Rozdziała 18

Do jego uszu dobiegało rytmiczne bicie serca. Podobał mu się ten dźwięk. Uspakajał go. Otworzył oczy. Wciąż leżał z głową ułożoną na piersi Pottera, który mocno go do siebie przytulał. Rzadko kiedy budził się szybciej od chłopaka. Najczęściej budziło go pojawienie się Zgredka, a i to nie zawsze. Mimo wczesnej pory był całkowicie wypoczęty i rozluźniony. Zamyślony przesunął dłonią po skórze Harry'ego. Był zaskoczony swoim zachowaniem. Mniej dziwne byłoby dla niego jakby leżeli odwrotnie, ale nie. To on leżał opleciony ramionami chłopaka. Potter chronił przez sen jego, a on oddawał się tej opiece. Nawet, jeśli całkiem symbolicznie, to nie spodziewał się po sobie takiej oznaki zaufania.

Zwykle spał spięty, w każdej chwili gotowy na atak, bądź wezwanie przez Czarnego Pana lub Dumbledore'a. A teraz leżał uspakajany przez bicie serca POTTERA! Co za ironia. Inni koją nerwy słuchając śpiewu wielorybów, waleni, czy też nadzwyczajnego tykania zegara, a jego usypiało i uspakajało bicie serca syna jego największego wroga i prześladowcy! Może i było to bardziej podobne do słuchania tykania zegara, ale porównywanie Pottera z waleniem, w tej sytuacji, dawało mu więcej satysfakcji i podkreślało absurd sytuacji.

Postanowił skierować myśli na bardziej przyziemne tematy. Wciąż zostało mu sporo spraw do załatwienia. Chociażby rozmowa ze Ślizgonami. Niby miał masę czasu by obmyślić treść swego przemówienia, jednak i tak nie był pewny, co powiedzieć. Mógł zaś skorzystać z tego, że obudził się tak wcześnie. Może spokojnie wstać, ogarnąć się, zjeść śniadanie, a potem pójdzie wraz z książką do salonu Slytherinu, zatrzyma wszystkich uczniów i wygłosi spóźnione przemówienie. Zadowolony ze zmiany toku myślenia poderwał się do siadu i natychmiast wrócił do poprzedniej pozycji. Zaklął pod nosem. Uchwyt Pottera był niczym ze stali. Próbował się ruszyć jednak ramię dzieciaka silnie trzymało go przy sobie. Obiema rękoma próbował oderwać od siebie oplatające go ramię. Nic. Ani drgnęło. Z trudem obrócił się na brzuch i próbował wypełznąć z łóżka. Ani w jedną ani w drugą stronę nie dał rady. Ponadto, gdy spróbował się znów obrócić to nie dał rady. Zrezygnowany walnął się na brzuch starając się nie myśleć ile czasu będzie musiał spędzić w niezbyt wygodnej pozycji. Jęknął płaczliwie przeklinając ćwiczenia chłopaka i swoją słabość. Pierwszy raz od dawna poczuł się stary i… bezbronny. Harry westchnął przez sen i się nieco poruszył. Severus niemal przestał oddychać czekając na to aż otworzy oczy. Drgnął, gdy zamiast spojrzeć w oczy koloru Avady poczuł dotyk na swoim pośladku. Zgrzytnął zębami ze złości. Skupił się na więzi.

+Potter, puszczaj mnie!+ Wrzasnął i chłopak natychmiast otworzył oczy.

*.*.*

Mentalny krzyk rozbrzmiał w jego głowie. W jednej sekundzie już nie spał.

- Co się stało? - Spyta Snape'a nieco przyciągając go do siebie i opierając się na łokciach. Nie zabrał ręki, tylko zaczął nią jeździć po pośladkach mężczyzny.

- Co się stało?! Możesz mi powiedzieć, co ty wyrabiasz, Potter? - Wysyczał. Harry zmarszczył w zamyśleniu brwi.

- Właściwie to nic. - Odparł zdziwiony pytaniem.

- Nic? Doprawdy, Panie Potter? A co robi pańska ręka w takim razie?

- To chyba oczywiste. Dotykam cię.

- Brawo! Wiec mógłbyś wreszcie, z łaski swojej, przestać macać mnie po tyłku?!

