Rozdział szósty: Zmiana frontu
Następnego dnia Elyon obudziła się wczesnym rankiem, gdy słońce dopiero zaczęło przebijać się przez ciężkie chmury nieco ponad linią horyzontu.
Powoli usiadła na łóżku i rozejrzała się dookoła. Wszystko było w dokładnie tym samym miejscu, w którym znajdowało się przed tym, jak się położyła spać. Nic nie wskazywało na to, że w nocy ktoś poza nią tu przebywał przez dłuższy czas.
No… z jednym wyjątkiem. – pomyślała, uśmiechając się przy tym kątem ust, gdy jej spojrzenie padło na drzwi. Na wieszaku przytwierdzonym do nich wisiała długa do kolan sukienka typowa dla obecnej mody, w niebieskim kolorze, z wysokim kołnierzykiem niemalże przy samej szyi, paskiem w tym samym kolorze i rozszerzanej nieznacznie przy dole. Na niskiej szafce znajdującej się tuż obok leżał mały pakunek, w którym, jak Elyon sądziła, znajdowała się najpewniej świeża bielizna, a przy niej, na ziemi, stała para jasnych, szarych butów na niskim obcasie.
Dziewczyna wstała i podeszła do drzwi, po czym zdjęła z nich ową sukienkę. Trzymała ją przez dłuższą chwilę przed sobą, dokładnie ją oglądając. Wyglądała na nową, przez nikogo nie używaną. Była ciekawa tego, skąd duchowny ją miał – czy to była sukienka jakiejś pacjentki lub dawny strój którejś z nowych zakonnic, czy też może posłał jakimś cudem kogoś po ten zakup. To ostatnie wydało jej się z miejsca niemożliwe – nie istniało miejsce, w którym można by było kupić jakiekolwiek ubranie w środku nocy. Była to więc najpewniej sukienka jakiejś pacjentki.
Nie przejęła się tym jednak zbytnio. Przełożyła ją przez ramię, pakunek wzięła do jednej ręki, buty ujęła w drugą, po czym wyszła z pokoju i przeszła przez korytarz do wskazanej jej wcześniej łazienki, aby się umyć i wyszykować.
Gdy tylko tam weszła, na moment się zatrzymała.
Tak… to miejsce na pewno potrzebuje gruntownego remontu. – pomyślała, przyglądając się krytycznie całemu pomieszczeniu. Części kafelków na ścianie nie było – odpadły lub zostały odkute od ściany. Te, które jeszcze się jakoś trzymały, były brudne – wszystkie, co do jednego. Toaleta jako jedyna wydawała się być niedawno czyszczona. Umywalka była brudna i wszystkie metalowe części były dość mocno zardzewiałe. To samo tyczyło się nóżek wanny, która stała po drugiej stronie łazienki. Elyon podeszła do niej i wzięła najczyściej wyglądający ręcznik i przemyła wnętrze wanny, po czym, gdy uznała, że jest dostatecznie czysta, nalała sobie chłodnej wody i rozebrała się z koszuli szpitalnej i przemyła się szybko, ignorując chłód wody i powietrza. Wytarła się drugim w miarę czystym ręcznikiem i otworzyła pakunek. W środku znajdowała się bielizna, tak jak się wcześniej domyśliła, a także rajstopy w beżowym kolorze i prostą, tanio wyglądającą drewnianą szczotkę do włosów. Założyła to wszystko na siebie w pośpiechu, wzdrygając się przy tym nieznacznie, gdy powiew zimnego powietrza od strony okna omiótł jej ciało. W następnej kolejności ubrała sukienkę, dopięła pasek, poprawiła kołnierzyk, i na sam koniec założyła buty. Wzięła jeszcze na koniec do ręki szczotkę i rozczesała włosy. Zostawiła je rozpuszczone – nie interesowało jej stylizowanie swojej fryzury w jakikolwiek sposób. Gotowa, wyszła w końcu z łazienki i udała się w prostej linii w stronę schodów, po których zeszła na niższe piętro szybkim krokiem. Gdy tylko stanęła na ostatnim stopniu, w zasięgu jej wzroku pojawił się monsinior Howard, który akurat rozmawiał o czymś z jedną z zakonnic. Zamilkł jednak, gdy tylko dostrzegł Elyon.
