Rozdział czwarty: Noc demonów, część druga
Zmrok zapadł szybciej niż zwykle.
Wszyscy pacjenci byli już w swoich pokojach, mimo że normalnie powinni jeszcze móc przebywać poza nimi jeszcze przez ponad godzinę. Cisza nocna została jednak dzisiaj ogłoszona dużo wcześniej, ku dezorientacji wielu „co bardziej przytomnych" pacjentów.
- Ona miała rację. – wyszeptała Grace, idąc u boku Shelley w stronę swojego pokoju. Były jednymi z ostatnich odprowadzanych przez pielęgniarzy i pielęgniarki – większość pacjentów została już ogarnięta. – Dzisiaj jak nic coś się wydarzy.
- Też to zauważyłam. – odpowiedziała jej Shelley równie cichym tonem głosu. – Widziałaś tego starego klechę, który przyjechał parę godzin temu? Coś na pewno jest na rzeczy.
Gdy weszły do celi okazało się, że w środku już czekała na nich Elyon. Dziewczyna siedziała na swoim łóżku i czytała jakąś książkę, jak gdyby nigdy nic.
- Oddaj to. – poleciła jej pielęgniarka, która była odpowiedzialna za odprowadzenie dwóch kobiet tutaj. – Nie wolno wam…
Głos ugrzązł jej w gardle, gdy Elyon podniosła na nią spojrzenie znad książki. Na oczach Grace i Shelley postawna, mierząca dobrze ponad metr osiemdziesiąt kobieta zachwiała się, jednocześnie cofając się w stronę drzwi, po czym wyszła z celi, nie zabrawszy młodej pacjentce rzeczy, jakiej nie powinna mieć tu ze sobą. Zdołała tylko zamknąć drzwi na klucz i oddaliła się szybkim, nierównym krokiem.
- Łał. – Shelley była pod ogromnym wrażeniem tego, co się właśnie stało. – Musisz mnie czegoś takiego nauczyć.
- Czegoś takiego się nie da nauczyć. – odparła jej na to z iście stoickim spokojem Elyon, przewracając przy tym iście nonszalancko kartkę książki. – Z takim darem trzeba się urodzić.
- Nie no, tak skromnej i krytycznej wobec siebie osoby jeszcze nigdy nie spotkałam. – burknęła z wyraźnym sarkazmem kobieta. Uśmiechnęła się jednak zaraz potem, gdy dostrzegła, jak kącik ust Elyon zadrgał nieznacznie po jej słowach. – To powiesz nam, co się tu będzie zaraz odstawiać.
- Coś „nie z tego świata". – odpowiedziała jej brunetka. – W sumie już się chyba zaczęło. – dodała zaraz potem. Sekundę potem, jak na zawołanie, światło samotnej żarówki wiszącej na wystającym z sufitu przewodzie zamigało kilkakrotnie, przykuwając tym uwagę całej trójki. Elyon odwróciła po chwili uwagę od migającego światła i przeniosła spojrzenie na drzwi celi. – I… już. – W tej samej sekundzie drzwi otworzyły się na oścież, szokując tym pozostałe dwie pacjentki, kompletnie się tego nie spodziewające.
Dziewczyna tylko uśmiechnęła się pod nosem z zadowoleniem, po czym bez pośpiechu wstała z łóżka, odłożyła książkę na jego materac i wyszła z pomieszczenia prosto na korytarz. Inne pokoje też były otwarte, i niektórzy pacjenci skorzystali z tej jedynej w swoim rodzaju okazji i wyszli na zewnątrz, tułając się po korytarzach bez celu. I tutaj światła migały, jeszcze mocniej niż w celi trzech dziewczyn.
- Powiedz, że ty tego nie zrobiłaś. – Shelley stanęła u jej boku, przyglądając się jej z mieszaniną strachu, nieufności i podziwu. – Nie otworzyłaś sama tych wszystkich drzwi siłą woli, prawda?
W odpowiedzi Elyon pokręciła przecząco głową.
- To zrobił ktoś inny. – powiedziała. – No, a raczej… coś innego. – dziewczyna uśmiechnęła się zaraz potem, gdy odwróciła się do swoich towarzyszek i zobaczyła ich wystraszone miny. – To jest to, po co tu przybyłam.
- Ty chcesz leźć do tego cholerstwa, które coś takiego potrafi? – zdziwiła się blondynka. – Zwiewaj stąd z nami, serio. To może być twoja jedyna szansa.
