Rozdział 17
Nastał ranek. Przeciągnął się mrucząc z lubością. Z lekkim westchnieniem otworzył oczy. Snape już nie spał. Siedział z ramionami skrzyżowanymi na piersi i mordował zimnym spojrzeniem ścianę. Ruch przykuł jego uwagę i ich spojrzenia skrzyżowały się.
- Choć raz wspomnisz o tym, co działo się po tym eliksirze, a całkowicie przypadkiem zapomnę dać Lupinowi eliksir tojadowy i również całkowicie przypadkowo zamknę cię z nim w jednym pomieszczeniu w czasie pełni. - Wysyczał profesor dodając słowom jak najwięcej jadu.
- Severusie, nie mam najmniejszego zamiaru. Nie tylko dla ciebie było to krępujące. Jednak sadzę, że ta groźba bardziej obróciłaby się przeciwko tobie. - Odparł spokojnie podnosząc się na łokciach.
- Niby jak miałoby na mnie wpłynąć to, że TOBIE będą się łamać kości i TY będziesz wył, co miesiąc do księżyca? - Ironizował. Harry uśmiechnął się przebiegle. Delikatnie położył jedna rękę na biodrze mężczyzny, a drugą wsunął pod plecy, po czym nagle jednym ruchem pociągnął go do pozycji leżącej. Natychmiast usiadł Severusowi na biodrach i nim ten zdążył zaprotestować przytrzymał jego ręce nad głową. Nie mógł powstrzymać uśmiechu satysfakcji widząc zaskoczenie w ciemnych oczach.
- Severusie, ja już teraz jestem zaborczy. Z trudem się opanowałem, by niczego nie zrobić tobie lub McGonagall. Chociaż nie wiem czy udałoby mi się opanować gdybym spotkał ją wcześniej na korytarzu… - zaczął wyjaśniać. Nachylił się i resztę słów zaczął szeptać Snape'owi do ucha. - Miałeś okazję by się ode mnie uwolnić. Ty jednak tego nie chciałeś, wiec już nie pozwolę ci odejść. Gdyby ci w jakikolwiek sposób na tym nie zależało to byś się nie męczył, by wyjaśnić nieporozumienie. - Ciało pod nim zadrżało. Zadowolony pocałował blada szyję, tuz przy uchu. - Teraz pomyśl, co by było gdyby doszły do tego zwierzęce instynkty wilkołaka… - mruknął i tym razem lekko przygryzł wcześniej pocałowane miejsce. Drżenie ponowiło się, tym razem mocniejsze. Zmienił pozycję tak, że teraz leżał na profesorze i uwolnił jego nadgarstki. Całą swoją uwagę skierował teraz na jego szyję.
- Nie musisz lecieć na te swoje poranne ćwiczenia? - Zapytał Snape oddychając ciężej.
- Hm… dzisiaj sobota. Mogę poćwiczyć nieco później. - Odparł przesuwając się niżej. Zaczął pieścić bark i obojczyk.
- …Śniadanie… - mruknął zaciskając nieco palce na plecach chłopaka.
- Możemy poprosić Zgredka by przyniósł nam śniadanie do łóżka. – Zaproponował i jak gdyby nigdy nic podparł się znów na łokciach i patrzył wyczekująco.
- Nie jadam w łóżku. Nie lubię spać na okruszkach. - Burknął pod nosem odzyskując coraz bardziej panowanie nad sobą. Harry parsknął śmiechem ignorując oburzone spojrzenie Mistrza Eliksirów.
- Jesteś czarodziejem! Jedno machnięcie różdżką i po sprawie.
- Nie wiem jak ty, Panie Potter, ale ja nie skupiałem się na zaklęciach gospodarstwa domowego. Takie sprawy zostawiam kobietom.
- Odezwał się gej, który był pewny, że żony bądź partnerki mieć nie będzie, tym bardziej, że śnił po nocach o pewnym cholernie seksownym uczniu… - powiedział niby do siebie, Harry. Snape jeszcze bardziej się na to obruszył i zdzielił go po głowie, co jeszcze bardziej poprawiło humor gryfonowi.
