Rozdział 12

Kolejny tydzień minął bez zakłóceń. Przed wyjściem głaskał Severusa po włosach, całował czule w policzek i wychodził ćwiczyć. Widywał się z nim ponownie na śniadaniu. Potem szedł z profesor Sprout do szklarni. Przez pierwsze trzy dni pracował cały spięty i wszystko leciało mu z rąk. Część umysłu stale badała więź w obawie przed kolejnym atakiem. Nic jednak takiego nie nadeszło.

- Cieszę się, że twoja obecność tutaj nie ma żadnych negatywnych konsekwencji, Harry. - Odparła z uśmiechem kobieta, przyglądając się chłopakowi, przekopującemu kompostownik. Mijał siódmy dzień od kiedy Gryfon zaczął jej pomagać.

- Jestem tym zdziwiony. Wygląda na to, że magia się stabilizuje.

- To bardzo dobrze. Nie wiem jakbym sobie poradziła. Coraz ciężej mi wykonywać niektóre prace. Nie do wszystkiego mogę używać magii. Normalnie robi to Hagrid, ale jeszcze nie wrócił z wakacji.

- A nie myślała Pani by wykorzystywać ku temu szlabany? - Spytał wycierając pot z czoła i opierając się o widły.

- Harry! Nie mam tyle serca by wlepiać szlabany o byle co. Jestem zbyt miękka jeśli o to chodzi…

- Może pani poprosić innych profesorów by wysyłali do pani uczniów. Na przykład profesor McGonagall lub Severusa.

- Profesor McGonagall wysyła większość uczniów do Filtcha…

- Och, ale Nasz Mistrz Eliksirów nie może mieć już bardziej posegregowanych składników. Tym bardziej gdy już się posegreguje posegregowane… Na pewno starczy mu ukaranych uczniów by się podzielić!

- Hahahaha, racja! Spytam go.

- Tylko proszę nie mówić, że to za moją sugestią. Może się wtedy nie zgodzić. - Poradził wracając do pracy. Profesor Sprout przyjrzała się ogromnej górze nawozu.

- Jest go już za dużo… Większość jest już gotowa do użycia… Trzeba coś z tym zrobić… Normalnie Hagrid brał go dużo i przekopywał ogródek. Musimy poczekać chyba z tym do jego powrotu.

- Możemy go popakować do worków jutowych. Skrzaty powinny mieć ich masę w kuchni. Potem wezmę kilka na taczkę i zawiozę je obok jego domku. - zaproponował. Kobieta skinęła głową w zamyśleniu. Wbił widły w stertę kompostu i pobiegł truchtem do kuchni.

Skończył pakować i przewozić cuchnącą breję godzinę przed obiadem. Chociaż pstwierdzenie, że skończył, to za dużo powiedziane. Po prostu miał już na dzisiaj dość. Wziął długi gorący prysznic rozgrzewając zesztywniałe mięśnie. Wyszorował się kilka razy mydłem próbując pozbyć się zapachu ziemi i zgniłych resztek roślin. Wszedł do Wielkiej Sali i usiadł na swoim miejscu.

- Panie Potter, czy postanowił Pan sprawić by pana uciążliwa obecność stała się jeszcze bardziej nie do zniesienia? Czy też może bez wsparcia swoich Gryfońskich kolegów nie umie Pan korzystać z prysznica? - przywitał go sarkastyczny ton.

- Jeszcze czuć ode mnie nawóz? Bardzo przepraszam, próbowałem zmyć z siebie ten zapach. Możliwe Profesorze, że jednak nie obędzie się bez pomocy z Pana strony w tej kwestii…. – zasugerował uprzejmie.

- Nie jestem Pana niańką, Panie Potter. Jednakże, jeśli musi już pan obok mnie siedzieć, wolałbym byś ograniczył nachalność swojej obecności do minimum.

- Robię to, Severusie. - Powiedział cicho. I taka była prawda. Gdy byli w tym samym pomieszczeniu, siedział cicho w jakimś ciemnym kącie udając, że go nie ma. Nie inicjował najmniejszego dotyku. Nie nawiązywał więzi jak to zwykle robił gdy kładli się spać. Usilnie starał się nie obracać w jego kierunku przez sen, nawet jeśli Snape leżał twarzą w jego stronę. Po zachowaniu towarzysza na Grimmuald Place doszedł do wniosku, że może i dla niego to wszystko jest dziwnie naturalne, to mężczyzna nie poradził sobie z tym jeszcze. On nie miał problemów z zaakceptowaniem sytuacji. Możliwe, że to dlatego, iż sam ją zawiązał. Jednak, gdy zobaczył tego silnego mężczyznę bez jego zwykłej maski… kruchego, z którego ucieka życie… Czuł, że MUSI go chronić. Że jest już u kresu wytrzymałości i go potrzebuje. Woła go. Czuł jakby czekał na to od lat. To, że widział aurę również pomagało. Wiedział, że wyzwiska są wybikiem bystrego, krytycznego i analitycznego umysłu, który dostrzega masę szczegółów, ale także jest to poza obronna. Jak miał się wściekać i złościć za obelgi, w których nie było nienawiści. Widziałby ją. Każdy zjadliwy komentarz był testem, kiedy osoba się znudzi lub zrezygnuje lub jakie ma motywy.

