Rozdział 2

Czas powoli mijał pod okiem Kakashi'ego, który szkolił mnie na wojownika Ninja. Uczył mnie podstaw walki, taktyk, technik z ninjutsu. Ostatecznie zacząłem uważać go bardziej za starszego brata niż sensei'a. Od rozpoczęcia me treningu z Hakate minęły dobre 3 lata i powoli zbliżają się moje 10 urodziny.

Jesień w wiosce ukrytej pośród liści jest piękna. Najpiękniejsza ze wszystkich pór roku jakie są. Był 9 października roku 19xx. Patrzyłem z dachu mojego domu na ludzi, którzy po tych kilku latach zmienili choć trochę swoje zachowanie względem mnie. Byli bardziej obojętni niż mściwi. Ale to jest spowodowane tym, ze Hakate Kakashi jest moim mistrzem.

- Naruto-kun. - usłyszałem znajomy głos i się odwróciłem do srebrnowłosego rozmówcy - Idź spać, jutro czeka Cię ciężki trening...

- Wiem, wiem Sensei, lecz coś mnie gryzie w środku. Czuję, że dziś muszę w nocy być na nogach. Coś mi podpowiada, że od dzisiejszej nocy będzie zależeć czy ktoś przeżyje czy nie... - patrzyłem mu w jedno oko z poważną miną - Proszę, nie przeszka...

- Naruto... Wiem, że twoje przeczucie rzadko się myli, ale wiesz jak to bywa. Może jesteś wyszkolony na poziom Chuumina, ale nadal jesteś dzieckiem!

- Wiem! - krzyknąłem - Coś ma się stać w wiosce lub blisko niej, nie zginę. Obiecuje – patrzę na niego srogo. On tylko wyciąga zwój i go rozpieczętowuje w powietrzu

- Masz, przyda Ci się. Moje pozostałości po byciu w ANBU. Maska ma filtr biologiczny i chemiczny. Jest niewiele trucizn, które potrafią się przez nią przedrzeć. - bierze do ręki maskę, z smutnym, zamglonym wzrokiem. - Hee... Ile to minęło od początku...? - znów spojrzał w dal na las na zachodzie - Przeżyj Naruto-kun - położył maskę i znikną w kłębie dymu

Siedziałem na dachu do póki słońce nie zaszło za horyzont. Złożyłem ubranie ANBU, składające się z granatowego podkoszulka, spodni, płaszcza i białej maski wilka. Stałem tak dłuższa chwile. Bardzo długą chwile. Na zegarze wybiła godzina dwudziesta trzecia. Wtedy powoli ruszyłem ku ulicy głównej, skacząc po dachach. Gdzieś w połowie drogi ujrzałem jakieś zamieszanie na jednej z uliczek bocznych. Dwójka zbirów, z czego jeden wyglądał na trzy, ba czterodrzwiową szafę. Takiej góry żywego mięcha nigdy nie widziałem. Wyglądali jakby przed kimś uciekali, szybko uciekali. Ten większy z nich miał wierzgający worek na plecach.

Ruszyłem za nimi, ledwo za nimi nadążałem. Dogoniłem ich gdy zwolnili po wydostaniu się z obrębów murów miejskich Konohy. Wtedy zaatakowałem słabszego. Szybko i precyzyjnie, jak uczył mnie ten stary grzyb Kakashi. Chodź z dwójką ledwo dawałem sobie rady to jakoś parłem na przód. Atakowałem ich większością ataków jakie posiadałem. Pewnymi i tymi mocno niedopracowanymi, które mogły mnie zabić jak i przeciwników. Nagle z krzaków wybiegło kolejnych wrogów. Ci byli zamaskowani i nie dałem sobie z nimi rady. Nim się obejrzałem, dostałem tak mocno, że aż zobaczyłem wszystkie gwiazdy na niebie, a potem już nic. Ciemność...

Leżałem w wodzie. Nie słyszałem nic prócz bicia mego serca. Otworzyłem oczy, a tam widzę kanały. Wszystko wokół było obskurne. Nawet sosnowiec jest lepszy miejsce jeśli chodzi o sam punkt wizualny. Wstałem i kląłem z bólu, który tutaj dziwnym trafem odczuwam nie z zewnątrz, a z środka. Poczułem zapach siarki. Spróbowałem namierzyć źródło przykrej woni, i ruszyłem za nią.

