Rozdział piąty: Egzorcystka
Znów to samo rytmiczne stukanie palcami o blat biurka. Znów ta sama zaniepokojona mina. Inna jest tylko twarz człowieka, który siedzi przed nią.
Monsinior Howard bardzo długo milczał, to wpatrując się w Elyon, to na powrót odpływając gdzieś myślami. Widziała, że ten wciąż drży nieznacznie – efekt tego, przez co niedawno przeszedł i czego był świadkiem. Siostra Jude stała niedaleko wejścia, równie cicha jak kapłan, i równie zszokowana i zdezorientowana.
- Skąd… skąd o tym wszystkim wiedziałaś? – spytał się jej w końcu. – Jak to zrobiłaś? Co ty właściwie tam zrobiłaś?
- Chcieliście pozbyć się go z ciała tego chłopaka. – odpowiedziała mu ze spokojem Elyon. Wiedziała, że ta rozmowa ją czeka, i była na nią w pełni przygotowana. – Wasz sposób na bank by go zabił. Aby z sukcesem dla ludzkiego ciała wygnać z niego upadłego, bez zniszczenia przy tym owego ciała.
Po jej słowach Timothy zmarszczył brwi w dezorientacji.
- Upadły? – powtórzył niepewnie. – Chodzi ci o tego demona?
- To nie był demon. – wyjaśniła mu Elyon. Rozumiała, skąd ta niewiedza. Przeciętny śmiertelnik nie był w stanie odróżnić opętania przez demona od opętania przez upadłego. Były one dla ludzkiego oka bardzo do siebie podobne. Wymagały też jednak innego podejścia; a to, którego zamierzali oni użyć na Jedzie, zabiłoby go, bo próbowaliby wygnać coś zupełnie innego. – To był upadły. Anioł. – dodała, gdy mężczyzna wciąż zdawał się nic nie rozumieć, lub udawał, że nie rozumie, bo bał się poznać prawdę. Po jego minie, gdy wypowiedziała to jedno słowo domyśliła się, ze zapewne to była ta druga kwestia. – Uczyliście się chyba o nich w seminarium, prawda? Albo w szkółkach niedzielnych? Anioły, które zbuntowały się przeciw swojemu Stwórcy i podniosły raban w całym Niebie, zmuszając te lojalne Bogu anioły do podjęcia walki z nimi i ostatecznego wygnania ich z Niebios na wieczność.
- To… to był… anioł? – Elyon obróciła się nieznacznie w stronę siostry Jude, która zadała to pytanie. – Jakim cudem?
- Upadłe anioły razem z przywilejem obcowania ze swoim Ojcem straciły też możliwość posiadania własnych materialnych ciał, dzięki którym mogłyby pojawiać się na tym świecie. – odpowiedziała jej. – Nie sądziliście chyba, że taki na przykład Szatan to demon, prawda? – Dziewczyna odwróciła się z powrotem w stronę monsiniora i spojrzała się prosto na niego. – To jeden z upadłych. Demony to zupełnie inna bajka. Powstają w inny sposób, częściowo z winy ludzi.
Kobieta po jej słowach chciała zadać kolejne pytanie, ale wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Howard niechętnie dał znać osobie po drugiej stronie, że może wejść.
- Wybaczy mi siostra i monsinior najście. – zaczęła młoda zakonnica, która była tą, jaka im przerwała tę rozmowę. – Chodzi o kilku pacjentów. Zostali złapani na próbie ucieczki. Dwójka z nich czeka teraz w gabinecie siostry.
- Idź. – polecił od razu kobiecie Timothy, zanim ta zdążyła zaprotestować. – Sam sobie dam radę. Tym też trzeba się zająć.
Siostra Jude niechętnie opuściła jego gabinet. Tak bardzo chciała dowiedzieć się więcej. Nie była pewna, czy można było zaufać słowom tej dziewczyny, aczkolwiek po tym, czego sama była świadkiem, zaczynała sama wszystko kwestionować.
Zostali więc sami – ona, tajemnicza dziewczyna, która była w stanie wygnać z ciała człowieka upadłego, i on, zdezorientowany kapłan rzymskokatolicki, którego cała wiara i sposób postrzegania tego świata właśnie zostały mocno zachwiane.
- Nie jesteś szalona, prawda? – spytał się jej po chwili. – Te głosy, które rzekomo słyszysz… to było kłamstwo, żeby tu trafić.
