Rozdział pierwszy: Enigma


Monsinior Howard poprawił naprędce zgięty rąbek sutanny, schodząc jednocześnie po schodach szybkim krokiem.

Zaledwie kilka dni temu ich placówka zyskała nowego pacjenta – Kita Walkera, oskarżonego o zamordowanie własnej żony. Jego przybycie wywołało niemałą sensację w Briarcliff. Słyszano o nim, zanim jeszcze podjęta została decyzja o przeniesieniu go tutaj w celu ewaluacji. Młody, biały mężczyzna, który zdecydował się w tak trudnych i burzliwych czasach jak te związać z czarnoskórą kobietą. Timothy musiał mu przyznać jedno – odwagę w byciu innym od całej reszty. Choć w jego oczach wciąż pozostawał mordercą, kłamcą i szaleńcem, to jedno było pewne – nie był tchórzem.

A kłamcą w jego oczach był dlatego, bo przez cały czas upierał się, że jego żonę porwali kosmici.

Oderwał się chwilę potem od tych myśli. W Briarcliff nie było teraz jednej wolnej osoby – wszyscy byli zajęci pacjentami. To dlatego właśnie spieszył się do głównego wejścia, aby przyjąć nowego pacjenta. Oryginalnie miała się tym zająć siostra Jude, ale ona była teraz kompletnie zaabsorbowana pracą na oddziale zamkniętym. Na domiar tego rodzina pacjenta przyjechała dwie godziny za wcześnie. Nie było jak jej oderwać od pracy. Musiał więc wszystko ogarnąć sam.

Nie wiedział zbyt wiele o tej nowej osobie. Zdołał tylko usłyszeć od siostry Jude, że chodziło najprawdopodobniej o schizofrenię. Więcej mu nie wyjaśniła, zbyt zajęta zajmowaniem się kilkoma pacjentami naraz.

Dotarł do końca schodów w tym samym momencie, w którym przez drzwi główne weszła do środka trójka ludzi: mężczyzna i kobieta po pięćdziesiątce i młoda, góra dwudziestopięcioletnia.

Timothy zastygł na moment w miejscu i przyjrzał się szybko każdemu nowoprzybyłemu z osobna. Starsza kobieta była niska i drobna, o cienkich, mysich włosach, okrągłej twarzy opalonej słońcem i wiatrem, z widocznymi oznakami starzenia. Jej jasne, szare oczy wyróżniały się na tle jej pełnej twarzy, której kształt nadawał jej niewinny, nawet dziewczęcy urok. Mężczyzna był niewiele wyższy od niej – był z całą pewnością niższy od monsiniora o pół głowy. Mógł mieć może z metr siedemdziesiąt, nie więcej. Miał ciemne blond włosy i ciepłe, błękitne oczy. Przyglądając się im tak, Timothy doszedł do jedynego logicznego wniosku.

Ona w ogóle nie wygląda jak ich córka.

Dziewczyna, która z nimi przyjechała, była mniej więcej wzrostu swojego ojca – mogła być maksymalnie o 2-3 centymetry od niego niższa, zważywszy na to, że miała na sobie buty na niskiej koturnie. Była szczupła, ale nie chuda, o sylwetce, przez którą siostra Jude z pewnością przyglądałaby się jej krytycznie od pierwszej chwili. Jej włosy były długie za pas, gęste i falowane, ciemnobrązowe. Cerę miała delikatnie opaloną, bez żadnej skazy, owalną, z subtelnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi, prostym, zgrabnym nosem, naturalnie zaróżowionymi ustami i ciemnymi oczami okalanymi gęstymi, czarnymi rzęsami.

Tak… siostra Jude jak nic by ją znienawidziła. Nie znosi ona kobiet piękniejszych od siebie. I młodszych.

Zaraz potem poczuł nieprzyjemne ukłucie w gardle i z trudem powstrzymał się od poprawienia koloratki, jaka nagle zaczęła go cisnąć. Może i był księdzem, ale nie był ślepy. Ta dziewczyna była naprawdę ładna.

