To jest ostatni rozdział "Wolnego człowieka [który] nie zazna spokoju". Wielkie i potężne dzięki wszystkim, którym się ta historia jak do tej pory podobała i którzy dotarli aż tutaj. Następny tom, "Wiatr, który trzęsie morzami i gwiazdami", piąty rok Harry'ego i AU Zakonu Feniksa, zacznie się w czwartek, 14 czerwca. I będzie jeszcze DŁUŻSZY. Ależ z Was szczęściarze.
Tytuł tego rozdziału to wers z wiersza Swinburne'a, "Tristram z Lyonesse", jego wersji opowiadania o Tristanie i Izoldzie (napisanej, ponieważ wydawało mu się, że Tennyson nie zrobił tego Jak Należy).
Do zobaczenia za kilka dni!
Rozdział siedemdziesiąty: Przejrzyste morze lśniące jedną milę za drugą
Harry obudził się, wciągając gwałtownie powietrze. Zastanawiał się przez chwilę, leżąc na łóżku szpitalnym i dysząc ciężko, czy Voldemort czasem nie powrócił w pełni sił i po odzyskaniu swojej pamięci, bo może przed chwilą miał po prostu koszmar.
Ale nie, zwykle dość wyraźnie potrafił sobie przypomnieć swoje wizje, w dodatku nie czuł, żeby mu z blizny płynęła krew. Właściwie to przez dłuższą chwilę leżał w bezruchu, nie będąc w stanie przypomnieć sobie, co go właściwie obudziło.
Wtedy znowu to poczuł – wzywające go w jego głowie głosy, bezwzględne niczym morska piana.
Chodź do nas.
Harrym zatrzęsło. Czuł się, jakby do środka jego piersi ktoś przypiął linę i teraz ciągnął go bezwzględnie w jakimś kierunku. Zanim się zorientował, już wstawał z łóżka. Zdołał się opamiętać, kiedy tylko zwrócił na to uwagę, stojąc na bosaka na zimnej podłodze. Wciąż miał na sobie piżamę, słońce nawet nie zdążyło jeszcze wstać.
– Harry?
Głowa Dracona wyjrzała spod jego kołdry, jego włosy były całe potarmoszone od snu na szpitalnym łóżku, które zajmował już od kilku dni. Zamrugał na Harry'ego, po czym potrząsnął głową.
– Musisz iść do kibelka?
– Nie – szepnął Harry. Zew odbił się echem w jego głowie, kradnąc mu następne słowa, a zaraz potem wezbrała w nim pełna pragnienia słodycz, jakby w odpowiedzi. W tym momencie podjął decyzję. Ostatecznie przecież obiecał Draconowi, że go poinformuje, kiedy następnym razem może się znaleźć w niebezpieczeństwie. – Coś mnie wzywa.
– Jak to, coś cię wzywa? – zażądał Draco, momentalnie rozbudzony. – I gdzie ty się wybierasz?
– Wyszedłem z łóżka akurat, kiedy usiadłeś – powiedział Harry. – Właśnie dlatego ci teraz o tym mówię. Chyba ma zamiar mnie ściągnąć do siebie bez względu na to, czy mi się to podoba, czy nie. – Ale teraz naprawdę tego chciał. Miał w ustach posmak, coś jakby połączenie wody i światła słonecznego, a w uszach tętniła mu nieuchwytna obietnica, szumiąca pomiędzy głosami, że będzie miał tego jeszcze więcej, jak tylko dotrze na miejsce, do którego głosy chciały go ściągnąć. – Ale chcę, żebyś poszedł tam ze mną.
– Oczywiście, że tak – powiedział zdecydowanie Draco, po czym podszedł do niego i objął go na poziomie bioder. – Przecież ty nawet nie powinieneś jeszcze wychodzić z łóżka. – Rzucił Harry'emu zaniepokojone spojrzenie. – Jesteś pewien, że dasz radę ustać?