Dziewczyna dostrzegła bez trudu cień uśmiechu, jaki przemknął przez jego twarz, zanim ten nie ruszył w jej stronę.
- Mam nadzieję, że dobry strój wybrałem. – powiedział, stając przed nią. – Nie dało się znaleźć nic innego w tak krótkim czasie.
- Sukienka pasuje jak ulał. – Elyon uśmiechnęła się nieznacznie po tych słowach. – Ciekawi mnie tylko, komu ją zacharapciłam.
- To jest nieważne. – mężczyzna machnął na to ręką.
Brunetka przyjrzała mu się uważnie, nie przestając się delikatnie uśmiechać, aby nie wzbudzić żadnych podejrzeń. Nie była ślepa – widziała, jakim spojrzeniem ją przed chwilą lustrował, i jak dalej ciągle się powstrzymywał przed zrobieniem tego ponownie.
Nie zamierzała się jednak o to przyczepiać – nie na tym miała się teraz skupić.
- Jak planujesz wyczuć tego demona? – spytał się jej Timothy chwilę potem.
- Upadłego. – poprawiła go dziewczyna. – A najlepiej będzie mi go wyczuć bezpośrednio. Najprostszym sposobem będzie, jeśli przejdę się po szpitalu i być może zdołam go odnaleźć w którymś z pacjentów lub członków personelu. Wystarczy, że znajdę się dostatecznie blisko niego. – dodała, gdy razem z kapłanem ruszyła korytarzem w stronę wschodniego skrzydła budynku. – Tyle tylko mi wystarczy, aby wiedzieć, czy ktoś jest opętany czy nie.
Następne dwie godziny spędziła na powolnym spacerze po Briarcliff w nadziei, że zdoła odnaleźć upadłego. Uważnie obserwowała każdego mijanego pacjenta czy pielęgniarza lub nawet zakonnicę. Przybliżała się do każdej kolejnej osoby – wystarczył jej ułamek sekundy, aby wyczuć, czy dana osoba nie ma jakiejś nadludzkiej istoty przytwierdzonej do swojej duszy.
- I jak, wyczułaś już coś? – spytał się jej po jakimś czasie Timothy, nie mogąc już dłużej wytrzymać tego napięcia. Elyon nic się nie odzywała – przysuwała się tylko co jakiś czas do poniektórych osób, zatrzymywała się na krótką chwilę, tylko po to, aby zaraz potem ruszyć dalej przed siebie.
- Nic sensownego. – odpowiedziała mu, nie odrywając przy tym spojrzenia od jednej z kobiet; starszej, wyraźnie schorowanej pacjentki. Obserwowała ją jeszcze przez jakiś czas, zanim nie poszła dalej. – Parę osób ma przy sobie jakieś pomniejsze demony, ale żaden z nich nie jest upadłym, którego szukam.
Te słowa sprawiły, że mężczyznę na moment dosłownie wmurowało w podłogę.
- Demony? – wydukał w końcu, odzyskując zdolność mowy. Zrównał się szybko z Elyon, która w ogóle nie zwróciła uwagi na jego gwałtowną reakcję na jej słowa. – Sugerujesz mi, że są tutaj inni opętani? Przez… demony?
- Nie nazwałabym tego opętaniami. Bardziej to przypomina „przywiązanie wbrew ludzkiej woli". Te demony przyczepiły się do nich i powoli wysysają z nich energię życiową.
- I nie zamierzasz z tym nic zrobić? – Po jego pytaniu Elyon zatrzymała się na moment i spojrzała się na niego pytająco.
- A czemu miałabym to zrobić? – spytała się, wyraźnie zdziwiona, jak gdyby to, co on właśnie powiedział, było czymś kompletnie irracjonalnym. – Moją misją jest odnalezienie i powstrzymanie upadłego. Nie mogę zajmować się jednocześnie tym oraz wszystkimi tymi „pseudo-opętaniami". A co jak co, ale ten upadły jest o wiele większym zagrożeniem dla nas wszystkich niż jakiś ichni, pomniejszy demon, który pożywi się siłą witalną jednego gościa i odejdzie sobie w siną dal po jego śmierci i będzie się błąkał aż do czasu, dopóki nie znajdzie kolejnego słabego fizycznie i psychicznie człowieka, do którego się przyssie.