- Nie do końca. – przyznała otwarcie. – Słyszę głosy, ale nie są one wytworem mojej wyobraźni. To one mi podpowiedziały, że muszę tu przybyć, i że ten chłopak się tu zjawi. To one też nauczyły mnie, jak to wszystko kontrolować i jak wykrywać opętanych.
- I to one pewnie nauczyły cię tej łamanej łaciny? – Gdy dziewczyna po jego pytaniu się uśmiechnęła pod nosem, ten uznał to za odpowiedź twierdzącą. – To, co wtedy na koniec powiedziałaś… mogę się mylić, ale zabrzmiało mi to tak, jakbyś powiedziała wtedy coś w stylu: „Wynoś się z mojego brata". – Mężczyzna zamilkł po tych słowach i zerknął na nią z uwagą, licząc na jakąś reakcję z jej strony. Ta jednak pozostała niewzruszona. – Czemu coś takiego powiedziałaś?
- Cała ludzkość to dla nas bracia i siostry. – odpowiedziała mu. – Te słowa były ostatnią częścią tego „rytuału", który miał za zadanie wygnać tego drania z ciała chłopaka. Musiałam to powiedzieć, aby wszystko zadziałało.
Fascynujące. Timothy był pod ogromnym wrażeniem jej osoby. Wszystko, co do tej pory wiedział o egzorcyzmach, zostało właśnie zakwestionowane. Chwilę potem jednak uświadomił sobie jeszcze jedną, bardzo ważną rzecz.
- On uciekł. – powiedział cichym głosem. – Ten… upadły. Powiedziałaś wtedy, że uciekł. To było w planach?
Gdy jej uśmiech zrzedł, domyślił się, że tak miało nie być.
- Nie, to nie było w planach. – potwierdziła zaraz potem jego domysły słownie. – Miałam go wygnać z ciała Jeda i wysłać tam, skąd przybył. Nie wiem, co poszło nie tak. Ten upadły okazał się zbyt silny. Sądziłam, że będzie bardziej osłabiony.
- Jak duże jest prawdopodobieństwo, że opęta kogoś w Briarcliff?
- Bardzo duże. – Elyon nie zamierzała w tej kwestii owijać w bawełnę. – Po wygnaniu z ciała Jeda będzie on osłabiony i niezdatny do opuszczenia tego świata. Będzie musiał szybko znaleźć sobie nowe naczynie.
- I naprawdę byłabyś w stanie wyczuć, kto jest opętany przez niego? – Na to pytanie Elyon tylko przytaknęła pojedynczym skinieniem głowy.
Timothy znów znalazł się w potrzasku, tak jak wtedy w celi, podczas egzorcyzmu, gdy ksiądz Malachi chciał, aby ten nie słuchał słów dziewczyny. Intuicja podpowiadała mu, że powinien jej zaufać, ale wyrobione przez lata nawyki kazały mu postąpić inaczej. Nie znał jej do tego zbyt dobrze i nie wiedział, czy nie ma ona jeszcze jakichś innych planów wobec tego miejsca. Na samą tę myśl omal się nie wstrząsnął.
Zbyt wiele tu jest sekretów, których nie wolno ujawniać. – pomyślał. – Nie mogę tego jednak tak zostawić. Nie dam sobie sam z tym rady. Ona da. Ale nie może ona poznać prawdy o tym miejscu. Co mam zrobić?
- Mógłbym… mógłbym cię „awansować" na gościa tego miejsca. – zaczął w końcu niepewnie. Elyon przez cały ten czas milczała i tylko przyglądała mu się, cierpliwie czekając na to, aż ten nie skończy przedstawiać jej całej swojej oferty. – Nie przebywałabyś już w pokoju z innymi pacjentkami. Trafiłabyś do innego skrzydła. W zamian za to pomogłabyś mi z odnalezieniu i uporaniu się z tym upadłym.
- I tak nie zamierzałam tego miejsca opuszczać, dopóki tego nie zrobię. – Elyon po tych słowach uśmiechnęła się nieznacznie. – Co będzie z Jedem? – zapytała się zaraz potem, zmieniając temat. – Planujecie go tu długo trzymać?
- Jak tylko wydobrzeje i odzyska przytomność, jego rodzice mają go stąd zabrać z powrotem do domu. – Timothy zastygł na chwilę, uzmysławiając sobie coś nagle. – Jego rodzice… a jak któreś z nich opętał?