Harry uśmiechnął się lekko i wykorzystał swoją magię do wzmocnienia kończyn. Po kilku dniach bezczynnego leżenia wokół niego, kiedy jej jedyną rozrywką jak do tej pory było tylko odnowienie uroku, kiedy Narcyza go zdjęła i wzbicie wiatru wokół skrzydła szpitalnego, kiedy się wkurzył na Snape'a, teraz bardzo ochoczo zareagowała na wezwanie.
– Teraz jestem – powiedział.
Draco kiwnął głową i, ku uldze Harry'ego, nie wzniósł innych, głupich sprzeciwów, ani nie spróbował obudzić Madam Pomfrey, żeby powiadomić ją o tym, że dzieje się coś, czemu nie będzie w stanie zapobiec, więc czym też naprawdę nie było sensu jej martwić.
– Jak my się tam dostaniemy? Aportacją? – Zamrugał i przełknął, kiedy wymówił ostatnie słowo.
Harry pokręcił głową.
– Wciąż nie dostałem od nich wyraźnego obrazu miejsca. Nie wiem, czy byłbym w stanie się aportować. To po prostu chór głosów w mojej głowie, wołający mnie i...
Chodź do nas!
Przywołanie opadło na niego, zalewając go niczym uderzająca o plażę fala, a Harry przycisnął mocno Dracona do siebie, czując, jak grunt ucieka mu spod nóg. Lina uczepiona jego piersi naprężyła się niczym guma, a potem nagle porwała go ze sobą, miotając nim przez przestrzeń. Przez cały ten czas Draco leciał razem z nim, trzymając się z determinacją; Harry niemal uważał, że pewnie Draco znalazłby jakiś sposób na podążenie tu za nim, nawet gdyby jego ręce nie były już zawczasu owinięte wokół jego pasa.
Piach zachrzęścił pod stopami Harry'ego i nagle do jego uszu dotarły skrzeki mew, przeszywająco głośne, nawet jeśli nie przeszywająco słodkie. Zachwiał się, ale dezorientacja nie była nawet w połowie tak zła jak po korzystaniu z sieci fiuu. Otworzył oczy i złapał równowagę, jak tylko zorientował się, gdzie się znajduje.
Niedaleko od niego, morze ryczało i rozbijało się, biegnąc w niekończących się wzorach wznoszenia się i opadania ponad piaskami northumberlandzkiej plaży, na której pojawił się podczas przesilenia letniego, żeby wykonać rytuał razem ze swoim ojcem i bratem.
– Gdzie my jesteśmy? – szepnął Draco.
– Gdzieś, gdzie się w tej chwili nie spodziewałem znaleźć – powiedział Harry, po czym sięgnął po różdżkę, którą teraz zawsze trzymał w swojej lewej kieszeni, żeby móc szybko po nią sięgnąć prawą dłonią. Pamiętał list, który wysłał mu kiedyś Evan Rosier, o tym, że chce się z nim pewnego dnia spotkać znowu na tej plaży i już powoli zaczynał żałować, że posłuchał się wezwania – nawet jeśli nie miał pod tym względem większego wyboru – czy że pozwolił Draconowi się zabrać ze sobą – nawet jeśli obiecał mu, że go nigdy więcej nie zostawi samego.
Teraz, kiedy już się tu znaleźli, głosy ucichły. Plaża wychodziła na wschód, oczywiście, i Harry był w stanie zobaczyć pierwsze promienie słońca, wybijające się ponad taflę wody. Harry odchrząknął, kiedy nikt do nich nie podszedł, ani nie zaoferowano mu żadnego wyjaśnienia.
– No dobra, Evan, pobawiłeś się, wystarczy – powiedział, upewniając się, że jego ton będzie lekki i delikatnie karcący. – Nie przyniosłem ci żadnych jagódek i nie chce mi się teraz z tobą walczyć, więc może odpuśćmy już sobie i pozwól, że wrócę do skrzydła szpitalnego w Hogwarcie, co? – Zamknął oczy, przypominając sobie okolice Hogsmeade, żeby aportować się tam z Draconem.
– Harry.
Powstrzymał go głos Dracona. Był cichy, ledwie szept, ale nie przerażony. Harry aportowałby się momentalnie, gdyby usłyszał od niego strach.
