SisterJudeMars: Thanks a lot for your comments :) They're surely encouraging me to write more and faster.


Rozdział ósmy: Dwie strony konfliktu


Opętani kosmici… cholera jasna, tego serio jeszcze nie było.

Elyon leżała na łóżku w pokoju monsiniora Howarda. Jej własny pokój wciąż był nieprzygotowany – a być może i już był, ale przez wydarzenia z minionej nocy żadne z nich nawet nie pomyślało o tym, żeby poruszyć ten temat. Elyon została tu, aby móc odespać te wydarzenia. Nie zmrużyła jednak oka przez całą resztę nocy – leżała tylko nieruchomo, wpatrzona w sufit, i rozmyślała nieustannie o tym wszystkim.

Czy coś takiego jest naprawdę możliwe? – spytała się swoich głosów. – Czy mogłam się pomylić?

Twoje moce nigdy się w tej kwestii nie mylą. – otrzymała odpowiedź niemalże od razu. – To bardzo mało prawdopodobna sytuacja, ale… tak, zdarzyła się. Sami jesteśmy tym zdziwieni.

I co mam z tym zrobić? – zadała kolejne pytanie. – Mam coś w ogóle z tym zrobić? Da się to jakoś ogarnąć?

Nie przejmuj się tym. – polecił jej drugi głos, wtrącając się do dyskusji. – To nie jest teraz twoim priorytetem. Inny upadły nim jest.

Czyli Kit Walker nie kłamał. – przyszło jej nagle to na myśl. – Jego żonę naprawdę mogli porwać kosmici. Istnieją. I tu byli. Mogli więc to zrobić.

Najprawdopodobniej. Ale to nie jest nasz departament. To nie nasz problem. Nie w tej chwili.

A czy kiedykolwiek się stanie to naszym problemem? – dociekała dalej dziewczyna. – Zajmiemy się czymś takim kiedyś?

Być może. – odpowiedział jeden z głosów. – Kiedyś. Nie wiem tego na pewno. Pozaziemskie istoty nie odwiedzają tego świata zbyt często. Dziwi mnie więc, że w ogóle jakiś upadły się jednym z nich zainteresował.

Być może chciał zobaczyć, jak to jest opętać ciało jednego z nich. – zastanowiła się Elyon, zamyślając się nad tym tematem na dłuższą chwilę. – A może ma w planach zwiedzić ich świat. Tego chyba się nigdy nie dowiemy.

Tak, najprawdopodobniej się tego nigdy nie dowiemy.

Znajome skrzypienie zawiasów wyrwało ją z tej rozmowy. Podniosła się do pozycji siedzącej w tym samym momencie, w którym Timothy wszedł do pokoju.

- Nie śpisz już. – zauważył, zatrzymując się na moment tuż za progiem. – Myślałem, że jeszcze śpisz. Było tu tak cicho.

- Leżałam. – wyjaśniła mu. – Obudziłam się już jakiś czas temu, ale nie chciało mi się jeszcze wstawać.

Uwierzył w to kłamstwo. Nie dostrzegł żadnych ciemnych cieni pod jej oczami ani jakichkolwiek innych śladów niewyspania. Zamknął po chwili za sobą drzwi, po czym podszedł do łóżka i usiadł niepewnie na jego krańcu.

- Nie jest za dobrze. – zaczął. – W nocy uciekło kilku pacjentów. Wykorzystali burzę i ogólne zamieszanie, jakie tu zapanowało.

- Inni też widzieli kosmitów? – zainteresowała się. W odpowiedzi mężczyzna pokręcił tylko głową.

- Jeśli nawet ktoś ich widział, to raczej się do tego nie przyzna. – dodał po dłuższej chwili milczenia.

- Kto dokładnie uciekł? – Coś w tonie jego głosu i postawie podpowiedziało jej, że nie przyszedł tutaj powiedzieć jej o tym bez powodu. To miało coś wspólnego z jej sprawą. Była tego pewna.

- Meksykanka. – Na dźwięk tego jednego słowa Elyon omal nie zaklęła. Jasna cholera. Kolejna przeszkoda na drodze. Jedyna osoba, która mogła coś wiedzieć, zniknęła. Robi się coraz mniej ciekawie. – Według pielęgniarzy i siostry Jude była jedną z tych, którzy wykorzystali zamieszanie i uciekli. Kilku zdołaliśmy już znaleźć, ale ona nie była jedną z nich. Dalej nie wiemy, gdzie się znajduje.

