Rozdział drugi: Sojuszniczki


Następne dni przebiegły stosunkowo spokojnie. Shelley i Grace trzymały się blisko siebie, dalej opracowując plan ucieczki. Nie rozmawiały zbyt często z „tą nową" – coś w jej osobie sprawiało, że obie czuły się dziwnie. Nie bały się jej jednak – po prostu nie mogły zrozumieć jej toku rozumowania oraz tego, jakie miała plany wobec tego miejsca.

Nie powiedziały o niczym żadnej z sióstr ani lekarzowi – nienawidziły tego miejsca i jeśli jej zamierzeniem było zniszczenie go, to zamierzały dać jej pełną swobodę działania. Siedziały więc i obserwowały ją, licząc na to, że wkrótce dowiedzą się, co ona planuje – bo jak na razie dziewczyna nic im nie zdradziła poza enigmatycznymi, nic nie mówiącymi im pół-wyjaśnieniami.

- Ciekawa jestem, czego ona tu właściwie szuka. – rozmyślała Grace, gdy razem z Shelley miały okazję przez chwilę pobyć same w swoim pokoju. – Co tu można znaleźć? Chyba tylko jeszcze większe kłopoty.

- Może szuka ona jakichś brudów na nich. – zasugerowała jej Shelley. – Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było. To była tylko kwestia czasu, zanim ktoś taki się tu zjawi.

- Nie wygląda mi ona na dziennikarkę. – wymamrotała po dłuższej chwili drobna szatynka. – Poza tym… ją tutaj przecież przywieźli jej rodzice. To nie ma sensu.

Shelley w odpowiedzi roześmiała się głośno.

- Tacy, co chcą coś odkryć, posuną się do jeszcze większej szopki, byle przekonać tych, których chcą zdemaskować, że nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia. – Shelley zamilkła na dłuższą chwilę po tych słowach, zastanawiając się nagle nad czymś intensywnie. – Ciekawe, kogo obrała sobie za swój cel.

- Najszybciej stawiałabym na siostry, które tu rządzą. – Grace powiedziała niemalże od razu. – Są tu najgorsze.

- Fakt… ale są tylko płotkami. Jeśli już na którejś miałaby się skupiać, to byłaby to pewnie siostra Jude. Ta menda jest z nich wszystkich naprawdę najgorsza. Może to być też księżulek. – wymamrotała chwilę potem, gdy tylko na to wpadła. – Na pewno ma sporo za uszami. Młodo objął tu stanowisko i trzyma się tu chyba najdłużej ze wszystkich, którzy szefowali temu ośrodkowi. I to jego kumplowanie się z Ardenem…

- Może to właśnie jego chce ona zdemaskować? – Grace zasugerowała nagle. – Ten gość jest cholernie dziwny. Mam dreszcze za każdym razem, gdy go widzę.

- Tak, to może być on. – Shelley zgodziła się z nią po krótkiej chwili namysłu. – To prawie na pewno jest…

Grace spojrzała się z dezorientacją na przyjaciółkę, która nagle zamilkła w połowie zdania. Gdy tylko zorientowała się, że ta wpatruje się w coś przed sobą, obróciła się szybko w stronę, w którą ona się teraz patrzyła. Grace sama zaraz potem zastygła, gdy zobaczyła, że w wejściu do ich pokoju stoi nikt inny jak obiekt ich rozmowy, Elyon.

- Rozluźnijcie poślady, dziewczyny. – zażartowała nowa, widząc ich wystraszone miny. – Nie zjem was przecież. I nie jestem reporterką. – dodała zaraz potem, wchodząc do środka i jak gdyby nigdy nic siadając na swoim łóżku. – Ale ta, która wprowadzi się dzisiaj naprzeciw nas jest nią. – tu wskazała skinieniem kciuka na drzwi do pomieszczenia znajdującego się dokładnie naprzeciw ich pokoju, po drugiej stronie korytarza.

- Skąd to wiesz? – zdziwiła się Grace. Osoba tej nowej fascynowała ją niezmiernie. Wydawała się wiedzieć rzeczy, o których nikt inny nie wiedział. Nie kłamała też mówiąc, że nie będzie im sprawiać żadnych problemów – wszystkie noce, które przespała z nimi w jednym pokoju były ciche i niezmącone żadnymi krzykami czy rzucaniem się w łóżku i widzeniem omamów. W ogóle nie zachowywała się jak osoba, która rzekomo słyszała głosy. Chyba że… – To te głosy ci o tym powiedziały, prawda? – spytała się po dłuższej chwili z wahaniem słabym, lekko drżącym głosem.

Elyon w odpowiedzi tylko się uśmiechnęła.