- Zgredku! - W doskonałym humorze przywołał skrzata. – Czy mógłbyś przynieść nam śniadanie do łóżka? I moją torbę na ramię. - Poprosił. – No co? Jest piąta rano. Do ósmej będziemy potwornie głodni. - Zaczął szybko się tłumaczyć widząc minę Snape'a - Pozwól uczniom żyć jeszcze przez chwilę w nieświadomości. Nie muszą wiedzieć, że tak naprawdę wcale nie jesteś trupem. Zresztą, jeśli stąd wyjdę to tak łatwo nie wrócę. Hermiona zagoni mnie bym biegał po zamku za pierwszakami. Osobiście sądzę, że zagubionych uczniów należy szukać dopiero przed obiadem. Inaczej nie nauczą się tak szybko zamku.
- Jasne! Niech się cieszą, że ich znienawidzony nauczyciel leży głęboko w ziemi. Niech latają po zamku, huśtają się na żyrandolach i zjeżdżają po poręczach! - Prychnął oburzony. Harry natychmiast spoważniał.
- Nie sadzę, żeby się aż tak cieszyli. Wielu z nich zasmuciłaby się gdybyś umarł, a wszystkim by ciebie brakowało. W końcu, czym byłby Hogwartu bez jego Postrachu.
- Och naprawdę, Potter. Wzruszające. - Ironizował. Nic już na to nie powiedział. Uniósł się tylko nieco wyżej i go pocałował. Nie w usta. Wybrał to takie wrażliwe miejsce na szyi. Tuż przy linii szczęki i uchu. Rozległo się ciche pykniecie towarzyszące pojawieniu się skrzata. Niechętnie usiadł obok swojego towarzysza i odebrał od skrzata swoją torbę. Natychmiast zaczął ją przeszukiwać. Snape w tym czasie zabierał się za kawę, która została podana wraz ze śniadaniem na specjalnym stoliku. Kątem oka obserwował poczynania chłopaka. Ale nie był ciekaw tego, czego bachor szuka! Skądże znowu! Jednak pilnie obserwował. Nie zabrał się za jedzenie czekając na zakończenie tych nerwowych poszukiwań.
- Ha! Mam cię! - Zawołał uradowany Potter. Schował cos w rękach. - Ehm… Czytałeś księgę, którą ci zostawiłem, prawda? - Spytał Severusa, tracąc na pewności siebie.
- Oczywiście. - Odparł nonszalancko, sącząc aromatyczny czarny płyn.
- No, więc… Jak wiesz, nasza więź jest na tyle silna, że ma podstawy prawne… Sprawia, że są one traktowane, jako nienaruszalne i na równi z małżeństwem, jeśli nie poważniej… no i… - zaczął się plątać. Siedział na piętach kurczowo chowając coś w złożonych dłoniach. Zawstydzony uciekał ciągle wzrokiem.
- Harry, chyba nie zamierzasz mi się oświadczać, jak sugerowała Minerwa? - Zakpił. Gryfon drgnął zaskoczony.
- Nie, nie! - Zaprotestował gwałtownie. – Chyba. - Dodał po chwili bardziej do siebie. – To znaczy, no… Właściwie można to bardziej nazwać dopełnieniem formalności… I dodatkowym zabezpieczeniem. I chyba jeszcze dokonaniem zwyczaju mojej rodziny, z tego, co zauważyłem… Nie znam się na zwyczajach czarodziei, a tym bardziej tych z czystokrwistych lub starych rodów, więc może i tak to możesz odebrać… - Snape z radością obserwował zmagania chłopaka. Bawiło go jego skrępowanie i z ciekawością wyczekiwał puenty. Te rumieńce zawstydzenie też wyglądały… interesująco.
- Mhmm… - mruknął chcąc nieco ponaglić chłopaka i wypił kolejny łyk kawy.
- Eh… W każdym razie… Można by powiedzieć, że byliśmy rodem deweloperskim. Jak już ci wspominałem, między innymi Malfoy'owie, kupowali od nas posiadłości. Nie byli jedyni. Z tego, co widziałem, wychodziło na to, że Potterowie kupowali ziemie, stare posiadłości i inne takie, w mugolskich i czarodziejskich dzielnicach, remontowali je, obkładali barierami i sprzedawali. Jednak nie robili tylko tego. Część nieruchomości zatrzymywali dla dziedziców. Jak ktoś wchodził w związek małżeński to otrzymywał jakąś posiadłość, do której zawsze mogli sytuacji zagrożeniu uciec lub zamieszkać na stałe… - Rozsunął ręce. Miał w nich dwa pierścienie na bardzo długich łańcuszkach. - Można było się do nich przenieść świstoklikiem aktywowanym na imię partnera… - Zaczął obracać sygnety w palcach przyglądając się ich wewnętrznej stronie. W końcu wybrał jeden z nich i rozpiął łańcuszek. - Spokojnie, nie będę wymagał byś nosił go na palcu. Proszę jednak byś zawsze miał go przy sobie. Nawet pod prysznicem. Jakby coś się działo chwyć go i wypowiedz moje imię. Nie przeniesie on nikogo poza nami. Chyba, że będziemy tego chcieli. - Zapiął łańcuszek na szyi zaskoczonego Snape'a.