- Już wam to tłumaczyłam. Muszę tu być. Muszę to coś spotkać i się z tym skonfrontować. Poza tym wasza grupka już na was czeka. – dodała zaraz potem, wskazując na kogoś za Shelley. Gdy ta się odwróciła, zobaczyła u boku Grace Kita i Lanę. – Najpierw muszę tu komuś pomóc. Komuś, kto beze mnie na pewno zginie.
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, dziewczyno. – Wraz z tymi słowami Shelley oddaliła się powoli w stronę reszty grupy. Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie Elyon, po czym razem z resztą puściła się biegiem długim korytarzem, co jakiś czas wymijając błąkających się bez celu pacjentów.
Gdy tylko straciła ich z oczu, Elyon odwróciła się na pięcie i ruszyła szybkim krokiem w przeciwną stronę. W kilka minut dotarła do korytarza, którym kilka godzin temu siostra Jude i monsinior Howard udali się z rodzicami przywiezionego tu dzisiaj chłopaka. Bez wahania skierowała się nim w sobie tylko znanym kierunku, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Nie napotkała po drodze żadnych przeszkód – wszyscy pielęgniarze, pielęgniarki i zakonnice byli teraz z pewnością w innej części szpitala, zajęci ogarnianiem wypuszczonych przez tę nadludzką siłę pacjentów.
W końcu znalazła to, czego szukała – pojedyncze drzwi przy końcu korytarza, z małym, okratowanym od zewnątrz okienkiem mniej więcej na wysokości głowy. Zajrzała przez nie do środka i pierwsze, co zobaczyła, to proste, metalowe łóżko szpitalne, na którym leżał młody, dość wątły chłopak. Ubrany był podobnie jak ona i reszta pacjentów – ale wyglądał o wiele, wiele gorzej od kogokolwiek, kogo tu dotychczas widziała. Z tego, co była w stanie dojrzeć pomiędzy kratami, żyły na jego twarzy były uwydatnione, jego cera była nienaturalnie blado-sina, toczył pianę z ust, a jego oczy, jeśli dobrze wszystko widziała, były przekrwione i w jakimś nienaturalnym człowiekowi kolorze. Wokół niego znajdowali się monsinior Howard, doktor Thredson, siostra Jude oraz nieznany jej starszy ksiądz na wózku.
To on. – pomyślała, wpatrując się intensywnie w twarz młodzieńca. – To na pewno on. To jego widziałam w tych wizjach. Nie ma mowy o żadnej pomyłce.
Jej prawa dłoń skierowała się instynktownie w stronę klamki drzwi. Nie mogły być zamknięte od środka – ludzie znajdujący się wewnątrz musieli mieć w razie potrzeby możliwość szybkiego wydostania się stamtąd lub ściągnięcia tu kogoś do pomocy. Zanim jednak zdołała ją na niej położyć, drzwi same otworzyły się nagle z hukiem, ku zaskoczeniu jej i wszystkich obecnych wewnątrz.
Na dłuższą chwilę zapanowała niezręczna cisza. Dwóch duchownych, siostra zakonnica i psychiatra wpatrywali się w nią z dezorientacją, jak gdyby niepewni tego, czy widzą to samo i czy to coś jest prawdziwe, czy też może jest jakąś ułudą.
Pierwszy z otumanienia wyrwał się Oliver. Odsunął się szybko od łóżka, na którym spętany był chłopak, i w kilku krokach znalazł się przy Elyon.
- Co ty tutaj robisz? – spytał się jej przyciszonym głosem. – Nie powinno cię tu teraz być.
- Niech doktor ją stąd wyprowadzi! – wykrzyknął w tej chwili starszy ksiądz, drugi, który ocknął się z letargu. – To nie jest miejsce dla kobiety.
Jak to nie jest miejsce dla kobiety, to co ta zakonnica tu robi? Czym ona niby jest? Dalekiem? – Elyon z trudem powstrzymała się od teatralnego wywrócenia oczami.
Oliver po jego słowach sięgnął w stronę dziewczyny, chcąc ją wziąć za ramię i zabrać stąd. Zanim jednak zdołał ją choćby dotknąć, niewidzialna siła rzuciła nim nagle o przeciwległą ścianę, omal go nie ogłuszając.