- Będzie tu za jakieś dwie godziny. – powiedziała jej, kładąc się jednocześnie na materacu. Przykryła się następnie cienką kołdrą i odwróciła do obydwu młodych kobiet plecami. – Na imię ma Lana. Obudźcie mnie, jak tylko tu się zjawi. Wolałabym nie ominąć rozmowy z nią.

Grace i Shelley spojrzały się po sobie ze strachem i dezorientacją. Ta dziewczyna była naprawdę dziwna.

~0~

Elyon niemalże idealnie wszystko wykalkulowała – dokładnie dwie godziny i jedenaście minut po tym, jak się położyła, do pokoju naprzeciw zaprowadzona została dość wysoka, ciemnowłosa kobieta po trzydziestce. Grace i Shelley przez jakiś czas wykłócały się szeptem, która z nich powinna obudzić teraz Elyon, i w końcu to Shelley przypadł ten „zaszczyt". Nie musiała długo się z tym zmagać – potrząsnęła tylko lekko dziewczyną i ta obudziła się od razu i usiadła na łóżku z taką łatwością, jak gdyby w ogóle nie spała przez cały ten czas.

Lana zjawiła się w ich pokoju niedługo potem – przyszła do nich, aby spytać się ich o to, w jakich warunkach można tu trafić. Była wzburzona tym, jak została potraktowana.

- To normalne w Briarcliff. – powiedziała jej Shelley, gdy wysłuchały już całego monologu sfrustrowanej kobiety. – Można tu trafić za najmniejszą pierdołę. W wielu przypadkach wystarczy też, że rodzina cię tu przywiezie i powie, że jesteś szurnięta, i tyle – nie będą nawet zadawać większych pytań. My wszystkie trzy jesteśmy tego przykładem. – dodała zaraz potem.

- Za co tu trafiłyście? – zaciekawiła się Lana.

- Ja za to, że „za często się puszczałam". – tu Shelley wykonała palcami obu rąk gest nawiasów, wywracając przy tym z irytacją oczami. – Śmiałam zdradzić swojego męża raz, podczas gdy ten zdradzał mnie wielokrotnie. Grace wysłali tu, bo rzekomo zabiła swoją rodzinę, mimo że zrobił to jakiś morderca, który się włamał do ich domu, ale rodzina jej ojca oskarżyła ją o to mimo to, chcąc się jej pozbyć. A ona… – tu Shelley zamilkła na chwilę i spojrzała się bokiem na Elyon, która w milczeniu siedziała na swoim łóżku i czekała cierpliwie, aż ta dokończy to, co zaczęła mówić. – Ona ponoć słyszy głosy.

To zaciekawiło Lanę, która niemalże od razu spojrzała się z zainteresowaniem na młodą brunetkę.

- Głosy? – zdziwiła się nieco. – Nie wyglądasz na schizofreniczkę.

- Mało kto wygląda na schizofrenika. – odpowiedziała jej na to Elyon, uśmiechając się przy tym kątem ust. – To jedna z tych chorób, które nie łatwo jest rozpoznać po wyglądzie drugiego człowieka. I nie, nie jestem jedną z tych osób. – dodała zaraz potem. – Po prostu towarzyszą mi głosy, które mówią mi różne rzeczy. I te rzeczy z reguły się sprawdzają.

- Jak przybycie tutaj ciebie. – odezwała się w tej chwili Grace. Gdy Lana przeniosła na moment uwagę na nią, szatynka wykorzystała to, aby kontynuować swoją wypowiedź. – Wiedziała kilka godzin wcześniej, że się tu zjawisz.

- Naprawdę? – zdumiała się kobieta. – Fascynujące. – Jej uwaga zaraz potem ponownie przeniosła się na osobę Elyon. – Jeśli to prawda, to z takim darem nie powinnaś siedzieć w psychiatryku, tylko występować w telewizji.

Elyon roześmiała się głośno na jej słowa, wyraźnie nimi rozbawiona.

- To też przemknęło przez głowy moich staruszków. – powiedziała. – Niedaleko naszej miejscowości rozbił się na polach wędrowny cyrk „dziwactw" i parę osób zasugerowało im, że tam powinni mnie oddać, bo przynajmniej dostaliby za mnie jakieś pieniądze. Uznali jednak, że taką „wariatkę" jak mnie lepiej będzie oddać tam, gdzie ktoś się mną zajmie zamiast wykorzystywać mój zdolności do zbijania na mnie fortuny.

- Nie wyglądasz mi ani trochę na wariatkę. – odparła na to Lana, lustrując przy tym dziewczynę uważnym spojrzeniem. – Żadna z was nie wygląda. – dodała chwilę potem, przenosząc na krótką chwilę wzrok na pozostałe dwie kobiety.

