Rozdział trzeci: Noc demonów, część pierwsza
Rytmiczna melodia, jaką Thredson wystukiwał palcami o blat swojego biurka, irytował ją z każdą chwilą coraz bardziej.
Mężczyzna od dłuższego czasu tkwił w zamyśleniu, kompletnie zapomniawszy o tym, że miał w gabinecie pacjentkę. Wpatrywał się gdzieś przed siebie, ze zmarszczonymi brwiami i grymasem na wąskich ustach, i co jakiś czas z jego ust wydobywał się cichy syk, gdy ten tylko pomyślał o tym, co tak go zdenerwowało.
Elyon nie odzywała się i przyglądała się tylko mu w milczeniu. Wyglądało to teraz tak, jakby role się odwróciły – ona robiła za kogoś w rodzaju terapeuty i obserwowała oraz analizowała jego zachowanie i zmiany w nim zachodzące. On z kolei wydawał się być kompletnie nieświadomy tego, że właśnie wystawia się na ocenę kogoś, kto nie powinien znać jakichkolwiek jego słabości.
- Gorszy dzień, doktorku? – spytała się w końcu, gdy uznała, że nadeszła pora zakończyć tę szaradę i czegoś się dowiedzieć.
Po jej słowach Oliver drgnął nieznacznie i zamrugał kilkakrotnie, zanim nie obrócił spojrzenia na jej osobę. Gdy to zrobił, Elyon uśmiechnęła się słabo, chcąc pokazać tym małym gestem swoją „nieco bardziej przyjazną stronę" w nadziei, że przekona tym młodego psychiatrę do ujawnienia rąbka tajemnicy, jaką z pewnością w sobie teraz skrywał.
- To nic takiego. – Thredson nie sądził, że powinien zdradzać jakiemukolwiek pacjentowi to, co wiedział. – Problemy z jednym z nowych pacjentów, to wszystko.
- Tym „nowym pacjentem" nie jest chyba Lana Winters? – dziewczyna przekrzywiła po tych słowach głowę nieznacznie w bok. Tym jednym ruchem sprawiła, że w głowie Olivera pojawiła się instynktownie myśl, że wygląda ona teraz bardzo niewinnie. Nie dał się jednak na to nabrać. Bardzo dobrze znał ten wzrok, którym teraz go tak uważnie obserwowała. Pod pewnymi względami przypominała mu, ku jego własnemu rozbawieniu, jego samego. – A już wydawał mi się pan taki postępowy. – dodała zaraz potem, patrząc się mu przy tym prosto w oczy przez cały ten czas. – Nie zamierza chyba jej doktor kryminalizować za to, kogo kocha?
- Na nią wyrok wydała jej dziewczyna, gdy podpisała dokumenty podsunięte przez siostrę Jude. – Oliver mimowolnie wykrzywił nieznacznie usta w grymasie obrzydzenia, gdy tylko pomyślał o tej kobiecie. To ona zaprzątała mu teraz jego myśli – ona i ten przeklęty monsinior.
- To z nią jest problem, zgadza się? – Elyon od razu domyśliła się, co go gryzło. Mężczyzna na jej słowa zmrużył oczy podejrzliwie. Przejrzała go na wylot momentalnie. Kąciki jego ust zadrżały nieznacznie zaraz potem, gdy ten z trudem powstrzymał się od pełnego uśmiechu.
- Można tak powiedzieć. – przyznał w końcu. Zmienił zdanie co do tej dziewczyny; chyba mógł jej zdradzić to i owo. Była dla niego kimś niezwykle ciekawym, kogo psychikę i jej tajemnice chciał poznać za wszelką cenę. A wiedział, że jednym z najlepszych sposobów na to jest ujawnienie małych rąbków własnych tajemnic, myśli i problemów.
I tak się dowie o tym, co tu wkrótce zajdzie… jak nie dzisiaj, to jutro, najpóźniej pojutrze. Wieść o tym obiegnie całą tę placówkę. Jestem tego pewien.