Demoniczny śmiech egzorcyzmowanego chłopaka sprawił, że wszyscy, włącznie z Elyon, spojrzeli się w jego stronę. Nastolatek był wykrzywiony nienaturalnie na cienkim materacu w pozycji, która wskazywała, że próbuje on usiąść i móc spojrzeć się wprost na nowoprzybyłą.
- Słyszałaś klechę, dziecinko. – zadrwił z niej demon kontrolujący ciało Jeda. – To nie jest miejsce dla słabych kobiet.
W odpowiedzi Elyon uśmiechnęła się do niego gorzko.
O tym, żeś głupi to już wiedziałam. – pomyślała z pewną dozą rozbawienia. – Ale żeś do tego ślepy… i czego ci tu zazdrościć, biedaku?
Demon warknął gardłowo, tracąc na moment swój rezon. Wywołał tym szeroki uśmiech zadowolenia u Elyon. Była pewna tego, że usłyszał jej myśli. Zdenerwowała go nimi. I dobrze. Zasłużył w pełni na to – na to, i na jeszcze więcej. Ale tego doświadczy już za moment.
Kątem oka dziewczyna dostrzegła, jak siostra Jude kieruje się w jej stronę. Była na to przygotowana. Gdy tylko kobieta znalazła się w jej pobliżu i wyciągnęła ku niej ręce, aby ją złapać i stąd wypchnąć, Elyon przesunęła się nieznacznie do przodu, obracając jednocześnie w miejscu, po czym to ona złapała zakonnicę i jednym ruchem wypchnęła ją z pomieszczenia, po czym złapała szybko klucz znajdujący się po wewnętrznej stronie i przekręciła go, zamykając siebie i resztę od środka.
- Co ty wyprawiasz? – usłyszała zduszony głos Olivera. Mężczyzna wciąż leżał na posadzce, obolały po bliskim spotkaniu ze ścianą. Elyon obróciła się na moment w jego stronę i posłała mu mały uśmiech, zanim nie skupiła całej swojej uwagi z powrotem na opętanym chłopaku.
- Mam tu sprawę do załatwienia. – odpowiedziała lekarzowi, patrząc się jednak w tej chwili prosto na nastolatka, który w odpowiedzi roześmiał się gardłowo.
- Czyżby tą sprawą był ten marny chłopiec? – zapytał się jej szyderczo. – Martwisz się o jego duszę? Chcesz, żeby był bezpieczny? Wolny ode mnie? Może zatem zaoferujesz w zamian swoje ciało do użytku?
- Nie! – wykrzyknął w tym momencie Timothy, robiąc jednocześnie krok w stronę dziewczyny. – Elyon, nie możesz…
- Nie dałbyś sobie rady w moim ciele. – przerwała mu ona wpół zdania, kierując swoje słowa w stronę demonicznej istoty.
- Mówiłem ci, lekarzyno, żebyś zabrał stąd tę dziewkę! – Ksiądz Malachi ani trochę nie uwierzył w słowa nieznajomej mu dziewczyny. Dla niego była kolejną pacjentką, zapewne chorą na umyśle, skoro plotła takie głupoty. – Zabierz ją stąd i daj nam przeprowadzić ten egzorcyzm!
Gdy Timothy wstał chwiejnie z podłogi i podjął się drugiej próby zabrania stąd Elyon, tym razem to ona go od tego powstrzymała, odpychając go lekko od siebie.
- Wasza metoda zabije chłopaka. – powiedziała następnie, patrząc się z odrazą na starszego duchownego.
- Co ty możesz o tym wiedzieć, kobieto. – mężczyzna odciął się jej niemalże od razu, lustrując jej osobę spojrzeniem pełnym pogardy. – Twój rodzaj nie ma o niczym pojęcia.
Głęboki wdech, Elyon. Głęboki wdech. Dziewczyna zacisnęła dłonie w pięści, niemalże wbijając paznokcie w skórę. Z trudem powstrzymała się od rzucenia starszemu mężczyźnie równie ciętej i bolesnej riposty. Nie po to tu przyszła. Musiała wypełnić swoją misję.
Zwróciła się więc w stronę jedynej osoby, która mogła teraz się jej posłuchać. Monsinior Howard wciąż się na nią patrzył, więc złapanie z nim kontaktu wzrokowego było dla niej bardzo łatwe.