- Porozmawiamy o tym później, Potter. - wysyczał w odpowiedzi Snape. Jego aura pulsowała czerwienią. Przecież nic nie zrobił, wiec co mogło tak wkurzyć profesora? Reszta obiadu minęła w miarę spokojnie. Chociaż czuł na sobie intensywne spojrzenie innych osób siedzących przy stole.

*.*.*

Gdy tylko skończył jeść i wziął łyk wody, Snape poderwał się i wyciągnął go siłą od stołu. Harry musiał za nim praktycznie biec, bo przez całą drogę do lochów był szarpany za nadgarstek.

- Co ty wyrabiasz, Potter?! - wrzasnął wściekły, gdy stanęli na środku salonu.

- O co chodzi?

- To ja się pytam o co chodzi!?

- Ale ja naprawdę nie wiem o co pytasz… Musisz uściślić o czym mówisz.

- O twoim dziwnym zachowaniu! Od czasu… powrotu z domu Black'a zachowujesz się dziwnie!

- Po prostu zauważyłem, że nie akceptujesz do końca sytuacji, a ja ci w tym nie pomagam. Dlatego usunąłem się w cień.

- A te ataki?! Jakim cudem ich teraz nie mam, mądralo!? Tym bardziej, że się do mnie nie kleisz jak lep. I czemu miałem atak w tamtej ruderze, bez ostrzeżenia?!

- Kara nie nadchodzi tylko z powodu separacji, ale także z powodu odrzucania przez ciebie więzi. Tłumaczyłem przyjaciołom sytuację, wiec dlatego mnie przy tobie nie było. Następny ranek spędziliśmy, wśród członków Zakonu Feniksa. Wtedy w szczególności zacząłeś odrzucać więź. Udawałeś, że jej nie ma. Że nic się nie stało. Zachowanie osób obecnych w kuchni pomogło udawać ci że jest jak dawniej. Dodatkowo nie wiem czy na ludzi ma jakiś wpływ przyjęcie do stada wilkołaka. Jeśli tak, to możliwe, że nie akceptując przynależności do stada, nie zaakceptowałeś również mnie lub części połączenia.

- A dlaczego teraz nie mam ataków bez twojego obmacywania?

- Może dlatego, że zaakceptowałem to, że nie chcesz mojego dotyku. Wpływ mogą mięć moje postanowienia i intencje. Skoro postanowiłem nie inicjować niczego póki sam nie wykażesz chęci, magia nie karze cię, za brak kontaktów… - mówił spokojnie. Podszedł do drżącego ze złości Snape'a, który pilnie mu się przyglądał. - Co nie znaczy… - zaczął ciszej, stojąc tuż przed nim i wyciągnął w jego kierunku rękę.- że tego nie chcę lub że słabiej pragnę cię. - przesunął palcami po policzku. Mężczyzna zamknął oczy, a jego ramiona przestały drżeć. Harry zabrał dłoń.

- Oczywiście możesz zrobić wszystko co zechcesz, poprosić o co zechcesz, zapytać lub opowiedzieć cokolwiek zechcesz i zostanie to między nami. - Dodał sięgając na stolik do kawy po podręcznik od zielarstwa i usiadł z brzegu kanapy. Otworzył na zaznaczonej stronie i zaczął udawać, że czyta trzymając książkę w prawej ręce, opartej o podłokietnik. Czuł na sobie intensywne spojrzenie ciemnych oczu jednak nie zareagował. W zamian spróbował skupić się na rozdziale o mandragorach. Doszedł do końca strony. Obrócił ją i położył dłoń z powrotem obok siebie na kanapie. Snape usiadł, wciąż wściekły po drugiej stronie kanapy. Potter udawał, że wcale tego nie zauważył i nie czuje niestabilnej aury. Nagle poczuł delikatny dotyk na swojej dłoni. Był tak przejęty udawaniem, że nic nie widzi, że aż to przegapił. Ujął dłoń Mistrza Eliksirów i pogładził ją pieszczotliwie kciukiem. Po kilku minutach kanapa drgnęła. Snape położył płasko dłoń chłopaka na swoim udzie i przykrył swoją. Tak jak wcześniej w przypadku dłoni, poruszył palcami by pogładzić jego udo poprzez materiał spodni.