- Kobieta z zaawansowaną demencją sama by takiej decyzji raczej nie podjęła. – odparła, nie do końca wierząc w to wszystko. Powoli zaczynała racjonalnie to sobie wszystko tłumaczyć i ogarniać tę sytuacją z bardziej logicznego punktu widzenia. – Ktoś musiał stać za jej zniknięciem.

- Sądzisz, że mógł to być ten upadły? Mógł jej coś zrobić?

- Możliwe. – Elyon wstała z łóżka i podeszła do komody, z której wyjęła zapasowe ubrania, jakie otrzymała dzień wcześniej – sięgającą do kolan zieloną sukienkę w małe, seledynowe kropki. Odwróciła się następnie bokiem w stronę Timothy'ego, a następnie spojrzała się na niego znacząco. – Mógłbyś…?

- Och, tak, oczywiście. – Mężczyzna szybko się podniósł i wyszedł z pokoju, zostawiając ją samą.

Przebrała się tak szybko, jak tylko mogła. Sukienkę, jaką miała wcześniej na sobie, złożyła dokładnie i przewiesiła przez oparcie jednego z krzeseł. Nie była zbyt mocno zabrudzona, ale i tak wolała zmienić swój strój. Przy okazji zmieniła też bieliznę i rajstopy. Jedynie buty zostawiła takie same, głównie dlatego, bo nie otrzymała żadnych innych.

Po wyjściu od razu skierowała się w stronę sali rozrywek. Timothy szedł za nią w milczeniu, ledwie za nią chwilami nadążając. Mijali kolejnych członków personelu szpitala, którzy odwracali się za nimi, zaintrygowani dynamiką pomiędzy tą dwójką. Elyon ewidentnie robiła teraz za liderkę, prowadząc monsiniora dokładnie tam, gdzie chciała się udać. Dla osoby postronnej, niezaznajomionej z tym miejscem, mogło to wyglądać tak, jakby to ona szefowała temu miejscu, nie on.

- Dam sobie dalej sama radę. – powiedziała do niego, gdy zatrzymała się przed drzwiami sali. – Spróbuj znaleźć tę siostrę Mary Eunice i obserwuj ją lepiej. Chcę wiedzieć o niej jak najwięcej. Ja poszukam kogoś, kto wie, co się stało z tą całą Meksykanką. – I wraz z tymi słowami weszła do środka, zostawiając go na zewnątrz samego.

Gdy tylko tam weszła, od razu zaczęła wzrokiem kobiety, a gdy jej nie znalazła, zaczęła szukać swoich znajomych. Odnalazła jednak tylko Grace, siedzącą samotnie na tym samym fotelu, na którym zastała ją kilka dni wcześniej.

- Hej, co jest? – spytała się jej, gdy tylko do niej podeszła. Smutek i zaniepokojenie malowały się na twarzy drobnej szatynki. Elyon nie musiała być żadnym geniuszem, aby domyślić się, że coś było nie tak. – Co się stało?

- Shelley gdzieś zniknęła. – Grace wyjawiła jej niemalże od razu. Była w zbyt wielkiej rozsypce, aby bawić się teraz w pół-prawdy czy skrywanie czegokolwiek przed innymi. – W nocy, gdy tylu pacjentów uciekło, zaplanowaliśmy kolejną próbę ucieczki. Shelley miała odwrócić uwagę jednego ze strażników, podczas gdy ja i Kit mieliśmy pobiec przodem. Nie odnalazła nas jednak… a teraz nigdzie jej nie ma.

- I nie wiesz, gdzie ona jest? – Elyon wolała się upewnić. Gdy dziewczyna pokręciła przecząco głową, zdecydowała się zadać jej następne pytanie. – Czy… mogła ona zwiać stąd razem z Meksykanką? Ona też podobno zniknęła. – dodała szybko, gdy Grace rzuciła jej podejrzliwe spojrzenie. – Widzieliście ją może wczoraj lub dzisiaj w nocy?

Nie odpowiedziała jej od razu. Odwróciła tylko na dłuższy moment spojrzenie, ewidentnie czymś speszona lub wystraszona.

Ona cię zaraz okłamie. – podpowiedział jej jeden z głosów. – Uważaj.

Jakbym tego nie była sama w stanie dostrzec. – odcięła mu się automatycznie, zirytowana. – Nie trzeba być drugim Sherlockiem Holmesem, żeby się tego domyślić.