Kluczyłem po tym labiryncie długo, straciłem poczucie czasu. Widziałem tylko te same ściany, szpetne jak nie wiem co. A śmierdziało gorzej niż w kanałach naszej pięknej wioski ukrytej pośród liści.

Nie wiem który raz skręciłem w boczny korytarz. To co zobaczyłem wywołało u mnie zdziwienie. Zamiast kolejnego korytarza widzę wielką sale, zalaną wodą i złotą bramę na środku. Chyba... Podszedłem i zobaczyłem wielkie bydle. Jak pół dzielnicy w Konohie. Na dodatek rude. "Pewnie wredne, dam rękę uciąć jeśli nie".

-JA ZARASZ DAM CI WREDNE! - nagle to coś zaczęło się na mnie wydzierać. Kobiecym głosem. Czułem, że mam prze-inną czynność seksualną, amen.

-Kim jesteś? - zapytałem niepewnie, obawiając się kobiecej torebki a co gorsza cegły w niej.

-Jestem Najwspanialszą z lisic głupcze, wasza rasa zwie mnie Kyuu'bim, ale nazywam się Yasaka, a ty młody, jesteś mym Jinchuurikim. - zobaczyłem jak ten. Tfu... Ta wielka lisica gapiła się na mnie jakby bym smakowitym kąskiem.

Mam się śmiać, czy płakać. Już wiem czemu nazywano mnie potworem. Ten wzrok, pełen nienawiści, chęci mordu. Patrzyłem tak chwilę w to wielkie czerwone oko. "Chyba będę potrzebował nowych spodni". Spojrzałem na resztę jej ciała i się głośno dumałem jak ono się tutaj mieści...

-Młody, młody, będziesz tak stał i patrzył się jak sroka w gnat? Czy sobie pójdziesz? Albo zostaniesz mi to obojętne tylko daj mi SPAĆ! - wydarła się, odwróciła tyłem i poszła chyba spać.

-Kobiety... Jak ja was nie rozumiem... - mruknąłem pod nosem, odwróciłem się szykując się do wyjścia a tu jakaś łapa na mnie ląduje i przygniatała do ziemi.

-Nie jakaś debilu tylko najpiękniejsza i najsilniejsza z wszystkich bijuu. Odszczekaj to – przygniatała mnie bardzo mocno. "Oby mi brzuch nie wybuch jak paczka chipsów." Myślałem i modliłem się do bogów znanych i nie znanych. - Ou... Nie wrzeszczysz? Jak niemiło. - usłyszałem smutny głos Yasaki i odpuściła - Uważaj to, za moją lekcję dobrego wychowania.

Poczułem jak życiodajna mieszanka gazów znów wpływa w moje płuca. Poczułem że żyję, jeszcze żyję. Mógłbym przysiąc, że zobaczyłem mojego staruszka po drugiej stronie.

-Możesz mi powiedzieć gdzie tak na prawdę jestem? - rozejrzałem się kanale – Co to za miasto, wioska?

-Wioska? - usłyszałem głośny, szyderczy śmiech - Wioska? - dalej śmiała się na całe gardło - To jest tu. - pacnęła mnie w głowę końcówką ogona - Wygląda tak, bo jesteś sam, przeżywasz ból psychiczny i fizyczny. Widziałam wszystko co przeżywasz, bo prócz spania to leczyłam Cię smarku. Może zechce mi się jeszcze z tobą gadać, a teraz WON! - ryknęła i mnie jakaś nieznana siła wyrzuciła mnie.

Znowu czuje ból. Wielki i pulsujący. Tuz zaraz po wielkim cierpieniu, nadszedł wielki smród. Otworzyłem oczy i ujrzałem oświetloną polanę przez małe ognisko. Kilka osób z opaskami różnych wiosek, a ich herby były przekreślone. Obok mnie siedziało kilka osób. Dzieci, najstarsze było w moim wieku. W krańcu polanki leżało ciało. Rozkładające się. To dobrze nie wróży.