*.*.*

Stał na środku pokoju oniemiały i wpatrywał się w czytającego Pottera. Opadł na przeciwną stronę kanapy. Co za bachor! A on myślał, że to wina incydentu w łazience i zaczynał mieć wyrzuty sumienia! Właściwie to powinien się cieszyć. Prawie wrócił do poprzedniego stanu. Chociaż orgazm nie jest raczej zła rzeczą… Chodził coraz bardziej wkurzony i spięty od prawie tygodnia! Spięty i zły… Spojrzał na swobodnie leżącą dłoń i przypomniały mu się wszystkie chwile gdy zręczne palce masowały jego napięte mięśnie, bezbłędnie odnajdując najboleśniejsze punkty, równocześnie nie omijając żadnego miejsca. Nim się spostrzegł wyciągnął rękę ku leżącej dłoni. Potter chwycił go za rękę i delikatnie pogłaskał kciukiem nie odrywając wzroku od tekstu. Zirytowało go to. Chciał jakiejś reakcji chłopaka. Przysunął się bliżej i położył dłoń na swoim udzie. Avadowe oczy przestały błądzić po treści książki, a jego dłoń zareagowała jak poprzednio. Za mało. Chciał by dzieciak na niego spojrzał. Podniósł jego dłoń ze swojej nogi i położył głowę na zgrabnym udzie. Potter zerknął na niego zaskoczony najwidoczniej takim obrotem spraw. Obrócił stronę w podręczniku i pogłaskał go po ramieniu nie zabierając już z niego ręki. OD KIEDY DUREŃ STAŁ SIĘ TAKIM KUJONEM?! Zły wyrwał mu z ręki książkę. Zatrzasnął ją i rzucił na ziemię przy kanapie. Harry zamrugał zaskoczony wpatrując się w wciąż wyciągniętą, jednak już pustą, dłoń. Spojrzał w końcu na niego i czule się uśmiechnął. Nagle zrobiło mu się cieplej, więc odwrócił wzrok od chłopaka. Po chwili poczuł, że młode palce są na swoim miejscu. W jego włosach, przeczesując je powoli i delikatnie masując skórę głowy.

*.*.*

Zaskoczyło go zachowanie Severusa. Jednak nie zamierzał protestować. Wsunął palce w jedwabiście czarne włosy. Nareszcie. Cieszył się też, że jego książka wylądowała na podłodze. Patrzył jak ciało i aura mężczyzny całkowicie się uspakajają, a czarne pasma przelewają przez palce.

- Przez te swoje wszystkie wybryki w przeciągu kilku tygodni, zgotowałeś mi sporo stresu, a także jestem w tyle z miksturami do skrzydła szpitalnego. Musisz mi się za to odpłacić! Wymasuj mi plecy! - rozkazał Snape po pewnym czasie, chociaż chyba nie wyszło mu to tak ostro jak zamierzał.

- Oczywiście, jak sobie życzysz. - odpowiedział potulnie i schylił się by zdjąć buty.

- Można spytać co ty wyrabiasz, Potter?

- Zdejmuję ci koszulę. - odparł spokojnie zajęty już czarnymi guzikami.

- A po co zdjąłeś buty? - spytał podnosząc się i zdejmując koszulę do końca. Harry w tym czasie usiadł w poprzek na kanapie i przysunął się do profesora.

- Ponieważ będzie nam wygodniej w innej pozycji. - poinformował spokojnie, przyciągnął do siebie i padli razem z powrotem na podłokietnik. – Ułóż się na mnie wygodnie, a ja spełnię twoją prośbę. - dodał.

Snape podniósł się i zdjął również swoje buty. Następnie ułożył się niepewnie na piersi chłopaka, wsuwając mu ręce pod plecy, bo nie znalazł żadnej innej wygodnej dla nich pozycji. Snape przytuli się do niego! I to sam z siebie! I leży na nim całym ciałem! Uśmiechnął się i zaczął masować plecy, barki i kark mężczyzny. Mógł to robić bez końca. W szczególności po tygodniu tęsknoty za jego bliską obecnością.

- Co zostało ci do uwarzenia?

- Hektolitry eliksiru uspakajającego, wzmacniającego i na przeziębienie…

- Po obiedzie ci pomogę. Wstawimy więcej kociołków i będę przygotowywał składniki pod twoim okiem. Zrobimy hurtową produkcję.

- Normalnie warzę eliksiry po śniadaniu. Co niby miałbym robić jutro w tym czasie?

- Mógłbyś pójść ze mną do szklarni. Sprawdzić jak rosną składniki twoich eliksirów. No i nie zaszkodzi ci nieco słońca.

- Nie ma mowy. Nigdzie nie idę. - burknął.

*.*.*

Gdy się obudził, Potter był wciąż przy nim. Dokładniej mówiąc pod nim. Możliwe, że ten fakt wypłynął, na to, że chłopak nie biegał jak głupi w koło zamku. Harry trzymał go mocno przyciśniętego do piersi. Ogień w kominku wygasł i pozostało tylko trochę żaru. Jednak nie było mu zimno. Gryfon grzał go przyjemnie. Poruszył się i poczuł, że jest dodatkowo okryty kocem. Wyłuskał z kieszeni różdżkę i rzucił Tempus. Trzecia trzydzieści rano. Lub jak kto woli - w nocy. Tajemnica obecności Pottera wyjaśniona. Nie miał pojęcia kiedy zasnął. Stracił tyle czasu! Był na siebie taki zły za to marnotrawstwo! Właściwie to… chciał być zły. Powinien. Ale jakoś nie potrafił… Westchnął i położył się z powrotem. Przyjrzał się ciału chłopaka. Nie był już tak wychudzony. Żebra stały się mniej widoczne. W końcu dzieciak codziennie intensywnie się rusza przez około… siedem godzin?! Zaczął się zastanawiać w jakim byłby stanie, gdyby przez taki czas biegał, robił pompki, przysiady i diabli wiedzą co jeszcze, a potem pracował zgięty, nosił doniczki lub przekopywał grządki… W głowie pojawiła mu się jedna, Potterowsko elokwentna myśl. - Ał. A on jeszcze prosił dzieciaka o masaż… Ręce wciąż miał pod Harrym. Zgiął palce przesuwając nimi mocno po jego skórze. Odpowiedział mu cichy pomruk. Zamknął oczy w obawie, że zaraz pojawi się skrzat, by obudzić chłopaka.

