Ten rozdział zasługuje na kolejne ostrzeżenie przed gore. Bez obaw; gore nie przytrafia się Harry'emu, ani nikomu, o kogo powinniście się martwić. Tak czy inaczej, przez tę jedną scenę, to Nie Jest Miły Rozdział.
Rozdział sześćdziesiąty ósmy: Zabawka i moneta
Harry? Harry, znalazłem swoje ciało!
Harry zamrugał i spiął się lekko, powoli otwierając oczy. Tak długo nie słyszał głosu Regulusa, że dłuższą chwilę zajęło mu zorientowanie się, kto to jest. Potem się uśmiechnął, orientując się, że przecież tak w gruncie rzeczy Regulus zniknął zaledwie kilka dni temu, żeby znaleźć swoje ciało i pozostać w nim, póki się nie zorientuje, gdzie ono jest. Po prostu czas, który minął od tamtej pory, zdawał się trwać znacznie dłużej, przez wszystko to, co się zdążyło wydarzyć.
– Witaj z powrotem – szepnął, utrzymując swój głos cichym, żeby nie obudzić Dracona. Z nachylenia wpadających przez okno promieni słońca domyślił się, że musiało być już popołudnie, ale obaj mieli ostatnio mocno rozregulowany sen. A teraz, jak mu usunięto tego ranka klątwę z ramienia, Harry miał wrażenie, że mógłby spać dobry tydzień. – Gdzie jest?
W Dracznym Dworze, transmutowane! Regulus pewnie by zatańczył z radości, gdyby tylko mógł. Wreszcie to rozwikłałem. Węszyłem, węszyłem i węszyłem, ale w ogóle nie byłem w stanie znaleźć żadnych śladów po zaklęciu konserwującym. Wtedy zorientowałem się, że jestem w stanie wyczuć trochę tej starej i znajomej magii, którą pamiętałem z wakacji spędzonych we dworze. Zaklęcia pochodziły z pokoju, który kiedyś wykorzystywany był jako pokój dziecięcy. Zawsze do tej pory wszystko tak mnie bolało, że nawet nie przyszło mi do głowy, żeby akurat na tym się skupić, albo nie wyczuwałem tego, bo nie pozostawałem wystarczająco długo w moim ciele, bo to było, no wiesz, strasznie nudne. Ale wydaje mi się, że zostałem transmutowany w zabawkę.
– Oczywiście – szepnął na bezdechu Harry, przypominając sobie pokój pełen figurek, przez który przeszli z Narcyzą, jak się tam znaleźli. – Czy wiesz może, jaką konkretnie jesteś zabawką?
Nie. Ale znalezienie mnie nie powinno być znowu takie trudne. Jak tylko znajdziesz się w Dracznym Dworze i je zobaczysz, to pewnie sam je...
Jego głos urwał się raptownie. Harry zamknął oczy, wiedząc, co nadchodzi.
Och, Harry, szepnął Regulus. Nie.
Harry usiadł w zrezygnowanej ciszy, podczas gdy Regulus przeglądał jego wspomnienia, warcząc coraz bardziej zajadle po każdym z nich. Ograniczył się do niezrozumiałych obietnic zemsty przy niektórych z nich, jęków bólu przy innych, a kiedy znalazł obraz ginącego Dragonsbane'a, Harry z zaskoczeniem odkrył ciepłą obecność, jakby obejmujących go ramion. Zaczął się wiercić w miejscu, chcąc nakłonić Regulusa do przeglądania dalej. Trzymanie go pod taką lupą wciąż sprawiało, że czuł się nieprzyjemnie, nawet kiedy robił to Draco.
Wreszcie Regulus dotarł do jego ostatniego, wyraźnego wspomnienia, Madam Pomfrey wyciągającej zmienny jad z jego ciała, i westchnął ciężko.
Czemu najgorsze rzeczy zawsze ci się przytrafiają, kiedy akurat nie ma mnie w pobliżu, żebym mógł im zapobiec? szepnął. I czemu wszystko co najgorsze musi się przytrafiać właśnie tobie?
Harry wzruszył ramionami, po czym syknął, kiedy ból i wycieńczenie ukarały go za zbyt gwałtowny ruch. Nie był w stanie uwierzyć, że wciąż był tak zmęczony, że nawet kilka minut przytomności pozbawiły go siły.
– Takie już mam szczęście, tak myślę – wymamrotał. Wiedział, że mógłby mówić do Regulusa w swojej głowie i przerzuciłby się na to, gdyby Madam Pomfrey weszła, ale w tej chwili nie podobała mu się intymność takiej konwersacji. Był w stanie wyczuć furię i współczucie Regulusa, zalewające go niekończącymi się falami. To mu naprawdę wystarczało.
Jak ty możesz tak żartować, co to niby za szczęście...
– Pech to też pewien rodzaj szczęścia. – Harry położył się, usiłując ułożyć sobie w głowie plany. W ogóle mu nie pomagał w tym fakt, że jego myśli pływały niczym farba rozchlapana po wodzie, poruszająca się w nieustannych, leniwych kolorach i zaciągająca go z powrotem do snu. Strasznie mu się to nie podobało, ale wyglądało na to, że będzie musiał jeszcze trochę odpocząć. – Będziemy musieli cię jakoś zabrać z Dracznego Dworu – wymamrotał, kiedy powieki mu same opadły. – Ktoś może tam w każdej chwili wejść, zwłaszcza teraz, kiedy wszystkie osłony tak padły. Chyba, że możesz je wznieść z powrotem? – dodał z nadzieją.
