Rozdział 2

Była głęboka noc, gdy wysiadł z autobusu. Rozejrzał się dookoła. Ani śladu żywej duszy. Tak jak prosił. Wpatrywał się w mur biegnący wokół terenów szkoły.

I co teraz mądralo?" Pomyślał. Skrył się w pobliskich krzakach i wyciągnął z kieszeni kufer. Powiększył go i wygrzebał z niego błyskawice. Wzbił się w powietrze. Miotła poderwała się do góry i zabujała nim na boki. Poczuł, że kręci mu się w głowie i mocniej chwycił się trzonka by nie zlecieć na ziemię. Przed oczami pojawiły mu się czarne plamki. Wziął kilka głębokich oddechów i ruszył powoli w stronę zamku. "Proszę, proszę, musisz mnie wpuścić, proszę. Potrzebuję pomocy..." Prosił w myślach, czując bariery wokół zamku. Znów zaczął powtarzać swoje błagania w myślach, niczym mantrę. Po chwili bariery przepuściły go. "Dziękuję" szepnął w myślach. Znów nie był pewny, co dalej.

Przyjrzał się ciemnej sylwetce zamku. Większość okien była ciemna i zamek prezentował się o wiele bardziej ponuro niż zazwyczaj. Nie miał ochoty na budzenie dyrektora i długą pogadankę. Już chyba wolał opieprz Pani Pomfrey, bo ona przynajmniej krzyczała i działała jednocześnie... Pani Pomfrey! Olśniło go i miał wielką ochotę walnąć się w łeb za swoją bezmyślność. Ona na pewno będzie wiedziała, co mu jest i ulży jego obolałemu ciału. Spojrzał w kierunku okien Skrzydła Szpitalnego. Pali się światło. Skierował trzonek miotły w tamtą stronę nie mogąc uwierzyć własnemu szczęściu. Pielęgniarka nie spała! Możliwe, że nie mogła zasnąć lub zajmowała się Syriuszem lub... Ktoś z Zakonu był ranny... Na tę ostatnią myśl cały się spiął i leciał już mniej entuzjastycznie cały zdenerwowany. Otworzył jedno i wylądował na posadzce. Pusto.

- Pani Pomfrey? - Zawołał ściągając kaptur i ruszył w kierunku pokoi pielęgniarki.

- HARRY! - Krzyknęła zdziwiona, gdy nagle wyszła z zaplecza z tacą z eliksirami. -Dziecko! Co ty tu robisz? Usiądź, za moment się tobą zajmę. Zresztą zaraz będzie tu Albus. - Powiedziała i pospieszyła do zajętego łóżka. Zerknął na leżącą postać, której wcześniej nie zauważył. Snape. Czyli jednak ranny człowiek zakonu. Cicho podszedł do łóżka obok. Rzucił na nie swoją miotłę i usiadł na brzegu. Zdjął okulary i zaczął uciskać nasadę nosa. Dopiero teraz dopadły go cały stres i zmęczenie. Spojrzał znowu w stronę łóżka. Zamarł. To normalne, że bez okularów widział wszystko zamazane. Jednak teraz widział wszystko nawet wyraźniej. Jedynie wokół leżącego mężczyzny unosiła się szara poświata, czarna na brzegach. Spojrzał zdezorientowany na pielęgniarkę. Wokół niej była zielona z brzegami ciemnofioletowymi… Aura? Przyjrzał się Mistrzowi Eliksirów.

- Popękana…? - Wyszeptał. Wstał i podszedł do nauczyciela jak w transie. - Popękana! - Sapnął głośniej zaskoczony. Niewiele myśląc (właściwie to wcale), zaczął rozpinać guziki pidżamy profesora, poczym dotknął rozgrzanej skóry. Miał gorączkę. Skupił moc w dłoni. Jego aura była żółtawa i iskrzyła się jakby był w niej złoty brokat. Przekazał moc do ciała nauczyciela. Pęknięcia wypełniły się na żółto. Zabrał rękę. Magia wytrzymała kilka sekund i szara aura na powrót się rozdarła. Zaczęła rosnąć w nim panika. Spojrzał w nogi łóżka gdzie stała pielęgniarka. Obok niej stał Albus Dumbledore trzymający mocno rękę na jej ramieniu. Nawet nie słyszał jak wszedł.