Timothy zaniemówił z wrażenia. Obojętność wobec ludzkiego cierpienia, jaką właśnie sobą zaprezentowała, poraziła go do reszty. Nie był pewien, czy ta apatia była spowodowana jej charakterem, czy też może po prostu widziała ona już dostatecznie dużo takich przypadków, że się na to wszystko uodporniła. Zbyt mało o niej wiedział, aby móc teraz to poprawnie określić.
Elyon tymczasem odeszła nieco od niego i skierowała się do głównej „sali rozrywek". Gdy tylko tam weszła, jej uwagę przykuły dwie osoby siedzące obok siebie na stojących przy jednym z okien fotelach.
Grace była wyraźnie czymś zaniepokojona i ciągle obgryzała swoje paznokcie. Shelley również wydawała się czymś poruszona, jednak od niej nie dało się wyczuć strachu czy niepokoju, tak jak od Grace, ale najczystszą złość i irytację.
- Elyon? – Blondwłosa pacjentka pierwsza dostrzegła znajomą. Zaraz potem Shelley wstała i podeszła do niej szybkim krokiem, po czym, ku niemałemu zaskoczeniu Elyon, uścisnęła ją mocno. – Ciągle tu jesteś. – dodała z wyraźną ulgą w głosie.
- Tak, wciąż tu jestem. – odpowiedziała jej dziewczyna, uśmiechając się słabo. Odsunęła się zaraz potem od kobiety i przyjrzała jej uważnie. – Po waszym zachowaniu mniemam, że ucieczka nie poszła wam zbyt dobrze.
- To mało powiedziane. – odparła Shelley. Zaraz potem zadrżała dość mocno, zwracając tym uwagę Elyon.
- Stało się coś złego? – spytała się jej niemalże od razu. Gdy blondynka pokręciła przecząco głową, ta nie kupiła jej odpowiedzi nawet przez chwilę. Wykorzystała kontakt fizyczny, jaki wciąż między sobą miały, i sięgnęła szybko ku jej umysłowi. Wzdrygnęła się nieznacznie, gdy poczuła nagle na ciele silny ucisk męskiej dłoni, przypierający ją do ściany. Chciała krzyknąć, ale nie była w stanie – to nie było bowiem jej wspomnienie. Odsunęła swój umysł od niego chwilę potem, zanim doszło do czegoś gorszego. Nie musiała pozostawać w głowie Shelley do samego końca, aby wiedzieć, co ją spotkało minionej nocy.
- Wyglądasz naprawdę nieźle. – Młoda kobieta zdecydowała się zmienić temat i zwróciła uwagę na strój, jaki miała na sobie Elyon. – Mam nadzieję, że księżulek nie był zbyt oporny w obejściu.
Elyon puściła jej płazem tę uwagę. Wiedziała już, jaki ból ten cięty żart stara się ukryć przed resztą świata.
- Nie musiałam nic mu od siebie dawać. – odpowiedziała jej, uśmiechając się przy tym kątem ust. – Zwyczajnie wykorzystałam swoje wrodzone umiejętności, aby udowodnić mu, że nie jestem szurnięta.
- I teraz za kogo dla niego robisz? – Grace podeszła do nich i przyłączyła się do rozmowy. Ona też zlustrowała uważnym spojrzeniem nowy ubiór dziewczyny, aczkolwiek jej wzrok był o wiele bardziej krytyczny od tego, którym wcześniej omiotła ją Shelley.
- Pomagam mu. A on pomaga mi. – wyjaśniła im pokrótce. Nie było sensu im tego wszystkiego tłumaczyć; i tak by tego nie zrozumiały. – Jeszcze nie dokończyłam tu swojej misji. On z kolei potrzebuje pomocy, aby też coś zakończyć. Pomagamy sobie nawzajem. Nie jest jednak moim sojusznikiem. – dodała, dostrzegając znaczące spojrzenia swoich rozmówczyń. – On potrzebuje mnie bardziej niż ja jego. Wykorzystuję po prostu ten fakt, aby zyskać lepszy dostęp do tego miejsca.