- Gdzie on nas przeniesie?
- Do specjalnie zbudowanego domu na mugolskich przedmieściach. Ponadto bariery ochronne są ukryte pomiędzy podwójnymi ścianami i pod dachem. Dlatego nie promieniuje magią ochronną na kilometr jak to niekiedy bywa. Pomyślałem, że takie miejsce będzie idealne, patrząc na to, kto nam zagraża.- Odpowiedział. Snape w tym czasie przyglądał się sygnetowi. Nie był on ciężki i masywny jak u większości rodów. Obrączką była srebrna winorośl, a sama tarcza herbowa była ażurowa. Na wewnętrznej stronie obrączki było wygrawerowane jego imię. Zaczął w zamyśleniu przymierzać pierścień na kolejne palce patrząc jak ten magicznie się do nich dopasowuje.
W końcu zjedli śniadanie. Odstawili stoliki na ziemię i Harry wczepił się w bok Severusa niczym rzep, przy czym zaprotestował wstaniu z łóżka chyba, że wezmą wspólną kąpiel, na co z kolei zaprotestował Snape. Leżeli więc przekomarzając się. Harry jeszcze wspominał o swoim treningu. Mistrz Eliksirów miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Ciekawe, co powiedziałby Czarny Pan na to, że Potter uważa, że podstawą opanowania magii bezróżdżkowej i zwiększenia ilości mocy jest… Uwaga, uwaga…. Medytacja! A co jeszcze lepsze, uczy się jej z mugolskich komiksów, które na dodatek czyta się od tyłu. Więcej się nie dowiedział, bo zasnęli.
Obudzili się w nieco odmiennej pozycji niż zwykle. Tym razem to Potter spał z głową ułożoną na piersi Severusa. Mężczyzna musiał przyznać, że to nienajgorsze uczucie budzić się w ten sposób. Jakieś dwie godziny przed obiadem Gryfon zniknął z jego komnat. Uprzednio zawołał Zgredka. Ten przyniósł mu ubrania i zamienił soczewki w okularach Pottera na zwykłe szkiełka. Snape zaś rozsiadł się w salonie z nowym wydaniem „Warzyciela".
*.*.*
- Harry! Nareszcie! Gdzieś ty był!? Potrzebujemy twojej pomocy! Jesteś Prefektem! Nie możesz zaniedbywać swoich obowiązków! - Zganiła go Hermiona, gdy tylko pojawił się w zasięgu jej wzroku.
- Jakbyś nie wiedziała gdzie był. - Burknął Ron pod nosem.
- Oj już dobrze… To, co? Szukamy pierwszaków? Ścigamy się, kto znajdzie więcej? - Zapytał szczerząc się w uśmiechu.
- Harry! - Krzyknęła oburzona Hermiona.
- Oj, daj spokój. Muszą się zgubić i pobłądzić. Inaczej nie nauczą się zamku. To ja lecę ich szukać! - Zignorował dziewczynę i ruszył biegiem w najdalsze zakamarki zamku. Uśmiechnął się zadowolony. Pobiega i część treningu ma odhaczoną. Udało im się znaleźć wszystkich i doprowadzić idealnie na obiad. Harry westchnął zrezygnowany. Weekend będzie najspokojniejszy i najmniej męczący. Schody zaczną się, gdy zaczną się zajęcia.
*.*.*
Niedziela minęła podobnie jak sobota. Snape nie pojawił się na żadnym posiłku. Zgredek zapewnił Harry'ego, że jada on wszystkie posiłki, jednak nie chce opuszczać laboratorium, bo prowadzi ważny eksperyment. Nie skomentował takiego wytłumaczenia. Doskonale wiedział, że uwielbia on wywoływać silne emocje. Dlatego tak uwielbia przerażać uczniów. Zwlekał więc ze „zmartwychwstaniem" by przygotować sobie scenę na wielkie wejście. Oczywiście nie sądził, że mężczyzna kłamał i pewnie prowadzi eksperymenty nad kociołkiem. Wykorzystał ten czas i po porannym treningu spędził niedzielę z Gryfonami. Przynajmniej nie wzbudzał podejrzeń. Gdyby znów zniknął na pół dnia to na pewno ktoś by to zauważył. Teraz wraz ze wszystkimi siedział na śniadaniu.