- Chyba ją widzieliśmy. – zaczęła Grace niepewnie, sprawiając tym, że dziewczyna od razu przeniosła na nią swoją uwagę. – Ale… n-nie… nie jestem pewna, gdzie dokładnie…

- Grace. – Elyon zrobiła krok w jej stronę, stając tuż przed nią i zmuszając ją tym do tego, aby ta się na nią spojrzała. – Powiedz mi prawdę. To bardzo dla mnie ważne. Muszę wiedzieć, co się z tą kobietą stało. Gdzie dokładnie ją widzieliście? I kiedy?

- Nie widzieliśmy jej w… w dokładnym tego słowa sensie. – zająknęła się szatynka, z trudem wytrzymując intensywne spojrzenie swojej rozmówczyni. – Wi… widzieliśmy tylko jej ciało.

Ona nie żyje? Elyon zamrugała kilkakrotnie, kompletnie tym zdezorientowana. Nie spodziewała się tego.

- Wiesz, jak zginęła? – spytała się jej po dłuższej chwili. – Widzieliście to?

Na to pytanie Grace odpowiedziała jedynie pokręceniem przecząco głową. Widać było po niej wyraźnie, że to, co przeżyła tej nocy, mocno nią wstrząsnęło. Nie wyciągnie z niej teraz nic więcej.

Z ciężkim westchnieniem cofnęła się nieco, obracając jednocześnie głowę w bok, aby zerknąć na pozostałych znajdujących się pacjentów. Obserwowała ich wszystkich przez jakiś czas, zanim jej uwagi nie przykuła jedna osoba.

To on.

Dziewczyna zmrużyła podejrzliwie oczy i przyjrzała się wysokiemu, dobrze zbudowanemu blondynowi, który właśnie tu wszedł. Nie uszło to uwadze Grace, która pomimo swojego wzbudzenia i zdenerwowania zainteresowała się tym i spojrzała w tę samą stronę co jej towarzyszka, ciekawa tego, co ją tak wytrąciło z równowagi. Gdy zobaczyła, komu się przygląda, na jej twarzy wymalował się wyraz dezorientacji i zdziwienia.

- Kto to jest? – zapytała się jej z pewną dozą wahania, nie odrywając przy tym spojrzenia od nieznajomego. Zaraz potem, jak na zawołanie, odwrócił się on w ich stronę. Grace instynktownie drgnęła i już miała odwrócić od niego wzrok, ale wtedy zobaczyła, że cała jego uwaga była skupiona na osobie Elyon. Nie był on jednak rozeźlony tak jak ona – wręcz przeciwnie, na jego ustach malował się zawadiacki uśmieszek, a do tego wydawał się być bardziej od niej wyluzowany i zrelaksowany.

- Ktoś, kogo tu w ogóle nie powinno być. – odpowiedziała jej w końcu Elyon, cedząc te słowa przez zaciśnięte ze złości zęby.

- Znasz go? – zadała jej kolejne pytanie, mimo że podświadomie znała już na nie odpowiedź.

- Niestety tak.

Młody mężczyzna stał jeszcze przez jakiś czas przy wejściu, ale w końcu ruszył w ich stronę. Grace obserwowała go z mieszaniną fascynacji i dezorientacji, podczas gdy ten podszedł do nich i stanął naprzeciw Elyon, po czym jak gdyby nigdy nic uśmiechnął się do niej.

- Musimy pogadać. – powiedział do niej, przyglądając się jej z pewną dozą rozbawienia swoimi niebiesko-szarymi oczami. – Masz teraz trochę czasu?

- Dla ciebie? Nigdy. – odcięła mu się dziewczyna. – Nie mamy o czym rozmawiać.

- Oj, tu bym się z tobą nie zgodził. To, co mam ci do powiedzenia, bardzo ci się przyda.

Elyon w odpowiedzi zmrużyła podejrzliwie swoje ciemne oczy, ale ostatecznie poszła za nim, rzucając jeszcze na odchodne jedno pożegnalne spojrzenie Grace. Szatynka obserwowała ich, aż ci nie zniknęli za drzwiami i wyszli na korytarz, z dala od tego całego zgiełku.

- Czego ode mnie chcesz? – spytała się go opryskliwie, gdy tylko zostali sami. Zignorowała pojedynczą zakonnicę, która ich wyminęła w pośpiechu, zajęta ogarnianiem wszystkich tych pacjentów. – No, Ezra? – dopowiedziała, gdy ten się nie odzywał. – Powiesz to sam czy mam to z ciebie wycisnąć?

W odpowiedzi ten uśmiechnął się szeroko, wyraźnie czymś rozbawiony.