- Radzisz sobie z tym lepiej niż nasza reporterka od siedmiu boleści. – powiedziała Grace, wyraźnie czymś zirytowana. – Wydała mnie i Kita pielęgniarzom. Byliśmy już tak blisko wyjścia… małpa jedna. Kit wziął na siebie czterdzieści batów od siostry Jude, które były przeznaczone dla mnie. A teraz w ogóle nie mogę go nigdzie znaleźć. – dodała na sam koniec z wyraźną goryczą w głosie.
- Twój nowy kumpel tu idzie. – Shelley wskazała dyskretnie skinieniem głowy na kogoś za Elyon. Dziewczyna obróciła się nieznacznie i zobaczyła, że Timothy idzie w ich stronę. – Długo nie dał ci z nami sam na sam pogadać.
- Dalej możemy rozmawiać. – zapewniła je brunetka. – I tak miałam się was spytać o coś, co interesuje nas oboje.
- O co takiego? – zaciekawiła się Grace, podczas gdy duchowny stanął niedaleko nich, tuż za Elyon, i zaczął przysłuchiwać się ich rozmowie. Szatynka zerknęła na niego nieufnie, zanim nie przeniosła spojrzenia na nową znajomą, która tylko skinęła pojedynczo głową, dając jej tym znać, że naprawdę dalej mogą rozmawiać.
- Widziałyście może ostatniej nocy lub dzisiejszego ranka kogoś, kto się podejrzanie zachowywał? – spytała się ich. W odpowiedzi otrzymała głośny śmiech obydwu kobiet.
- To królestwo czubków. – odpowiedziała jej Shelley, dalej się śmiejąc. – Tutaj wszyscy się dziwnie zachowują. Musisz być trochę bardziej specyficzna.
- Zachowanie odbiegające od codziennej normy. – Elyon sprecyzowała zgodnie z życzeniem blondynki. – Ktoś zachowywał się inaczej niż zwykle?
- Hmm… Meksykanka w sumie coś dzisiaj dziwnego odpaliła. – uświadomiła sobie Grace po chwili namysłu. – Znikąd zaczęła nazywać siostrę Mary Eunice „diabłem".
- To chyba akurat nie odbiegało za bardzo od jej normy. – Shelley nie zgodziła się z nią. – Babka jest już stara i ma demencję. Dość często takie rzeczy odstawia. No i jest też cholernie religijna. – dodała zaraz potem. – Teraz, jak jej choroba na mózg siadła, widzi pewnie w każdym obcym diabła czy innego demona.
Elyon w odpowiedzi tylko się uśmiechnęła. Nie otrzymała wiele, ale to było coś. Zakończyła niedługo potem rozmowę z dwoma pacjentkami i wróciła do Howarda, po czym razem oddalili się w przeciwną stronę do tej, z której tu przyszli.
- Słyszałeś wszystko? – spytała się go, gdy oddalili się dostatecznie daleko. Mężczyzna tylko skinął na to głową, zamyślając się nad czymś na moment. – Ja bym tego nie bagatelizowała. Demencja demencją, ale diabła nie widzi się na co dzień w drugim człowieku, szczególnie w zakonnicy. Powinniśmy to zbadać.
- Siostra Mary Eunice jest istnym aniołem. – odpowiedział jej z wahaniem Timothy. – To nie może być ona.
- Nawet anioły są podatne na korupcję. – Trafnie zwróciła mu uwagę Elyon. – Idealnym dowodem na to jest upadły, którego właśnie ścigamy.
- Dobrze… poszukam jej i będę ją obserwować. – monsinior zgodził się na to niechętnie. – Ty na razie szukaj dalej. Spotkamy się potem i wtedy ustalimy, co robimy dalej z siostrą Mary Eunice.
Elyon przystanęła na to. Rozdzielili się i udała się ona powolnym krokiem w stronę głównego holu, po drodze mijając kolejnych pacjentów i członków personelu. Ci pierwsi nie zwracali na nią zbyt dużej uwagi. Ci drudzy natomiast przyglądali się jej z zaciekawieniem, ale nie reagowali na nią zbytnio.
Musiał już wszystkim powiedzieć, że mają mnie nie tykać i się mną nie interesować. – pomyślała. – Może to i dobrze. Będę miała mniej problemów z tłumaczeniem się, co tu robię i czemu mogę swobodnie się tu szwendać.
Uważaj. – Jeden z głosów odezwał się nagle, sprawiając, że dziewczyna zastygła gwałtownie w miejscu. – Twoja rywalka nadciąga.