Nie mogąc się doczekać wstał wcześniej. Nawet wyciągnął osoby, które nie rozpoczynały dnia podwójnymi eliksirami, tłumacząc się, że nie może spać. Tak, więc teraz wraz z marudzącym obok Ronem siedział przy stole w niecierpliwości czekając na to, co się zdarzy. Wątpił by Snape przyszedł dopiero na eliksiry. Nie, kiedy tu ma o wiele większą publiczność. Ciągle zerkał to na zegarek, to na drzwi Wielkiej Sali, to na drzwi tuż za stołem nauczycielskim. Dochodziła połowa śniadania i większość uczniów siedziała przy stołach. Salę wypełniam gwar rozmów i śmiechów. Idealna pora. Mimowolnie zachichotał, gdy wyobraził sobie Mistrza Eliksirów kucającego przy drzwiach i podglądającego przez dziurkę od klucza by wyłapać idealny moment na przedstawienie.
Jak na zawołanie drzwi za stołem nauczycielskim otworzyły się i stanął w nich Snape. Zamknął je za sobą i stanął dumnie wyprostowany. Po tym ułamku sekundy prezentowania swej dumnej postawy, majestatycznym krokiem ruszył na swoje miejsce. Gwar ucichł w jednej sekundzie. Wszyscy oniemiali patrzyli na sylwetkę profesora, który właśnie jak gdyby nigdy nic nalewał sobie kawy. Zaczęły zewsząd dobiegać nerwowe szepty. Padło też kilka cichych zrezygnowanych jęków. Cały czas Harry obserwując wszystko zwijał się ze śmiechu. W końcu na ułamek sekundy nie udało mu się opanować i roześmiał się głośno, jednak szybko zasłonił dłonią usta i wytarł łezkę rozbawienia. Kilka osób, w tym Ron, spojrzało na niego jak na wariata, a Hermiona rzuciła mu oburzone spojrzenie.
- Och dajcie spokój! W każdym szanującym się zamku straszy w lochach. Co by straszyło, gdyby Snape'a zabrakło? Zresztą on się tak łatwo zabić nie da, spokojna głowa! - Powiedział w końcu opanowując się nieco. Część osób zachichotało i powoli wracał codzienny gwar. Obrzucił spojrzeniem stół Ślizgonów. Tam wciąż nie wszyscy doszli do siebie. Chciał zobaczyć reakcje Malfoy'a jednak nigdzie nie mógł go dostrzec. Spojrzał ponownie na mieszkańców domu Węża znad swoich okularów. Większość była zdenerwowana, zdezorientowana i zaskoczona. Część z nich cieszyła się z powrotu Mistrza Eliksirów. Dominowało jednak niedowierzanie i niepewność. U najmłodszych roczników wywołane jednak reakcją starszych kolegów.
*.*.*
W wyśmienitym humorze szedł na pierwszą lekcję. Był zadowolony z reakcji, jaką wywołał. Nieco się obawiał, że Potter przyczepi się, że w weekend nie jadał posiłków w Wielkiej Sali i spełni swoją groźbę traktując to, jako omijanie posiłków. Jednak wyglądało na to, że chłopak równie dobrze się bawił obserwując reakcję uczniów, co on. Właśnie zbliżał się do drzwi sali eliksirów. Uczniowie już czekali oparci o ściany i wesoło rozmawiali. Skrzyżował spojrzenia z oczami koloru Avady. Usta Gryfona ułożyły się w ledwie zauważalny uśmiech. Machnął różdżką otwierając drzwi i ucinając tym wesołe gaworzenie bachorów.
- Do sali! - Warknął na uczniów którzy pogrążyli się momentalnie w absolutnej ciszy. Polecenie zostało natychmiast wykonane. Gdy zamknął drzwi i wszedł na środek klasy, wszyscy siedzieli już na swoich miejscach i czekali na kolejne polecenia. Napawał się ich zdezorientowaniem i napięciem. Atmosferę można było kroić nożem. Czuł na sobie spojrzenie Harry'ego. On jedyny był całkowicie spokojny. Z uwagą obserwował zachowanie wszystkich w klasie i cierpliwie czekał na rozwój wypadków. Na razie było wszystko po staremu.