- Widzę, że dalej masz pozytywne podejście do tego wszystkiego. – powiedział, przyglądając się jej z zaciekawieniem. – Dalej wierzysz w to, że ci się uda go powstrzymać. Mimo że oboje wiemy, że ci się ten numer nie uda. Ten upadły jest dla ciebie za mocny. Nie dasz sobie z nim rady.

Elyon syknęła cicho przez zaciśnięte zęby, zaciskając przy tym jedną z dłoni w pięść.

- Czy tylko po to mnie odciągnąłeś od rozmowy z moją znajomą? – zapytała się go, z trudem panując nad sobą. – Po to, żeby spróbować mnie wytrącić z równowagi takimi dyrdymałami?

Ezra roześmiał się głośno po jej słowach.

- Znajomą? – spytał się, po czym zaśmiał się ponownie. – A czy ta twoja „znajoma" wie o tym, kim jesteś naprawdę? Czym jesteś naprawdę?

Wywołał tym u niej reakcję, jakiej się zapewne spodziewał, i na jaką liczył od samego początku. Elyon warknęła gardłowo i zacisnęła obie dłonie w pięści, po czym zrobiła krok w jego stronę, gotowa do ataku. Zanim jednak do czegokolwiek doszło, ktoś zdecydował się to wszystko przerwać.

- Co tu się dzieje? – Thredson stanął tuż obok nich, zatrzymując Elyon w połowie drogi. Dziewczyna spojrzała się na niego z dezorientacją i złapała jego spojrzenie chwilę potem, gdy ten obrócił się przodem w jej stronę. – Panno Douglas, możemy porozmawiać w moim gabinecie?

Nie odpowiedziała mu od razu. Zerknęła jeszcze raz w stronę Ezry i zobaczyła, że ten przygląda się uważnie doktorowi. Nie uśmiechał się już – wyglądał teraz tak, jakby próbował rozpracować tego człowieka.

- Tak, możemy. – odpowiedziała mu w końcu. Poszła następnie za nim szybkim krokiem, bez trudu za nim nadążając pomimo tego, że ten robił długie i pewne kroki, nie odwracając się nawet na moment żeby sprawdzić, czy ta dotrzymuje mu kroku. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami swojego gabinetu, tylko po to, aby wpuścić ją do środka przed sobą.

- Całkiem nieźle się tu urządziłaś. – zaczął bez ogródek, gdy tylko zamknął za sobą drzwi. Elyon zerknęła na niego z dezorientacją, czekając na to, aż ten dokończy swoją myśl. – Praktycznie z dnia na dzień przekonałaś monsiniora do zmiany zdania na swój temat. Z pacjentki stałaś się gościnną rezydentką, z większą liczbą przywilejów od samej siostry przełożonej.

- Widział przecież doktor egzorcyzm. Był pan przy nim. – odpowiedziała mu jak gdyby nigdy nic, wzruszając przy tym nieznacznie ramionami. – Wie pan, że to nie były jakieś czary-mary. Naprawdę wypędziłam z tego chłopaka to, co go powoli zabijało.

Wywołała tą odpowiedzią mały uśmiech na jego wąskich ustach. Oliver przeszedł powoli przez całą długość pokoju, po czym usiadł za biurkiem i podsunął w stronę Elyon mały koszyk z owocami, jaki stał nieopodal.

- Może się poczęstujesz? – spytał się jej, wskazując przy tym spojrzeniem na znajdujące się tam owoce – dojrzałe, soczyste białe winogrona. Elyon na ich widok przekrzywiła jednak tylko głowę w bok, po czym uśmiechnęła się kątem ust.

- Serio? – tu zerknęła na niego z rozbawieniem, dalej się uśmiechając. – Winogrona? Udajemy teraz Kubę Rozpruwacza, czy co?

Oliver w odpowiedzi roześmiał się cicho, rozbawiony jej reakcją.

- Skąd ci coś takiego przyszło do głowy? – zapytał się. – Znasz tę sprawę?

- Czytałam o tym i owym w przeszłości. – odpowiedziała wymijająco.

- Z książek, które mieli w domu twoi rodzice? – dociekał dalej Oliver.

- Zwykli farmerzy mieliby mieć książki naukowe o seryjnych mordercach dziewiętnastego wieku? – zażartowała Elyon. – Pan doktor tak na poważnie?

- Och, ja nie to miałem na myśli. – odparł, wciąż się jeszcze uśmiechając. – Miałem na myśli twoich biologicznych rodziców. Twoich dwóch ojców.