Próbowałem. Ale Draczny Dwór znowu ma jeden z tych swoich humorów. Mogę wznieść bariery na Grimmauld Place i pozostałych. To jedno miejsce będzie musiało pozostać bez ochrony póki co.
Harry kiwnął głową. Merlinie, nawet tak nieznaczny ruch sprawiał, że jego głowa zrobiła się gorąca i ciężka, jakby miał gorączkę.
– W takim razie napiszę do Narcyzy. Czy możesz się z nią komunikować?
Ee, nie. Przecież ona nie ma żadnego połączenia z Mrocznym Panem. Nigdy nie została naznaczona.
– Coś wymyślimy w takim razie – mruknął Harry. – Pójdę z nią do Dracznego Dworu, ale...
Przez najbliższe cztery dni nigdzie nie pójdziesz, będziesz leżał i spał, jasne?
Harry zamrugał. Sens słów zaczął mu się wymykać i musiał ostrożnie uformować i przytrzymać następne zdanie w swojej głowie, zanim je wypowiedział.
– Trzeba cię ochronić.
Choć raz pozwól dorosłym się wszystkim zająć, Harry. Idź spać.
Harry ziewnął i wtulił twarz w poduszkę. Ostatnie, co poczuł, zanim zasnął, było dłonią, która głaskała go po głowie, ale zupełnie szczerze nie wiedział, czy to pochodziło z zewnątrz, czy też ze środka jego głowy – czy Draco się obudził i podszedł do niego, żeby go uspokoić, czy też Regulus to w jakiś sposób powodował. Nie odkrył też tego, ponieważ osunął się w sen zanim zdążył otworzyć oczy, żeby sprawdzić.
Harry otworzył oczy, czując się znacznie lepiej niż wcześniej. Nic dziwnego, pomyślał, rzucając szybkie spojrzenie za okna skrzydła szpitalnego. Już zmierzchało, a on przez cały dzień nie zrobił niczego produktywnego poza krótką rozmową z Regulusem. (Nie mógł liczyć pasywnego leżenia pod zaklęciem, które usunęło zmienny jad, ponieważ to Madam Pomfrey wykonała całą robotę, on musiał to tylko znieść). Odwrócił głowę, kiedy zaburczało mu w brzuchu, bo miał zamiar poprosić o jedzenie i pergamin z atramentem, żeby mógł napisać do Narcyzy.
Usiadł gwałtownie, kiedy zobaczył ją, siedzącą na tym przeklętym, wygodnie ustawionym obok jego łóżka krześle. Jej dłonie były splecione na jej założonych na siebie nogach i jeśli pominąć wyraz jej twarzy, mogłaby równie dobrze być posągiem. Jej błękitne oczy jednak były żywe i lśniące, skupione na jego twarzy. Kiwnęła lekko głową, kiedy zobaczyła, że się obudził, jakby kontynuowała rozmowę, którą zaczęli już wcześniej.
– Przyszłam tu, żeby zobaczyć, co ci się stało – powiedziała cicho. – Otrzymywaliśmy listy od Dracona, oczywiście, w dodatku zostaliśmy ostrzeżeni, kiedy znak Lucjusza zapłonął. A potem minister wydał publiczne, oficjalne oświadczenie, że Mroczny Pan powrócił wczoraj. Chciałam się jednak przekonać na własne oczy, w jaki sposób ucierpiałeś po tym wszystkim. – Pochyliła się nad łóżkiem i przyłożyła dłoń do czoła Harry'ego. Harry skrzywił się, mimo, że jego blizna go nie bolała, ani nie otrzymywał od Voldemorta żadnych wizji, prawdopodobnie przez rozległe szkody, jakie uczynił w jego pamięci. Chłodny dotyk dłoni Narcyzy, połączony z wyrazem jej oczu podpowiadał mu jednak, że na tym świecie istnieje jeszcze jedna osoba, która się o niego strasznie zamartwia.
– Obiecuję ci – powiedziała Narcyza, głosem dziwnie formalnym, mimo, że z tego, co Harry wiedział, nie składała mu teraz żadnej ze starożytnych przysiąg wiążących – że moja siostra ucierpi za to, co ci zrobiła. – W tym momencie jej głos naprawdę nabrał tonu przysięgi. – Będzie cierpieć do końca świata i z powrotem, cierpieć jakby w jej ranach była sól, odpowie na cierpienie, które ci zadała i sama je otrzyma po trzykroć. – Zamilkła, po czym posłała Harry'emu przepiękny uśmiech. Jego piękno nie było w stanie ukryć kryjącego się za nim chłodu. – Kiedy już z nią skończę, to się nigdy więcej nie zaśmieje.
Harry nie był w stanie mówić, a w jego głowie, z chłodnych, zszokowanych oddechów, wywnioskował, że Regulus był w tym samym stanie. Wbrew temu, że mógłby teraz dać Narcyzie ważną podpowiedź, w razie, gdyby jeszcze nie zdawała sobie z niej sprawy, jego wzrok przeskoczył na urok jego lewej ręki, przez co odkrył, że ten zniknął.
– Draco mi o niczym nie powiedział – powiedziała Narcyza, odpowiadając na niewypowiedziane pytanie. – Nawet go tu w tej chwili nie ma, ponieważ wysłałam go, żeby zjadł w spokoju obiad. Jak tylko weszłam do skrzydła szpitalnego, rzuciłam zaklęcie, które rozproszyło wszelkie uroki, Harry. Chciałam się dowiedzieć, czy nie kryjesz się z ranami gorszymi od tych, o których napisał mi Draco. Jak się do ciebie zbliżyłam, moja magia sama rozpoznała robotę mojej siostry. – Zamilkła na dłuższą chwilę. Kiedy się odezwała, jej słowa były szybkie niczym ukąszenia żmii. – Podejrzewam, że masz jakieś wytłumaczenie dla tej głupiej, niebezpiecznej farsy?