- Ale ja lubię macać cię po tyłku… - Jęknął robiąc minę zbitego psa i zaciskając lekko dłoń. – Nie podoba ci się to? - Spytał ostrożnie, obserwując reakcję profesora i jego aurę. Uśmiechnął się delikatnie. Kiedyś natychmiast by odskoczył na drugi koniec pokoju, ale teraz widział, że nie ma się, czego obawiać.

- Nie! Nie podoba mi się! - Krzyknął Mistrz Eliksirów, zaciskając lekko ręce na kołdrze. Uśmiechnął się słysząc taką odpowiedź.

- Hm… W takim razie… - Mruknął zadowolony i jednym szybkim ruchem wsunął dłoń za bokserki mężczyzny z lubością dotykając jego nagiej skóry. - Tak lepiej? - Spytał przekornie. Z zadowoleniem obserwował jak mężczyzna stara się nie reagować na jego poczynania. – Z tego powodu… - Zaczął zaciskając na moment dłoń -… wszcząłeś alarm w moim umyśle? - Spytał.

- Nie. Chciałem iść pod prysznic, jednak jesteś gorszy niż rzep.

- Nie ma jeszcze czwartej. Dokąd chciałeś iść o tej porze? - Zapytał natychmiast poważniejąc.

- Muszę złapać w końcu w jednym miejscu wszystkich Ślizgonów. - Wyjaśnił siadając na łóżku.

- O czwartej rano?

- Nie o czwartej. Skoro się obudziłem wcześniej to zamierzałem wstać i wziąć prysznic, a dopiero potem iść do dormitorium Slytherinu i zatrzymać uczniów chcących wyjść. Koniec już tego przesłuchania!? Nie mam obowiązku tłumaczenia ci się z każdego mojego działania! - Nie wytrzymał. W Harrym narastała wściekłość.

- MASZ, kiedy zamierzasz się wymykać się z sypialni nim się obudzę, bez słowa wyjaśnienia! - Wrzasnął drżąc ze wściekłości. Snape słysząc to zerwał się z łóżka i trzasnął drzwiami zamykając się w łazience. Harry opadł na plecy zasłaniając twarz dłońmi. Kretyn! On stara się zagospodarować jak najwięcej czasu, wymyka się z dormitorium, a ten kretyn, chce się wymykać w tym czasie nawet go nie informując! Na dodatek do miejsca gdzie może mu grozić niebezpieczeństwo. Tak, właśnie z tym kojarzyło mu się pójście do salonu Ślizgonów. Tym bardziej, że wtedy każde słowo Mistrza Eliksirów na pewno zostanie przekazane Voldemortowi. Oczywiście nie uważał każdego Ślizgona za zło. Już nie. Jednak nie oznacza to, że nie denerwuje się nadchodzącym przemówieniem Severusa, tym bardziej, że ten nie zdradził mu, co dokładnie zamierza powiedzieć. Wyszedł z lochów nim jego towarzysz skończył się myć i skierował swe kroki do wieży Gryffindoru.

*.*.*

Zamaszystym krokiem wszedł do salonu Ślizgonów. Z racji godziny było jeszcze całkowicie pusto. Mało kto wstawał o piątej rano. Zły usiadł na fotelu przy kominku. Bachor go nie przeprosił! Szwendał się jeszcze przez chwilę po swoich komnatach, ale bachor nie wrócił by błagać o wybaczenie za swój wybuch. Otworzył przyniesioną książkę i zagłębił się w jej treść powoli się uspakajając. Po jakimś czasie usłyszał jakiś ruch. Ktoś wyszedł ze swojego dormitorium i skierował się ku wyjściu.

- Stop! - Zatrzymał niczego niespodziewającego się ucznia tuż przy wyjściu. - Do mnie. - Wydał już spokojniej kolejną komendę. Przed nim stanął chłopak z trzeciego roku.

- Profesor Snape! - Krzyknął zaskoczony. Wyglądało na to, że chłopak naprawdę się cieszy, że go widzi.

- Siadaj. Nie będę budzić całego domu o tak wczesnej porze. - Burknął znów spoglądając do książki.

- Przepraszam, za wścibstwo, ale można spytać, kto czeka na pana odpowiedź? - Odezwał się po dłuższym czasie chłopak.

- Co? - Drgnął zaskoczony pytaniem.

- No… od kilku minut bawi się pan sygnetem. Z racji tego, że nosi go pan na łańcuszku, a nie na palcu, zgaduje, że nie dał mu pan jeszcze odpowiedzi… - padła niepewna odpowiedź.