*.*.*

Pojawił się Zgredek. Ostrożnie poprawił leżący na nich koc i zaczął delikatnie budzić Harry'ego. Ten mruknął coś niezrozumiale. Harry objął mocniej profesora w pasie, a druga ręka powędrowała do jego włosów.

- Harry Potter, sir! Musi Pan wstawać! - Nalegał skrzat. Chłopak na to próbował się podnieść jednak szybko opadł z jękiem na kanapę..

- Nie dam rady, Zgredku… Przesadziłem wczoraj.

- Co pana boli, Harry Potter, sir?

- Wszystko! Plecy, nogi.. Ha! Nawet pośladki. - zachichotał przy ostatnich słowach. -Wolałbym być obolały z nieco innego powodu. – mruknął do siebie głaszcząc biodro Severusa. Snape słysząc to zadrżał wewnętrznie i poczuł, że robi mu się ciepło. Skrzat położył po sobie smutno uszy.

- Harry Potter, sir… Obojętnie co powiesz muszę cię zmusić do wstania… Jak prosiłeś, sir… Na bolące ciało powinien pomóc ciepły prysznic.

- Już… - mruknął poddając się. Delikatnie owinął nagi tors Severusa kocem. Wciąż go trzymając przy sobie ukląkł na kanapie. Wsunął jedną rękę pod kolana mężczyzny i wstał z nim w ramionach.

- Pomożesz mi, Zgredku. - szepnął idąc do sypialni. Skrzat posłusznie otworzył przed nim drzwi, a gdy stanął z boku łóżka, odsunął kołdrę. Harry delikatnie ułożył mężczyznę na materacu. Zdjął mu spodnie i dokładnie okrył kołdrą. Jak co rano pocałował go w policzek i ruszył do drzwi.

- Stój, Potter. - zatrzymał go stanowczy ton Snape'a. - Rozbieraj się. A ty, Zgredku, przynieś z łazienki oliwkę. – rozkazał i odwinął się z koca, zostawiając go jednak na ramionach i plecach. Harry i skrzat wymienili zdziwione spojrzenia, jednak wykonali polecenia. Chłopak stał nagi w połowie drogi do drzwi i czekał. Snape odsunął się na drugą połowę łóżka.

- Kładź się. Na brzuchu. - poinstruował wskazując na zwolnioną część materaca. Gdy chłopak to zrobił, okrył ich obu kołdrą i usiadł na biodrach dzieciaka. Nalał na skórę nieco oliwki i zaczął masować. Mając znów pod sobą żywy piecyk, pozbył się szybko koca. Wsłuchiwał się w całą gamę wydawanych przez Harry'ego dźwięków. Wzdychał, syczał, jęczał i mruczał w zależności od tego, którym mięśniem się zajmował i jak długo. W końcu gdy chłopak przestał marudzić i syczeć, zsunął się z pośladków na uda. Rzucił na buteleczkę czar chłodzący. Rozsunął nogi Pottera i usiadł między nimi. Harry zadrżał gdy poczuł na skórze zimny olejek. Snape zaczął ugniatać pośladki wywołując znowu jęki i syki. Tak samo przy nogach. Skończył. Spojrzał na lśniące od olejku ciało. Jego wzrok przykuły pośladki. Od razu stanęła mu przed oczami scena w łazience na Grimmuald Place. Przesunął po nimi opuszkami palców. Z zamyślenia wyrwał go zadowolony pomruk chłopaka.

- Wynoś się pod prysznic. - powiedział wymierzając mu słabego klapsa.

- Pod prysznic?! Nie ma mowy! - Oburzył się, podpadł na łokciach i obrócił głowę w stronę nauczyciela.

- A to dla czego? Już dość czasu ci umknęło z twojego programu ćwiczeń. - ponaglił. Nim się obejrzał chłopak uniósł się pociągnął mężczyznę tak, że ten leżał obok niego na materacu i nachylał się nad nim.

- Żeby zmyć twój dotyk? Nie ma mowy. - odparł Harry stanowczo i nachylił się powoli ku ustom profesora.

- Czy ty przypadkiem nie mówiłeś coś o tym że postanowiłeś nie być tak nachalny jeśli chodzi o dotyk? - powstrzymał go Severus nim ich wargi się spotkały. Gryfon westchnął i zamknął oczy.