- Oczywistym jest, że po SUMach odpada z moich zajęć większość uczniów jednak w tym roku wasza głupota osiągnęła szczyt. Pierwszy raz w swojej karierze musiałem obniżyć próg wymagań o kilka procent, bo w tym roku Wybitny z eliksirów otrzymało tylko pięć osób. – Zaczął bardzo spokojnie jednak tak zimnym tonem, że wszyscy zadrżeli ze zdenerwowania. - I nie przyjmuję żadnych wytłumaczeń i dziwnych skarg na test. Nie mógł być on tak trudny skoro jedną z nielicznych osób, która otrzymała Wybitny był Pan Potter. Jednak to czy rzeczywiście otrzymał taką ocenę ze wzgląd na umiejętności czy nazwisko z pewnością bardzo szybko zweryfikujemy. - Przebiegł wzrokiem po pobladłych twarzach. – A teraz… Panie Zabini czy mógłby pan nas olśnić, gdzie podziewa się pan Malfoy? - Wycedził.
- On… Nie mam pojęcia, panie profesorze. Nie pojawił się na śniadaniu. Zdaje się, że… - Ślizgon przerwał.
- Co się, panu zdaje, panie Zabini? Proszę kontynuować! - Naciskał.
- …Że plotki o pana śmierci bardzo go poruszyły, dlatego nie pojawił się na śniadaniu i eliksirach. Brak pana przez ostatnie trzy dni chyba sprawił, że uwierzył w ich prawdziwość. - Dokończył widocznie starając się nie skulić pod jego surowym spojrzeniem. Przeklął w myślach.
- W takim razie proszę poinformować pana Malfoy'a, że ma się tutaj zjawić zaraz po lekcjach. - Nakazał i ponownie zwrócił się do klasy. - Z racji tego, że rozczarowaliście mnie bardziej niż zazwyczaj, będziecie mieli ciężej niż dotychczas. Uderzy to w szczególności w osoby, które się leniły przez ostatnie lata. Zmieniam nieco metody nauczania. Możecie być pewni. Będziecie mieli jakieś trzy razy więcej pracy niż dotychczas. Mam też już dość waszych wypocin. Nieustannego lania wody w esejach. Nie będę wam już podawał na ile cali czy zwoi macie napisać. Możecie chociażby wymieniać od myślników, ale musicie umieć WSZYSTKO, co zawarte w waszym eseju. Więc, jeśli chcecie, jako zapchajdziurę wypisywać jakiś historyjki o wybuchających kociołkach to proszę bardzo, ale wtedy również będę to egzekwował.- Zapowiedział i uśmiechnął się sarkastycznie.
- Na dodatek będziecie odpytywani z ingrediencji. W każdej chwili. Może być to nawet w czasie warzenia. Mogę was zapytać o wszystko, co wiecie na temat składnika, który właśnie dodaliście lub macie dodać. Na każdej lekcji będę zadawał kilka, których macie się nauczyć. Czyli z lekcji na lekcję lista ingrediencji, z których możecie być odpytani będzie rosła. - Zachichotał w duchu widząc jak większość z trudem hamuje jęk. Zadowolony ruszył w stronę Pottera. - To doskonała okazja by przekonać się, czym okupiłeś swoją ocenę. Nazwiskiem czy nauką. Jak zdarzy się cud to może będzie pan przykładem jak powinna wyglądać oczekiwana przeze mnie odpowiedź. Stulistek chiński.
- Stulistek chiński jest to fioletowy kwiat, występujący w Chinach na terenach górskich. Potrzebuje niewiele wody. Magazynuje ją w drobnych płatkach. Liście, łodyga i korzenie są stosunkowo cienkie. Właściwości główne to wzmacnianie układu wydalniczego, powoduje zanik pragnienia i zatrzymywanie wody w organizmie. Właściwości poboczne to halucynacje, wymioty, podwyższenie ciśnienia. Roślina przyjmuje się na każdej glebie jednak jest bardzo delikatna.
- Nienajgorzej, Panie Potter. Co z tych informacji wynika?