- Skąd pomysł, że dostałem go od mężczyzny?

- Bo tylko mężczyźni oświadczają się za pomocą sygnetu. Kobiety noszą pierścionek zaręczynowy, obrączkę otrzymują na ślubie, a dopiero po ślubie lub czasem dopiero po urodzeniu dziedzica otrzymują sygnet.

- Rozumiem… - mruknął pod nosem i szybko schował sygnet pod szatę. Nie zauważył, kiedy go wyciągnął. Obracał go w myślach całkowicie zamyślony. Dobrze, że dzieciak się o niego spytał, bo gdyby zobaczyli to wszyscy Ślizoni, to mogłoby się to nieprzyjemnie skończyć. Tym bardziej, jeśli ktoś rozpoznałby herb.

Około szóstej pojawiły się kolejne osoby. Zatrzymał je jednym warknięciem i rozkazał sprowadzić resztę domowników. Stał przodem do kominka za splecionymi za plecami dłońmi, aż wszyscy się nie zebrali i uspokoili. Odwrócił się przodem i zmierzył ich wszystkich spojrzeniem.

- Nigdy nie owijałem w bawełnę i nie zamierzam wprowadzać takiego zwyczaju. Co roku na przywitanie informuję pierwszorocznych o sytuacji, jaka panuje między domami. Ślizgoni zawsze byli w większości nielubiami, a Gryffindor faworyzowany przez większość nauczycieli. Zbytnio się to nie zmieniło, chociaż nowy Prefekt gryfonów postanowił zmienić tę tradycję. Nie zamierzam mu w tym przeszkadzać, więc w szczególności najmłodsze roczniki mogą spróbować nawiązywać znajomości z gryfonami.

Jednak to, że kilku uczniów będzie przyjaznych, to nie oznacza, że wszyscy tacy będą. Uprzedzeń ciężko się wyzbyć, tym bardziej po wiekach nienawiści. - Zrobił pauzę dla podkreślenia ostatnich zdań. - Wiem też, że większość uczniów dziwi się, że przed wami stoję zamiast leżeć sześć stóp pod ziemią. - Uśmiechnął się ironicznie. - Nie zamierzam już tego ukrywać. Mając siedemnaście lat przyjąłem Mroczny Znak. Wierzyłem w ideologię Czarnego Pana i nawet należałem do Wewnętrznego kręgu. Nie byłem jednak długo lojalny Voldemortowi. - Zadowolony obserwował pobladłe twarze. - Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Gdy przekonałem się jak naprawdę wygląda służenie Czarnemu Panu zacząłem szpiegować dla Dumbledore'a. Poznałem obie strony. Nie będę was zachęcał do przystąpienia do żadnej z nich. To musi być tylko i wyłącznie wasza decyzja. Obojętnie, co wybierzecie jestem waszym opiekunem domu. Z każdym problemem przychodźcie DO MNIE. Postaram się wam pomóc jak umiem. Jeśli ktoś chce porozmawiać ze mną, o tym jak wyglądają realia bycia po którejś ze stron, to zapraszam w każdej chwili. Tak samo, jeśli chcecie uniknąć Mrocznego Znaku, a jesteście do tego zmuszani przez okoliczności lub boicie się o swoich bliskich. - Zastanowił się jeszcze czy czegoś nie pominął. - To chyba wszystko. Jakieś pytania? - Wszyscy uczniowie stali w bezruchu wciąż zaszokowani tym, co usłyszeli. Szybko, nim zdążyli oprzytomnieć, wyszedł.

*.*.*

- Ej, stary. Ta sałata ci z talerza nie ucieknie. Nie morduj jej tak widelcem. - Odezwał się Ron obserwując od dłuższego czasu poczynania przyjaciela.

- Mhm… - mruknął w odpowiedzi, nie zaprzestając dźgania sałaty.

- Od rana jesteś naburmuszony. Powiesz w końcu, co się stało?

- Nic.

- Jaasne. A ja jestem wysoką szczupłą blondynką. Gadaj stary, o co chodzi, albo przypadkiem nie powiem ci, kiedy robie nabór do drużyny. - Warknął Weasley, który już nie wytrzymał. Harry westchnął zrezygnowany.

- No… ON. - Powiedział cicho zerkając w stronę stołu nauczycielskiego.