- Fakt. - mruknął i ułożył się obok, przytulając do siebie mężczyznę.

- Nie spieszysz się przypadkiem?

- Mam w planach przekopywanie ogródka Hagrida i walkę z kompostem, więc dzisiaj tylko się przebiegnę i porozciągam… Albo może sobie zrobię dzień przerwy. Nie powinno mi to zaszkodzić.

- Za dwie godziny śniadanie.

- Świetnie. W takim razie mamy dwie godziny, by sobie jeszcze poleżeć. – odparł dziarsko, przykrywając ich kołdrą.

- Leżymy od wczoraj.

- Oj czasem człowiek może się polenić. Nie miałeś chwili odpoczynku nawet w wakacje, nie wspominając o tym ile miałeś na głowie w ciągu roku szkolnego. Sypiałeś w ogóle kiedyś? Należy ci się odpoczynek i możesz wyspać i wylenić się za wsze czasy! - odpowiedział i zaczął bawić się długimi, czarnymi kosmykami.

- Eliksiry do Skrzydła Szpitalnego i Zakonu.

- Pomogę ci. Już mówiłem. Zrobimy taką masówkę, że aż ci się fiolki skończą. Właśnie! Nie można zrobić na przykład pięciolitrowej butli z eliksirem przeciwbólowym? Członkowie zakonu mięliby swój zestaw fiolek i po prostu by uzupełniali z wielkich butelek. Lepiej tak mieć niż dwadzieścia małych buteleczek na półce.

- Możemy tak zrobić. Jednak ty przedstawiasz ten pomysł Albusowi. - burknął poddając się kojącemu wpływowi palców Pottera.

*.*.*

- To bardzo by wszystko ułatwiło. O! Albo zamiast butelek taki pojemnik z kurkiem tuż przy dnie. Mugole używają takiego czegoś przy beczkach z winem. To byłoby o wiele bardziej poręczne! Szybciej i wygodniej nalewałoby się odpowiednią porcję. Oczywiście przy pojemniku stałoby kilka już gotowych fiolek na nagłe sytuacje.

- Widziałem coś takiego w czarodziejskim sklepie winiarskim! Tyle, że ze szkła. Zaraz zamówić takie do Hogwartu! Dwadzieścia sztuk to będzie zbyt wiele?

- Właściwie to myślałem, że… Taki system mógłby się sprawdzić wszędzie gdzie jest zużywanych wiele eliksirów lub w dużej ilości…

- Tak… Dwadzieścia sztuk powinno być w sam raz… - mruknął dyrektor w zamyśleniu. Snape pokiwał z niedowierzaniem głową. Nie sądził, że chłopak naprawdę wda się w dyskusje na temat zmiany sposobu przechowywania eliksirów! HA! Potter i JAKIEKOLWIEK dyskusje na temat eliksirów to rzecz niesłychana. Pomijając, że W z SUM'ów to już kompletna abstrakcja.

- Och, Harry wpadł na bardzo dobry pomysł jak poradzić sobie z wytworzonym kompostem. Bardzo mi to ułatwi sprawę, tym bardziej, póki Hagrid go nie wykorzystuje! - odezwała się profesor Sprout.

- Przekopię ogródek Hagrida i użyje w nim kompostu. Jest go naprawdę zbyt wiele. Myślałem by zbudować pani dwa zadaszenia. Jedno na worki z kompostem, a drugi na worki z ziemią… - poinformował skromnie chłopak.

- No proszę dzieciaku! Ależ masz zmysł organizacyjny! Albusie, musisz uważać bo jeszcze mój chrześniak zabierze ci niedługo posadę dyrektora! - Zarechotał zadowolony Syriusz.

- Szkoda tylko, że Potter, nie wykorzystywał tych swoich kilku szarych komórek wcześniej. - warknął rozeźlony Snape.

- Och używał ich wcześniej! Inaczej nie miałby takich wyników z sumów! - od razu odwarknął Black.

- Severusie, wolałbym żebyś kolejne eliksiry warzył dopiero po obiedzie jak nie później. Porozmawiam o pomyśle Harry'ego z panią Pomfrey i postaram się o potrzebne pojemniki. Byłbym wdzięczny gdybyście pomogli jej wszystko poprzelewać . - poprosił dyrektor uprzejmie.