Harry podniósł głowę. Akurat Narcyza, ze wszystkich ludzi, nie miała prawa go pod tym względem upominać. Przecież zrobił to, żeby uniknąć badawczych oczu świata, w którym sama się wychowała.
– Podejrzewam, że wydaje ci się, że Lucjusz mnie zaakceptuje bez jednej dłoni? – wypalił. – Że inne, mroczne, czystokrwiste rodziny uznają okaleczonego czarodzieja za swojego przywódcę? Zrobiłem to z naprawdę dobrego powodu, dobrze o tym wiesz. – Przyzwał urok z powrotem jedną myślą, tym razem upewniając się, że jego kciuk wygina się prawidłowo. Poprzedniego dnia, z niechętną pomocą Dracona, poprawił wygląd iluzji i był już teraz niemal przekonany, że opanował ją do perfekcji. – Nie próbuj pouczać mnie pod tym względem, proszę.
Narcyza zamrugała lekko, otwierając usta. Harry zastanowił się, dlaczego, póki nie sięgnęła ku niemu, łapiąc go za podbródek i ostrożnie przechylając mu głowę, póki nie mogła spojrzeć mu prosto w oczy. Harry patrzył na nią, zdeterminowany, że nie pęknie, choćby nie wiem, co była gotowa mu w tej chwili powiedzieć.
Dlatego też, oczywiście, musiała powiedzieć dokładnie to, co go do tego doprowadziło.
– Harry – szepnęła – jak ty możesz w ogóle myśleć, że to ma jakiekolwiek znaczenie w porównaniu do obietnicy, którą sobą niesiesz?
Harry szarpnął się mocno do tyłu. Merlinie, tylko nie to. Czuł, jak łzy go pieką, grożąc ponownym zebraniem się. Potarł mocno oczy. Jak on już strasznie miał dość płakania. Naprawdę nie chciał już tego więcej robić. Nie będzie zwracał uwagi na próby Narcyzy, jakie ta podjęła, żeby złagodzić cios. Wiedział, że jedyne, co ona może w tej chwili mówić, to była jej własna opinia, a nie świata czarodziejskiego jako takiego. Jeśli jego walka z Voldemortem wyjdzie na jaw, to będzie wyglądał wystarczająco słabo – a był pewien, że śmierciożercy będą mieli swoje sposoby na przekazanie tych informacji mrocznym czystokrwistym. Nie miał zamiaru dodać kolejnej słabości do tej listy, zwłaszcza takiej, którą mógł ukryć.
– To prawda – ciągnęła dalej Narcyza, a jej słowa były niczym krople wody, spadające na uparty głaz. – Tak, Harry, masz rację, większość przeciętnych czarodziejów jest zmuszona do noszenia uroków, kiedy coś takiego im się przytrafia, albo kupują sobie zamienniki. Ale kiedy ktoś ma moc równą lordowskiej, to takie sprawy nigdy nie miały znaczenia. W siedemnastym wieku pojawił się Lord Guile, który stracił lewą nogę i po prostu używał swojej magii, żeby ta go wszędzie lewitowała. Nigdy się z tym nie krył, swoich sojuszników wybierał spośród tych, którzy okazali żadnej reakcji, a jego najpotężniejsi przyjaciele, doradcy i wewnętrzny krąg składali się z ludzi, którzy zostali ranni na podobne sposoby. Nazywano ich Okaleczoną Gwardią i ta nazwa nie oznaczała nic poza szacunkiem.
Harry zadrżał. Słyszał o Okaleczonej Gwardii, ale nie przyszło mu nawet do głowy, żeby odwołać się do tego precedensu. Dla niego on nie miał znaczenia, ponieważ...
– On miał wolę, żeby żądać od innych szacunku. Był przymuszającym. Nie chcę zmuszać ludzi do szanowania mnie.
– Nie wolę – powiedziała Narcyza. – Magię. Czy ty wciąż nie zauważyłeś, Harry, jak wiele okazuje ci się szacunku w sytuacjach, w których zwykłego nastolatka by po prostu zignorowano? To wszystko dzięki twojej magii. A kiedy już ktoś znajdzie się w jej zasięgu, może zobaczyć cię i poznać cię lepiej, widzi, jak wiele robisz dla innych i staje się twoim sojusznikiem przez wzgląd na to, kim jesteś. Uwierz mi, większość mrocznych czystokrwistych zignorowałaby cię jako przywódcę, gdyby nie twoja magia. – Pochyliła się do przodu i złapała Harry'ego za rękę. – Ale tego nie zrobili. Wieści pewnie ich zszokują, ale jest znacznie bardziej prawdopodobne, że w reakcji zaprzysięgną zemstę, tak jak ja. – Uśmiechnęła się lekko. – Szkoda, że tylko ja mogę złożyć tę konkretną przysięgę względem Bellatrix. Pozostali będą musieli się usatysfakcjonować polowaniem na innych śmierciożerców. Zwłaszcza Lucjusz... och, Harry, ależ on się wścieknie. – Jej uśmiech się poszerzył i zrobił się rozmarzony. – Nigdy nie widziałeś Lucjusza, kiedy ten jest naprawdę pochłonięty jedną z tych swoich oszałamiających furii. Przez większość czasu jest tak chłodny, że łatwo zapomnieć, że może torturować nie tylko z dystansem, ale i z pasją. – Jej powieki opadły na moment, jakby zamknęła je, przywołując jakieś intensywne wspomnienie. – Widziałam go kiedyś w jednym z tych napadów furii, kiedy Crispus Rosier obraził mnie, twierdząc, że sama wiem najlepiej, że zawsze chciałam wyjść właśnie za niego.