- Coś serio jest nie tak. – Elyon przestała się uśmiechać, widząc, że ten wciąż wydawał się być czymś poruszony. Pochyliła się nieznacznie do przodu, przez cały ten czas nie odrywając od mężczyzny swojego uważnego spojrzenia. – Możesz mi o tym powiedzieć. – odezwała się nagle. Oliver zastygł w bezruchu i spojrzał się na nią z zaskoczeniem.
Ta dziewczyna jest naprawdę… inna. – pomyślał. – Kompletnie nie jestem w stanie jej rozgryźć.
- Chodzi… chodzi o pacjenta, którego dzisiaj przywieziono. – Te słowa praktycznie same wypłynęły z jego ust. Czuł się teraz tak, jakby jakaś siła zachęcała go do mówienia tego wszystkiego, z najdrobniejszymi szczegółami. – J-Jed… na imię ma Jed. Jego rodzice go tu przywieźli. Twierdzą, że jest opętany. Mówi w różnych językach i je surowe mięso. Zabił im krowę i zjadł jej serce. Jego rodzice rozmawiają teraz z siostrą Jude i monsiniorem Howardem. Oni wszyscy chcą, żeby przeprowadzić na chłopaku egzorcyzm.
- A ty się z tym nie zgadzasz.
- Ani trochę. – Pewność siebie nagle zagościła w jego głosie. – Mamy dwudziesty wiek, a nie średniowiecze. Takie metody nie działają. Demonów ani duchów nie ma. One nie istnieją. Istnieje za to nauka. I to na niej powinni się skupiać, a nie na gusłach minionych wieków.
Elyon uśmiechnęła się pod nosem po jego wypowiedzi, ale w żaden sposób jej nie skomentowała.
- I co planujesz z tym zrobić? – spytała się go w końcu.
- Nie wiem. – Oliver przyznał z wahaniem po dłuższej chwili. – Chcą, żebym wziął w tym udział. Potrzebują „człowieka nauki" tam, pewnie dlatego, aby mieć w razie czego chronione tyłki, gdyby coś poszło nie tak. Mam spotkać się jeszcze raz z rodzicami chłopaka, a potem mam spotkać się z nim samym.
Zaraz potem zamrugał on kilkakrotnie, zaskoczony własnymi słowami.
Dlaczego to wszystko właśnie powiedziałem? – zdziwił się. – Zachowuję się jak na spotkaniu z przyjacielem, a nie z jednym z pacjentów. Nie powinienem mówić przy niej takich rzeczy.
Zanim zdołał coś jeszcze powiedzieć, rozległy się trzy krótkie puknięcia w lite drewno, po których drzwi do gabinetu się otworzyły i do środka weszła siostra Jude.
- Kończ to spotkanie. – poleciła mu, nie siląc się na żadne przeprosiny za wtargnięcie podczas prywatnego spotkania z pacjentką. – Trzeba zająć się nowym.
Thredson po jej słowach zacisnął usta w cienką linię, ale posłuchał się jej polecenia – wstał powoli od biurka, spojrzał się przepraszająco na Elyon, która z kolei też wstała i sama skierowała się do wyjścia, po drodze będąc odprowadzana przez krytyczne spojrzenie starszej zakonnicy.
Ta kobieta jej nie znosi. – pomyślał Oliver, przyglądając się tak siostrze Jude. – Zazdrości jej urody i młodości. Widać to po niej jak na otwartej dłoni.
Gdy tylko Elyon wyszła z pomieszczenia, w zasięgu jej spojrzenia pojawiła się para – mężczyzna i kobieta, na oko po czterdziestce. Byli dość skromnie ubrani, ewidentnie pochodzili spoza miasta, i trzymali się kurczowo za ręce w formie wzajemnego wsparcia. Gdy ich zobaczyła, przed jej oczami mignęło jej wspomnienie jej własnych przybranych rodziców, którzy w podobny sposób zachowywali się, gdy ją tu przywieźli. Obok nich stał monsinior Howard. Mężczyzna, gdy tylko zobaczył Elyon, zamrugał szybko kilkakrotnie i odwrócił zaraz potem spojrzenie, po czym, równie szybko, ujął kobietę za ramię i gestem poprosił ją i jej męża o udanie się z nim do gabinetu młodego psychiatry.