Uśmiech zrzedł z twarzy Elyon. Spojrzała się na niego z zaskoczeniem i zdumieniem, zanim nie zrobiła jednego kroku w jego stronę.

- Skąd o tym wiesz? – zapytała się, porzucając przy tym wszelkie formy grzecznościowe, jakich wcześniej używała. – Kto ci o tym powiedział?

To musiał być ten księżulek. – zasugerował jeden z jej głosów, automatycznie się w to włączając. – Kto inny mógłby to być?

- Lana Winters się wygadała. – Oliver wstał, po czym powoli obszedł biurko dookoła i przysiadł na jego przeciwnym krańcu, cały ten czas nie spuszczając uważnego wzroku z osoby Elyon. – Broniła uparcie swojej orientacji i w efekcie wyjawiła mi prawdę o twoich biologicznych rodzicach. O tych dwóch ojcach, jakich rzekomo posiadasz.

No patrz, jednak to nie był księżulek. – odezwał się drugi głos, szydząc z tego pierwszego. – Myliłeś się.

Och, zamknij się. – odciął mu się pierwszy.

Obydwaj się zamknijcie. – odezwała się w myślach Elyon. Zaraz potem jej uwaga skupiła się ponownie na osobie Thredsona.

- Okłamałaś ją, prawda? – spytał się jej zaraz potem, uśmiechając się przy tym kątem ust. – Zrobiłaś to, żeby zdobyć tym jej zaufanie. Tak samo jak okłamałaś ją w kwestii swojej rzekomej orientacji.

- Że co proszę? – dziewczyna nie wiedziała, jak na to wszystko zareagować.

- Biseksualna? – Oliver prychnął cicho po tym jednym słowie. – Czytałem o tym w pracach Alfreda Kinseya… zoologa. – Mężczyzna znów prychnął, tyle że tym razem przy tym dodatkowo się zaśmiał. – Nie sądzisz chyba, że uwierzę w takie dyrdymały.

Elyon zacisnęła obydwie dłonie w pięści tak mocno, że paznokciami wbiła się lekko w skórę.

Sukinsyn. – ona i obydwa głosy w jej głowie powiedziały to samo w tym samym czasie.

- Zmartwię cię, doktorku, ale to wszystko prawda. – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Każda sekunda spędzona tutaj była dla niej testem. Nie sądziła, że ktoś zdoła ją dzisiaj bardziej zdenerwować od Ezry. Jak jednak widać, myliła się. – I nie będziesz w stanie mnie tu ponownie zamknąć. Nie za to. – Spojrzała się następnie na niego wyzywająco, pokazując mu przez to, że w ogóle się go nie bała.

- Nie dam rady tego zrobić, bo co? – Oliver w ogóle nie wydawał się przejmować jej obecnym stanem. – Bo zdołałaś omotać swoimi wdziękami tego księdza? On cię nie zdoła uchronić. Nie przed czymś takim. Podzielisz los panny Winters… tak samo jak powinni też skończyć twoi chorzy ojczulkowie.

Dosyć tego! Elyon w kilku krokach znalazła się przed nim i stanęła naprzeciw niego. Spojrzała się mu prosto w oczy i mógł on teraz wyraźnie zobaczyć, jak wiele z nich było teraz nienawiści i odrazy do jego osoby.

- Powiedz jeszcze jedno złe słowo o mojej rodzinie… – zaczęła cichym, groźnym tonem głosu. – Jedno słowo… i popamiętasz, że się w ogóle urodziłeś, ty gnoju.

- Grożenie personelowi zapewni ci bardzo szybko stałe miejsce na zamkniętym oddziale. – Oliver nic sobie nie robił z jej pogróżek. W ogóle nie wydawał się nimi przejmować. – Z chęcią sam cię tam zaciągnę. Chyba że…

Jego następne słowa zagłuszył huk z impetem otwartych drzwi. Kompletnie tym zaskoczony, Thredson wzdrygnął się i stanął prosto, podnosząc jednocześnie spojrzenie na osobę, która właśnie stanęła w drzwiach jego gabinetu.

Ezra znalazł się szybko u boku Elyon i jednym ruchem pociągnął ją w swoją stronę, z dala od psychiatry. Nawet na moment nie spuścił przy tym nienawistnego spojrzenia z mężczyzny, który nagle aż nadto zdał sobie sprawę ze swojej obecnej pozycji.