Nagle polanę przeszył ryk i wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na ścierwo. Obok niego stał ghul. Nie... to coś jest większe i ma kolce. Arghul!"No to mamy prze-je-inną czynność seksualną". Spojrzałem na związanych i uciekających oprawców.

-Kurwa! Dlaczego nie zabrałem srebra... - kląłem sam siebie. Czemu nie wziąłem ze sobą nic? Nawet głupiego oleju na trupojady czy notki typu kartacz i czemu nie umiem dzielić przez 7. Teraz jedynie pozostaje mam to modlitwa do bogów, że ktoś wpadnie i nas uratuje...

-Niedoczekanie twoje, smarkaczu... - ten głos. Yasaka! –

Przybądź do mnie w imię zwycięstwa,

Nieśmiertelne Słońce, użycz mi szybkiego, lśniącego rumaka!

Płomienie Słońca, które rozpraszają mrok,

niechaj cię pochłoną!

Wykrzyczała. Spojrzałem w niebo, gdzie chmury się rozstąpiły ukazując pełne słońce. Ale jak to możliwe. Jest środek nocy, kilka chwil po północy, a tu wypisz wymaluj słońce. Czułem, że ta noc będzie jeszcze pełna niespodzianek.

Zbliżała się do nas ognista kula, która rżała jak konia. Kilka metrów przed celem niemiła się w rumaka zrobionego z ognia i przywaliła z całej swej mocy w wroga. Tez zaś został dezintegrowany przez te dziwne zjawisko.

- Yasaka… dzięki – tylko tyle potrafiłem z siebie wydukać. Mogło być gorzej… Zawsze mogło być.

- Nie dziękuj tylko się uwolnij, wieprzku. – zaczęła się głośno śmiać. „Hee… Bogowie czemu…" Wstałem i zacząłem skakać w stronę stery rozrzuconej broni pozostawionej przez uciekających bandytów. Chwyciłem broń i zacząłem powoli przecinać węzły. Następnie uwolniłem resztę zakładników. Większość była niedożywiona i ranna, możliwe że nawet chora.

Dwanaście biednych dzieci. Wyprostowałem się, wykonałem kilka pieczęci i strzeliłem prostym jutsu ognia w niebo. Te eksplodowało zielonym ogniem. Nasz umowny symbol wezwania pomocy.

Nie musiałem długo czekać na pomoc, w postaci kilku ANBU i Kaszalota

- Weźcie ich do szpitala, drużyna tropiąca niech przeczesze teraz. Uciekli niedawno. Uważajcie na trupojady, był tu jeden – rozkazałem? Możliwe, choć tak mogłem teraz pomóc najlepiej. Zrozumieli i bez jęków sprzeciwu ruszyli wykonując moje rozkazy. Ja zaś udałem się do srebrnowłosego mistrza – Wytłumaczę wszystko w raporcie, jutro. Muszę przemyśleć to co widziałem. – Nie czekając na jego słowa wstałem i ruszyłem w stronę domu. Czułem, że czeka mnie jeszcze długa noc…

Następnego dnia, o późnym poranku dopiero się obudziłem. Ciągle mnie prześladowało to co widziałem. Yasaka, Ci którzy stracili honor, owa dziwna technika, która nie tylko zniszczyła ponad połowę polany, ale i rozwaliła ją na jakieś trzydzieści, może czterdzieści metrów w dół. Przerażająca siła…

Zegar wybył dwunastą, czas się zbierać. Zwlokłem się z łóżka, wykonałem dla siebie codzienne czynności poranne i ruszyłem w stronę siedziby jednostki ANBU. Po drodze mijałem ludzi rzucających mi złe spojrzenia, jak i szeptali coś. Ze szczepków chodziło o słońce widoczne w środku nocy, wybuch i dziwne poruszenie pośród wysokich rangę w jednostce specjalnej. Jedynym wyjątkiem tutaj był klan Uchiha. Tylko ten wiedział, że więcej robię pożytku, niż szkody. Po krótkim spacerku stanąłem przed wejściem do bazy operacyjnej jedności sił specjalnych wioski ukrytej pośród liści.