To muszą być rodzice tego chłopca, o którym mi powiedział. Dziewczyna przepuściła ich i monsiniora w wejściu i gdy tylko drzwi do gabinetu Thredsona się zamknęły, Elyon odeszła kilka kroków od nich i stanęła nieopodal, opierając się o drewnianą barierkę niedaleko schodów.
Nie wychodzili przez bardzo długi czas. Czekała jednak cierpliwie na ten moment, zastanawiając się przez cały czas, o czym tam teraz mogą rozmawiać. Oczywistym było, że Thredson będzie próbował przekonać ich do medycznego podejścia do całej tej sytuacji, a siostra Jude wraz z monsiniorem będą upierać się przy egzorcyzmie.
Wygra to drugie. – cichy, dochodzący jakby z daleka głos podpowiedział jej. – I chłopak tego nie przeżyje.
To się jeszcze okaże. – odpowiedziała temu głosowi. Gdy tylko to pomyślała, mały uśmiech satysfakcji przemknął przez jej usta.
- Tu jesteś. – Znajomy głos Grace wyrwał ją z zamyślenia. Elyon obróciła się niechętnie w stronę dziewczyny, gdy ta już prawie przy niej była. – Musimy pogadać.
- O czym? – spytała się, mimo że wiedziała już, o co jej chodzi.
- Ta cała Lana spytała się nas o to, czy może się do nas przyłączyć i zwiać z nami. – W tonie głosu Grace bez trudu można było wyczuć wyrzut i urazę. – Mówiłaś coś tej nowej o naszych planach ucieczki? – spytała się jej nieco opryskliwym tonem głosu. – Podeszła do nas jakiś czas po tym, jak sobie gdzieś polazłaś, i zaczęła się o to wypytywać.
- A przyszło ci do głowy, Sherlocku, że może po prostu za głośno o tym rozmawialiście? – odcięła się jej Elyon, odwracając się bokiem w jej stronę, aby móc znów przyglądać się na drzwi do gabinetu Thredsona. – Ta kobieta też ma uszy i oczy, tak jak ty czy ja. I też pewnie chce się stąd wydostać. W takich chwilach słowo „ucieczka" jest niczym alert najwyższej wagi. Usłyszysz go z oddali, bez względu na poziom hałasu cię otaczający.
Grace nie wydawała się być usatysfakcjonowana tym wyjaśnieniem.
- Nie ufam jej. – powiedziała.
- Mi też nie ufacie. – Ton głosu Elyon nie zmienił się o choćby pół oktawy. Pozostała równie spokojna jak wcześniej. Nie można było od niej wyczuć żadnych emocji; ani pozytywnych, ani negatywnych. – Potrzebujecie mnie tylko dlatego, bo sądzicie, że te moje głosy w głowie wam pomogą się stąd wydostać.
Grace nie była w stanie jej się w żaden sposób odciąć. Otwierała tylko i zamykała usta kilkakrotnie, w myślach próbując znaleźć jakąś dostatecznie ostrą docinkę, ale nie była w stanie nic na poczekaniu wymyśleć. Wiedziała, że Elyon ma rację. Rozgryzła je obie bez żadnych problemów.
To pewnie te przeklęte głosy jej o tym powiedziały. – pomyślała zaraz potem.
Elyon kompletnie nie zwracała już na nią uwagi – ze zmrużonymi lekko oczami wpatrywała się w drzwi gabinetu, czekając niecierpliwie na to, aż spotkanie dobiegnie końca i wszyscy wyjdą na zewnątrz. Przeczucie przeczuciem, ale od ostatecznej decyzji zawsze zależały emocje i decyzje ludzkie – a one potrafiły być niezwykle kapryśne i nieprzewidywalne.
Cień widoczny przez ułamek sekundy w matowym okienku w drzwiach sprawił, że Elyon wyprostowała się i skupiła całą swoją uwagę na tych jednych drzwiach.