- Wszystko w porządku? – Ezra w końcu odwrócił się w stronę Elyon. Gdy to zrobił, zobaczył, że ta dalej wpatrywała się z furią w Thredsona, gotowa do zaatakowania go. Wywołała tym na jego ustach słaby, nikły uśmiech, który zniknął jednak zaraz po tym, gdy ten znów przeniósł swoją uwagę na lekarza. – Na twoim miejscu bym sobie odpuścił, póki jeszcze jest ku temu możliwość. – polecił mu. – Nie ręczę za nią, jeśli przekroczysz granicę… a z tego co widzę, już omal tego nie zrobiłeś.

- Jesteś jednym z pacjentów. – Oliver odzyskał wreszcie zdolność mowy po wstępnym szoku. – Nie możesz tu być!

- Och, ależ właśnie że mogę. – Blondwłosy mężczyzna uśmiechnął się ponuro. – Bardziej, niż ci się wydaje.

Skąd ta dwójka się zna? – Thredson był kompletnie tym wszystkim zdezorientowany. Obserwował teraz bacznie ich interakcję, licząc na to, że zdoła z niej coś wyczytać. – Znają się sprzed Briarcliff? Z sierocińca? A może…

Egzorcyzm. – Nagłe olśnienie spowodowało, że kolor odpłynął z jego twarzy. Spojrzał się ze strachem najpierw na Elyon, a potem, z nieco większym wahaniem, na Ezrę. – Czy on jest taki jak… jak ona…?

- Ona… to ona jest nienormalna. – wydukał w końcu, sam do końca nie wiedząc, co teraz plecie. Dlaczego, do jasnej cholery, tłumaczę się teraz przed pacjentem?! – To ona opowiada same nienaturalne, niegodne rzeczy…

- Och, zamknij się, kretynie. – żachnął się Ezra. – Wsadź sobie w tyłek swoje średniowieczne gadki. – I wraz z tymi słowami pociągnął Elyon za sobą, zabierając ją z gabinetu Thredsona i zostawiając go tam samego i kompletnie zdezorientowanego.

- Dzięki. – wymamrotała Elyon jakiś czas potem, gdy dostatecznie już się oddalili. Dziewczyna wzięła kilka długich, głębokich wdechów, aby wreszcie się choć trochę uspokoić. – Ten dupek… słyszałeś pewnie, co gadał.

- Tak, słyszałem. – potwierdził Ezra. – Możemy stać po przeciwnych stronach w tym konflikcie, ale w jednym się z tobą zawsze będę w pełni zgadzał. Nikt nie ma prawa obrażać kogoś za jego płeć, rasę, wyznanie czy orientację.

Po jego słowach Elyon uśmiechnęła się słabo.

- Dzięki jeszcze raz. – powiedziała. – Naprawdę nie wiem, co by się stało, gdybyś nie wtargnął. Chyba musieliby przemalowywać cały gabinet na nowo. – Po jej słowach młody mężczyzna roześmiał się głośno.

- Tak, tak by pewnie było. – odparł po chwili. – Znam twoich starych. – dodał zaraz potem. – Są genialnymi gośćmi. Nikt nie ma prawa ich obrażać. A już w szczególności taki konował jak on. – Tu wskazał skinieniem głowy na kierunek, z którego tu przyszli, i gdzie znajdował się gabinet Thredsona. – Możemy być wrogami w tej walce, ale godności twoich ojców zawsze będę bronić. Tego możesz być pewna.

- Szkoda, że wybrałeś przeciwną stronę. – przyznała po dłuższej chwili Elyon. Gdy Ezra się obrócił w jej stronę, ta posłała mu słaby uśmiech. – Wszystko mogłoby wtedy potoczyć się inaczej.

- Ach, gdybyś częściej była taka miła. – zażartował, opierając się przy tym o pobliską ścianę. – Być może wtedy faktycznie zdołałabyś mnie przekonać do przejścia na swoją stronę.

W odpowiedzi Elyon uśmiechnęła się kątem ust, rzucając mu przy tym pobłażliwe spojrzenie.

- Jeśli przyjdzie ci zatem zmienić zdanie na ten temat, to wiesz, gdzie możesz mnie znaleźć. – Dziewczyna podjęła jego żart i kontynuowała go. Zaraz potem obydwoje zaśmiali się cicho, zanim Ezra pierwszy się nie odezwał.

- Pomyślę o tym. – powiedział. Odwrócił się następnie i udał się w przeciwną stronę, zerkając przy tym co jakiś czas w kierunku Elyon. – Jeszcze o tym pomyślę.