- Jak mu pomóc…? - Zapytał zrozpaczony. Dyrektor patrzył na niego badawczo. - Moja moc utrzymała się tylko sekundę… Jak naprawić popękaną aurę?! - Wrzasnął, gdy nie otrzymał najmniejszej odpowiedzi.

- Spokojnie chłopcze, coś zaradzimy. Ale najpierw powiedz, czemu nie jesteś u wujostwa? - Powiedział dyrektor spokojnie.

- Bo nie chciałem ich przypadkiem zabić! Nie śpię, jestem cały obolały. Mam wrażenie jakby magia we mnie miała eksplodować i roznieść na kawałki. Minimalnie się zdenerwuję lub chociażby zirytuję i już eksplodują szklanki. Gdy prawie wysadziłem dom w powietrze, przyleciałem tu jak najszybciej po pomoc. - Odpowiedział błyskawicznie. - A teraz… JAK MU POMÓC?! - Wrzasnął, a szyby w oknach na ścianie naprzeciwko roztrzaskały się w drobny mak. Pielęgniarka krzyknęła zaskoczona, a Dumbledore stał niewzruszenie, jakby nic się nie stało. Harry drgnął, gdy poczuł powiew chłodnego nocnego powietrza. Szybko przykrył profesora kołdrą, aż po brodę. Zdjął wierzchnią szatę i nią też okrył mężczyznę. Zdjął tylko broszkę z jaszczurką i rzucił obok błyskawicy, gdzie zaraz wylądowała także peleryna niewidka, zmniejszony kufer oraz sakiewka.

- Twoja magia dojrzewa. Pewnie poczułeś się lepiej, gdy zacząłeś rzucać zaklęcia. Twoi przyjaciele będą przechodzić coś takiego za około rok. W każdym razie większość. -Powiedziała Pani Pomfrey nieco drżącym głosem, wpatrując się z szeroko otwartymi oczami na jego poczynania.

- A jak mu pomóc? - Zapytał nieco spokojniej, patrząc na bladą twarz Snape'a.

- Severus jest silnym mężczyzną. Niedługo powinien się obudzić. Dajmy mu się wyspać. - Powiedział spokojnie dyrektor kładąc mu dłoń na ramieniu. Harry spojrzał w błękitne oczy. Poczuł jak zimny dreszcz przebiega mu wzdłuż pleców, gdy nie dostrzegł w nich zwykłych wesołych iskierek. Dumbledore przyglądał mu się i nad czymś intensywnie myślał.

- No! Dobrze chłopcze. Połóż się spać. Wszystko ustalicie jutro. Dzisiaj zostało już zrobione wszystko, co było można. - Powiedziała stanowczo Pani Pomfrey krążąc wokół niego i rzucając diagnostyczne czary.

*.*.*

Wybrał łóżko obok profesora. Umył się, ubrał dres, a następnie ułożył pod kołdrą. Miał złe przeczucia. Przyjrzał się twarzy mężczyzny. Zazwyczaj blada cera, jeszcze bardziej straciła swój kolor. Nie spodziewał się, że to możliwe. Spojrzał na przyniesione dla niego eliksiry. Wzmacniający, pieprzowy i uspakajający magię. Sięgał po kolejne fiolki i wypijał ich zawartość, połykając z trudem. Otworzył ostatni flakon, przyłożył naczynie do ust i zawahał się. Jego wzrok znów padł na jego profesora. Sięgnął po różdżkę i usunął eliksir jednym zaklęciem. Po sali rozszedł się dźwięk kroków. Chcąc uniknąć eliksiru nasennego odłożył cicho puste fiolki i ułożył się zamykając oczy. Pielęgniarka po chwili podeszła do jego łóżka. Wzięła puste naczynia, sprawdziła stan Snape'a i z westchnieniem udała się do swoich pokoi. Nastała cisza. Jedynym źródłem światła było światło księżyca wpadające przez naprawione już okna. Otworzył oczy. Był zbyt rozbudzony by spać. Niepokój sprawiał, że żołądek miał zawiązany w ciasny supeł. Wstał i usiadł na łóżku Mistrza Eliksirów.