Skup się, Timothy. Skup się. Nie możesz ulec takim pokusom. Jesteś silniejszy od tego.

- Państwo Douglas, zgadza się? – spytał się zaraz potem miłym, uprzejmym głosem starszej pary, odsuwając niebezpieczne myśli daleko w tył. Kobieta pokiwała tylko głową, trzymając się kurczowo swojego męża. Naprawdę ani trochę jej nie przypominają. – pomyślał, mogąc się im teraz przyjrzeć dokładniej z bliska. – Hm, może odziedziczyła tę urodę po swojej babce lub innym dalszym krewnym.

- W czym mogę państwu pomóc? – spytał się ich, gdy chwilę potem weszli do jego gabinetu razem z córką i usiedli po obu jej stronach na prostych, drewnianych krzesłach przed biurkiem.

- Nasza Elyon… ona ma pewne problemy. – Brwi mężczyzny drgnęły nieznacznie, gdy usłyszał to imię. Elyon… inne imię Boga według księgi Genezy. Najwyższy Bóg… ciekawe imię jej wybrali.

- Jakie to są dokładnie problemy?

- Ona… słyszy głosy. – zaczęła niepewnie jej matka. – Trwa to już od jakiegoś czasu. My… my martwimy się, że coś ją może chcieć opętać.

To dlatego powiedziała mi, że to może być schizofreniczka. Słyszenie głosów to jeden z najbardziej popularnych objawów u nich. Ale… nie, to coś innego. – Jedno uważne spojrzenie na dziewczynę i wiedział, że nie ma do czynienia z chorą osobą. Była w pełni świadoma wszystkiego, a w jej spojrzeniu nie dostrzegł cienia strachu czy zagubienia. Nie… to było coś zupełnie innego.

- Czy mógłbym z państwa córką porozmawiać przez chwilę sam? – spytał się ich po dłuższej chwili. – Pozwoli mi to lepiej poznać jej problem.

Para od razu się na to zgodziła. Wyszli szybko, bez problemu zostawiając swoją córkę sam na sam z nieznajomym. Był księdzem, więc być może dlatego tak szybko i łatwo mu zaufali. Już nie raz przez coś takiego przechodził. Wystarczyła sutanna i koloratka, aby ludzie wyznawali swoje najmroczniejsze sekrety i zawierzali własne życia. Nie mógł zaprzeczyć, że czuł się czasami przez to ważny i chciany.

Po ich wyjściu na długą chwilę zapadła pomiędzy nimi cisza. Timothy obserwował dziewczynę uważnie, która dla odmiany przyglądała się z zaciekawieniem jemu. Kąciki jej ust zadrżały w pewnym momencie nieznacznie, jak gdyby powstrzymywała się ona od uśmiechnięcia.

- Nie słyszysz tak naprawdę głosów, prawda? – spytał się jej. – Nie wyglądasz mi na osobę, która by miała takie problemy.

Dziewczyna w odpowiedzi uśmiechnęła się nieznacznie kątem ust.

O, jest. – pomyślał z triumfem, dostrzegając to, czego szukał w niej od samego początku. – Ten błysk w oku.

Widział w swoim życiu kilka osób z takim charakterystycznym błyskiem w oku – zawsze to były osoby w pełni zdrowe na umyśle i bardzo inteligentne.

Nawet najtęższe umysły tego świata nie są wolne od mroku chorób psychicznych. – przypomniał sobie jednak zaraz potem. – Teraz zachowuje się normalnie, ale potem może być inaczej. Być może ma ona jednak jakieś problemy. Gdyby było inaczej, jej rodzice z pewnością by jej tutaj nie wieźli tyle mil.

- Owszem, słyszę. – odpowiedziała mu w końcu Elyon.