- Wystarczy, że mnie do nich zaprowadzisz. Jedno spojrzenie na nich i będę to wiedzieć. – uspokoiła go od razu.
Upadły nie zainteresowałby się jego rodzicami. – dodała w myślach. – Wie, że tam bym go szukała w pierwszej kolejności. Nie odnajdę go tam. Jed i jego rodzice wyjadą stąd niedługo.
Ale długo on z nimi tam nie pobędzie. – przypomniał jej jeden z głosów. Elyon uśmiechnęła się kątem ust tak, aby kapłan tego nie zauważył.
Wiem o tym. – odpowiedziała głosowi.
Twoi przyjaciele cierpią. – powiedział jej po chwili drugi głos. – Czujesz to?
Elyon zastygła na moment i wsłuchała się w to, co miał jej do przekazania owy drugi głos. Wzdrygnęła się mimowolnie, gdy poczuła na ciele siłę kolejnego uderzenia, jakie zostało wymierzone w jedno z nich. Chwilę potem wyczuła coś jeszcze, z oddali, o wiele słabiej, ale było to uczucie o wiele silniejszego bólu. Nie była jednak w stanie przedrzeć się przez tę drugą osłonę.
- Czy coś się stało? – Głos Timothy'ego przywrócił ją do świata rzeczywistego. – Coś wyczułaś?
- Tylko kolejne uchybienia waszego personelu. – odpowiedziała mu. Gdy ten zamarł, otwierając szerzej oczy w dezorientacji i strachu, dziewczyna zaśmiała się cicho. – Proponowałabym przekazać siostrze Jude, że lanie po tyłku swoich pacjentów nie jest zbyt humanitarne, ani nic nie wniesie w ich leczenie.
- Te głosy… one naprawdę ci o wszystkim mówią. – wymamrotał, wciąż czymś wyraźnie wystraszony. – Czy… co… czy one coś jeszcze ci powiedziały?
Nie odpowiedziała mu od razu. Uśmiechnęła się najpierw tajemniczo, czerpiąc satysfakcję z tego, jak bardzo on się teraz czegoś bał. Widać było wyraźnie, że ma coś do ukrycia i nie chce, aby ona się tego dowiedziała.
- Nie, nic więcej. – odpowiedziała w końcu. Skłamała; wyczuła wtedy coś jeszcze, ale nie była w stanie do tego dotrzeć. Było to jednak bardzo silne i gwałtowne. Nie zamierzała tego zostawić. Priorytetem był jednak teraz upadły, i na nim musiała się przede wszystkim skupić. Sekretami tego miejsca zajmie się potem, gdy główne zagrożenie zostanie już zlikwidowane. – Skoro mam nie spać już w zimnej celi, to gdzie planujesz mnie ulokować?
Timothy nawet nie zwrócił uwagi na to, że ta właśnie zwróciła się do niego bezpośrednio na „ty", pomijając wszelkie tytuły przynależne do jego zawodu i pozycji.
- Na tę chwilę nie mam żadnego gotowego pokoju dla personelu. – przyznał po chwili. – Coś na jutro możemy wynaleźć. Jest kilka pomieszczeń na ostatnim piętrze, które mogą się do tego nadać. Żebyś dzisiaj nie musiała jednak spać w celi z innymi, to… myślałem… mogę w sumie odstąpić na jedną noc swój pokój.
Uśmiech, jaki w tej chwili pojawił się na ustach Elyon sprawił, że ten poczuł się jeszcze bardziej zażenowany swoją własną propozycją.
- Czyżby to była jakaś niecna sugestia, monsinior? – zażartowała z niego zaraz potem.
- Nie, to nic z tych rzeczy! – zaprzeczył, nieco nazbyt gorliwie, tylko ją tym dodatkowo rozbawiając. – Naprawdę szczerze chcę ci pomóc, tak… tak abyś ty mogła pomóc mi. Nic więcej.
- Droczyłam się tylko z księdzem, spokojnie. – Gdyby siedziała teraz obok niego, to na pewno poklepałaby go teraz w ramię uspokajająco. Zaraz potem ziewnęła, zakrywając przy tym usta dłonią, po czym przeciągnęła się na krześle, przymykając przy tym na moment powieki. – To jeśli to jest poważna oferta, to chętnie z niej skorzystam. Padam z nóg. Zajmowanie się tym upadłym trochę mnie zmęczyło.