- Zaufaj mi, proszę. – mówiąc to, patrzyła się mu prosto w oczy. Specjalnie na tę potrzebę zmieniła też swoje podejście; jej wzrok, wyraz twarzy i postawa złagodniały, dając jej nieco bardziej niewinny wygląd.
- Nie wierz tej dziewczynie, Timothy. – odezwał się w tym momencie Malachi. – Ta dziewczyna też ma diabła pod skórą, czuję to.
I ten obraźliwy komentarz zignorowała. Jeśli wszystko pójdzie po jej myśli, to za kilka minut ten księżyna będzie całował ją po rękach i dziękował jej za wybawienie ich z tego problemu.
Młodszy ksiądz nie odezwał się od razu. Przez długi czas wpatrywał się w oczy młodej pacjentki, rozdarty wewnętrznie pomiędzy posłuchaniem się starszego stażem duchownego a pokierowaniem się własną intuicją, która teraz kazała mu zrobić rzecz kompletnie odwrotną.
- Dobrze. – odezwał się w końcu, nie odrywając przez cały czas spojrzenia od Elyon. – Dobrze. Zgoda. Zrób to.
Malachi chciał zaprotestować, ale w tym samym momencie demon rezydujący w ciele nastolatka ryknął głośno, aż wszystko dookoła zadrżało. Był wściekły. Timothy odsunął się instynktownie o krok od ramy łóżka, wpatrując się w miotającego się w więzach chłopaka z przerażeniem.
Wścieka się, bo zgodziłem się, żeby pomogła ona. – uzmysłowił sobie chwilę potem. – To… to był chyba dobry wybór. On tego nie chce. On tego bardzo nie chce.
Chwilę po ataku furii rozpoczęły się wrzaski. Demon krzyczał coś w nieznanym nikomu języku, dalej usilnie próbując się wyswobodzić ze skórzanych pasów, jakimi był mocno przymocowany wszystkimi czterema kończynami do łóżka.
- To chyba jest łacina. – wymamrotał monsinior, rozpoznając nagle kilka słów i wyrażeń w tym słowotoku, jaki płynął teraz z ust Jeda. – Ale… nie, ta składnia nie ma sensu. Słowa są inne. To jest podobne, ale… nie do końca.
- To zbękarcona łacina. – wyjaśniła mu Elyon. Timothy spojrzał się na nią z dezorientacją, zastanawiając się, skąd ona może o tym wiedzieć. – Nie, nie rób tego. – dodała zaraz potem, gdy Thredson już chciał się skierować w stronę chłopaka, trzymając w ręku strzykawkę z jakimś płynem.
- On ma atak. – odpowiedział jej Oliver. – Może doznać szoku, jeśli go nie uspokoję.
- Za chwilę będzie po wszystkim. – zapewniła go dziewczyna. – Masz na to moje słowo.
Wszyscy trzej mężczyźni zamilkli, wpatrując się w nią z wyczekiwaniem. Brunetka wzięła długi, głęboki wdech, przygotowując się na to, co zaraz będzie miało miejsce.
Dobra… lecimy z tym koksem. Samo to się nie zrobi.
Demon ryknął wściekle w tym samym czasie, w którym Elyon z zaskakującą łatwością wskoczyła na łóżko, przygważdżając dodatkowo nastolatka swoim ciałem. Wierzganie wzmogło się, gdy ten próbował jednocześnie się wyrwać i próbować ugryźć którąś z jej rąk, jakimi przytrzymywała teraz jego nadgarstki. Trwało to jednak stosunkowo krótką chwilę – po jakimś czasie Elyon puściła jego ręce, tylko po to, aby złapać go obiema dłońmi za głowę.
Demon ryknął tak głośno i tak wściekle, że wszyscy tu obecni poczuli, jak gdyby ich własne ciała zadrżały. Ten dźwięk przeszył ich na wskroś i sprawił, że zimny dreszcz przebiegł po ich ciałach. Poczuła to nawet siostra Jude, stojąca tuż za drzwiami i przyglądająca się temu wszystkiemu przez owe małe, zakratowane okienko.
To nie jest normalne. – pomyślał w tej chwili ze zgrozą Oliver, wpatrując się w cały ten spektakl w osłupieniu. – To wszystko nie jest normalne.
Nie wiedzieli, jak długo dokładnie to wszystko trwało. Elyon uparcie nie puszczała głowy chłopaka, mamrocząc przy tym coś pod nosem. Wiedzieli tylko, kiedy to wszystko stało się dla tej istoty do nie zniesienia.