- Do eliksirów wykorzystuje się płatki, ponieważ zawierają najwięcej potrzebnych substancji. Wykorzystuje się go w eliksirach leczniczych. Nie da się wysuszyć płatków przez to, że są zbyt delikatne i zbyt „mokre". Używa się więc albo świeżych płatki, albo kupuje wyciśnięty z nich sok.
- Jak wydobędziesz właściwości główne, a jak poboczne?
- Właściwości główne poprzez mieszanie zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a poboczne mieszając w kierunku przeciwnym. Wzmacnia to daną grupę właściwości, jednak nie usuwa przeciwnej grupy. Z każdym obrotem pobudza się reakcje, wiec w pewnym momencie mieszanie przestanie odnosić skutek, jeśli cała substancja przereagowała.
- Dobrze. Poprawna odpowiedź. - Zaakceptował i ruszył z powrotem na środek sali. - To akurat łatwiejsza roślina. Kiedy rodzaj gleby wpływa na którąkolwiek część rośliny macie też to wiedzieć. Tak samo, jeśli zmienia właściwości po zjedzeniu i przetrawieniu przez jakieś zwierzę. Wyciągnijcie pióra. Zobaczymy ile pamiętacie po wakacjach. - Zarządził. Machnął różdżką w stronę jednej ze stert arkuszy i przed każdym uczniem wylądował test. - Macie dwadzieścia minut! - Dodał, po czym usiadł przy biurku. Po jakiś dziesięciu minutach podszedł do niego Harry i wręczył mu test. Wziął go i przejrzał. Pierwsza, druga, trzecia… Wszystkie cztery strony testu wypełnione, zakreślona odpowiedź w każdym pytaniu.
- Rozdaj każdemu po jednej. - Mruknął wskazując stosik arkuszy z zapisanymi podstawowymi zasadami nie odrywając wzroku od tekstu. W zamyśleniu sięgnął po pióro z czerwonym atramentem. To niemożliwe, by dzieciak tak szybko rozwiązał wszystkie zadania poprawnie. Błyskawicznie sprawdził pierwszą stronę robiąc same haczyki nie znalazłszy żadnego błędu. Dotarł tak do ostatniego pytania. Marszcząc brwi w zamyśleniu wstawił najwyższą ocenę. Ze zbliżaniem się końca czasu, rozwiązanych testów zaczęło przybywać. Machnął różdżką i na tablicy pojawił się spis sześciu ingrediencji.
- Macie umieć wszystkie te zasady. Są one oczywiste, jednak chcę mieć pewność, że żaden z moich uczniów na tym poziome, nie zrobi żadnego idiotyzmu. Jeśli średnia waszych ocen spadnie poniżej P zostaniecie wydaleni z grupy i możecie się przenieść do grupy wyrównawczej mającej zajęcia w sobotę po śniadaniu. Osoby z tamtej grupy mogą też przenieść się tutaj. Jednak powrót z grupy sobotniej tutaj nie będzie łatwy. - Zastrzegł.
Dalsza część lekcji przebiegła jak zwykle. Rozpoczął wykład na temat eliksirów, które będą warzyć w tym roku. Wszyscy siedzieli w ciszy, którą przerywało tylko ciche skrobanie piór. Czuł stale na sobie badawcze spojrzenie, jednak udawał, że tego nie zauważa. Potter notował sporadycznie, obserwując uważnie każdy jego ruch. Rozeźlony lenistwem chłopaka, nie przerywając swojego monologu poszedł w jego stronę i spojrzał na jego notatki. Od myślników wypisane najważniejsze informacje, plus dodatkowo własne wnioski. Nie miał się, czego przyczepić. Gdy lekcja się skończyła odetchnął z ulgą i nieco się rozluźnił. W końcu uwolnił się wypalającego mu dziury spojrzenia. Najgorsze, że cały czas czuł, że jest obserwowany, a gdy spoglądał w stronę Harry'ego, ten robił, co do niego należało i ani razu nie odezwał się niepytany.