Wkroczyłem do środka, kierując się prosto do gabinetu głównodowodząco, będącego zwierzchnikiem samego Kage. Wkroczyłem do niego i przeżyłem lekki szok. Sam przywódca wioski, bardzo rzadko sam zjawia się w tym pomieszczeniu, zazwyczaj tutaj odbywają się raporty małych misji, małoznaczących dla ogółu bezpieczeństwa kraju. Na przykład wybicie jakiś przestępców, lub inne misje rangi C. Reszta raportów składało się w gabinecie samego staruszka.

- Naruto-kun, co się stało? – zapytał spokojnym i miłym głosem. Może chce abym uważał go za dziadka, to ja czuję… Nie moje uczucia nie mają znaczenia, jest członkiem rodziny.

- Hokage-sama. – spojrzałem mu w oczy – To co widziałem, czy usłyszałem jest mało ważne. Ja… Sam nie umiem tego wytłumaczyć, ale to co się zdarzyło było niezwykłe. Wiem ze obecny tu Inoichi Yamanaka może przekazać wam co widziałem. Tylko Proszę, pokaz to co było od mojego przebudzenia w obozie. – wpatrzyłem się w niego przenikliwym wzrokiem.

- Hee… Niech ci będzie smarku, tylko nie patrz tak na mnie jakbyś chciał mnie zgwałcić, a potem zabić – słysząc to reszta wy buchnęła śmiechem a ja zmieniłem się w pomidor z złotymi liśćmi.

Joumin zabrał się do pracy. Wyciągnął ze mnie wspomnienie sceny ostatniej nocy, walki, a raczej sprzątanie po niej. Większość się nie domyślała kim była to coś, co mnie uratowało ze szponów panny w bieli otulonej, za szarą mgła czekającą na aby być przewodniczka tych co ówcześnie stąpają po ziemi. Jedynie srebrno włosy i staruszek się domyślają kim była stwórczyni tego ataku.

- Jesteś wolny Naruto – oznajmił Kakashi – Idziemy na ramen? – wypowiedział magiczne słowa. „Ramen, moja. Chcieć! RAMEN!" – Z chęcią sensej – powiedziałem powstrzymując swoją rządzę głodu – Stawiasz – a on na te słowa zbladł. Wiedział ile ja potrafiłem zjeść w ciągu jednej wizyty. Było tego multum.

Siedziałem z Kaszalotem przy barze i zjadałem swoją czwartą miskę boskiego jadła, zwanego ramen.

-Sensei, złapali ich? - zapytałem się dopiero po skończonej czwartej misce.

-Nie do końca, trup się nie liczy? - spojrzał na mnie i wrócił do swojej miski i po raz kolejny widziałem jak je przez maskę stworzona z prostej iluzji. Sam nie wiem, który to raz ale zawsze mnie to tak samo dziwi.

-A dzieci? Stan, i co macie w planach? - patrzyłem na staruszka, który przygotowywał dla mnie kolejną miskę jadła.

-O tym decyduje Sarutobi. Lecz pewnie da do wyszkolenia, a jak już jesteśmy w tym temacie to głowa Hyuga dziękuje Ci za odbicie jego pierworodnej córki. Chodź sam nie wierzy, że ktoś taki jak ty potrafi robić coś więcej niż tylko niszczyć - wybuchliśmy oboje śmiechem. Przecież tak nie jest, ja potrafiłem mordować, walczyć, jeść z siedem misek ramenu, dzielić przez sześć i osiem, ale też potrafiłem się uśmiechać. Z bólem, bo bólem ale zawsze coś. - Jak zjesz to leć do siebie, staruszek kazał ci chodzić do akademi. Mimo, że nieoficjalnie jesteś geminem, a raczej chuuminem. Maszy być w akademii na ósmą rano w sali czwartej.

-Sensei niech się nie martwi. Podejrzewałem, że tak będzie. No nic, mam nadzieję, że dalej będziemy chodzić na sparingi. - posłałem mu firmowy uśmiech. Skończyłem jeść i udałem się do domu.