Otworzył oczy i spojrzał w kierunku, w którym Draco wskazywał palcem – nie na którąś z wydm, za którymi mógłby się czaić śmierciożerca, ale w stronę morza. Harry odwrócił się i spojrzał tam, niepewien, czego powinien wypatrywać.
Prawda była taka, że przez dłuższą chwilę kompletnie niczego nie widział. Piana ledwie odbijała złote światło, migocząc i rozrzucając na boki jego iskry, kiedy kończyły swój żywot, rozbijając się o plażę. W miarę jak Harry patrzył, fale zdawały nabierać coraz większego rozpędu i siły; wyglądało na to, że nadchodził przypływ.
A potem zobaczył dwa stożki piany, które uformowały migoczące, srebrne lustro, nie złote. Harry przymrużył oczy, starając się mu uważniej przyjrzeć, ale to nieustannie znikało za kolejnymi, wznoszącymi się falami. Zrobił krok w jego kierunku, chociaż musiał zaciągnąć ze sobą Dracona; on też zdawał się tym być ostrożnie zafascynowany, ale nie na tyle, żeby puścić pas Harry'ego i pozwolić mu stanąć o własnych siłach.
Harry usłyszał wtedy nucenie słodkich głosów, bez żadnych słów, tylko muzyka, która przypomniała mu o... czymś, czymś, czego nie był do końca wychwycić, ani pojąć. Zamrugał. Słuchał, ale symfonia nie nabrała na sile, a zaraz potem pojawiło się coś innego, co odwróciło jego uwagę.
Srebrne migotanie powróciło, zmieniając kształt i tym razem Harry był w stanie zobaczyć jak długi promień światła nabiera formy i kształtu. Przesłaniana włosami głowa wynurzała się z piany, utrzymując swój kształt nawet, kiedy uderzyła w nią sąsiednia fala.
Następnie w szarą wodę przeszyły białe pasma, zbierając się w jednym miejscu i tworząc lśniące nogi. Srebrne włosy poderwał wiatr. Światło wystrzeliło ze wschodzącego słońca, które wyglądało niczym tworząca się głowa.
I wtedy jednorożec wyszedł z morza.
Pieśń eksplodowała w głowie Harry'ego. Odkrył, że opada na kolana w chwili, w której kopyta jednorożca uderzyły o piasek z cichym dźwiękiem dzwonków. Potężny ogier stał przed nim przez chwilę, otrząsając pianę ze swojego rogu, po czym ruszył w kierunku Harry'ego lekkim truchtem.
Harry zamrugał, ocierając łzy z oczu. Nie wiedział, czy to przez muzykę w jego głowie, chór flecistów, wsparty przez pieśń, którą już znał, tę samą, którą śpiewało słońce i księżyc, czy to przez widok jednorożca, czy przez ciepło owiniętej wokół jego pasa ręki Dracona, który opadł oszołomiony na piasek razem z Harrym.
Czy też może przez niespodziewaną wiedzę, która pojawiła się w jego głowie, przybierając postać cytatu, który kiedyś przeczytał w starej książce o magicznych stworzeniach.
Jednorożec jest najstarszym wrogiem żmii.
Ogier zatrzymał się tuż przed nim i przyglądał się mu oczami, które wyglądały jak witraże.
Kiedy żmija przychodzi się napić z wodopoju i wypuszcza ze swoich przebiegłych ust jad, wszystkie zwierzęta czekają na przybycie jednorożca. A ten zawsze się pojawia następnej nocy, a wraz z nim przychodzi księżyc, nawet jeśli tej nocy twarz księżyca miała być odwrócona od ziemi. Zanurza swój róg w wodzie i rozchodzi się od niego lecznicze światło – ponieważ róg jednorożca jest lekiem na wszelkie trucizny – a wtedy woda znowu jest czysta i niewinna.
Ogier pochylił łeb i ta sama, łagodna siła, której wezwaniu wcześniej nie był w stanie się oprzeć, teraz zmusiła Harry'ego do podniesienia wysoko swojej ręki.