- Oczywiście, dyrektorze. Mam masę innych zajęć, więc nie będę miał z tym kłopotu by ważyć później. - Silił się na uprzejmy ton. Przed końcem śniadania Dumbledore wyszedł podśpiewując melodyjkę, która brzmiała jak jakaś prosta dziecięca piosenka. Bardzo prawdopodobnie, że tak było. Żuł Tosta, popijając kawą, którą trzymał w prawej ręce. Starał się ignorować irytujący, szczekliwy śmiech Black'a, który rozmawiał z Harrym i Sprout. Nagle poczuł czyjś dotyk na prawym przedramieniu. Potter, nie przerywając rozmowy, zaczął delikatnie jeździć palcami po jego skórze. Chciał unieść filiżankę i napić się kawy, jednak dostrzegł, że czarna aromatyczna ciecz zniknęła, a na jej miejscu pojawiła się półprzeźroczysta i brązowa. Herbata. Zacisnął zęby ze złości. Chłopaka przed niechybną śmiercią uchroniło tylko to , że to była jego trzecia filiżanka kawy. Nagle przed jego talerzem pojawiła się misa sałatki. Spojrzał sugestywnie na Pottera i jego talerz. Chłopak szybko nałożył sobie pokaźny stos zieleniny i ponownie przesunął naczynie w jego stronę. Kto by pomyślał, że bachor jednak pojmuje aluzje. Przez wszystkie lata nie wykazywał ku temu predyspozycji. Nałożył sobie odrobinę. Ledwo dotknął widelca, a jego porcja się podwoiła. Gryfon zabrał rękę z jego przedramienia i sięgnął nią po nóż. Jego talerz pustoszał w zastraszającym tempie. Zły, żuł swoje liście sałaty popijając herbatą i krzywiąc się ostentacyjnie. Harry skończył już jeść i lewą rękę przeniósł na jego udo.

*.*.*

Przemierzał korytarze Hogwartu. Lubił to robić nawet, gdy nie szukał Gryfonów by odebrać im punkty. Te spacery zawsze go uspakajały, koiły nerwy. Jednak dziś coś było inaczej. Nie wiedział co. Nie mógł się skupić na czytaniu, więc teraz przemierzał dobrze znane mu szlaki. Spojrzał na zalane słońcem błonia. Cisza i spokój. Nagle dostrzegł Pottera. Rozładowywał worki z taczki, obok domku gajowego, w ekspresowym tempie. Chłopak zaczął przekopywać grządki, a profesor wciąż stał zamyślony. Jego myśli błądziły bez celu. Gryfon ściągnął koszulkę i rzucił ją na płotek. Snape mimowolnie rzucił badawcze spojrzenie na ciało chłopaka. Zawsze był wychudzony i mizerny, ale nigdy blady. Ćwiczenia na świeżym powietrzu sprawiły, że młode ciało było lekko, równo opalone. Spojrzał na swoje lewe przedramię. Lata spędzone w lochach lub zakrywających całe ciało szatach dały efekt. Skóra wokół miejsca gdzie był znak, jak i pod nim, miała dokładnie taki sam odcień. Olśniło go. Wiedział czego mu cały czas brakowało. Co się zmieniło podczas jego spacerów. Miał na sobie jeansy i czarną koszulkę. Nic więcej. Nie miał na sobie szaty, która szeleściła przyjemnie przy szybkich ruchach. Jakby się nad tym zastanowić, nie zakładał jej już od kiedy pierwszy raz z niej zrezygnował - od urodzin Pottera.

*.*.*

- Severusie! Co za niespodzianka! Miło cię tutaj widzieć. - Zawołała uradowana Sprout. Snape tylko rozejrzał się dyskretnie czy nie ma w pobliżu Pottera. Kobieta w tym czasie podnosiła się z klęczek i zdejmowała brudne od ziemi rękawice.

- Przyszedłem tylko spytać o kłącza potrzebne do wywaru tojadowego. W końcu od dawna nie były potrzebne te pierwszej klasy. - Mruknął ponuro, całkowicie ignorując entuzjastyczne powitanie.

- Och, więc zdecydowałeś się jednak go warzyć dla Remusa. To cudownie! - Usłyszawszy to zgrzytnął zębami ze złości. Że też nie przemyślał dokładniej wymówki i sam się wkopał!

- Przez reorganizacje Pottera, możliwe, że zyskam odrobinę czasu na uwarzenie go raz na…. Kilka miesięcy. - próbował się wyratować z wpadki. Profesor się tylko uśmiechnęła i nie skomentowała tego. Poprowadziła go tylko do sąsiedniej szklarni.

- Jak tam sytuacja z Harrym? - Spytała nachylając się do krzaczka.

- Jak na huśtawce. Któryś z nas na pewno ma rozdwojenie jaźni, albo jakąś inną chorobę psychiczną… - Powiedział bardziej do siebie. Z zamyślenia wyrwał go śmiech kobiety.

- Cóż, wydajesz się być spokojniejszy niż kilka dni wcześniej.

- Spokojniejszy? Niby w jakim miejscu? Ten bachor doprowadza mnie do szału!

- Może i tak. Ale jesteś bardziej rozluźniony od kiedy Harry przestał unikać kontaktu z tobą. - Odparła swobodnie. - No co?! Obserwuję co się między wami dzieje. - dodała widząc szeroko otwarte oczy Mistrza Eliksirów.

- Sugerujesz, że chce być obmacywany, przez znienawidzonego przeze mnie ucznia i syna moich prześladowców, wroga numer jeden? – Spytał, z trudem wymawiając kolejne słowa.