- Ach! Yyyy… – Rudzielec stracił na pewności. - Ja, nie jestem przekonany czy chcę wiedzieć, ale chyba jednak spytam… Co się stało?

- Pokłóciliśmy się….

- O co? - Dopytywał nie przejmując się, że mówi z pełnymi ustami.

- Chciał mi uciec…

- CO? - Zaskoczony Ron opluł wokół kilka osób, przyciągając tym samym uwagę do ich rozmowy. Harry rzucił mu poirytowane spojrzenie. - No… To znaczy… Jesteś szukającym! To oczywiste, że nie dasz mu zwiać jak już raz go złapałeś. Zresztą w sobotę robię nabór do drużyny! O dziesiątej na boisku i ani minutę później. - Szybko zmienił temat.

- Harry, nie możesz go przytrzymywać na siłę… - zaczęła cicho Hermina.

- Wiem. Nie zatrzymywałem go. Ale chodziło o to GDZIE chciał iść! I o jakiej porze! I BEZ MOJEJ WIEDZY! - Mówił z coraz większą złością, jednak starając się by nikt ich nie posłuchał.

- To… ON. Czego się spodziewałeś? Powiedz, o co się tak naprawdę złościsz. Według mnie nie zachowujesz się nienormalnie.- Naciskała dziewczyna.

- No.. No… Miona ja wstaję o czwartej rano! On chciał zwiać z łóżka jeszcze wcześniej. Nie mów, że to jest normalne! - Coraz bardziej nerwowo gestykulował jednak nie podniósł głosu. - I na dodatek on chciał iść TAM. Nic mi nie mówiąc.

- Tam, czyli gdzie? - Wtrącił, Ron.

- No… Do pokoju wspólnego… jego domu.

- Ee… Wybacz, kumplu. Dalej nie jarze.

- No jak to! On może i jest świetny w pojedynkach, ale on jest jeden, a ich? Pięćdziesięciu? Stu?! Mogliby się zaczaić i odebrać mu różdżkę. Albo mogliby mu zaproponować herbatkę, ciasteczka i coś do nich dodać…

- Harry… To Mistrz Eliksirów. Wiadomo, że na takie sztuczki nie da się nabrać i zawsze nosi ze sobą zapas mikstur…

- No właśnie! I właśnie, dlatego mogli obrać taki plan! I eliksirów też go pozbawić. Albo związać go i torturować, kopnąć w żołądek, przez co by się zadławił i udusił, zdradzić, zaatakować nożem! Trafiliby w tętnicę i po kilku minutach by się wykrwawił! A ja nie znałem wtedy nawet hasła! … Teraz już na szczęście znam… Zresztą i tak nim bym tam dotarł to już byłoby za późno, albo…- Nie dokończył, bo przerwał mu wybuch śmiechu Hermiony.

- To nie jest śmieszne!

- Hahahaha! Jeeest! I to bardzo! Haarry… - próbowała mówić pękając ze śmiechu. - Harry, jesteś nadopiekuńczy.

- Nie jestem! To są same bardzo prawdopodobne scenariusze! - Oburzył się.

- Tak, tak. Nie przejmuj się, to słodkie.

- COO?! - Ryknęli chłopacy zgodnie.

- Ale Hermina on nie może być słodki! - Zaprotestował Ron, który pierwszy otrząsnął się z szoku.

- Muszę zgodzić się z Ronem! Mam być obrońcą, pogromcą Voldusia! To się wyklucza!

- Dokładnie! A poza tym, dla mężczyzny to obraza nazwać go słodkim! To niemęskie! Silny, przystojny, mężny, odważny! Ewentualnie wrażliwy! Ale nie SŁODKI?! - Tłumaczył dziewczynie rudzielec.

- Faceci. - Prychnęła pod nosem, wciąż, co chwilę chichocząc. - Lepiej jedzcie, bo spóźnimy się na ONMS. - Ucięła temat uśmiechając się znacząco.

*.*.*

Siedział pochylony nad pergaminem. Cały czas kątem oka obserwował nerwowo chodzącego pierwszaka. Nie zamierzał robić pierwszego kroku. Chciał, by uczniowie sami do niego przychodzili. Jednak wiedział, że nie mają powodu by mu w pełni ufać, tym bardziej, ze nagle określił częściową zmianę strony w jego przypadku. Poza tym dzieciak próbuje się przełamać już od jakiś dwóch dni i zwracał na siebie uwagę coraz większej liczby domowników. Napisał ostatnie zdanie eseju i przywołał do siebie chłopaka ruchem dłoni.