Swojej lewej ręki, na końcu której znajdował się urok iluzji, która zniknęła w chwili, w której znalazła się w pobliżu rogu jednorożca, niezdolna do zniesienia szczerości stworzenia stworzonego z tak niewinnego Światła.
Harry patrzył, jak czubek tego rogu delikatnie dotyka jego przeciętego nadgarstka. Momentalnie zalśniła nad nim olśniewająca gwiazda, posyłająca fale, niczym światło księżyca uderzające o nieruchomą taflę wody. Owinęła się ciasno i Harry był w stanie zobaczyć pasma trującej zieleni i czerni odlatujące od niego, zbierające się wokół srebrnych wirów magii jednorożca.
Moc, zarówno czysta jak i skażona, wpłynęła z powrotem do jednorożca. Ogier zebrał je na swoim rogu i przez chwilę trzymał łeb wysoko, potrząsając grzywą. Harry zobaczył, jak słońce oświetla i tym samym pomniejsza zaklęcia, które Bellatrix rzuciła na jego rękę, sprawiając, że te stały się niewielkie i bardziej żałosne niż problematyczne.
Nie sądził, żeby jednorożec zdołał zabrać je wszystkie, ale przejął na siebie ich znaczną większość, a Harry patrzył jak ten miota łbem i zrzuca ze swojego rogu mroczne inkantacje na piasek. Następnie podniósł przednie kopyto i nastąpił na nie, miażdżąc je na śmierć. Harry przyglądał się jak opadające niczym topór kopyto rozcina klątwy na kawałki i widział, jak te starają się zaatakować jednorożca, ale rozpadają się podczas swoich prób i podczas swojej ucieczki wsiąkają w ziemię, w której już nikogo nie będą w stanie więcej skrzywdzić.
Pieśń w jego głowie wzniosła się o kilka tonów w tryumfie.
Słońce wstawało.
Ogier znowu podszedł bliżej i pochylił głowę obok piersi Harry'ego, przypominając Harry'emu o tej chwili w lesie ostatniej jesieni, kiedy wydawało mu się, że zginie od rogu przeszywającego mu serce. Tym razem jednak róg tylko musnął ranę po ugryzieniu Voldemorta, a ta zalśniła i nieco bardziej się zamknęła.
Następnie jednorożec opadł na jedno kolano, z większą gracją niż byłby to zrobić dowolny żyjący koń, po czym obrócił łeb i wbił w Harry'ego lśniące oko.
Normalnie Harry by się sprzeciwił temu, co mu się wydawało, że ogier od niego chciał, ale takiemu spojrzeniu się po prostu nie odmawia. Ostrożnie wyplątał się z objęć Dracona – który, przyglądając się wszystkiemu w cichym podziwie, nawet nie zaprotestował – po czym, łapiąc po drodze jego grzywę, wspiął się na grzbiet jednorożca. Jeśli ciągnięcie za włosy w jakikolwiek sposób zadało mu ból, to ogier nie dał tego po sobie poznać.
Następnie wstał i zaczął galopować wzdłuż brzegu morza.
Harry'emu jakimś cudem nigdy nie przyszło do głowy, że jazda na jednorożcu będzie się w jakikolwiek sposób różniła od jazdy na koniu. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie miał możliwość sprawdzenia tego, ale gdyby go ktoś spytał, to pewnie by wzruszył ramionami i powiedział, że to pewnie nie różni się specjalnie od końskiej, nie?
Okazało się, że nie. Siła krążących pod nim mięśni była bardziej podobna do smoczych, jakby każdy ruch miał być przygotowaniem do wzbicia się w powietrze, czy do tańca, albo wzniesienia się ku światłu, które Harry widział u jednorożców tego dnia, kiedy je uwolnił. Skóra pod jego udami była niesłychanie delikatna, gładka niczym najwyższej próby jedwab i ciepła niczym wschodzące słońce. Dźwięk jego podków, cichy mimo dzwonków, które uderzały o piasek, mieszał się z muzyką w głowie Harry'ego, aż ten nie musiał zamknąć przed nimi oczu, zupełnie jakby światło odbijające się od rogu ogiera nie było wystarczające ku temu.