Nawet nie próbowała temu zaprzeczyć. Timothy zdusił w sobie chęć wydania z siebie zduszonego okrzyku zaskoczenia.

- I przyznajesz to tak otwarcie, bez cienia wstydu czy zażenowania.

- A czemu miałabym się tego wstydzić? – odpowiedziała mu pytaniem na pytanie.

Ciekawy przypadek, naprawdę… nie mogę tego tak zostawić. Powinna tu zostać, przynajmniej na razie. Chcę zobaczyć, co z tego wyniknie.

- Zaczekaj tu chwilę. – polecił jej, wstając jednocześnie od biurka. – Zaczekaj. Za chwilę po ciebie wrócę.

- Spokojnie, nigdzie się nie planuję wybierać. – Gdy ten się odwrócił, żeby się na nią spojrzeć, dziewczyna posłała mu szeroki, niewinny uśmiech. Nie kupił go jednak. Jedno spojrzenie w jej oczy i wiedział, że to wszystko była fasada. Jej uśmiech może i był uroczy i niewinny, ale w jej oczach igrały iście demoniczne błyski.

Po wyjściu udał się prosto do doktora Thredsona. Niekoniecznie lubił tego mężczyznę, ale na tę chwilę był jedyną osobą, jaka mogła dokładnie przeprowadzić ewaluację psychologiczną dziewczyny.

- Doktorze Thredson. – zaczął, doganiając mężczyznę w momencie, gdy ten miał już wejść do swojego gabinetu. Na dźwięk swojego imienia odwrócił się on powoli w stronę kapłana i spojrzał się na niego uważnie. – Mamy nową pacjentkę. Trzeba przeprowadzić z nią szczegółowy wywiad i ocenić jej stan.

- Dobrze, za chwilę będę mógł się tym zająć. – odpowiedział mu po chwili. Zachowanie monsiniora Howarda zaciekawiło go. Mężczyzna nie przepadał za nim i od samego początku otwarcie dał mu to do zrozumienia. Teraz jednak prosił go o pomoc. Nie mógł przepuścić sobie takiej okazji. – Przygotuję szybko wszystko, co trzeba. Ty możesz w tym czasie przyprowadzić do mnie tę pacjentkę.

Timothy z trudem powstrzymał się od zwrócenia Oliverowi uwagi. Zwrócił się do niego bezpośrednio, nie używając żadnego zwrotu grzecznościowego odnoszącego się do jego profesji czy funkcji, jaką sprawował w hierarchii kościelnej. Odpuścił mu jednak. Jeszcze go nauczy, jak się powinien do niego zwracać.

Gdy wrócił do swojego gabinetu po Elyon, ta wciąż cierpliwie na niego czekała. Dziewczyna wstała, gdy tylko zobaczyła, że ten po nią wrócił, po czym bez słowa podeszła do niego, przez cały ten czas nie spuszczając z niego swojego czujnego, pozornie niewinnego spojrzenia.

Pilnuj się. – skarcił samego siebie, odrywając jednocześnie na moment spojrzenie od Elyon. – Nie możesz ulec swoim pokusom. Nie możesz.

Niepewnie ujął ją za ramię i poprowadził ze sobą w stronę gabinetu Thredsona. Dziewczyna nie stawiała żadnego oporu – pozwoliła się zaprowadzić do psychiatry bez słowa sprzeciwu. Chociaż nie patrzył się na nią, Timothy czuł na sobie jej zaciekawione, uważne spojrzenie. Pilnował się jednak najlepiej, jak tylko mógł, aby nie obrócić się w jej stronę.

Nie możesz temu ulec. – powtarzał sobie raz za razem. – Jesteś silniejszy od tego. Jesteś. Uwierz w siebie. Spoczywa na tobie zbyt wielki obowiązek. Nie możesz ulec swoim pokusom.

Odetchnął z ulgą, gdy w końcu dotarli do drzwi gabinetu Thredsona. Timothy zapukał cztery razy i zaraz potem otworzył drzwi, nie czekając na odpowiedź od doktora.