Nie sprzeciwił się. Gdy tylko wstał, i ona się podniosła z miejsca, po czym wyszła za nim z gabinetu i udała się korytarzami na wyższe piętro, tam gdzie swoje pokoje mieli pracownicy tego przybytku.
Idąc tam Elyon dostrzegła nagle, jak na drugim końcu korytarza jest jakieś zamieszanie. Zatrzymała się na moment i przyjrzała się uważniej temu, co się tam działo. Timothy sam również się zatrzymał i odwrócił w tamtą stronę.
- Chyba jakaś zakonnica zemdlała. – powiedział po dłuższej chwili. – To chyba siostra Mary Eunice.
Elyon przyglądała się jeszcze temu przez jakiś czas. Gdy pielęgniarze zabrali już nieprzytomną zakonnicę do skrzydła szpitalnego, udała się ona dalej z duchownym na przedostanie piętro Briarcliff, gdzie w tej części kondygnacji mieściły się cztery pomieszczenia.
- Tam znajduje się łazienka. – Timothy zaczął jej wskazywać na kolejne drzwi, aby pokrótce pokazać jej, co gdzie się znajduje. – Tu, przy schodach, jest schowek. Tamta sypialnia na końcu jest jeszcze niewykończona. Możliwe, że to ją przysposobię dla ciebie. A tu jest mój pokój. – dodał na koniec, otwierając drzwi do pomieszczenia na prawo od nich. – Ja udam się na spotkanie z siostrą Jude i dowiem się, co jeszcze dzisiaj tutaj zaszło. Masz na dzisiejszą noc cały ten pokój dla siebie.
- To ksiądz nie potrzebuje żadnego odpoczynku? – zapytała się go, uśmiechając się przy tym kątem ust. W odpowiedzi otrzymała słaby, niepewny uśmiech monsiniora.
- Dam sobie radę. – zapewnił ją. – Jutro przyniesione też zostaną jakieś normalne ubrania. Nie możesz ciągle chodzić w koszuli dla pacjentów. – I zaraz potem odszedł, zostawiając ją samą.
Gdy jego kroki na schodach ucichły, Elyon obróciła się przodem w stronę wnętrza pokoju. Nie był wybitnie „bogato" urządzony – ot, proste, jednoosobowe łóżko, szafka nocna z lampką na nią stojącą, pojedyncza komoda, mały, kwadratowy stół i dwa krzesła przystawione po jego przeciwnych stronach. Nad łóżkiem wisiał na ścianie zwykły, drewniany krzyż. Poza tym nie było tu żadnych innych ozdób – żadnych figurek, obrazów, dywanów czy nawet choćby zasłon – tylko jedna nieco przybrudzona firanka osłaniała jedyne okno, jakie się tu znajdowało. Gdy Elyon skierowała się w jego stronę, stare deski podłogi zaskrzypiały głośno.
Żyje tu niewiele lepiej od pacjentów. – pomyślała, wyglądając przez okno. W ciemnościach nocy nie była w stanie nic dostrzec na zewnątrz. Pochmurne niebo zasłaniało księżyc, i tylko co jakiś czas mały jego fragment wyłaniał się spomiędzy obłoków, gdy te rozrzedzały się na ulotną chwilę. – Musi nie znosić tego miejsca. Ja bym tu nie była w stanie wytrzymać. – Zaraz potem uśmiechnęła się sama do siebie pod nosem. – Długo tu nie zagości. Tak mi przepowiedzieli. Gdy upadły stąd odejdzie, wkrótce potem i prałat stąd zniknie. Jedno wpłynie na drugie.
Ułożyła się ostatecznie na niezbyt wygodnym łóżku. Dość długą chwilę zajęło jej znalezienie odpowiedniej pozycji. Zamknęła w końcu oczy i gdy tylko to zrobiła, znów usłyszała jeden z głosów w swojej głowie.
Pokonasz tego upadłego. – zapewnił ją owy głos. – Nie zapominaj jednak o kapłanie.
Nie zapomnę. – zapewniła swojego mentalnego towarzysza. – Wciąż o wszystkim pamiętam. Wiem, co muszę zrobić. Dam sobie radę. Wiecie o tym.
Wiemy.