Elyon uśmiechnęła się kątem ust na te słowa. Wiedziała, że Lana nie mówiła prawdy, gdy wypowiedziała to drugie zdanie. Nie chciała jednak wyjść na „wredną mendę" i dlatego skłamała. Dziewczyna wiedziała jednak, że sama Lana nie wierzyła w to, co właśnie powiedziała. Widać to było na kilometr.

- Ty też mi nie wyglądasz na wariatkę. – powiedziała zaraz potem, sama przyglądając się kobiecie z zaciekawieniem przez dłuższą chwilę. – Co na ciebie wymyślili, żeby cię tu zamknąć?

- Zaszantażowali moją dziewczynę, żeby podpisała dla nich papiery na zgodę na mój pobyt tutaj. – odpowiedziała jej Lana. W jej ciepłych, brązowych oczach pojawił się na krótką chwilę cień smutku. – Jestem pewna, że sama by się na to nie zdecydowała. Musieli zastraszyć ją, że wyjawią prawdę o niej i straci przez to posadę nauczycielki. Innej opcji nie widzę. – Kobieta po dłuższej chwili milczenia zaśmiała się nagle gorzko, kręcąc przy tym z niedowierzaniem głową. – Najwyraźniej homoseksualizm jest traktowany tutaj na równi ze schizofrenią i innymi maniami.

- Hmmm… to niestety jest brutalnie prawdziwe. – przyznała Elyon. – No cóż… gdyby nie te głosy, to pewnie moi drodzy „papcio i mamcia" też mnie pewnie za podobne przewinienia zamknęli. Gdyby w ogóle wiedzieli o tym lub się tym interesowali.

To wyznanie zaskoczyło mocno kobietę, podobnie też i jak pozostałe dwie pacjentki.

- Też jesteś lesbijką? – zdumiała się Lana. Ze wszystkich przypadków, jakie mogły ją tu spotkać, nie sądziła, że trafi w tym przeklętym miejscu na kogoś takiego jak ona sama – i to do tego tak szybko po trafieniu tutaj.

Elyon w odpowiedzi pokręciła jednak przecząco głową.

- Nie do końca. – dodała zaraz potem. – Interesują mnie i mężczyźni, i kobiety. – Po jej słowach Shelley niespodziewanie zaśmiała się gardłowo, wyraźnie czymś rozbawiona.

- No patrz ty no, nie miałam pojęcia, że jesteśmy w tej jednej kwestii takie same! – zażartowała. – Tyle że moi rodziciele wiedzieli o tym, i to dlatego mnie tu zamknęli.

- Moich nic to nie interesowało. – odpowiedziała jej Elyon. – Trudno się im w sumie dziwić. Nie jestem ich „krwią i kością".

- To nie są twoi biologiczni rodzice? – zaciekawiła się Grace. – No… to by wiele tłumaczyło. – Gdy Elyon zerknęła na nią z zaciekawieniem i lekką dezorientacją, dziewczyna szybko pospieszyła z wyjaśnieniem. – Widziałam ich przelotem, jak tu przyjechaliście. W ogóle nie byłaś do nich podobna. Zdziwiło mnie to trochę.

Ich rozmowa została zaraz potem przerwana przez jednego z pielęgniarzy.

- Wyłazić. – polecił wszystkim czterem, obrzucając ich krytycznym wzrokiem. – Pora na socjalizację z resztą.

Grace i Shelley wstały pierwsze. Elyon zrobiła to następna, z Laną idącą za resztą na samym końcu. Dwie nowe pacjentki udały się za swoimi towarzyszkami do głównej „sali rozrywek", gdzie znajdowali się teraz pozostali pacjenci. Gdy tylko tam weszły, Grace niemalże od razu oddzieliła się od nich i udała się w kierunku młodego, brązowowłosego mężczyzny, który siedział samotnie na fotelu przy jednym z okien.

- Zostałaś więc adoptowana, tak? – Lana zdecydowała się podjąć temat, jaki został im przerwany kilka minut temu. – Wiesz coś zatem może o swojej prawdziwej rodzinie?

- Tak, wiem. – Elyon odpowiedziała jej niemalże od razu. – Mam dwóch młodszych braci, z czego jeden z nich jest bliźniakiem.

- A twoi rodzice? – kobieta dociekała dalej. – Czy wciąż żyją?

Na to pytanie Elyon nie odpowiedziała jej już tak szybko.

- Mmm… można tak powiedzieć. – powiedziała enigmatycznie. Zdziwiła tym Lanę, która jednak zdecydowała się nie poddawać. Chciała dowiedzieć się więcej o tej dziewczynie.

- Twoja matka… wiesz, kim ona jest?

- Nie mam matki. – Ta odpowiedź przyszła niemalże od razu. – Mam dwóch ojców.