- Gi te capita meia! – wykrzyknął z furią w głosie, wpatrując się w dziewczynę przytrzymującą go w nienawiścią. Rzucił się w więzach, ale wtedy Elyon puściła nagle obie strony jego głowy i ponownie złapała go za nadgarstki, po czym spojrzała się demonowi prosto w oczy.
- Frateriscorpaexiria! – odkrzyknęła mu z równie powalającą siłą. Obydwaj duchowni nie do końca zrozumieli, co ta dwójka właśnie powiedziała. Słowa brzmiały podobnie do łaciny, ale skoro „nie była to czysta łacina", nie mogli mieć stuprocentowej pewności, czy dobrze to sobie przetłumaczyli.
„Wynoś się z mojego ciała"… to chyba powiedział. – pomyślał Timothy, wpatrując się w to wszystko bezczynnie. Całą ich robotę odwalała – a przynajmniej miał nadzieję, że to robiła – młoda, pozornie wątle wyglądająca dziewczyna, która jednak okazała się zaskakująco silna jak na swoją osobę. – A ona… czy ona powiedziała właśnie coś w stylu: „Wynoś się z mojego brata"?
Cokolwiek ona faktycznie nie powiedziała, podziałało. Jed uspokoił się nagle, rozwarł szeroko usta, oddychając ciężko, po czym nagle jeden silny spazm wstrząsnął jego ciałem. Chwilę potem wydał on długi, ciężki wydech, jak gdyby wyrzucając coś z siebie. Podniósł się przy tym jednocześnie na tyle, na ile skórzane pasy mu na to pozwalały.
Elyon zachwiała się nagle, jak gdyby z ust chłopaka faktycznie coś się wydobyło i teraz popchnęło ją, pozbawiając ją równowagi. Drzwi celi otworzyły się w tym samym czasie z hukiem pomimo tego, że były zamknięte na klucz. Znajdująca się za nimi siostra Jude sama również się zachwiała, jak gdyby jakaś niewidzialna siła odepchnęła ją mocno do tyłu.
Dziewczyna nie zdołała utrzymać równowagi i chwilę potem osunęła się gwałtownie w bok, spadając z łóżka. Zanim jednak zderzyła się z twardą podłogą, złapał ją, chroniąc przed upadkiem, ale w efekcie sam upadając razem z nią.
Zapadła długa chwila ciszy, której nikt nie śmiał przerwać. Dopiero Oliver, nie mogąc już dłużej tego znieść, podszedł ostrożnie do nieprzytomnego chłopaka, a następnie sprawdził jego puls.
- Żyje. – powiedział ściszonym głosem, sam niedowierzając temu wszystkiemu. – Ma puls. Na pewno żyje.
Elyon uśmiechnęła się z ulgą na te słowa.
- A nie mówiłam? – dodała zaraz potem, odwracając się nieznacznie w bok, aby móc spojrzeć się na znajdującego się tuż za nią Timothy'ego. – Dałam radę ocalić go swoim sposobem.
Młody kapłan uśmiechnął się słabo. Nie rozumiał, co tu właśnie zaszło, ale widząc Elyon tak uradowaną i słysząc, że chłopak przeżył, on sam powoli zaczynał odczuwać radość i ulgę.
Nagle żarówka znajdująca się w korytarzu naprzeciw wejścia do pokoju rozbłysła mocno i wybuchła. Cała czwórka spojrzała się gwałtownie w tamtą stronę.
- Jasna cholera. – zaklęła Elyon, tracąc w ułamku sekundy swój uśmiech. Sprawiła tymi słowami, że Timothy i Oliver spojrzeli się na nią w tym samym czasie.
- Co się stało? – spytał się jej ten pierwszy, od razu wyczuwając po jej słowach i zachowaniu, że cos jest nie tak.
Elyon nie odpowiedziała mu od razu. Wpatrywała się jeszcze przez dość długi czas w ciemne miejsce, nie tak dawno oświetlone przez żarówkę, która wybuchła.
- To jeszcze nie koniec. – powiedziała cichym głosem, nie przestając się wpatrywać w to jedno miejsce. Widać było po niej teraz strach i obawę. – Te demon wciąż tu jest. I najpewniej właśnie szuka sobie nowego ciała do opętania.