- Jak masz na imię?

- Andrew. - Odpowiedział cicho. Widać było, że stara się w sobie zebrać jak najwięcej odwagi.

- Chcesz ze mną porozmawiać? - Zapytał ostrożnie. Odpowiedziało mu tylko skinienie głowy. - Dobrze. Idź już w stronę dormitorium. Wezmę rzeczy i cię dogonię. - Poprosił. Bez pośpiechu zwinął prace domowe i zebrał przybory i książki.

Chłopiec stał już oparty o ścianę i czekał na niego. Miał ciemnobrązowe włosy, niebieskie oczy i drobną sylwetkę. Czyli wyglądem nie różnił się zbytnio od całej rzeszy jedenastolatków. Przepuścił go w drzwiach i odłożył rzeczy na swój kufer.

- Zdejmij buty i wskakuj na łóżko. Wtedy nałożę odpowiednie zaklęcia, by nikt nas nie podsłuchał. - Wyjaśnił szybko widząc zdezorientowaną minę chłopaka. Ten szybko wykonał polecenie. Zasłonili kotary wokół łóżka. Po chwili byli już otoczeni zaklęciem wyciszającym, a ciężki czerwony materiał stał się półprzeźroczysty, dzięki czemu widzieli, czy ktoś wchodzi do pomieszczenia. - Wybacz, ale w ten sposób łatwiej mi nałożyć zaklęcia na mniejszy obszar. Nie będziemy się rzucali w oczy przez blokowanie dormitorium. Nie planowałem nikogo popędzać, czy też zachęcać, ale widziałem, że od kilku dni nie możesz się zdecydować czy ze mną porozmawiać, przez co zacząłeś przyciągać uwagę coraz większej ilości osób… Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, że zdecydowałem za ciebie?

- Nie… Raczej nie… - padła cichutka odpowiedź.

- Ok. W takim razie, o czym chciałeś porozmawiać? Lub spytać. - Swobodnie oparł się o kolumienkę łóżka. Andrew siedział po turecku, zgarbiony i wyginał sobie palce na wszystkie strony.

- Najlepiej zacząć od początku… - podpowiedział ostrożnie. – I możesz mówić wprost. - Obserwował jak dzieciak się męczy i walczy ze sobą.

- Myślałem o przyłączeniu się do Czarnego Pana. - Wypalił w końcu chłopak i z przerażeniem spojrzał na niego czekając na reakcję.

- Rozumiem. A dlaczego? Popierasz jego poglądy?

- Nie.. Po prostu… Boję się o swoją rodzinę. Rodzice są mugolami i tylko oni wiedzą, że jestem czarodziejem. Mieszkam jeszcze z babcią, ale ona nic o tym nie wie. To tajemnica. W domu mam zakaz mówienia o magii i czymkolwiek, co się łączy z czarodziejskim światem. Nie są świadomi zagrożenia… Próbowałem nimi o tym rozmawiać, ale nie chcą nawet o tym słuchać, bo boją się, że ktoś usłyszy, że tajemnica się wyda…

- Dołączenie do śmierciożerców nic nie da. Wręcz przeciwnie. Będziesz musiał torturować mugoli, obojętnie czy to będą kobiety, czy dzieci, Będziesz musiał robić to wszystko pod groźbą, że jeśli choć raz zawiedziesz, to ukarana zostanie za ciebie twoja rodzina. - Andrew zbladł na te słowa i zaczął się lekko trząść.

- T-to, co ja mam zrobić? Miałem nadzieję, że wtedy ich nie tknie…

- I tak mógłbyś przystąpić do niego dopiero pod koniec szkoły lub po szkole… Jak do niego przystąpisz, to wtedy twoja rodzina będzie bardziej zagrożona. Mogę Ci pomóc. Nauczyć się bronić i nałożyć zaklęcia ochronne na twój dom i rodzinę. Mam pewien plan. Tylko musisz skupić się na nauce. Nie tylko obrony przed czarną magią. Jak przygotuję wszystko do spotkania to cię zabiorę. Zastanów się czy chcesz mojej pomocy. To będzie coś w rodzaju trzeciego frontu. Jednak nie będziesz musiał brać udziału w walce.