To dziennikarkę zaskoczyło bardzo mocno. Zamilkła na długą chwilę, wpatrując się w niedowierzaniem w Elyon, która dla odmiany przyglądała się jej z iście stoickim spokojem. Zachowywała się teraz tak, jakby doskonale wiedziała, jak bardzo zszokowała tą informacją kobietę i czerpała z tego pewną satysfakcję.

- Są… czy oni są… parą? – wydukała w końcu kobieta. Na jej pytanie dziewczyna tylko pokiwała głową, powodując tym, że z ust Lany wydobył się zduszony okrzyk zdumienia. – Ja nie mogę… nie wyobrażałam sobie, żeby para jednopłciowa mogła mieć jedno dziecko, a co dopiero powiedzieć trójkę… bo oni są waszymi ojcami, tak? – Kolejne przytaknięcie głową. Chciała ją dalej wypytywać o jej rodziców, ale wtedy dziewczyna została bezgłośnie wezwana skinieniem ręki przez jedną z zakonnic.

- Wybacz mi, że zakończymy na tym tę rozmowę. – Elyon przeprosiła ją, jednocześnie kierując się w stronę zakonnicy. – Wychodzi na to, że pora na kolejny dzień mojej ewaluacji psychiatrycznej przez doktora Thredsona. I pewnie biedak znów nic na mnie nie znajdzie. – Po tych ostatnich słowach dziewczyna uśmiechnęła się, wyraźnie tym rozbawiona, po czym odeszła za zakonnicą w swoją stronę.

Lana długo jeszcze jej się przyglądała, nie mogąc ogarnąć umysłem tego, czego się właśnie dowiedziała.

Ona i jej bracia muszą pochodzić z jakiegoś poprzedniego związku jednego z tych mężczyzn. – pomyślała. – To jedyna racjonalna opcja.

Jej myśli podążyły zaraz potem do informacji, jakich dowiedziała się jakiś czas temu. Słyszała o próbach na zwierzętach w kwestii sztucznego zapłodnienia. Problem leżał w tym, że nie próbowano tego jeszcze z ludźmi – zaledwie pięć lat temu, w 1959 roku, udało się dzięki takiemu zabiegowi z sukcesem spłodzić żywego królika. Same próby tego typu pojawiły się jednak dopiero w latach pięćdziesiątych. Elyon, jak oceniła to w myślach Lana, musiała urodzić się na początku lat czterdziestych – według niej miała ona koło dwudziestu lat, góra dwudziestu pięciu. Niemożliwym więc było, żeby była ona owocem udanej próby takiego zabiegu – w tamtych czasach taka idea jeszcze nie istniała.

Kobieta niechętnie udała się w stronę Shelley i Grace, które były teraz pogrążone w rozmowie z owym młodym mężczyzną, do jakiego ta druga wcześniej tak szybko odeszła. Nie usiadła bezpośrednio obok nich, ale na tyle blisko, aby móc usłyszeć, o czym rozmawiali. I bardzo szybko dowiedziała się tego.

O ucieczce stąd.

Na sam dźwięk tego słowa serce kobiety załomotało mocniej. Instynktownie jej myśli poszybowały w stronę Elyon i tego, że powinny uciec razem z tą trójką.

Ciekawe, czy ona wie już o ich planach. – zastanawiała się kobieta, próbując jednocześnie posłuchać dyskretnie jak najwięcej szczegółów.

- …Dalej sądzę, że powinna ona z nami stąd zwiać. – powiedziała nagle Shelley. Lana zerknęła na nią bokiem, ciekawa, o kim teraz rozmawiali. – Widziałaś, co ona potrafi. Idę o zakład, że tymi swoimi szalonymi mocami mogłaby przewidzieć wszelkie zagrożenia i trudności.

- Słyszałaś ją wtedy. – odpowiedziała jej na to Grace. – Ona nie chce stąd jeszcze zwiewać. Ma tu ponoć coś do załatwienia. Nie sądzę, żebyśmy dali radę ją przekonać.

- To co, mamy czekać nie wiadomo ile, aż ta sobie wszystko załatwi? – Shelley nie ustępowała. – Wiem, że ona cię trochę przeraża. Mnie też. Ale przydałaby się nam. Czuję to.

- Nie możemy na nią czekać. – tu wtrącił się młody mężczyzna, dotychczas w milczeniu słuchający rozmowy dwóch kobiet. – Uciekamy razem, jak tylko nadarzy się ku temu okazja.

Lana obróciła się w stronę drzwi, za którymi nie tak dawno zniknęła Elyon.

Muszę się stąd wydostać. – pomyślała ona, rozdarta pomiędzy dwoma wyraźnie zarysowanymi stronami. – Ona chyba da sobie tu radę. Inaczej przyjęłaby ich ofertę. Tak… jestem tego pewna. – Jej spojrzenie padło zaraz potem na osoby Grace i Shelley. – Tylko czy te dwie mi zaufają? I czy ja mogę im zaufać?