Harry nie był w stanie się odezwać, nie mógł myśleć. Myśl o tym, że zostanie przygarnięty i przytulony przez tych, co do których był pewien, że go jako pierwsi odepchną od siebie, gdy tylko dowiedzą się o tym, że stracił dłoń...
Po chwili wreszcie znalazł język w gębie i udało mu się wykrztusić:
– Naprawdę chcesz powiedzieć o tym Lucjuszowi?
Narcyza westchnęła w sposób, jakby Harry naprawdę ją właśnie rozczarował.
– Oczywiście – powiedziała. – Chcę o tym powiedzieć wszystkim, Harry. – Sięgnęła do kieszeni swojej szaty i wyciągnęła długi zwój, który otworzyła lekko ceremonialnie i położyła przed nim. Harry spojrzał w dół i zobaczył jedno imię za drugim, wszystkie wypisane srebrnym atramentem, lśniącym niczym światło księżyca. Na dole strony było puste miejsce, podkreślone grubą, zieloną linią.
– To są imiona mrocznych, czystokrwistych czarodziejów, których przychylność dla twojej sprawy udało mi się wygrać moimi tańcami – powiedziała po prostu Narcyza. – Niektórych z nich zwerbowałam osobiście, innych jako Dziecię Gwiazd, ale wszyscy już znają prawdę i wszyscy wyrazili zgodę. Większość z nich zgodziła się po ostatniej nocy Walpurgii. Kiedy przychodzi co do czego, Harry, magia jest dla nas ważniejsza od krwi. Widzieliśmy już, jak wysoko cenisz sobie tę starą, dziką, mroczną magię i jak wiele jesteś gotów poświęcić w obronie jej i ludzi, którzy jej używają.
Harry zagapił się na tę listę w oszołomieniu. Większość z tych nazwisk była mu znajoma, choć nie w połączeniu z imionami. Imiona zwykle pojawiały się w różnych odstępach w każdej rodzinie przez pokolenia, ale nazwiska studiował całymi dniami, tygodniami, miesiącami i latami, leżąc na plecach ze swoimi książkami na trawniku w Dolinie Godryka.
Charles Rosier–Henlin. Mortimer Belville. Henrietta Bulstrode. Ignifer Apollonis. Edward Burke. Thomas Rhangnara. Honoria Pemberley...
I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.
Harry przełknął, kiedy spojrzał na linię, zrobioną z ciemnozielonego atramentu na samym dole strony. Wiedział, że tam właśnie powinien się podpisać, przywiązując się na dobre do tych czarodziejów i czarownic.
– I jesteś absolutnie pewna, że pozostaną przy mnie pomimo tego, że straciłem rękę? – szepnął.
– Nie ma niczego, co mogłoby ich od ciebie teraz odsunąć – powiedziała Narcyza – chyba, że nagle zdradziłbyś wszystkie swoje ideały i stał się kimś, kto się z czasem, na przykład, zadeklaruje jako Świetlisty Pan.
– Nie – powiedział Harry. – Ale nie mam też najmniejszego zamiaru deklarować się jako Mroczny Pan.
– Powiedziałam im o tym. – Oczy Narcyzy były szeroko otwarte, spokojne i tryumf tylko odrobinę się przebijał na ich powierzchnię. – Nie obchodzi ich to. Właściwie, to niektórzy z nich powiedzieli mi wręcz, że chwilowo naprawdę mają dość Mrocznych Panów. Obecny Mroczny Pan zastraszył ich i ukarał, jak tylko ośmielili się zrobić cokolwiek poza wysłaniem swoich dzieci, żeby te zostały naznaczone. Ich domy zostały napadnięte, cenne przedmioty skradzione. – Zamilkła, ściągając usta. – Właściwie, to Arabella Zabini poprosiła mnie o przekazanie ci wiadomości. Powiedziała, że od tej chwili jest już twoją oficjalną sojuszniczką, ponieważ śmierciożercy ukradli jej książki napisane w wężomowie.
Harry doświadczył krótkiego uczucia żalu, ale był teraz ogarnięty zbyt wieloma emocjami, żeby to pozostawiło na nim jakiś większy odcisk. Zagapił się znowu na zwój i pokręcił głową. Zawsze miał zamiar zrobić jakiś krok w tym kierunku, oczywiście, nawiązać więcej sojuszu, wciągnąć więcej ludzi pod swoje skrzydła, ale myślał już o tym z rezygnacją jako o czasie, który będzie musiał spędzić pod urokiem.
Myśl, że może jednak nie będzie musiał, że to nikomu nie zrobi żadnej różnicy...
Nie był w stanie teraz tego przyjąć do wiadomości, nie w pełni. Zwinął zwój z powrotem i oddał go Narcyzie. Następnie pomyślał o czymś innym i wyprostował się, rozglądając się z niepokojem. Czy Dumbledore przysłuchuje się tej rozmowie?
Fawkes pojawił się nad nim i wydał z siebie serię nut, które brzmiały jak chichot. W umyśle Harry'ego pojawiła się wizja Dumbledore'a, pochylonego znowu nad dokumentami, zastanawiającego się, czemu właściwie to zadanie sprawia mu znacznie więcej satysfakcji niż zwykle. Fawkes miał na niego oko kiedy Harry spał i wracał do sił. W gruncie rzeczy, Harry naprawdę powinien już się zacząć przyzwyczajać do ufania mu, bo przecież Fawkes dałby mu znać od razu, gdyby Dumbledore cokolwiek podejrzewał względem wizyty Narcyzy.