- Jaka rywalka…? – wymamrotała Elyon, marszcząc brwi w dezorientacji. Obejrzała się za siebie i nagle wszystko stało się dla niej jasne.
- Ty. – Siostra Jude zrównała się z nią i stanęła przed nią, odcinając jej drogę. Zatrzymały się tuż przy schodach prowadzących na dół, do głównego holu. – Nie wiem, co mu powiedziałaś. – zaczęła, patrząc się na dziewczynę z mieszaniną nieufności, złości i małej domieszki odrazy. W tym wszystkim Elyon zdołała jednak dostrzec cień strachu, jaki pojawiał się i znikał co jakiś czas. – Wiem tylko, że nie zgodziłby się tak łatwo na współpracę z… z kimś takim. Nie wiem…
- Jeśli sądzi siostra, że zmanipulowałam monsiniorem lub przekupiłam go własnym ciałem, to grubo się siostra myli. – przerwała jej w tym momencie Elyon. Nie miała czasu na takie czcze kłótnie. – Wie już siostra, do czego jestem zdolna, i wie też siostra, że nie jestem świrnięta. Stoimy po tej samej stronie. – dodała chwilę potem. – Nawet jeśli siostra tego jeszcze nie widzi.
- Widzę to. – przyznała jej z niechęcią Jude. – Boję się jednak o duszę monsiniora Howarda.
- Jego dusza to jego problem. A ja nie jestem jakimś demonem lub sukubem, który zwiedzie go na manowce.
- Mam taką nadzieję. – odpowiedziała kobieta. – Monsinior Howard to dobry, łagodny, uczciwy człowiek. Zasługuje na wszystko, co najlepsze.
Dziewczyna tylko się uśmiechnęła pobłażliwie na te słowa. Gdyby tylko ona o wszystkim wiedziała…
Dziwna energia sprawiła nagle, że Elyon zastygła gwałtownie w miejscu i zaraz potem spojrzała się szybko w dół, w stronę głównego wejścia. Siostra Jude, zaintrygowana jej reakcją, podążyła za jej spojrzeniem.
Przy głównym wejściu stał doktor Thredson. Rozmawiał właśnie z jakimś młodym, dość dobrze zbudowanym mężczyzną o prostych, ciemnych blond włosach sięgających mu za kark i jasnej karnacji. Ubrany był raczej zwyczajnie – ciemnoszara koszula i dżinsy. Zdezorientowana, siostra Jude zerknęła szybko na Elyon i zobaczyła, że ta ma wzrok utkwiony w osobie owego młodego mężczyzny. Odwróciła więc wzrok z powrotem w jego stronę, ciekawa tego, kim on może być.
W tej samej chwili, gdy Oliver na moment odwrócił się od niego, aby spytać się o coś jednej z zakonnic, podniósł on wzrok i spojrzał się prosto na nie. Siostra Jude zastygła w miejscu, podczas gdy on przeniósł wzrok z niej na Elyon, a następnie uśmiechnął się szeroko.
Zimny dreszcz przebiegł po plecach starszej kobiety. W napięciu obserwowała ona, jak Thredson zabiera go zaraz potem do swojego gabinetu, podejmując z nim przerwaną wcześniej rozmowę. Odezwała się dopiero wtedy, gdy drzwi gabinetu zamknęły się za nimi i była pewna tego, że ten w żaden sposób już ich nie dostrzeże ani nie usłyszy.
- Kto to był? – spytała się słabym głosem.
- Ktoś, na kogo faktycznie trzeba uważać. – odpowiedziała jej Elyon ponurym głosem. Gdy kobieta spojrzała się na nią, zobaczyła jej napięte mięśnie szczęki i chłodne, groźne spojrzenie. Widok tego człowieka wywołał w niej naprawdę silną reakcję.
- Czy on… czy on jest taki jak ty?
- Tak jakby. – dziewczyna nie udzieliła jej odpowiedzi od razu. Milczała jeszcze przez dłuższą chwilę, zatracona we własnych myślach. – Tyle że on nie przybył tu, żeby powstrzymać tego upadłego. – Elyon obróciła się wreszcie w jej stronę i siostra Jude zamarła, gdy jej spojrzenie stanęło na jej osobie. – On przybył tutaj, żeby mu pomóc.