Oliver czekał już na nich, siedząc przy swoim biurku. Słysząc ich, podniósł nieznacznie spojrzenie znad dokumentów innych pacjentów, którymi planował zająć się później. Gdy tylko jego spojrzenie stanęło na młodej pacjentce, cień uśmiechu pojawił się na jego ustach.

Teraz to rozumiem… Dlatego sam nie chce się nią zająć. – Spojrzenie jego ciemnych oczu omiotło szybko całą osobę dziewczyny. – Martwi się pewnie, że ulegnie pokusie. I, prawdę mówiąc… wcale mu się nie dziwię.

- To są jej podstawowe akta. – Timothy wręczył mu cienki plik dokumentów otrzymanych od rodziców dziewczyny. Oliver przyjął je bez słowa i położył powoli przed sobą, na szczycie małej kupki innych dokumentów, jakie przed chwilą przeglądał. – Przeprowadź z nią własny wywiad i oceń ją. Ale sądzę, że powinna tu zostać. – dodał po chwili, powoli wycofując się w stronę wyjścia. Oliver obserwował go w milczeniu, aż ten nie zniknął za drzwiami. Dopiero wtedy swoją uwagę skupił na młodej dziewczynie stojącej przed nim.

- Usiądź. – poinstruował ją, wskazując na krzesło przed sobą. Gdy ta usiadła, ten omiótł ją jeszcze raz uważnym spojrzeniem.

Ktoś taki jak ona nie pasuje do takiego miejsca. – pomyślał, nie przestając się jej przyglądać. – Co może być z nią nie tak…?

- Jak masz na imię? – spytał się jej na początek.

- Elyon. – Nawet jej głos jest intrygujący. Ciekawa osoba. – Elyon Douglas.

- To nie są twoi biologiczni rodzice, prawda? – zadał następne pytanie, przeglądając jednocześnie akta dziewczyny. – Zostałaś przez nich adoptowana, gdy miałaś…

- Sześć lat. – dokończyła za niego Elyon.

- Czemu nie zaadoptowali też twojego brata bliźniaka? – zaciekawił się Oliver. W dokumentach z sierocińca widniało wyraźnie, że została ona przyjęta razem ze swoim bratem. – Nie chcieli syna?

- Nie stać ich było na dwójkę dzieci. – Ton głosu, w jakim mu odpowiedziała, był spokojny, niemalże stoicki i pozbawiony emocji. Jej spojrzenie przeczyło jednak tej monotonii. Ogniki, jakie igrały w jej ciemnych oczach, zdradzały jej potencjalną buntowniczą, bardziej ciekawą stronę. – A poza tym chcieli córkę, nie syna.

- Czemu to zostałaś sprowadzona? – Wiedział, że odnajdzie informacje o tym w aktach od lekarza rodzinnego, które były dołączone do reszty dokumentów. Wolał to jednak usłyszeć od niej samej. Jej osoba zainteresowała go niezmiernie. Wydawała się w pełni świadoma wszystkiego. Nie rozumiał, co mogło być z nią nie tak. – Masz jakieś mroczne zapędy, których nie możesz kontrolować? Okaleczasz się? A może rodzice przyłapali cię w niedwuznacznej sytuacji z inną dziewczyną i chcą cię z tego wyleczyć?

W odpowiedzi Elyon tylko się uśmiechnęła kątem ust.

- Nic z tych rzeczy. – odezwała się w końcu, po dość długiej chwili milczenia. – Po prostu słyszę głosy, których oni nie są w stanie usłyszeć. Nic wyjątkowego.

- Tu bym się z tobą nie zgodził. – Sposób, w jaki mu to przekazała, zaciekawił go niezmiernie. – Coś takiego z automatu klasyfikuje człowieka na oddział zamknięty. I rzadko taki człowiek jest tak spokojny jak ty teraz. – dodał po chwili, a kąciki jego ust zadrżały nieznacznie, gdy z trudem powstrzymał się od podobnego uśmiechu, który przed chwilą posłała mu Elyon.