- Dumbledore, mówi, że niedługo się obudzisz, jednak widać, że się czymś martwi. Mam nadzieję, że nie ma czym i jutro się obudzisz i zaczniesz mnie wyzywać za to, że jak zwykle robię zamieszanie, ryzykuję i nie trzymam się zasad. - Powiedział cicho wyciągając dłoń w stronę twarzy mężczyzny. Gdy tylko zorientował się, co zamierzał zrobić, poderwał się i zaczął wędrować u stóp łóżka.

- Co ja wyprawiam? Jakby wiedział to by mnie ukatrupił. Jestem chyba samobójcą. Głupi gryfonizm. Jak tylko się dowie to mnie wykastruje, udusi…- mamrotał do siebie wydeptując ścieżkę w podłodze. Nagle się zatrzymał. Powoli podszedł do śpiącego mężczyzny.

- Ale się nie dowiesz, prawda? - Wyszeptał wyciągając znów dłoń. - Pani Pomfrey na pewno dała ci leki, dzięki którym nie obudzisz się aż do rana. Zawsze tak robi… - Drżącymi palcami dotknął policzka Snape'a. Westchnienie uciekło z jego ust. Położył całą dłoń i zaczął głaskać delikatną skórę. - Kto by pomyślał… - wyszeptał siadając na łóżku. Przesunął dłoń we włosy profesora.

- Co ja wyprawiam? - Jęknął odwracając się tyłem do mężczyzny i chowając twarz w dłoniach. Wziął kilka głębokich oddechów i spróbował skupić swoje myśli. Spojrzał na swoje, dłonie i od razu jego myśli powędrowały do wspomnienia dotyku bladej skóry i czarnych pasm włosów przesuwających się miedzy palcami. Jęknął zrezygnowany, zamykając na chwilę oczy. Ponownie obrzucił spojrzeniem sylwetkę profesora. Pierś mężczyzny unosiła się w bardzo powolnym oddechu. Jednak najbardziej niepokoił go widok otaczającego mężczyznę blasku. Szarawa, niejednolita łuna. Miejscami jaśniejsza, a w innych miejscach prawie czarna. I rysy. Niektóre były drobne, widoczne dopiero, gdy się człowiek przyjrzał. Inne ciężko było przegapić. Miał wrażenie, że ta aura minimalnie się skurczyła. Chwycił nadgarstek mężczyzny. Wyczuł puls. Ostrożnie ułożył się na krawędzi łóżka obok niego. Przyłożył twarz do boku Snape'a tak, by móc słyszeć bicie jego serca, a dłoń położył na jego piersi. Zamknął oczy wsłuchując się ten kojący odgłos i skupiając się na rytmie, w którym jego dłoń unosiła się i opadała wraz z oddechem profesora.

*.*.*

- Panie Potter, proszę się odsunąć! Natychmiast! - Krzyknęła pielęgniarka, sprawiając, że zerwał się na nogi.

- Co się stało?

- Ma gorączkę. - Powiedziała tylko kobieta skupiając się na chorym. Harry spojrzał na profesora. Po jego skroniach spływała strużka potu i drżał.

- Trzeba iść po dyrektora… - Powiedział przerażony. Pani Pomfrey nie zwróciła na jego słowa uwagi, skupiona całkowicie na pacjencie. Przez moment się zawahał, po czym ruszył biegiem w stronę wyjścia z ambulatorium. Otworzył się drzwi i zderzył się z wchodzącym do skrzydła szpitalnego dyrektorem.

- Jest gorzej… On umiera… JAK mu pomóc?! - Zapytał histerycznie drepcząc za Dumbledore'em. Nie dostał żadnej odpowiedzi. Albus stał wyprostowany, z rękoma założonymi za plecami i milcząco wpatrywał się w leżącą postać.

- JAK?! Cokolwiek! Zaproponuj cokolwiek! Chociaż zasugeruj! - Wrzasnął Potter czując, że zaraz magia w nim eksploduje. Miał wrażenie, że jego skóra zamieniła się we wrzącą ciecz od krążącej tuż pod nią energii, a jeszcze chwila, a będzie musiał uwolnić całą tą energię i najprawdopodobniej zabije starca lub ogień zacznie trawić mu kości. Zacisnął pięści. Dyrektor w tym czasie zamknął powoli oczy.