Pierwszy wyszedł stamtąd ojciec chłopaka. Widać po nim było smutek i rezygnację. Jego żona stała jeszcze przez jakiś czas w progu razem z siostrą Jude i monsiniorem Howardem, rozmawiając z nimi o czymś. Elyon stała nieco za daleko, aby móc dokładnie wszystko usłyszeć. Usłyszała tylko w pewnym momencie słowa „mój chłopiec", „egzorcyzm" oraz „ratunek". Nie musiała być geniuszem, aby po tych urywkach zdań i wyrazie twarzy kobiety domyślić się, że martwi się ona o swojego syna i chce dla niego jak najlepiej.
Oliver wyszedł z gabinetu na samym końcu. Przyglądał się uważnie parze, która odeszła razem z monsiniorem, zanim naprzeciw niego nie stanęła siostra Jude.
- Nie waż się podważać mojego autorytetu. – zagroziła mu, patrząc się przy tym na niego ze złością i odrazą. – Jesteś tutaj tylko gościem.
Mężczyzna miał teraz przemożną ochotę wywrócić oczami. Starsza kobieta irytowała go niemiłosiernie, ale wiedział też jednak, że nie może sobie pozwolić na takie niestosowne zachowanie. Miała rację – był tutaj gościem, nikim więcej. Rządził tutaj zakon ze swoim monsiniorem na czele, i gdyby tylko chcieli, wyrzuciliby go stąd na bruk bez słowa wyjaśnienia, a potem przyjęli następnego psychiatrę, takiego, który byłby bardziej skłonny do współpracy z nimi. Zamiast tego odwrócił na moment wzrok od kobiety i skierował go gdzieś ponad nią. Niemalże od razu dostrzegł stojącą nieopodal Elyon, opartą lewym biodrem o wysoką poręcz barierki i przyglądającą się im z zaciekawieniem.
Jej spojrzenie przyciągnęło go jak magnes. Zastygł w miejscu i spojrzał się prosto w te ciemne, przenikliwe oczy. Zatonął w nich na tak długo, że dopiero podniesiony, zirytowany głos siostry Jude zdołał wyrwać go z tego otumanienia.
- Słuchasz ty w ogóle tego, co do ciebie mówię? – ofuknęła go kobieta, wyraźnie zdenerwowana jego zachowaniem. Oliver zamrugał kilkakrotnie, wciąż nie do końca kontaktując. Kobieta prychnęła z irytacją i machnęła na niego ręką, sama ruszając się w miejsca i kierując się w stronę długiego korytarza, którym udali się niedawno monsinior i rodzice rzekomo opętanego chłopaka. – Idziemy. – poleciła mu, patrząc się na niego srogo. – Trzeba zobaczyć tego chłopaka i ocenić jego stan.
Oliver poszedł za nią niechętnie, oglądając się jeszcze co jakiś czas w stronę Elyon, dopóki nie mógł jej już dojrzeć. Ona sama też go obserwowała równie długo. Dopiero gdy ten zniknął z zasięgu jej wzroku, obróciła się z powrotem w stronę Grace, która przez cały ten czas cierpliwie stała w milczeniu nieopodal jej.
- Niedługo się zacznie. – powiedziała do drobnej szatynki, nie odwracając się jednak jeszcze do niej przodem. Zdezorientowała ją tymi słowami kompletnie.
- Co się zacznie? – spytała się jej Grace. Nie otrzymała jednak na swoje pytanie żadnej odpowiedzi.
- Jeśli na poważnie chcecie stąd uciec, to radziłabym wam to zrobić dzisiaj. – Elyon w końcu obróciła się w jej stronę, a Grace zamarła instynktownie. To było spojrzenie, które wielu mogłoby nazwać „takim, które przeszywa twoją duszę na wskroś".
- Skąd… skąd masz tego pewność? – zapytała się, chociaż aż za dobrze znała odpowiedź na to pytanie.
Elyon w odpowiedzi uśmiechnęła się kątem ust, wyraźnie z czegoś zadowolona.
- Po prostu to wiem.