Harry odprężył się. Następnie spojrzał na Narcyzę, kiedy Regulus go szturchnął.
Wiesz przecież, że nie możesz iść do Dracznego Dworu w swoim stanie, szepnął mu. Poza tym, jeśli spróbujesz, to cię pozbawię przytomności. Poproś ją, żeby poszła tam za ciebie.
Harry westchnął.
– Narcyzo, Regulus jest tu ze mną i wie, gdzie znajduje się jego ciało. Wydaje mu się, że został transmutowany w zabawkę i porzucony w Dracznym Dworze. Czy mogłabyś...
Poza lekko szerszym otwarciem oczu, Narcyza w żaden sposób nie dała po sobie poznać, że te nowiny ją jakoś zaskoczyły.
– Z przyjemnością, Harry – przerwała mu, kiwając głową.
– Wydaje mu się, że znajduje się w pokoju dziecinnym – powiedział Harry. – Ale nie jest pewien, którą może być zabawką.
– W takim razie przyniosę je wszystkie. – Narcyza wstała z gracją. – Odpoczywaj, Harry. – Pochyliła się nad nim i pocałowała go w czoło. – Widziałam cię – powiedziała – i zaniosę raport pozostałym. – Odwróciła się i ruszyła ku drzwiom.
Fawkes wydał z siebie ostrzegawcze ćwierknięcie, żeby dać im znać, że dyrektor znowu zwraca na nich uwagę. Harry otworzył usta, żeby ostrzec o tym Narcyzę, ale ta, nie oglądając się nawet na niego, dotknęła czegoś w swojej kieszeni – bez wątpienia świstoklik – i zniknęła, płynnie rozwiewając się w wirze kolorów.
Harry pozwolił sobie opaść na poduszki i westchnąć, po czym zaczekał, aż Madam Pomfrey, wciąż wyglądająca mizernie po porannym wysiłku magicznym, wyszła ze swojego gabinetu, uśmiechając się do niego.
– Czy ma pan ochotę na jakiś obiad, panie Potter?
– Tak – powiedział Harry i pozwolił sobie jęczeć. Chciał tego, a poza tym, to pewnie przekona dyrektora, że wciąż był słaby i zachowywał się jak dziecko. – A czy mogę dostać coś, co nie jest rosołem wołowym?
Regulus warknął na niego w tej samej chwili, w której zrobiła to Madam Pomfrey. Od rosołu wołowego nabiera się sił.
– Od rosołu wołowego nabiera się sił, panie Potter – powiedziała Madam Pomfrey, po czym zamarła, jakby zastanawiając się, czemu Harry stara się nie chichotać. – I dlatego to właśnie panu przyniosę – dodała stanowczo, po czym ruszyła w kierunku kominka, żeby wezwać skrzata domowego.
Harry zaczął się wiercić, niepewien, czy powinien teraz przyjmować jedzenie od skrzatów domowych, ale wtedy drzwi się otworzyły i Draco wszedł do środka. Harry zamarł, bo Draco pewnie się zdenerwuje na niego, jeśli teraz Harry zacznie się zasłaniać skrupułami, a to naprawdę nie było tego warte.
Czemu jego słuchasz, a mnie nie? zapytał Regulus z urażoną dumą.
Harry uznał, że to było już na tyle niedorzeczne, że zasługiwało na odpyskowanie.
Bo on się znacznie lepiej całuje.
I to faktycznie sprawiło, że Regulus się zamknął.
Albus zmarszczył brwi z namysłem, przyglądając się Harry'emu przez osłony. Miał wrażenie, że ktoś zniknął tuż przed tym, jak znowu na niego zerknął, ale jeśli tak było, to musiała to być wizyta kogoś, kto nie zdołał pozostawić na chłopcu większego wrażenia. Jego oczy wyglądały na opuchnięte, ale Albus to powitał z radością. Jeśli utrzymają go rozstrojonego emocjonalnie, to nie spróbuje nawet kwestionować swojej nagłej chęci złożenia Lily wizyty.
Albus przyglądał się przez dłuższy czas, z zadowoleniem zauważając, że za każdym razem, kiedy młody pan Malfoy starał się zagaić o kwestię tego, gdzie Harry ma zamiar spędzić wakacje, albo rzucał uwagę na temat tego, że Harry powinien się z nim wybrać do rezydencji Malfoyów, Harry się zgrabnie odsuwał od tematu. Sam nie zwracał rozmowy w te strony, jeśli tylko mógł na to cokolwiek poradzić, a przy pozostałych okazjach pozostawał neutralny, póki Malfoy nie zaczynał się nudzić rozmową i sam nie zmieniał tematu.
Dobrze. Właśnie tak. Niech nikt nawet nie podejrzewa prawdy i nie zdąży go stąd zabrać na czas. Przyzwę Lily z powrotem za trzy dni, kiedy Madam Pomfrey powiedziała, że Harry będzie mógł już opuścić skrzydło szpitalne. Porwiemy go, zanim Malfoyom albo Severusowi przyjdzie coś niebezpiecznego do głowy.
Albus musiał jednak przyznać, że prawdopodobnie nie będzie musiał się martwić o Severusa. Mężczyzna ostatnio spędzał każdą swoją wolną chwilę na zaglądaniu do myślodsiewni i pisaniu. Albus był w stanie zobaczyć przynajmniej tyle, ale nie był w stanie określić, o czym konkretnie Severus tak pisze; paranoiczny profesor niemal całkowicie przegonił osłony Hogwartu ze swoich prywatnych komnat i zaplótł w nich własne.