Minęła kolejna lekcja. Z zadowoleniem patrzył jak pierwszaki uciekają z jego sali w popłochu. Kto by pomyślał? Był sprawiedliwy, zmarnował jedną lekcję na wyłożenie im wszystkich podstaw, których nie było na kartce, a mimo to nie stracił respektu i budził tę samą grozę, co zawsze. Z zadowoleniem wrócił do przeglądania testów, które zrobił na samym początku. Co z tego, że to pierwszy rok? Dzięki temu wiedział, kto spojrzał wcześniej do podręcznika, kogo uczyła już przedtem rodzina, no i przede wszystkim, kto ma jakąkolwiek intuicję w tej dziedzinie. Usłyszał stuknięcie zamykanych drzwi. Wszystkie bachory już wyszły. Nim zdążył odłożyć pióro i wyciągnąć różdżkę, ktoś skoczył na niego z impetem. Już otwierał usta, by wyzwać Pottera za bycie niecierpliwym, ale w porę się pohamował. Coś było nie tak. To nie był zapach Harry'ego.
- Baliśmy się, że nie żyjesz albo jesteś umierający… Nie mogliśmy cię nigdzie znaleźć… Pytaliśmy nawet Czarnego Pana, ale powiedział, że po prostu nagle zniknąłeś, więc musiałeś bardzo powoli umrzeć, bo normalnie wie, kiedy ktoś nagle zginie… - dobiegło go mamrotanie. Westchnął i z lekkim trudem wydobył różdżkę. Zablokował drzwi i wyciszył pomieszczenie.
- Panie Malfoy, czy już się pan wystarczająco uspokoił by puścić moją szyję? - W odpowiedzi na to pytanie młody Ślizgon odskoczył od niego i spróbował wziąć się w garść. Po chwili miał już z powrotem nałożoną zimną maskę spokoju i obojętności.
- Wybacz wuju, ale gdy przez trzy dni nie pojawiłeś się na żadnym posiłku zacząłem wierzyć w najgorszą ewentualność. – Odpowiedział siląc się na spokój. - Nikt nie potrafił cię znaleźć, a Czarny Pan wielokrotnie usiłował cię wezwać. Bez skutku.
- Nic dziwnego.- Odparł nonszalancko robiąc pełną napięcia przerwę. - Nie miał, przez co mnie wzywać. - Z uwagą obserwował jak przy ostatnim zdaniu maska spokoju chłopaka rozsypuje się w drobny mak.
- Niemożliwe! Tego nie da się usunąć! Wielu próbowało! - Wykrzyczał robiąc oczy jak spodki i patrząc na Snape'a niczym na psychicznie chorego. Kącik ust Mistrza Eliksirów lekko się uniósł w charakterystycznym dla niego uśmieszku i nie komentując krzyków, odsłonił lewe przedramię. Draco ze świstem nabrał powietrza. Kilkukrotnie otwierał i zamykał usta, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Jak? - Wydusił w końcu z siebie z niedowierzaniem.
- To całkiem długa historia.
- Ale… Kompletnie nic? Nie czujesz jego wezwań? Nic?
- Jak przed naznaczeniem, Draco. A teraz radzę ci zebrać się w garść i iść już. Jesteś już spóźniony na następną lekcję. - Upomniał go, opuszczając rękaw. Zdjął jednym ruchem zaklęcia i wpuścił czekających już pod salą uczniów.
*.*.*
Lekcje się skończyły. Po kolacji jeszcze długo w pokoju wspólnym panował gwar. Do torby zapakował już książki na następny dzień i przygotował rzeczy. Wziął prysznic. Po pierwszym dniu zajęć jeszcze mało kto bywał zmęczony.
- Ok! Dość tego! Pierwszoroczni do łóżek! Rano nie będziecie mogli wstać, a prawdziwe zajęcia zaczynają się już od jutra. - Zawołał stojąc na schodach do dormitorium. Odpowiedział mu zgodny jęk. Stał jednak wyprostowany z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Musi poczekać, aż większość pójdzie do łóżek, by nikt nie zauważył jego zniknięcia. Widząc, że się nie ugnie, uczniowie ruszyli powoli d dormitoriów. - Piąty rocznik także. Jeśli myślicie, że McGonagall i Snape będą wyrozumiali i łagodni to się grubo mylicie. Będzie gorzej, niż co roku. - Upomniał, z zadowoleniem obserwując, że wraz z pierwszakami umknęło też kilka osób ze starszych roczników. Zadziałało. Pokój wspólny zaczął coraz szybciej pustoszeć. Tuż po przejściu przez obraz Grubej Damy narzucił na siebie pelerynę niewidkę. Może i był prefektem, przez co nie powinni mu odjąć punktów za to, że godzinę po ciszy nocnej, mimo to wolał by nikt nie widział go w lochach. Westchnął. Tak teraz będą wyglądały codziennie jego wieczory.