Ona na pewno nie słyszy żadnych głosów. – stwierdził, lustrując ją uważnie od stóp do głów. – Nie pasuje to podręcznikowych przykładów schizofrenii. W ogóle nie pasuje zachowaniem do tego typu pacjentów. Czyżby udawała? Może chce w ten sposób uciec od swoich rodziców? – Gdy tylko o tym pomyślał, jego spojrzenie powędrowało ku jej przedramionom, odsłoniętym do połowy dzięki rękawom ciemnozielonej sukienki, jaką miała na sobie. Nie dostrzegł na nich żadnych siniaków, otarć czy ran. Wiedział jednak, że nie tylko przemoc fizyczna może zniszczyć człowieka. Znęcanie się nad psychiką człowieka niejednokrotnie wywoływało większe i trudniejsze do zaleczenia zniszczenia. Bo o ile ludzkie ciało dało się wyleczyć, o tyle raz zniszczona psychika często nigdy nie powracała do dawnego, normalnego stanu.

I co ja mam z nią teraz zrobić? – spytał się sam siebie po dłuższej chwili namysłu. – Czy powinienem zaakceptować jej przyjęcie tutaj? Czy to słuszne?

W tym samym momencie jego myśli powędrowały ku osobie wielebnego. Przypomniał sobie, jak bardzo wzburzony i jednocześnie zawstydzony. Schylił nisko głowę, aby ukryć uśmiech, jaki wykwitł na jego ustach.

Niech tu zostanie. Jeśli nas okłamuje, szybko to wyjdzie. Jeśli mówi prawdę, wtedy otrzyma pomoc, której potrzebuje.

Chwilę potem wezwał do swojego gabinetu rodziców dziewczyny. Cały czas po głowie chodziły mu wyobrażenia tego, jak zareaguje monsinior Howard, gdy zobaczy na korytarzach Briarcliff Elyon Douglas.

- Zdecydowałem się przyjąć państwa córkę do naszej placówki. – zaczął, patrząc się przy tym prosto na rodziców dziewczyny. – Trudno jest mi po jednej rozmowie stwierdzić, jakie dokładnie problemy ma ona i jak głęboko sięgają. Będziemy musieli przyjąć ją na chociaż kilka dni uważnej obserwacji, abyśmy mogli ocenić obiektywnie jej stan.

Jej rodzice tylko pokiwali głowami, wyraźnie oddychając przy tym z ulgą. Po ich zachowaniu wyglądało to tak, jakby te głosy, które Elyon słyszała, oddziaływały też negatywnie na nich. Patrząc się jednak na nią w ogóle nie odnosił tego wrażenia – zupełnie jak gdyby nic takiego nie miało miejsca.

Ona naprawdę może to wszystko udawać. – pomyślał, gdy żegnał rodziców swojej nowej pacjentki niedługo potem. – A oni, zapewne zacofani i bogobojni do ekstremum, łyknęli to jak pelikany. Nie zdziwiłbym się, gdyby tak właśnie było.

Gdy Elyon została z nim na powrót sama, obserwował ją jeszcze przez jakiś czas w milczeniu, próbując ją ocenić na swój własny sposób. Była dla niego enigmą, której nie mógł w żaden sposób rozgryźć – i nie mógł zaprzeczyć, że fascynowało go to. Nikt o zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na bycie umieszczonym w takim miejscu jak Briarcliff.

I właśnie dlatego chciał ją tu zatrzymać – aby poznać całą prawdę i zobaczyć, o co tu naprawdę w tym wszystkim chodzi.