- Tak. Byłeś strasznie drażliwy, gdy przestał. - Odparła i zaciekawiona przyglądała się mężczyźnie, który zaczął poruszać ustami jak ryba. - Oj Severusie! Myślałam, że należysz do osób, które mówią rzeczy wprost. Co cię więc dziwi, że stwierdzam oczywistość.

- Oczywistość? To mój uczeń!

- Twój towarzysz, partner.

- Na Merlina! Nie mów tak o nim. To dzieciak!

- Ale robi wszystko by cię chronić. Nawet nie waha się sprzeciwić Dumbledore'owi…

- Nie przypominaj mi… Jeszcze ten wybuch mocy… - zamyślił się. - Nie potrzebuję niańki! Zawsze sam dbałem o siebie. Nie potrzebuję niańczenia przez dzieciaka! - Warknął, gdy ocknął się z zamyślenia.

- Nikt ci nie każe być podległym, słabym czy też jakikolwiek inny podobny przymiotnik przychodzi ci do głowy. Jednak co ci szkodzi pozwolić komuś się sobą zaopiekować.

- Nauczyłem się nie ufać nikomu. Nawet w łóżku i nawet w rodzinie. W szczególności rodzinie.

- Nie jesteś już szpiegiem. Jesteś wolny. Zawsze tego chciałeś.

- Wolny?! Myślisz, że póki żyją lojalni Śmierciożercy lub Czarny Pan to jestem wolny? Uwolniłem się od dwóch wielkich czarodziei. I teraz mam zwolenników, którejkolwiek ze stron za wrogów i Pottera na karku. Cudnie! Naprawdę, wspaniale! Właściwie czemu ja z tobą o tym rozmawiam!? - Wrzasnął i usiadł zdenerwowany na odwróconym, do góry dnem, wiadrze.

- Bo musisz się wygadać komuś, kto akceptuje całą sytuację? Zresztą nie jesteś jedyny. Harry też czasem ze mną o tym rozmawia.

- Wygadać? Czy ja, według ciebie należę do osób, które musza się WYGADAĆ?- Ironizował. – Co gadał Potter?

- Nic takiego. Tylko, że się martwi o ciebie. Mówił jeszcze o tym, że nie wie jak ułatwić ci zaakceptowanie obecnej sytuacji… I takie tam.

- Potter się czymś przejmuje? A to ciekawe! Mną? Piekło zamarzło! Co jeszcze takiego ci mówił? Może okaże się, że krowy zaczęły latać?!

- Nic takiego. Niewiele mówi. Ale chodzi ciągle zamyślony i poważny. Widać, że intensywnie się czymś martwi, planuje, analizuje… Jak czasem udało mi się go nieco wypytać to wspominał o tym co już ci powiedziałam.

- I cóż mu takiego ciekawego doradziłaś? - jego głos ociekał sarkazmem co zostało całkowicie zignorowane przez nauczycielkę.

- Nic. Tylko go wysłuchałam. - odparła i przeniosła się z pracą do kolejnej roślinki. Severus ukrył twarz w dłoniach i próbował zebrać się w garść. Sytuacja była dla niego całkowicie abstrakcyjna. Wiedział co zrobić w większości sytuacji. Niespodziewany atak, nawet gdyby był pod prysznicem, uprowadzenie, porwania, szantaże, tortury, morderstwa, sabotaż, szpiegostwo, przemyt… Ale TO? W każdej innej sytuacji… BA! Nawet na wystawnym przyjęciu!... Ale TAKA sytuacja?! Dawno nie czuł się taki zagubiony.

- Nie jesteś jedyną osobą, która nie wie co robić… - dosłyszał jeszcze szept Sprout.

*.*.*

- Dalej Potter! Nie zamierzam spędzić tu reszty dnia, by realizować jakieś twoje pomysły. Pospiesz się! - Warczał Snape podając mu kolejne fiolki.

- Podajesz mi pięć buteleczek na raz! Zwolnij odrobinę! Nie chcę ich potłuc! - Odpowiedział szybko otwierając kolejne naczynia i wlewając ich zawartość do szklanego, kwadratowego naczynia z kurkiem przy dnie. Eliksiry wlewało się górą i zakręcało spora metalową nakrętką, podobnej do tych przy średniej wielkości słoikach. Puste naczynia odkładał do postawionego już obok kartonu.

- Już prawie cały! To co zostanie, będziemy przelewać do butelki by z niej Pani Pomfrey uzupełniła potem dozownik. - Wlał jeszcze kilka fiolek i z westchnieniem ulgi zakręcił pokrywkę. Czy można dostać zadyszki przy takim banalnym zajęciu? - Mógłbyś, Severusie, podpisać naczynie? - Poprosił. Miał nadzieję, że w tym czasie, gdy będzie napełniał butelkę, odsapnie od morderczego tempa. Nie czekając na odpowiedź zabrał się do pracy podziwiając piękne szkło rżnięte na podobieństwo kryształu.

- Można spytać, czemu ten zaszczyt przypada mnie?