Jednorożec przeszedł do cwału. Teraz, kiedy naprawdę biegli z pełnym pędem, Harry czuł jak prędkość przeszywa cienie w jego umyśle, rozsuwając na boki wyjaśnienia i wymówki, które podał sobie i wszystkim innym, niszcząc i zrywając pajęcze sieci, które sam zawiesił, by te chroniły prawdy, przed którymi sam chciał się kryć.
W tym momencie zaczął podejrzewać, że już wie, czemu jednorożec go tutaj sprowadził, ale już było za późno na wycofanie się, czy krzyknięcie, że chce zejść na ziemię.
Jego uwagę odwróciły migoczące światła z boku, a kiedy Harry obrócił głowę w ich kierunku, zobaczył, jak obok nich biegną inne jednorożce: piękne, młode klacze, kolejny ogier z długą, lśniącą, srebrną blizną, ciągnącą się przez cały jego bok, którą nosił z dumą, źrebaki z różkami ledwie wychylającymi się spomiędzy krótkiego futerka i przyglądające mu się z wielkimi, przepełnionymi zaufaniem oczami. Wszystkie nosiły w sobie ten blask, który przemieniał innych ludzi, wznosząc ich do tych samych, niebotycznych wyżyn, które zajmowały mijające ich jednorożce, nawet jeśli mieli okazję doświadczyć tego tylko przez ulotną chwilę.
Biegli i biegli bez końca. A kłamstwa i oszustwa w umyśle Harry'ego opadały jedno za drugim, płonąc i rozrywając siebie nawzajem na strzępy.
Ogier skręcił niespodziewanie i Harry nagle zorientował się, że już nie słyszy dzwonienia jego podków. Zobaczył, że wznieśli się do lotu i lecieli ponad morzem niczym niska, srebrna kometa.
Harry objął kark jednorożca ramionami i pochylił głowę. Płonące łzy spływały mu po policzkach. Tak długo się im opierał, ale teraz już płynęły nieustannie i miał wrażenie, że nie będzie w stanie ich powstrzymać, póki ich wszystkich z siebie nie wyrzuci.
Pomagało mu, że nie płakał po prostu z żalu nad samym sobą, ale z radości na widok całego tego piękna wokół siebie.
Ogier zaczął opadać w dół, po czym wylądował na oświetlonej promieniami słońca fali i łagodnie się w niej zanurzył. Harry czuł, jak jego piżama przesiąka słoną wodą, ale miał pod sobą ciepło jednorożca, więc nie było mu zimno. Inne jednorożce wciąż im towarzyszyły, bawiąc się wśród fal, rozrzucając muzykę ze swoich rogów i śpiewając do siebie nawzajem z radością, której prawdopodobnie żaden człowiek nie byłby w stanie pojąć, ponieważ Harry uważał, że żaden człowiek nie jest w stanie być aż taki niewinny.
Ja też nie jestem, pomyślał, ale nie próbował powstrzymać łez, ponieważ zrozumiał, że na nic mu się to nie przyda.
Ogier płynął z nim wprost w kierunku słońca, więc Harry odsunął głowę do tyłu, czując jak ciepło wpływa w niego, oślepiająco i oszałamiająco. Kolejne łzy płynęły, a wraz z nimi nadszedł wstyd, żal i poczucie winy za śmierć Dragonsbane'a i małego chłopca, pogarda do samego siebie i odmówienie sobie żałoby, wyciągnięte z niego niczym trucizna, którymi były i bez trudu wchłonięte przez otaczające go potężne piękno, czystość i wodę.
Słowa, którym nie był w stanie stawić czoła w żadnym innym momencie, odbiły się teraz echem w jego głowie, reprezentując sobą łagodność ich otoczenia.
Jeśli poświęcanie się okazało się jednak złym wyjściem, Harry, to czemu wciąż upierasz się przy poświęceniach? Czemu żądasz od siebie rzeczy, których nigdy nie zażądałbyś od kogokolwiek innego? Przecież gdyby ktoś zażądał czegoś takiego od kogoś innego, to uznałbyś takiego człowieka za ciężko chorego szaleńca.