W dodatku, niczym wisienka na torcie, wyglądało na to, że Fawkes stara się z nim z powrotem połączyć, zakradając się krok po kroku. Albus nie starał się tego pospieszyć, nie ponaglał go. Po prostu pozwalał obrazom ognia feniksów pojawić się w swojej głowie, ilekroć ten próbował do niego zajrzeć, a przez resztę czasu pracował w szczęśliwej ciszy, ukontentowany, że jego wizje Światła stają się coraz solidniejsze.
Narcyza weszła ostrożnie do Dracznego Dworu i rozejrzała się. Zmienny dom miał sęk w powale nad głównymi schodami. Narcyza zamarła, przyglądając mu się, po czym weszła po schodach w głąb domu. Przedziwne poczucie humoru kuzyna Arcturusa choć raz nie zaskoczyło, więc nie ześlizgnęła się ze schodów, lądując niezgrabnie z powrotem na dole, nie zaczęła też bez opamiętania tańczyć gigi.
Kiedy dotarła do czytelni, znajdującej się na szczycie schodów, zauważyła, że jedno z pudeł, z którego wyjęła skarby podczas swojej ostatniej wizyty we dworze, zostało od tego czasu przesunięte o kilka cali w lewo. Narcyza znowu zamarła, po czym przejechała palcem po powierzchni pudełka, kompletnie oczyszczonego z kurzu. Oczywiście, to mógł być po prostu efekt jakiejś zachcianki domu, który sam też przecież opuścił z siebie osłony i był w stanie w mgnieniu oka sprawić, że niektóre jego części były nieskazitelnie czyste, podczas gdy inne obrastały brudem.
Narcyza jednak nie sądziła, żeby to o to chodziło tym razem.
Pozwoliła, żeby niewielki uśmiech zatańczył na jej ustach i pochyliła się, żeby wejść do zastawionego fotelami pokoju, przyległego do czytelni, ale o znacznie niżej zawieszonym od niej suficie. Przyszła do tego domu tylko po to, żeby odnaleźć transmutowanego Regulusa. Musiała o tym pamiętać. Wiedziała, gdzie znajdował się pokój dziecięcy, a tylko chwilę jej zajmie objęcie lewitacją wszystkich zabawek i zabranie ich ze sobą. Była pewna, że ich akurat nikt nie ruszył od lat. Genialne posunięcie ze strony Mrocznego Pana, naprawdę, zamienić Regulusa w zwykły przedmiot, który mógł zaginąć pomiędzy tysiącami podobnych, w dodatku niemagiczny, więc nikt go nie dotknie, ani nie zakłóci jego spokoju. Pewnie bawiłaby też go myśl, gdyby zamienił zdradzieckiego śmierciożercę w coś, czego inni mogli bez przerwy używać, ale najwyraźniej w tym przypadku uważał, że woli się zemścić na inny sposób.
Tylko i wyłącznie po to przyszła do tego domu.
Nie, tak naprawdę to nie. Tylko po to Harry ją poprosił, żeby przyszła do tego domu. Prawda była taka, że Narcyza miała też swój własny powód, a kiedy przechodziła z jednego pokoju do drugiego, śledząc niewyraźne ślady, pozostawione w kurzu, z przyjemnością zauważyła, że jej podejrzenia się sprawdziły.
Naturalnie, nie udało się jej zaskoczyć. Specyficzny rodzaj ciszy ustał przed nią, kiedy minęła sypialnię kuzyna Arcturusa – jego portret posłał jej buziaka – i na jej miejscu pojawił się inny rodzaj ciszy. Narcyza przyśpieszyła kroku. Jej plan i tak nie zakładał ataku znienacka.
Plan po prostu polegał na dorwaniu jej.
Weszła do okrągłego pokoju, zorientowanego wokół delikatnej mozaiki na suficie, na której planety krążyły wokół słońca w niekończącym się walcu. Kuzyn Arcturus był niesłychanie dumny z siebie, kiedy odkrył Plutona zanim zdążyli to zrobić mugolscy astronomowie, a trzy inne planety, które odkrył, a oni wciąż nie, tańczyły radośnie na zewnętrznych orbitach.
Oczywiście, zaklęcie trafiło ją w plecy, klątwa, której używały na sobie nawzajem bez końca za czasów dzieciństwa, od której czuło się setki niewielkich, ostrych uszczypnięć w okolicach trafionego miejsca. Jeśli klątwie pozwoli się na kontynuację, klątwa zacznie wnikać pod skórę, kierując się ku sercu i płucom – co było czymś, do czego nigdy nie wolno im było dopuścić, jak były dziećmi, a ich rodzice znajdowali się zaledwie o jeden, przerażony, pozbawiony tchu wrzask.
Wybrała akurat tę klątwę przez wzgląd na to, gdzie jesteśmy, pomyślała Narcyza, wykonując kontrzaklęcie i obracając się. To jest miejsce dla rodziny.
– Witaj, Bello – powiedziała.
Jej starsza siostra wyszła zza regału z książkami, za którym się chowała, obnażając zęby. Narcyza przyjrzała się jej z przyjemnością, której nigdy nie sądziła, że poczuje. Odkąd były dziećmi, a jej matka powiedziała jej w tajemnicy, że Bellatrix najwyraźniej odziedziczyła całe szaleństwo z rodziny Blacków, jak i Rosier, Narcyza była rozdarta między strachem, że Bella kiedyś zrobi jej krzywdę, a paniką, że narobi wstydu rodzinie w miejscu publicznym. Teraz postrzegała jej szaleństwo jako początek spłaty długu, jaki Bella była winna Harry'emu.