- Mówiły o eliksirze, który ma być podany chorym. Ja mógłbym się pomylić, a poza tym zawsze krytykowałeś mój charakter pisma. To też mogłoby niekorzystnie wpłynąć na pracę Pani Pomfrey. - odpowiedział całkowicie spokojnie ignorując nie znikający sarkazm i różne cięte i złośliwe uwagi. W końcu skończyli i w ciszy wyszli na korytarz i ruszyli w kierunku Wielkiej Sali na kolację.

- Poczekaj… - Zatrzymał Snape'a łapiąc go za rękę.

- Czego jeszcze chcesz, Potter? - Odparł zimno Snape nawet na niego nie patrząc.

- Pójdziesz zemną do wieży? Od ciotki dostałem jakieś pudełko należące ponoć przedtem do mamy i… nie chce go otwierać sam. Pójdziesz ze mną? - Poprosił. W środku miał olbrzymią nadzieję, że mężczyzna się zgodzi. To nie była wymówka. Naprawdę nie miał pojęcia co zastanie w środku. Drewniane pudełeczko. Wyglądało niemal jak najprostsza szkatułka na biżuterię. Z drugiej strony było ono według niego aż za proste. Mogło mieć w środku wszystko. W końcu profesor skinął głową i dał się pociągnąć w stronę portretu Grubej Damy. Nieco dziwnie czuł się wprowadzając Nietoperza do domu lwów. Sytuacja nabrała jeszcze bardziej groteskowego i abstrakcyjnego wyglądu. Nie zwalniając ani na chwilę zaprowadził go do swojego dormitorium.

- Usiądź. - poprosił i sięgnął do kufra. Z westchnieniem usiadł na środku łóżka i położył pudełko między nimi i tak siedział nie robiąc i nie mówiąc nic.

- Magia magią, Potter, jednak samo się nie otworzy. - Pogonił go Snape, zaplatając ręce na piersi. To go nieco wyrwało z otępienia. Nieco niepewnie wyciągnął przed siebie rękę i spodziewając się najgorszego, otworzył wieko. Ich oczom ukazało się wnętrze… szkatułki na biżuterię.

– I co? Trzeba było się tak bać, Potter? - doszła go ironiczny komentarz. Nie odpowiadając nic śledził wzrokiem zawartość pudełka. Jego wzrok padł na średniej wielkości, przeźroczysty kamień, wiszący na brązowym rzemyku. Chwycił go do ręki i od razu zmienił barwę na złotą i nieco się mienił.

- Dziwne, że tu jest… Myślałem, że przepadł… Dałem go twojej matce na urodziny. Miał pokazywać stan osoby noszącej lub kogokolwiek z kim się kamień zetknął. Trudno powiedzieć jednak w jaki sposób odczytać jego barwy… - Powiedział cicho Snape widząc co chłopak trzyma w ręce. Harry położył go do bladej męskiej dłoni. Od razu zmienił się na szary z czarnymi i złotymi żyłkami.

- Wiem jak to działa… Dobrze obrazuje to co widzę… Sam go zrobiłeś? - Zapytał cicho. Odpowiedziało mu tylko skinienie głową. - Niezwykły… - wyszeptał jeszcze, ujmując dłoń trzymającą kamień w swoje ręce.

- Co oznaczają te czarne i złote żyłki? - Zapytał Snape otrząsając się z ponurych myśli.

- Zranienia. W twoim wypadku nie fizyczne. Wyrzuty sumienia. Przez te rysy umierałeś. Te złote… To pęknięcia załatane przeze mnie. - odpowiedział przypominając sobie noc w szpitalu. W pokoju wciąż była ciężka, ponura atmosfera.

- Ta szkatułka ma drugie dno.

- Co? - Harry był tak pochłonięty własnymi myślami, że przez chwilkę nie wiedział co się dzieje.

- Drugie dno, Potter. Przyjrzyj się. – Powtórzył, o dziwo, spokojnie. Gryfon szybko posłuchał rady i zaczął obmacywać drewno i próbować dostać się do dolnej części ciągnąc za przegródkę dzielącą pudełko na pół. Nieco się siłował z drewnem, aż w końcu opór ustąpił. Na czerwonym aksamicie leżał spory, bardzo stary i bardzo ozdobny klucz.

- Cudnie, tego mi brakowało… Latanie i szukanie zamka do starego klucza i diabli wiedzą co czeka po drugiej stronie! - jęknął zrezygnowany.

- To klucz do skrytki w Gringott'cie. - odpowiedział spokojnie Severus.

- Taki? Przecież on jest spory. Bardzo ozdobny i zdecydowanie wiekowy…

- Zgadza się. Takie klucze mają najstarsze skrytki na samym dole podziemi. Przeważnie stare magiczne rody mają taką skrytkę. Nie każdy i coraz mniej, ale mają.

- Co ten klucz i wisiorek ukazujący aury robił u mojej nienawidzącej magii ciotki? - Zapytał zdziwiony.

- Nie wiem, Harry… - Odpowiedział po chwili namysłu. - Tam raczej nikt by go nie szukał… Możliwe, że nikt o tym nie wie. Możliwe, że przed ich śmiercią działo się więcej niż byśmy przypuszczali…