Harry wciągnął głęboki, pełen szlochu oddech i odpowiedział z centrum tego splątanego węzła, który zawsze czuł w samym środku swojej piersi, ilekroć płakał.
Nie wiem.
Niepewność zalała go i rozplątała węzeł. Harry opadł do przodu, a grzywa jednorożca owinęła się wokół jego twarzy niczym kosmyki słodkiej mgły, wypełniając mu nozdrza czymś więcej jak tylko zapachem kwiatów, pozbawiając go chwilowo przytomności od chwały, którą od nich czuł.
To między innymi dzięki tobie to całe piękno wróciło do tego świata, powiedział głos, który mógł należeć do niego, ale mógł też być głosem magicznych stworzeń, pływających wokół niego, cieszących się swoją wolnością.
Wiem.
Krótka pauza, a potem głos się znowu odezwał, naciskając na niego łagodnie. Mógłbyś się czasem zachowywać, jakbyś naprawdę o tym wiedział.
Harry ukrył twarz za dłonią, ale to mu w niczym nie pomogło. Wiedział, że światło wciąż tam jest, razem z jednorożcami i morzem, ciągnącym się na wiele mil wokół, piękniejszym i bardziej niespokojnym od dowolnej magii, nieśmiertelnym i przerażającym.
A jednorożce, które go osądziły, które jako jedyne miały pełne prawo go osądzać, nie odkryły w nim pragnienia.
Jego węzeł rozpadł się, a ciążąca w nim nienawiść – za jego porażki na cmentarzu, za to, co mu zrobiono, za to, co sam zrobił potem – wreszcie zniknęła i Harry odetchnął.
Podniósł głowę i zdjął swoje zaparowane okulary. Słońce wciąż go oślepiało, ale łagodny blask białych futer jednorożców – który kiedyś uważał za porównywalny do lśnienia nienaruszonego śniegu, ale nie, ten był znacznie delikatniejszy – połączony z blaskiem jego własnej duszy, statecznej zieleni przeplatanej złotymi iskrami na jego własnej skórze, uspokoiły go.
Da sobie radę. Jest w stanie ciągnąć to dalej.
A niektóre sprawy naprawdę nie były z jego winy.
Harry zamknął oczy. Wiedział, że prędzej, czy później jednorożce zawrócą i zaniosą go z powrotem do Dracona. Wiedział, że będzie musiał odpowiedzieć na pytania i oprzeć się kolejnym sugestiom wybrania się do rezydencji Malfoyów na wakacje i że Draco od razu zażąda od niego, żeby się natychmiast teleportowali z powrotem do Hogwartu. Tam będzie musiał znieść troskę Madam Pomfrey, która będzie bardzo zaniepokojona faktem, że złamał swoją obietnicę i opuścił skrzydło szpitalne.
A rozciągająca się za tym ścieżka była jeszcze cięższa, usiana niepewnościami: gdzie on się podzieje na wakacje, kto zostanie jego nowym opiekunem, jak zdoła prowadzić wojnę przeciw Voldemortowi bez zatracania się w nienawiści i furii, jak poradzi sobie z Lucjuszem, kiedy ten dowie się o jego stracie dłoni.
Ale wydawało mu się, że teraz jest gotów do kroczenia tą ścieżką. Nie musiał wiedzieć wszystkiego, a już na pewno nie od razu. Tkwił chwilowo w zawieszeniu, w tej słodkiej przerwie, którą będzie trzymał w pamięci, opadając z powrotem w to całe szaleństwo.
Wokół niego lśniło słońce, błyszcząc i nabierając na sile, morze wzbierało w przypływie, jednorożce pływały, piękno tańczyło wokół niego bez strachu, ponieważ wiedziało, że już nikt nigdy więcej nie spróbuje go spętać łańcuchami i powstrzymać od kontynuacji jego tańca.
Przez chwilę, w której odpoczywał, otaczały go zarówno wolność jak i spokój.
Przez chwilę istniało tylko piękno, światło i przejrzyste morze lśniące jedną milę za drugą, aż mu serce zamarło z podziwu.
Słońce wstawało.