– Cyzia – powiedziała Bella, w której głosie odbiło się załamane echo jego dawnej słodyczy. – Jesteś tutaj. Przyszłaś. Jesteś.
– Owszem – powiedziała Narcyza i dotknęła przedmiotu, który trzymała w kieszeni tuż obok świstoklika. Uniesienie wezbrało w niej i zalało bez reszty. Miała dla tego inne zastosowania, zanim rzuciła Finite Incantatem i zobaczyła, jak urok opada z Harry'ego, odsłaniając jego brakującą lewą dłoń, ale teraz zmieniła zdanie. Nie miała żadnych wątpliwości względem tego, jak najlepiej będzie ukarać za to Bellę. – Czy wiedziałaś, że tu będę, słodka, słodka Bello? Tak się zastanawiam.
– Nie – powiedziała Bella. – Już wcześniej tu byłaś. Zabrałaś bronie, wiem. – Uśmiechnęła się, odsłaniając usta pełne popękanych zębów, po czym podniosła różdżkę. Jej ciemne oczy lśniły od jej oszałamiającego podekscytowania. Narcyza zawsze uważała, że oczy jej siostry były jej najpiękniejszym atrybutem, zwłaszcza w takich momentach jak teraz, kiedy jej włosy przypominały szczurze gniazdo. – Powiedz mi, gdzie je zabrałaś, Cyziu. Albo lepiej, przyłącz się do niego. To jemu powinnaś służyć, jeśli tylko wciąż jesteś wierna prawdziwym ideałom. Nie jak nasi kuzyni. – Jej oczy zachmurzyły się od gniewu. – Nie jak nasza siostra.
Andromeda zawsze była nemezis Bellatrix, kiedy były jeszcze dziećmi, zawsze przygryzając wargę i siedząca z uporem w milczeniu, ilekroć Bella starała się ją skrzywdzić. Potem jednak zadała jej najbardziej uwłaczający cios z możliwych: wymknęła się Belli spod opieki, kiedy ich rodzice ufali jej, że ta powstrzyma Andromedę przed puszczaniem się z Tedem Tonksem. Narcyza pamiętała, jak weszła do pokoju, w którym trzymali Andromedę w zamknięciu i znalazła Bellatrix na podłodze, obłożoną taką wariacją zaklęcia paraliżującego że zdejmowali go przez następne osiem godzin. Następnym razem, kiedy usłyszały o swojej siostrze, to gdy ta przysłała im wieści o swoim wyjściu za mąż, a jej imię zostało wypalone z rodzinnego arrasu. Narcyza uśmiechnęła się szerzej, myśląc o tym, jak wiele dałaby teraz ich cicha, dumna, koszmarnie zdzirowata siostra, żeby teraz znaleźć się na jej miejscu.
– Wciąż jestem wierna prawdziwym ideałom – powiedziała, ruszając w lewo, tak żeby Bella uznała, że Narcyza stara się ją wciągnąć w krąg pojedynkowy. – Ideałom, którym rodzina Blacków była wierna zanim w ich historii pojawili się jacykolwiek Mroczni Panowie. To tylko jeden Lord, Bello, dobrze o tym wiesz. Zginie jak cała ich reszta. Nie warto zdradzać tego, kim jesteśmy tylko po to, żeby mu służyć.
Oczy Bellatrix otworzyły się szerzej, a ona sama skrzeknęła, plując niemal przy każdym słowie.
– On jest niepokonany – powiedziała. – Pokonał śmierć. Jest moim panem, jest moim mistrzem.
Narcyza ją wyśmiała.
– Też mi niepokonany pan, którego najpierw załatwiło niemowlę, a potem czternastolatek – powiedziała, kręcąc głową. – Bella, doprawdy, miałam o tobie wyższe mniemanie. Przynajmniej wybierz sobie takiego pana, któremu będzie musiał stawić ktoś powyżej dwudziestki.
Bella zawyła i rzuciła się na nią.
Narcyza wyciągnęła swoją broń z kieszeni. Na pierwszy rzut oka to nie było w sumie nic takiego, mała, srebrna moneta z wybitą głową czarodzieja z jednej strony i herbem Blacków z drugiej – można by ją uznać za osobliwego sykla. Ale została zrobiona przez kuzyna Arcturusa, a kuzyn Arcturus miał osobliwe poczucie humoru, a w swoich późniejszych latach nabrał obsesji na punkcie różnicy między szansą a losem. Stworzył broń, która skupiała w sobie oba.
Narcyza podrzuciła monetę w powietrze.
– Reszka! – zawołała.
Nawet, gdyby Bella rozpoznała tę monetę, była za bardzo ogarnięta szaleństwem, by zatrzymać swój atak – czy choćby, żeby wymawiać jakieś konkretne słowa, ponieważ zamiast tego po prostu skrzeczała groźby.
Narcyza odsunęła się jej z drogi płynnym piruetem i schowała za regałem z książkami. Patrzyła, jak moneta wiruje, opadając na podłogę, odbija się, po czym zatacza jeszcze trzy koła, zanim wreszcie upadła na płasko, reszką w górę. Nad monetą uniosły się czarne iskry, dając Narcyzie znać, że jest gotowa.
Narcyza zaczekała, aż jej siostra obróciła się i znowu na nią spojrzała. Wbiła wzrok prosto w jej oczy i uśmiechnęła się.
– Życzę ci, żebyś przeżyła dokładnie to, co sama zrobiłaś Harry'emu na cmentarzu – powiedziała – tylko po trzykroć gorzej.
Czarne linie mocy wystrzeliły z monety, lądując dokładnie na lewym nadgarstku Bellatrix. Zaczęła wyć z bólu, kiedy z jej żył trysnęła krew, a potem niewidzialny nóż zaczął ciąć, prosto w dół.