Elyon przeszła całą procedurę przyjęcia z iście stoickim spokojem – wykonywała kolejno wszystkie polecenia, od oddania wezwanym do niej młodszym siostrom ubrań i przebrania się w prostą, jednolitą, długą jasnoszarą koszulę, po bycie umieszczoną w pomieszczeniu z kilkoma innymi pacjentkami. Trafił jej się pokój z dwoma młodymi kobietami – oskarżoną o zamordowanie całej swojej rodziny Grace oraz leczącą się z nimfomanii Shelley.

- Cześć, nowy nabytku. – powiedziała do niej ta druga, gdy tylko drzwi do celi zamknęły się. – Za co trafiłaś do tego piekła na ziemi?

Elyon nie odpowiedziała jej od razu – obróciła się najpierw wokół swojej osi, dokładnie przyglądając się gołym ścianom z ciemnego kamienia i pojedynczemu, wysoko usytuowanemu oknu okratowanego od zewnątrz i wewnątrz grubymi prętami. Usiadła następnie na jednym z dwóch wolnych łóżek, i dopiero wtedy zwróciła swoją uwagę na swoje nowe towarzyszki niedoli.

- Głosy w głowie. – odpowiedziała Shelley, pukając się przy tym kilka razy palcem wskazującym w prawą skroń.

- Uuu, to nieźle. – młoda kobieta pokiwała z dezaprobatą głową. Jej nieco młodsza towarzyszka, jasna szatynka, przysłuchiwała się tylko ich rozmowie w milczeniu, uważnie obserwując nowoprzybyłą. – Będą z tobą jakieś problemy? Darcie się w nocy, atakowanie rzeczy, których nie ma… no wiesz, tego typu sprawy?

- Spokojnie, nic wam ze mną nie grozi. – zapewniła ją ze spokojem Elyon, odwracając przy tym na moment spojrzenie w stronę drzwi, które pozostawały teraz lekko uchylone. Była ona jednak pewna tego, że na noc te drzwi będą zaryglowane na siedem spustów. – Nie będę miała żadnych groźnych epizodów.

- Mówisz to tak, jakbyś w ogóle nie była chora. – Po słowach Grace Elyon obróciła się w jej stronę powoli. Gdy dziewczyna dostrzegła jej spojrzenie, od razu pojęła, że ma rację. – Też tu cię wrzucono wbrew twojej woli, prawda? – Młoda dziewczyna ożywiła się nagle. – Chciałabyś pewnie stąd uciec, prawda? Nie chcesz tu być, tak jak my. Możesz nam pomóc stąd uciec.

- Jestem dokładnie tu, gdzie chciałam się znaleźć. – brunetka zaskoczyła obydwie kobiety tą odpowiedzią. – Nie zamierzam się na razie nigdzie stąd wybierać.

- Czemu chciałabyś się tutaj znaleźć? – zdziwiła się Shelley. – Nikt normalny tutaj nie chce przebywać. Cholera, nawet największe świry tego miejsca chcą stąd zwiać. Czemu miałabyś tu zostać?

W odpowiedzi Elyon spojrzała się na nią w taki sposób, że młoda kobieta aż musiała zamrugać kilkakrotnie. Intensywność tego spojrzenia sprawiła, że jej oczy momentalnie zaczęły ją piec. Poczuła się tak, jakby ta dziwna nowa pacjentka przeszywała swoim wzrokiem jej duszę na wskroś.

- Bo muszę. – odparła po dłuższej chwili dziewczyna. – Ale jak chcecie, to mogę wam wciąż pomóc w tej ucieczce, którą planujecie. – dodała zaraz potem jak gdyby nigdy nic. – To miejsce nie jest dobre, w tym jednym masz rację. Ale nie mogę przegapić tej szansy. Wszyscy zagrali dokładnie tak, jak tego chciałam. Grzechem byłoby zmarnować taką okazję.

- Jesteś cholernie dziwna, wiesz o tym? – spytała jej się Shelley. Elyon w odpowiedzi zaśmiała się cicho i pokręciła z rozbawieniem głową.

- A kto z nas nie jest?