- Pertalla Panua. - wyszeptał niechętnie otwierając je z powrotem.

- Co to? - Warknął Harry.

- Stare elfickie zaklęcie łączące osoby. Po tym bylibyście jak… Cóż, to byłoby tak jakbyś był magiczną istotą, a Severus twoim towarzyszem, ale nie do końca. Sądzę, że działałbyś na niego uspakajająco i mógłbyś przekazywać mu moc. To zaklęcie tworzy więź, ale sami jej użytkownicy, a w szczególności nawiązujący ją, decyduje o jej głębokości.

- Korzystne dla nas obu… Pertalla Panua, tak?

- Dokładnie. - potwierdził dyrektor nie patrząc na chłopaka. Harry spojrzał na profesora i myślał o tym, co usłyszał. Podszedł ostrożnie do Severusa. Lewą ręką chwycił prawą dłoń mężczyzny, a drugą położył na jego nagiej piersi na wysokości serca. Nie odrywał spojrzenia od sylwetki Mistrza Eliksirów. Zaczął się uspakajać.

- Pertalla Panua, kchioliczia ti. Paralęrra. Atoli solte. Panau. Foltarra. Palte Folka karliaczczila uwalte. - zaczął już całkowicie spokojnie inkantację. Słowa płynęły same z siebie - Pakrulla. Testarle. Testrallu pekrulli kesta At. - Harry czuł jak jego moc z dłoni przepływa do serca Snape'a, a na jej miejsce wpływa obca magia. Pochylił się i złożył czuły, delikatny pocałunek na ustach profesora. Moc wokół nich zawirowała. Nagle wszystko ustało. Zapiął guziki szpitalnej koszuli i otulił kołdrą. Usiadł z nieobecnym wzrokiem na łóżku obok. Zaczęło do niego docierać, co się właśnie stało… O boże! Pocałował tłustowłosego nietoperza! Policzki nagle go zapiekły. Poczuł na sobie spojrzenie dyrektora.

- Eeee… To chyba już… to znaczy na pewno. Ehm… Mogłaby Pani rzucić kilka zaklęć diagnozujących? - Spytał po chwili nieco pewniej. Z trudem spojrzał na twarz swojego… towarzysza.

- Gorączka już ustąpiła i raczej po prostu śpi teraz głęboko i spokojnie. Nie czuje by coś mu obecnie dolegała. No… poza popękaną aurą. Przydałyby się jakieś eliksiry wzmacniające i na pewno jeden uspakajający na chwilę, gdy się obudzi. - Odezwał się nagle całkowicie pewnie. Zaskoczony własnymi słowami spojrzał na Dumbledore'a.

- Na pewno masz rację chłopcze. - odparł z uśmiechem. Potter miał jednak wrażenie, że ten uśmiech nie obejmuje oczu. – Jesteś teraz osobą, która o takich rzeczach jak jego stan psychiczny i fizyczny będzie wiedziała najlepiej. Dzięki więzi. Poszedłbyś do mnie na herbatkę, Harry? - Spytał.

- Eee… no, więc… hm… - zaczął się jąkać, spoglądając to na jednego to na drugiego mężczyznę. Dodatkowo czuł się niepewnie pod badawczym spojrzeniem dyrektora, a myśli w wirowały mu w głowie.

- Spokojnie. Teraz w stosunku do Severusa powinieneś działać bardziej intuicyjnie. Co ci ona podpowiada?

- No… hm…

- No dalej, Harry. Nie wstydź się. Każda odpowiedź jest dobra.

- Chyba powinienem z nim zostać… Coś mi każe być przy nim i pilnować, by nic mu nie zakłóciło snu, by był bezpieczny… Chociaż i bez więzi bym się o niego martwił. Wiem, że pewniej by się poczuł w swoich komnatach, ale nie może się tam obudzić. Gdy obudzi się tutaj będzie wiedział, że było z nim źle i mniej się zdenerwuje na mój widok. Jakby obudził się w lochach… Ciężej byłoby mu w to wszystko uwierzyć i zaakceptować.

- Na pewno masz rację. Jestem teraz pewien, że zostawiam go w dobrych rękach. -Odpowiedział z uśmiechem dyrektor - Porozmawiamy o twojej mocy i nowych zdolnościach oraz wszystkich innych zmianach, gdy więź się ustabilizuje. - dodał wychodząc z sali.