Narcyza oparła się o regał i przyglądała się ze spokojem, jak mięśnie pękały i rozpadały się, jak kość się pojawiła, jak magia przywróciła Bellatrix do świadomości, kiedy ta niemal zemdlała z bólu, tak samo jak inkantacje Belli musiały trzymać Harry'ego przytomnym na cmentarzu, tak by czuł całą traumę. Listy od Dracona tylko do wszystko sugerowały, nigdy nie mówiły dokładnie, co się wtedy stało. Ale one, połączone z faktem, że dłoń Harry'ego przepadła, a on sam miał wokół nadgarstka owinięte wyjątkowo specyficzne, mroczne klątwy, sprawiły, że Narcyza czuła się teraz usatysfakcjonowana, bo wiedziała, że widzi mniej więcej dokładnie to, co wtedy zaszło.
Tylko po trzykroć gorsze, oczywiście.
Wreszcie ręka opadła na podłogę, a kikut stanął w ogniu, przyżegając ranę. Bella opadła na kolana, wydając z siebie niski jęk bólu, kiedy czarna magia pochłonęła jej dłoń i wycofała się z powrotem do monety. Wokół Bellatrix rozciągała się kałuża jej własnej krwi.
Poderwała wzrok na Narcyzę, a pośród innych przelatujących przez nie uczuć, Narcyza z rozbawieniem zauważyła w nich błysk zdrady.
Zniknęła, aportując się.
Narcyza uśmiechnęła się, zdając sobie sprawę z tego, że będzie to wyraz lekki i zamyślony, po czym odstąpiła od regału z książkami. Nie mogła sobie pozwolić na podniesienie monety z powrotem.
Drogi kuzyn Arcturus i jego obsesja o wszystkim, co niezwykłe. Monetę mogła podrzucić tylko osoba z linii Blacków i tylko raz, w dodatku musieli zawołać, którą stronę chcieli, herb czy reszka, kiedy moneta wciąż wirowała w powietrzu. Jeśli los tak chciał, że moneta upadła wybraną przez nich stroną w górę, to ich życzenie stawało się czyimś losem – i tylko to jedno życzenie. Jeśli po wszystkim ta sama osoba spróbuje znowu dotknąć tej monety, to po prostu zginie. W podobnym przypadku, jeśli ktoś spróbuje dotknąć monety, nie posiadając w żyłach krwi Blacków, to po prostu zniknie z tego świata.
Narcyza myślała o tym, czy nie wykorzystać monety, żeby przekonać jednego z bardziej opornych tancerzy do przeciągnięcia go na stronę Harry'ego. Bawiła się myślą wykorzystania jej na Mrocznym Panie, ale potem przypomniała sobie, że przecież Regulus był w jego służbie. Mroczny Pan miał w zwyczaju przepytywać każdego, czystokrwistego sługę, którego rodzina mogła mieć w posiadaniu jakieś artefakty, które mogły go skrzywdzić. Pewnie już dawno temu podjął odpowiednie kroki, żeby się uodpornić na działanie monety, inaczej skonfiskowałby ją bez dotykania i ukrył gdzieś. Sam fakt, że wciąż była w Dracznym Dworze świadczył za tym, że prawdopodobnie był odporny na jej działanie.
Narcyza łagodnie podlewitowała monetę w powietrze, po czym w ten sposób niosła ją za sobą. Sama już nie mogła z niej skorzystać, ale Draco wciąż był w stanie, tak samo jak Andromeda, czy jej siostrzenica, Nimfadora. Z pewnością nie zostawi jej tu, gdzie Bella może ją bez problemu znaleźć, mimo, że Bella i tak już jej raz użyła, jak była mała.
Obeszła dom, po drodze zabierając ze sobą jeszcze kilka innych broni, zauważając brak tych, których się spodziewała znaleźć. Wygląda na to, że Bella je wzięła. Narcyza wspomni o tym Harry'emu.
Wreszcie dotarła do pokoju dziecięcego, pokręciła głową, widząc stosy zabawek, po czym poderwała je wszystkie na raz, w jednym, wirującym podmuchu mocy. Kiedy już unosiły się za nią grzecznie, sięgnęła po świstoklik, który zabrał ją z powrotem do rezydencji.
Wylądowała z gracją w małej bibliotece. Lucjusz odłożył swoją książkę i spojrzał na nią, ostrożnie podnosząc brew na widok chmary lecących za nią przedmiotów, ale w żaden sposób tego nie komentując.
Narcyza podeszła do niego i pocałowała go mocno bez słowa. Lucjusz zaśmiał się bezdźwięcznie pod jej pocałunkiem, a kiedy odsunęła się od niego, położył jej ręce na biodrach, przyglądając się jej z wyrazem, w którym mieszała się ochota jak i uczucie.
– Kogoś skrzywdziła? – zapytał.
– Bellatrix – powiedziała Narcyza i usiadła, żeby opowiedzieć mu wszystko ze szczegółami. Wiedziała, że będzie czerpał równie wiele radości z wysłuchania jej relacji, co ona ze swojego przyglądania się.
Poza tym, jeśli najpierw powie mu o tym, to doświadczy dwóch przyjemności. Zaraz po tym poinformuje go o brakującej dłoni Harry'ego i innych śladach cierpienia, jakie na nim zauważyła i z radością będzie mu się przyglądać, jak trafia go szlag.
Zastanawiała się, przeciw komu zaprzysięgnie zemstę.
Miała nadzieję, że będzie mogła zobaczyć, jak ją egzekwuje.
