę.

– Przepraszam, że tak wcześnie pana budzę – szepnęła matrona – ale najpotężniejsze inkantacje, które mogą zadziałać na zmienne jady, muszą być wykonywane o świcie.

Harry'emu wydawało się, że to ma sens. Wschód słońca był naprzeciw zachodu, przejście od mroku do światła miało odkręcić szkody, które sprawiło przejście ze światła do mroku. Usiadł, kiwając głową i zaczekał, kiedy Madam Pomfrey delikatnie odciągnęła jego piżamę od rany. Dotarło do Harry'ego, że nie przypominał sobie nawet, kiedy się przebrał w piżamę. Zmarszczył lekko brwi.

– Fawkes? – powiedziała łagodnie Madam Pomfrey. – To jest bardzo delikatne zadanie. Czy mógłbyś się odsunąć, proszę?

Feniks wydał z siebie smutny, cichy dźwięk, ale wzniósł się i odleciał od Harry'ego, lądując na oparciu krzesła. Madam Pomfrey stanęła w bezruchu nad Harrym, obracając się tylko lekko, tak żeby jej cień, rzucany dzięki zaklęciu Lumos, opadł na ranę. Nabrała głęboko tchu i zamknęła oczy. Do Harry'ego dotarło, że ona sama musiała stawiać opór jakiejś wewnętrznej emocji, być może strachowi.

– Panie Potter? – szepnęła. – To będzie bolało. Może pan zobaczyć nieprzyjemne obrazy.

– Domyślałem się tego – powiedział Harry. – Nie sądzę, żeby bolało bardziej niż samo ugryzienie, czy... zobaczenie tego, co wtedy widziałem.

Madam Pomfrey uśmiechnęła się lekko.

– No tak – powiedziała. – Można i tak do tego podejść.

Otworzyła oczy i podniosła różdżkę.

Resecro!

Harry poczuł, jak szok przebiega przez całe jego ciało. Zadygotał i opuścił głowę. Czuł się, jakby Madam Pomfrey sięgnęła poprzez ranę po ugryzieniu i dotknęła jego serca, które biło niedaleko tego cholerstwa. A teraz ciągnęła, a może zaklęcie to robiło, chwytając za coś mrocznego, zwiniętego w samym środku jego piersi, co chciało tam już pozostać. Coś warknęło i wbiło w niego swoje pazury, niczym przerażona bestia.

Resecro! – powiedziała Madam Pomfrey po raz drugi i poruszyła się. Harry otworzył oczy i zobaczył, że zabrała swój cień z rany po ugryzieniu.

Mroczne coś rozpostarło pseudo łapy, kiedy zaklęcie wywlekało go na zewnątrz, walcząc przez cały czas. Harry czuł echo czegoś, co mogło być wspomnieniem zębów Voldemorta, wbijających się w niego i zadrżał. Następnie krzyknął wbrew sobie, kiedy niespodziewanie ostry, gorący ból przeszył mu środek piersi.

Przed oczami pojawiła mu się wizja zębów. Kłów, to miało kły i walczyło ze wszystkich sił, żeby go nie puścić, te kły rozrywały mu mięśnie w ten sam sposób, w jaki krzywe zębiska Voldemorta robiły to kiedyś...

Resecro! – krzyknęła Madam Pomfrey, a jej głos podniósł się do krzyku bitewnego, trąbiąc, już nie wchodząc czy ciągnąc, ale rozkazując.

Harry z desperacją chciał się skupić na czymkolwiek innym poza obrazami kłów i wrzasku, który rezonował mu w uszach – wrzasku, który nie należał do niego – więc otworzył oczy i skupił wzrok na Madam Pomfrey. Z zaskoczeniem zobaczył, że kobieta błyszczała, otoczona migoczącą, białą koroną, ciętą niczym szkło i równie stanowczą. Ta magia była mu nieznajoma, ale podejrzewał, że musiała pochodzić z jej treningu jako magomedyczki.

Wyciągnęła przed siebie rękę i tym razem jej głos był pełen pogardy, przeganiający wroga z pola bitwy.

Resecro.

Klątwa zawyła, po czym wyleciała z Harry'ego, celując w kierunku dłoni Madam Pomfrey i owijając się tam niczym pijawka. Madam Pomfrey przeszła szybko przez skrzydło szpitalne i podniosła wijącą się, kąsającą ją klątwę ku światłu wschodzącego słońca, wpadającemu przez okno.

Harry zobaczył moment, w którym cholerstwo stanęło w ogniu, przypiekając się z boku, ponieważ jego płomienie były w pierwszej chwili ciemnozielone, koloru Avada Kedavry, stopniowo zmieniając się w żywą zieleń jego własnej duszy. Madam Pomfrey trzymała swoją dłoń z daleka od siebie w miarę jak klątwa płonęła, przyglądając się jej z odrazą, a kiedy ta zmieniła się w zielony popiół, dalej trzymała dłoń w miejscu, odwracając głowę w kierunku Harry'ego, żeby się do niego uśmiechnąć.

– Już po niej – szepnęła. – Pozostawiła po sobie mnóstwo bałaganu, ale przynajmniej już nie musimy się o nią martwić. Niech pan odpoczywa, panie Potter.

Harry kiwnął z oszołomieniem głową. Zdawał sobie sprawę z tego, że Draco znajdował się obok niego, zadając z niepokojem pytania, obudzony przez wrzaski, ale odkrył, że oczy same mu się zamykają. Fawkes wrócił na jego ramię i zaczął nucić, na wszelki wypadek, ale nawet, jeśli były jakiekolwiek wątpliwości, że Harry będzie teraz w stanie oprzeć się ogarniającej go senności, to nagła, ciepła obecność tuż obok jego głowy kompletnie je przegnała. Zapadł w głęboki, spokojny sen.

Nie śnił, ale wznoszący się, nadciągający, opadający zew wciąż się odzywał w jego głowie. Tym razem, jego wiadomość była oczywista.

Chodź do nas.