- Nie będę musiał? - Spojrzał na niego z nadzieją.

- Chcę stworzyć bezpieczne miejsce, do którego będą mogły przenieść się rodziny w sytuacji zagrożenia. Wtedy niestety twoja babcia dowiedziałaby się o magii… Będzie masa do zrobienia i umiejętności w każdej dziedzinie magii się przydadzą. Nie musisz dawać odpowiedzi dzisiaj. Zdecydujesz, czy chcesz ze mną iść, gdy po ciebie przyjdę. Nawet, jeśli się nie zdecydujesz, możesz zawsze przyjść do mnie po pomoc. I jeśli chcesz możesz poznać informacje o tym jak naprawdę wygląda służba Czarnemu Panu z pierwszej ręki. Znam byłego Śmierciożercę. Mogę pójść z tobą, jeśli byś chciał i nie będziesz miał się, czego obawiać. – Spojrzał na siedzącego przed nim chłopaka. Był całkowicie zagubiony. Chyba podał mu zbyt wiele informacji na raz. Westchnął.

- Przepraszam. Zbyt wiele na raz. Zacznijmy po kolei. Czy chciałbyś porozmawiać z byłym śmierciożercą, o którym wspomniałem?

- N-nie.

- Ok. Czy masz do mnie jeszcze jakieś pytania?

- Nie. - Teraz już padła pewniejsza odpowiedź. Chłopak dochodzi do siebie. Uśmiechnął się zadowolony.

- W takim razie bardzo się cieszę. Mam nadzieję, ze ci pomogłem. - Zdjął zaklęcia i podniósł się z łóżka. - Jakby ktoś się pytał to widziałem, że jesteś smutny i dlatego poprosiłem cię na rozmowę. - Powiedział cicho. - Każdemu ciężko się przyzwyczaić do tak długiego pobytu poza domem. Jednak nie martw się. Szybko się to zmieni. - Dodał już głośno i puścił Andrew oczko. Dzieciak natychmiast się rozweselił i wyszli z pokoju.

*.*.*

Szedł przez mroczne korytarze lochów. Nigdy nie napawały go one przerażeniem czy chociażby grozą. Cisza i mrok panujące w nich uspakajały go. Wszedł do swoich komnat. W kominku palił się ogień. Poza tym nie było żadnego innego źródła światła. Ktoś podniósł się z kanapy.

- Ognistej? - Spytał Potter sięgając po butelkę i nalał nieco bursztynowego płynu do szklanki. Podszedł do niego i wziął mu szklankę z ręki. Wziął łyk alkoholu.

- Wciąż jestem na ciebie zły. - Odparł. Chłopak cały czas go pilnie obserwował.

- Wiem. - Padła całkowicie spokojna odpowiedź. Usiedli na kanapie. - Wymykam się najwcześniej jak mogę, by nie być nakrytym i staram się być tu jak najdłużej. Po prostu nie uciekaj bez słowa. Prawdę mówiąc spanikowałem, gdy usłyszałem, dokąd chciałeś iść nic mi nie mówiąc. Od razu pojawiły mi się w głowie setki scen, setki zagrożeń i nie mogłem znieść myśli, że coś mogłoby ci się stać tylko, dlatego, że nie zdążyłem przybiec, bo nie powiedziałeś mi, dokąd idziesz. - Wyjaśnił spokojnie, wciąż patrząc w ogień.

- Nie jestem bezbronny. - Odburknął. Harry wreszcie spojrzał w jego stronę.

- Wiem. Jednak to nie pomaga. - Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, każdy zatopiony we własnych myślach.

- Co powiedziałeś swoim Ślizgonom? - Przełamał ciszę Harry.

- Prawdę. Oraz, że mogą do mnie przyjść porozmawiać. Że nie będę namawiał ich do żadnej ze stron i że zawsze mogą przyjść do mnie po pomoc.

- Czyli powiedziałeś im podobne słowa do tych, co ja Gryfonom. Dobrze się składa. Mam pewien pomysł i mam nadzieję, że cię on zainteresuje… - Te słowa sprawiły, że odwrócił wzrok z ognia na twarz chłopaka. W tym słabym świetle wyglądała na przeraźliwie zmęczoną. Dla nich obu to był długi dzień.

- Jaki to pomysł? - Spytał. Ich spojrzenia spotkały się.