Przez dłuższą chwilę Harry siedział na łóżku wpatrując się w zamknięte drzwi. Magia wreszcie przestała w nim wrzeć i w jednej chwili poczuł jakby uszło z niego całe powietrze. Z zawieszenia wyrwało go burczenie w brzuchu.

- Zgredku! - Zawołał, a uradowany skrzat od razu się pojawił. - Czy mógłbyś przynieść mi na kolację jakąś kanapkę i herbatę? - Poprosił. Sięgnął do kufra i wyciągnął jego rzeczy po Dudley'u.

- Mógłbyś się zająć tymi szmatami? - Zapytał, gdy tylko pojawił się skrzat z kolacją. I pokazał dokładnie, o co mu chodzi. - I czy mógłbym w miasteczku kupić jakieś mugolskie ubrania? Albo jakoś nie wychodząc z zamku?

- Tak, Panie Harry! Zgredek pomoże! Zgredek wszystko jutro przyniesie! Nie ma się, czym Pan martwić! Zgredek jest uradowany, że może Pana zobaczyć tak szybko! I że Harry Potter, Sir, poprosił właśnie Zgredka o pomoc! - Zawołał uradowany, po czym zniknął. Harry szybko zjadł kolację. Zrobił już wszystko, co mu wpadło do głowy i nie miał już, czym zająć myśli. Nawet wszystkie swoje rzeczy idealnie poukładał. Zaczął obserwować śpiącego mężczyznę. Spał spokojnie z tym swoim surowym wyrazem twarzy, tylko minimalnie mniej srogim niż gdy nie spał. Do sali weszła Pani Pomfrey. Ułożyła na stoliku nocnym wszystkie potrzebne eliksiry, po czym wyciągnęła rękę by sprawdzić czy profesor ma temperaturę. Mężczyzna poruszył się niespokojnie.

- Czy profesor Snape powinien zażyć teraz jakieś eliksiry? I czy mógłbym zobaczyć wyniki Pani zaklęć diagnozujących? - Zapytał podchodząc do łóżka i chwycił dłoń Snape'a.

- Pójdę po wyniki. Ty w tym czasie podaj mu eliksir wzmacniający i odżywczy.

Miał dziwne wrażenie, że pielęgniarka jest rozdrażniona. „Może się złości, że miałem rację i zabieram jej pacjenta" westchnął w myślach. Wszedł do łóżka profesora tak, że mężczyzna opierał się plecami o jego pierś będąc w pozycji półsiedzącej. Sięgnął po pierwszą buteleczkę. Gdy tylko delikatnie przesunął brzegiem fiolki po wargach mężczyzny, te rozchyliły się. Przechylił zaczynie gładząc delikatnie jego szyję. Snape przełknął ufnie oba eliksiry. Poprosił Zgredka o ciepły rosół w kubku i nim również go napoił. Przywołał drugą poduszkę i położył się wraz ze Snapem. Profesor zaczął się wiercić przez sen. Ułożył się bardziej na boku, a ucho przyłożył w miejscu serca Harry'ego. Westchnął i głęboko zasnął. Chłopak objął go i zaczął jeździć dłońmi po jego plecach. Odsunął kosmyki, które śpiącemu zsunęły się na twarz i zamarł. Severus był całkowicie rozluźniony, a usta ułożyły się w delikatnym uśmiechu. Normalnym uśmiechu, a nie tym ironicznym skrzywieniem warg! Gdy spał taki rozluźniony i zadowolony wyglądał wręcz pięknie. Harry nie mógł oderwać wzroku od tego widoku. Ostrożnie przeczesał jego włosy palcami. Po chwili, zamyślony, głaskał go nieprzerwanie. Wciąż był nieco niepewny i przerażony swoimi odruchami i pragnieniem bycia blisko mężczyzny.

- Mam towarzysza... - Szepnął cicho wciąż nieco oszołomiony tym, co zrobił. Spojrzał jeszcze raz na delikatny uśmiech Snape'a i poczuł się lepiej. Sam również się uśmiechnął. Teraz jeszcze nie będzie myślał o czekającym go poranku. Postanowił zachować się bardzo gryfońsko i iść na żywioł.